Wspomnienia polskiego biznesmena - część 2

Obrazek użytkownika Ł-H
Blog

W poprzedniej części

http://niepoprawni.pl/blog/1696/wspomnienia-polskiego-biznesmena-czesc-1

Nowa firma miała czterech udziałowców. Oprócz "X", byłego wojskowego, i mnie, niedoszłego nauczyciela, udziały wnieśli jeszcze... lekarz i taksówkarz. Wszyscy rekrutowaliśmy się z najbliższego otoczenia "X". Już na początku zaiskrzyło, bo "X" chciał, tradycyjnie, wnieść swój udział aportem, w postaci tysięcy opakowań nieszczęsnych puzzli z Trójmiasta. Mądrzejsi o obserwacje działalności poprzedniej firmy "X", odmówiliśmy i gotówka się znalazła.

Kapitał zakładowy nowej spółki wynosił milion złotych, po 250 tysięcy na każdego z udziałowców. Nie było to dużo, ale nie było to też mało - statystyki mówią, że średnie wynagrodzenie miesięczne wynosiło wtedy ok 50 tysięcy zł, ale ja pamiętam, iż dominowały wypłaty rzędu 20-25 tysięcy.
Na pewno jednak nie była to kwota symboliczna, jak w przypadku większości powstających wtedy prywatnych spółek z o.o.
W akcie notarialnym, przez dobre trzy jego strony ciągnęło się wyszczególnienie zakresu działalności naszej firmy. Czegóż tam nie było...
Produkcja, handel, usługi, pośrednictwo - od artykułów przemysłowych i spożywczych, przez np. hotelarstwo czy ogrodnictwo i sadownictwo, po działalność armatorską i złomowanie statków. "X" przewidział wszystko, nawet prawo do występowania o zgodę na obrót koncesjonowany.

Nie przewidział tylko jednego... że będziemy patrzyli mu na ręce. W niektórych przypadkach nasza podejrzliwość chroniła nas przed filozofią handlową "X" wyrażającą się słowami "Dużo kupić na kredyt, a potem jakoś to będzie". W niektórych skutkowała odpuszczaniem świetnych - dziś to wiem - pomysłów, bo co by o "X" nie powiedzieć, to wyobraźnią biznesową przerastał nas - pozostałych wspólników - o epokę. A dokładnie o jakieś dziesięć lat
Doskonale obrazuje to np. odrzucony pomysł kupna na wybrzeżu kilku wycofanych z użytkowania wodolotów, przetransportowania ich do dużych miast w centralnej i południowej Polsce, i urządzenia w nich restauracji z dyskotekami. Rozumiecie? Za "komuny"! W zdominowanym przez kryzys, schyłkowym okresie PRL-u, wydało się to nam czymś niewyobrażalnym, niemal niedorzecznością. A szkoda...

Siłą rzeczy tzw. Zgromadzenia Wspólników Spółki zdominowane były przez spory i kłótnie. Osiągane przez firmę zyski były dalekie od naszych oczekiwań i powoli wszyscy zaczynaliśmy mieć dość wspólnego zarabiania pieniędzy. Jednak moment przełomowy nadszedł szybciej, niż sądziliśmy.

Późną wiosną 1989 na widnokręgu pojawiła się duża firma z Holandii, produkująca i dystrybuująca po całym świecie wyroby, pamiątki i dzieła sztuki o charakterze marynistycznym. "Wynalazł" ją oczywiście "X", kiedy szukała w Polsce producenta dębowych ram do obrazów.
Nie pytajcie, dlaczego zamiast do producenta, trafili do nas, czyli do pośrednika, bo sam tego nie wiem. Takie to były po prostu dziwne czasy...
Kalkulacje, pertraktacje i biznesowe "obiado-kolacje" zaowocowały obietnicą bajecznego kontraktu, który wydawał się być na wyciągnięcie ręki.
W międzyczasie, by uwiarygodnić się w oczach Holendrów i wzmocnić swą pozycję przetargową, zakupiliśmy pod Warszawą kilkanaście metrów sześciennych dębiny. Wysokogatunkowej, "sezonowanej" przez wiele lat i... drogiej jak nieszczęście. Utopiliśmy w niej cały kapitał firmy, ale w końcu szczęśliwie spoczęła w magazynach wielkiej stolarni, która miała dla nas wykonać owe ramy do obrazów.
I wtedy właśnie Holendrzy się wycofali...

Zaistniała sytuacja wydawała się być patową. Absurdem było dzielenie posiadanej dębiny i obdarowanie każdego wspólnika kilkoma kubikami drewna "na nową drogę życia". Również próby jej odsprzedania "na szybko" spełzły na niczym, bo oznaczały ogromną i trudną do przełknięcia dla każdego z nas stratę finansową. Ktoś musiał ustąpić. Tym kimś zdecydowałem się być ja...
Szybki "objazd" najbliższej rodziny zaowocował pożyczkami od matki i dziadków. Dzięki nim spłaciłem pozostałych wspólników. W międzyczasie zwolniłem pracowników, pozbyłem się magazynów i biura, a siedzibę firmy przeniosłem pod adres domowy. Zostałem sam.
Sam na sam z kilkunastoma metrami sześciennymi dębiny.
Było lato 1989. Za miesiąc miało zacząć się w Polsce tzw. urynkowienie. 1 sierpnia 1989 miano spuścić ze smyczy demona w postaci uwolnienia cen.

Na początku był pomysł. Szukając sposobu na zagospodarowania nieszczęsnej dębiny przypomniały mi się uwagi pracowników sklepów zabawkarskich czy księgarni z czasów handlowania puzzlami sopockiego Trefla. O braku na rynku prostych zabawek dla najmłodszych dzieci. A potem przypomniały mi się klocki z mojego wczesnego dzieciństwa - taki komplet kilkunastu kolorowych niewielkich sześcianów, prostopadłościanów, ostrosłupów, mostków. To było to - postanowiłem zostać producentem zabawek dla dzieci.

Wymogi proceduralne szybko sprowadziły mnie na ziemię, weryfikując zamierzenia. Okazało się bowiem, że zgromadzenie wszystkich zezwoleń, wyników badań i atestów, mających zastosowanie przy produkcji zabawek dla dzieci, zabierze co najmniej kilka miesięcy. A ja nie mogłem czekać.
Biły we mnie koszty magazynowania drewna w stolarni, terminy zwrotu zaciągniętych u rodziny pożyczek, a ja sam, wraz z żoną i dzieckiem, pozostaliśmy właściwie bez środków do życia.
Cóż było robić? Zdecydowałem się na produkcję klocków w takiej formie, która starania o dopuszczenia do handlu ograniczała do minimum, a więc bez użycia jakichkolwiek farb czy lakierów. Dodatkowo wyrób musiał być oznaczony adnotacją "Dla dzieci powyżej 3 roku życia".
Ot, kilkanaście wyszlifowanych brązowo-szarych klocków różnego kształtu w tekturowym pudełku formatu między A5 a A4. Wizualnie był to koszmarek...

Produkcja ruszyła. W międzyczasie, w "zaprzyjaźnionym" zakładzie poligraficznym, zleciłem wykonanie pudełek. Aby zminimalizować koszty, konfekcjonowanie wziąłem na siebie. Opakowania i gotowe klocki zwoziłem samochodem do domu, po czym wraz z żoną siadaliśmy do ich pakowania.
Już na samym początku spotkała nas niemiła niespodzianka. Czy to ja dokonałem błędnego pomiaru, czy to przy produkcji pudełka ujęto "milimetr", a może stolarnia ten "milimetr" dodała, fakt faktem, że klocki się w pudełku nie mieściły. A ściślej "rozsadzały" pudełka, które pękały na brzegach.
Zanim udało mi się skorygować wymiary w stolarni, kilkaset pierwszych pudełek musieliśmy z żoną dodatkowo oklejać taśmą klejącą, by nie rozlatywały się w rękach.

Akwizycji i dostaw towaru dokonywałem osobiście. Pakowałem swego "malucha" po dach i ruszałem w miasto. Sklepy z zabawkami, księgarnie, kioski "Ruchu"...
Początkowo brano ode mnie po dwa, trzy opakowania "na próbę" ale satysfakcjonujące rezultaty przyszły praktycznie natychmiast.
Paradoksalnie pomogło mi wspomniane wyżej "urynkowienie", kiedy to ceny w Polsce poszybowały w górę. Ja zostałem przy swojej starej cenie, dzięki której moje klocki stały się z miejsca "cenowym" hitem. Bo hitem jakościowo-estetycznym na pewno nie były.
Mimo wszystko jednak, do dziś niezrozumiałym dla mnie jest, jak w przeciągu zaledwie dwóch miesięcy zdołałem sprzedać kilka tysięcy ich opakowań.
Dzięki temu nie tylko odzyskałem "zamrożone" w drewnie pieniądze, co pozwoliło mi spłacić zaciągnięte na spłatę byłych udziałowców pożyczki, ale i sporo zarobiłem. Jakieś kilkaset procent
To pozwoliło mi z dużym optymizmem spojrzeć w przyszłość i z bliska przyjrzeć się branży, która mnie właśnie zainteresowała. Poligrafii...
Była jesień 1989

CDN

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Z zainteresowaniem przeczytałem pierwszą część, a z jeszcze większym drugą.
Jako że temat biznesu prowadzonego w latach '80 i do połowy lat '90 w Polsce znam z autopsji, dlatego w kwestii zakładania spółek mam swoje zdanie: - umiesz liczyć? - to licz... na siebie.
Przypuszczam, że to nie koniec Twoich kłopotów, bo poligrafia słynie z tego, że zlecenia otrzymuje z reguły falowo. Zastój, prawie zero zleceń, a za miesiąc człowiek w domu jest gościem i ledwo się "wyrabia" z realizacją zleceń. Ale o tym - mam nadzieję - dowiem się zapewne z części trzeciej.

Pozdrawiam z 10, Satyr   
________________________ 
"I złe to czasy, gdy prawda i sprawiedliwość nabiera wody w usta".  
(ks.J.Popiełuszko)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#313485

Osobiście drugą część uznałem za słabszą, ale żeby zachować przejrzystą dla czytelnika chronologię wydarzeń i dać punkt wyjścia do części trzeciej musiałem te kilka miesięcy 1989 roku opisać.
Teraz już będzie tylko ciekawiej.
To znaczy, mam taką nadzieję, że będzie... :)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#313494

Jeśli kiedyś się odważę na samodzielny wpis, opowiem swoją historię. Czytając tę historię - myślę sobie: nie ja jedna....

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Bóg - Honor - Ojczyzna!

#313507

Dziwię się Tobie, że ograniczasz swoje wpisy tylko do komentarzy. 
Więcej odwagi koleżanko! Czas najwyższy popełnić obszerny artykuł.
A masz o czym pisać, - w to nie wątpię. 

Pozdrawiam, Satyr 
________________________ 
"I złe to czasy, gdy prawda i sprawiedliwość nabiera wody w usta".  
(ks.J.Popiełuszko)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#313525