Niemcy, Niemcy... i Zachód

Obrazek użytkownika Teresa Bochwic
Historia

Lata siedemdziesiąte XX wieku (wspomnienia, cz. I) 

Europa Zachodnia była wtedy rajem. Dla nas, potomków powstańców warszawskich, wygnańców z Kresów polskich zduszonych przez potęgę Związku Radzieckiego, przez sfałszowane wybory. Dla studiujących z „punktami za pochodzenie” dzieci zubożałych przez socjalistyczną utopię warstw polskich chłopów, robotników i bezpunktowych dzieci „inteligencji pracującej”, która się jeszcze ostała po Katyniu i morderczych akcjach antyinteligenckich obu najeźdźców, po wywózkach na Sybir, do Auschwitz, do Dachau, Gusen i Ravensbrück. Po ucieczce najzdolniejszych i najenergiczniejszych wyciekających latami na Zachód, do Ameryki tej czy innej, Australii i innych przyjaźniejszych ziem. 

W latach siedemdziesiątych, mijając czym prędzej radziecki Berlin Wschodni, z Europy Wschodniej parły tam jak do Ziemi Obiecanej, tłumy młodych ludzi zza żelaznej kurtyny, którzy po latach oczekiwań i udręczeń urzędowych dochrapali się wreszcie paszportu. Władze dawkowały paszporty jak najdroższe leki, bo nie chciały, by ludzie zobaczyli, jak tam wygląda normalne życie i jak MOŻE u nas wyglądać.

W latach siedemdziesiątych XX wieku świat europejski był podzielony na dwa. Na zachodni i „socjalistyczny”. 

*

W 1966 roku w trzy czy cztery osoby wybraliśmy na studiach lektorat niemiecki. Do tej pory znaliśmy ten język tylko z filmów wojennych, gdzie gęsto padało „Hände hoch!”, „polnische Schweine”, „schissen”, „scheissen” itp. Znaliśmy historie wojenne z I i II wojny wszystkich członków rodziny i znajomych. Słuchaliśmy babcinych legend o Kraku i „Wandzie, co nie chciała Niemca”, uczyliśmy się o Bolesławie Chrobrym ukoronowanym diademem przez zaprzyjaźnionego cesarza Ottona III, o bitwie pod Grunwaldem i rozbiorach Polski. Ze zdziwieniem przyjmowaliśmy uwagi rodziców i dziadków, że uważają język niemiecki za piękny, i że Niemcy mają wspaniałą literaturę i muzykę, chociaż to naród butny i wywyższający się; a w ogóle Hitler był Austriakiem, dodawała babcia z zamyśleniem. Znaliśmy mnóstwo wspomnień i odpowiedniej literatury, ale w pewnym momencie chyba uznaliśmy, że ona pochodzi z Niemiec Zachodnich, bo w XIX wieku Weimar przecież sprzeciwiał się zaborom i był czym innym niż Prusy, choć w XX wieku wylądował razem z Turyngią w Niemczech Wschodnich. 

Na pierwszych zajęciach lektoratu padło parę podstawowych sformułowań niemieckich, kilkanaście słów. Nie mogliśmy znieść twardego akcentu lektora przy słowach „ich studiere” i temu podobnych niewinnych zwrotach. Zrezygnowaliśmy z niemieckiego, poprzestając na angielskim, łacinie i greckim z elementami hebrajskiego. Francuskiego uczyliśmy się wcześniej w domu. 

 Najbliżej Zachód to były Niemcy. Dwa państwa niemieckie, NRD i NRF, do 1970 roku, bo potem, po wizycie Brandta zaczęło się w prasie polskiej pisać RFN. RFN to był owoc powojennego karnego podziału Niemiec przez aliantów na cztery strefy – amerykańską, angielską, francuską i radziecką, choć Churchill doradzał profilaktyczne bombardowanie Niemiec co 50 lat. Trzy pierwsze weszły w skład RFN, z radzieckiej powstało państwo NRD. Związek Radziecki wprowadził w NRD na swoją modłę socjalizm, ustrój „szczęśliwości robotników i chłopów”. Zachodni alianci z kolei mieli uczyć Niemców demokracji i pokojowego nastawienia do innych narodów, zakazali armii, odbudowali im gospodarkę bogatym planem Marshalla i stworzyli warunki liberalnego rozwoju. 

W NRD, czyli państwie-członku podległej Związkowi Radzieckiemu grupy „krajów demokracji ludowej”, było ciut lepiej niż w Polsce pod względem ciuchów dla dzieci („samorosnące” z dzieckiem bluzeczki) i zaopatrzenia w żywność, choć kawa była tam wyjątkowo paskudna. Wyraźnie zaś gorzej było w NRD pod względem zamordyzmu; nieraz chodziliśmy pod Bramę Brandenburską od enerdowskiej strony, oglądać ślady ucieczek Berlińczyków wschodnich na zachodnią stronę. Chyba już wtedy Niemcy zachodni ustawili tam wielką tablicę, na której wyświetlali liczbę ofiar śmiertelnych wśród uciekinierów. Szło to w setki osób. Jak się okazało po zjednoczeniu w 1990 roku, społeczeństwo enerdowskie było przeżarte agenturą, zorganizowaną opresją i donosicielstwem. 

W 1972 roku Gierek na fali przemian politycznych z Grudnia 1970 dał Polakom coca-colę, odbudowę Zamku Królewskiego, papier toaletowy i masowo dostępne w ramach Sovjetzone wkładki paszportowe do NRD i na Bałkany oraz szerszy dostęp do paszportów na Zachód; wybrani, dość liczni, mogli otrzymać paszport z prawem wyjazdu turystycznego raz na rok na Zachód i prawo do zakupu 130 dolarów na pobyt, po cenie trzykrotnie wyższej niż kurs oficjalny, ale o połowę niższej niż kurs czarnorynkowy. Trudno sobie dziś wyobrazić, jak bardzo poprawiło to Polakom poczucie wolności i przynależności do Zachodu. 

Najważniejsze, że można było wyjechać choć na parę tygodni z PRL. Wykładali siedzenia swych małych Fiatów 125p namiotami, materacami dmuchanymi, kuchenką na tabletki spirytusowe i śpiworami, na górny bagażnik szły walizki czy plecaki, do bagażnika z przodu konserwy z mielonki i makaron na miesiąc pobytu, coś na sprzedaż na miejscu (na Bałkany perfumy „Być może” i pościel z polskiego płótna, na Zachód kryształy, polska czysta wódka, a jak się udało, to parę słoiczków kawioru), żeby wyjazd się „zwrócił”, i hajda, do Jugosławii, bo najtańsza, z żoną obok kierowcy i dwójką dzieci na tylnym siedzeniu. 

Niemała była też emigracja ówczesnej młodzieży na Zachód. Była powolna ale obliczano, że w ciągu 8-10 lat siedemdziesiątych wyciekło z Polski około miliona wykształconych młodych ludzi, a licząc rok 1981, gdy niemal wszystkim dano paszporty na „wsie strany mira”, było to może i ponad dwa miliony. Wyjazd na Zachód był mentalnym pożegnaniem z „socjalizmem”, możliwością zrzucenia choć na chwilę, choć na miesiąc czy dwa, okowów komunistycznej opresji, uwieńczeniem wieloletnich marzeń o podróżach, o wolności, i miejscem spełniania ich wreszcie szybko i w miarę bezboleśnie. Drzwi te zatrzasnął na kilka lat stan wojenny. 

W NRD wszyscy młodzi Niemcy marzyli o wyniesieniu się do RFN, do Niemiec Zachodnich, które oglądali w telewizji Springera, wyświetlającej gazetę elektroniczną na szczycie wieżowca koncernu na Kochstrasse, tuż obok Checkpoint Charlie, przejścia granicznego Berlin Wschodni-Zachodni w środku miasta. Zaraz po zjednoczeniu 3 października 1990 (od tej pory miałam kłopoty ze swą datą imienin, nie chciałam świętować dnia zjednoczenia Niemiec), wyniósł się do zachodnich Niemiec kto mógł, pozostawiając nawet całkiem dobre domy i zdając władzom przydziałowe mieszkania.

W Rosji nastała już wtedy pieriestrojka Gorbaczowa. Zimą 1989 w Polsce rozpoczęły się rozmowy okrągłego stołu i nastał opozycyjny premier, w Rumunii zabili Ceausescu a tamtejsza ambasada RFN wydawała masowo zachodnioniemieckie paszporty Niemcom wschodnim, wracającym z wakacji w Bułgarii i na Węgrzech. W końcu też byli Niemcami. W listopadzie 1989 padł mur berliński. 

A na razie, w latach siedemdziesiątych tam, w Berlinie Zachodnim, młodzież pragnęła pokoju. Nienawidziła wojny, działała w organizacjach pacyfistycznych. Władimir Bukowski, dysydent w ZSRS, napisał nawet ostrzegawczą broszurkę pt. Pacyfiści kontra pokój, wskazując, jak bardzo te ruchy zinfiltrowane są a nawet inspirowane przez Rosjan. 

Piękni, modni, w wygodnych butach, wypoczęci, dobrze odżywieni i zadowoleni z życia młodzi ludzie, którzy nigdy nie byli nazistami (a ich rodzice najczęściej nie wspominali, kim byli w młodości), chodzili czyściutkimi ulicami odbudowanego miasta, w 1945 roku zniszczonego przez aliantów. Tymczasem w 30 lat po wojnie ciągle miejscami w ruinach leżała Warszawa. Zajmowali się protestowaniem przeciwko kapitalizmowi i walką o socjalizm, dyskutowali o anarchistach i terrorystach z grupy Baader-Meinhof z Rote Armee Fraktion (RAF), czyli Frakcji Czerwonej Armii, zwalczali USA i kapitalizm; zwalczali też tradycyjne małżeństwa, kobiety żądały wolności od klatki Kirche-Kinder-Küche i jeżeli rodziły dzieci, to w wolnych związkach. Powstały pisma dla feministek, które walczyły o swobodę wyboru dla kobiet i wywalczyły prawo do usuwania ciąży, choć pod pewnymi warunkami. 

Niektórzy jeździli własnymi, zdezelowanymi, śmiesznie tanimi samochodami, takimi co to trzeba było się trzymać z całej siły kierownicy, żeby nie wypaść dziurami w zardzewiałej podłodze. Kosztował to ich parę, paręnaście wieczorów zmywania w nocnej knajpie. Samochód – marzenie każdego Polaka, który nie znał metra, tylko rozklekotany tramwaj czy autobus, a dla którego w kraju aptekarskie ilości siermiężnych Syrenek a potem maluchów Fiata 125p znajdowały się poza sferą jakiejkolwiek rzeczywistości; na wolnym rynku taki malutki Fiacik, w Polsce symbol rozpasanego dobrobytu, ale i wolności, kosztował kilkadziesiąt dobrych pensji i długo było na to stać głównie artystów i partyjnych. 

Ta miła i piękna, życzliwa młodzież paliła hodowane na parapetach zakazane „trawki” własnej produkcji, symbol zachodniego zawrotu głowy wolnością. Transwestyci „ujawniali” się i pracowali w kabaretach jako tancerki. Wieczni studenci na niekończących się kolejnych stypendiach, w cywilu niedzielni kucharze i kelnerzy, których za pracę weekendową w całonocnych knajpach stać było na pokój w komunie i utrzymanie przez resztę tygodnia, mieszali się z transwestytami, łysymi misjonarzami Hari Kriszny i demonstrującymi Kurdami, tworząc barwny i przyjazny tłum. Nienawidzili mieszczańskiego stylu życia, który kazał rodzinom zmieniać co trzy lata umeblowanie i zasłony, wyrzucać używane krótko pralki i lodówki, zarazem oszczędzać i jeszcze raz oszczędzać każdą „mareczkę”. Polacy zabierali potem ze śmietnika lub wprost z ulicy te zupełnie dobre kanapy, stoły, fotele i szafki kuchenne do Polski. 

Dyskutowali o modnej w tych latach książce Alice Miller „Gdy runą mury milczenia”, o prawach dziecka, o strasznych losach dręczonych dzieci, z których wyrośli zbrodniarze jak Hitler czy Ceausescu. Szukali przyczyn okropności hitleryzmu w bajkach braci Grimm, które od stu lat wpajały niemieckim dzieciom lęki i wzory przemocy w opowieściach o czarownicy, co paliła dziećmi w piecu, i o królu, co więził swą piękną córkę na wysokiej szklanej wieży, żeby nikt do niej nie dotarł. Odreagowywali przeszłość swoich dziadków i rodziców, którzy urządzili Europejczykom krwawą łaźnię I i II wojny światowej. 

Z wystaw wylewały się sterty coraz to nowych i modnych bajecznie kolorowych ubrań, a ze sklepów z żywnością stosy rzadko widywanych w Polsce szynek, pęta kiełbas, czerwone jak komunizm mięso, które w Polsce wkrótce miało być na kartki z 2,5 kg miesięcznego przydziału; sery francuskie, holenderskie, owoce z całego świata 

i kawa, kawa! W Polsce w drugiej połowie lat 1970. władze wymyśliły „brazylijkę”, mieszankę kawy prawdziwej ze zbożową, niektórzy uważali, że ze znacznym dodatkiem kory brzozowej, jednakże szybko zrezygnowały z tego erzacu. Kawiarnie i cukiernie często były własnością byłych służb milicyjnych, które przechodziły na emeryturę po 15 latach pracy i miały specjalne prawa własności w kraju o teoretycznie zniesionej własności prywatnej. 

Rodził się zupełnie nowy styl życia. Wolność, wolność! Wieloosobowe komuny seksualne albo chociaż przyjacielskie, hodowle kilkumetrowych krzewów marihuany na parapetach starych śródmiejskich kamienic w sektorze amerykańskim i francuskim. Coraz liczniejsze parady homoseksualistów, podczas których na ulicach bębniła z gigantofonów najnowocześniejsza muzyka, wywieszających sześciobarwne tęczowe ręczniki na balkonach swych mieszkań, nie budziły specjalnych refleksji a coraz liczniejsze zastępy imigrantów z różnych stron świata pytań o dalsze demograficzne losy kulturalnej Europy. Nie budziły zdziwienia niewielkie ciemne kina z filmami pornograficznymi, łagodnymi zresztą w porównaniu z tym, o czym opowiadali ci, co byli w Szwecji. 

Wszystko było wspaniałe. Co pewien czas szum ulicy zakłócał ogłuszający ryk lśniącego ostrą zielenią niewielkiego czołgu amerykańskiego, na którym siedzieli podobni młodzi ludzie, błyskający wspaniałymi białymi zębami. W bazach amerykańskich po znajomości można było załatwić sobie amerykańską pastę do zębów i także lśnić.  

 

 

Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (4 głosy)

Komentarze

... bez zmian".

Ps, czekałem w napięciu na puentę. Chętnie bym się dowiedział co Autorka miała na myśli.

Pozdrawiam serdecznie.

Vote up!
0
Vote down!
0

Apoloniusz

#1671541

Dopisałam, że to wspomnienia, że było dla Pana jasne. Na razie nie ma pointy, ot tak snuję przy kominku albo i bez

Vote up!
0
Vote down!
0

Teresa Bochwic

#1671550

Warto przy okazji tego opisu Niemiec zauważyć, że pod względem liczby wyznawców islamu oni mniej więcej w 1961 roku byli w takim stanie, w jakim my dziś jesteśmy. W 1987 doszli już do poziomu 2,7% muzułmanów w RFN. Dziś mają ich tylu, że już tworzą nieformalne szariackie kalifaty w postaci stref no-go, a w ciągu dekady te kalifaty będą już duże i praktycznie niepodległe. Gdyby u nas rozwijało się to w takim samym tempie, to mamy jeszcze na to 50 lat. Ale to tak samo oczywiście nie będzie. 

Za 10 lat Niemcy będą masowo do nas uciekać — a będą to najbogatsi, najbardziej wykształceni rdzenni Niemcy, bo islamiści będą takich mordować w pierwszej kolejności. Tych głupszych i biedniejszych uczynią niewolnikami w swoich haremach. Więc już dziś powinniśmy uczyć się jak asymilować Niemców w Polsce. Mamy w tym bogate doświadczenie z czasów zaborów, gdy trwała germanizacja. Niemieccy osadnicy przyjeżdżali wtedy do Polski, by nas zniemczyć, a skutek był odwrotny, to oni się polonizowali. Teraz musimy to umieć powtórzyć i przygotować się na dużo większą skalę tej niemieckiej imigracji. Niemcy już dziś powinni się uczyć polskiego i przyjaźnić się z Polakami, którzy u nich mieszkają, bo ci będą ich do nas wprowadzać.

Vote up!
2
Vote down!
0

Pozdrowienia,

Grzegorz GPS Świderski

#1671547

ale szczególnie dziękuję za książkę "W rytmie Polski" o moim warszawskim profesorze Witoldzie Rudzińskim. Żona studiowała u niego kompozycję. Oboje byliśmy zauroczeni tym człowiekiem mówiącym z lekkim wileńskim akcentem, niesłychanie sympatycznym, ale przede wszystkim kochającym muzykę fachowcem.
Jan Martini

Vote up!
1
Vote down!
0

Leopold

#1671548

Miło mi bardzo. Ojciec po przyjeździe z Wilna do Warszawy podobno miał znacznie bardziej kresową wymowę, z twardym ś itd. Ale ciotki mi opowiadały, że bardzo starał się tego pozbyć. Został wspaniały, miękki lekko wileński akcent z doskonałą dykcją.

Vote up!
0
Vote down!
0

Teresa Bochwic

#1671551

Ładna retrospektywa. Też tak te czasy pamiętam. „Szli na Zachód osadnicy szlakiem Wielkiej Niedźwiedzicy”, ...czy coś w tym rodzaju. Na Wschód i tak nie było ani po co, ani jak się wybierać. Wyjątek stanowiły akademie wojskowe i ideologiczne kuźnie kadr dla wybranych kandydatów. Pewnie potomków tych, którzy wcześniej przyszwędali się do nas z Czerwoną Armią. A po studiach w CCCP wrócili do Polski z radzieckimi żonami.

Zachód kusił nas w tamtych czasach swoim dobrobytem oraz wolnością. Parcie w tamtym kierunku było ogromne, a możliwości wyjazdu niewiele. Zachódu można było napatrzeć się do syta dopiero przy okazji napotkania gości z wolnego świata. Człowiek oglądał się za autami na zachodnich numerach rejestracjnych i myślał sobie: a może to szpieg? To smutny skutek ideologicznego zaczadzania mózgów dzieciom już od pierwszych lat szkoły podstawowej. Moją nauczycielką od rosyjskiego była przywieziona z indoktrynacją Rosjanka z Leningradu.

O dalszą edukację światopoglądową dbała już telewizja czarno-biała, zachodnie filmy, rozgłośnie radiowe o zakazanych przekazach oraz szeroko pojęta popkultura. Im bardziej urzędowo potępiane i niszczone, tym bardziej nam to smakowało. Wraz z powstaniem Solidarności – pierwsza nadzieja na nomalność. Stan wojenny. Okrągły Stół. Rozpad CCCP. Zjednoczenie Niemiec. Wejście do Unii Europejskiej – druga nadzieja na normalność. Obie nadzieje szlag trafił. Okazały się blefem, manewrem kliki trzymającej pazernie władzę.

Z perspektywy lat widać, że cele klik trzymających władzę wcale się nie zmieniły, a jedynie ich metody ulegają stałej ewolucji, dopasowaniu do nowych warunków. Zarówno tu jak i tam. Chiny cały świat podbijają poprzez wymuszanie tzw. „pomocy” gospodarczej i finansowej. Muzumanie chcą tego samego drogą rozmnażania się w krajach udzilających im gościny. Szwecja, Belgia, Holandia i Niemcy są na to dowodem. A wszelkiej maści neomarsiści dokonują tego drogą likwidowania państw narodowych. "Ein Volk-ein Reich-ein Führer".

Vote up!
0
Vote down!
0
#1671552

  Pani Tereso wielkie podziękowania za artykuł. Dodałbym, że w latach 80-tych polska wówczas bezpieka masowo usadawiała w Niemczech TW, aby do dzisiaj manipulować Polonią w Niemczech. Do dzisiaj tam trwają ci płatni słudzy czerwonego reżimu. 

Vote up!
1
Vote down!
0

ronin

#1671554

Hoho, nie tylko w Niemczech, a w Kanadzie! Masę ich powróciło, osadzając tam na miejscu swoje dzieci, niekoniecznie służbowo związane, ale dzieci to dzieci.

Skądinąd zabawne, że swoje dzieci wysyłali jak najdalej od uszczęśliwianych stale ziem w Europie Wschodniej. 

Vote up!
0
Vote down!
0

Teresa Bochwic

#1671556