Dziennikarzu Wyborczej, żyj i daj żyć innym...

Obrazek użytkownika Nerwowy
Sport

Ciągle nie możemy się zdecydować - czy dziennikarze "Gazety Wyborczej" te wszystkie kretynizmy o kibicach wypisują sami z siebie, nadgorliwie chcąc się wkupić w łaski szefostwa i starając się wyczuć, czego to szefostwo może oczekiwać, czy też mamy do czynienia ze zorganizowaną, ręcznie sterowaną przez górę akcją? Zastanawiamy się - czy pismacy klecą te artykuliki sami z siebie, sądząc, że właśnie naprawiają świat, czy też ich karki są naginane przez stanowczego przełożonego? A może to pełna symbioza? Może jeden chce to pisać, a drugi chce to czytać, bo dobrali się jak w korcu maku?

W poprzednim tygodniu sypnęło artykułami, że przeklinają mieszkańcy Gdyni i że o dziwo zaczęli przeklinać mieszkańcy warszawskiego Muranowa, teraz red. Grzegorz Szymanik też napisał wielki reportaż o tym, że ludzie używają brzydkich słów.

Już, do kurwy nędzy, przeklnąć nie można?

Przeklinają przecież wszyscy, a jeśli nie wszyscy - to większość. Przeklina też Adam Michnik, naczelny "GW". W minutę można przecież znaleźć wywiad z tą ikoną "Gazety", a w nim takie słowa jak "kurwa" oraz "skurwiały", które zostały puszczone drukiem w Polskę (od razu zastrzegamy: nie ma w tym niczego złego, bo nic nie ożywia tak dobrze tekstu jak idealnie wpasowany wulgaryzm). Czy dziennikarzom można przeklinać na papierowych łamach, a kibicom nie można na stadionie? Jak świat długi i szeroki, w teatrach siedzi się cicho, w tramwajach czyta gazety, na koncertach śpiewa, w kawiarniach plotkuje, w kościołach modli, a na stadionach przeklina. Każde miejsce ma swoją specyfikę. Jeśli specyfika stadionowa red. Szymanika aż tak bardzo boli i jeśli wywołuje aż tak wielki niesmak, to wniosek jest prosty: jest zbyt wrażliwy, by chodzić na mecze piłkarskie. Prostacka rozrywka polegająca na oglądaniu meczu i emocjonalnym wyrażaniu swoich poglądów na temat boiskowych zdarzeń i na temat przeciwnika widocznie nie jest dla niego, ale wciąż znajduje szerokie grono odbiorców. To chyba dobrze, że każdy w dwumilionowym mieście może znaleźć coś dla siebie.

Dziennikarz "GW" wychodzi jednak z założenia, że jego szanowne uszy i jego arcygust nie powinny być narażone na kontakt z czymś tak obrzydliwym, jak przekleństwa i że pewnie ktoś o jego wrażliwą psychę powinien zadbać (najlepiej odpowiednim dekretem). Kiedy do gazety dodawano filmy pełne przekleństw i przemocy, to wszystko było w porządku, ale już emocje stadionowe godne są całkowitego potępienia? Tak trudno zrozumieć, że jak kogoś mierzi sztywna atmosfera w operze, to nie idzie (zamiast krzyczeć "śpiewaj, kurwa, coś żywszego"), a jeśli nie lubi ryku tłumu na meczu, to np. wybiera wraz z kolegą gejem na pokaz mody Arkadiusa?

Chcesz pooglądać cycki, kupujesz "Twój weekend", a jak chcesz poczytać smuty - sięgasz po "GW". To takie dziwne, że ludzie mają różne potrzeby i że co innego ich pociąga, co innego bawi? My uważamy, że mecz bez przekleństw jest niepełny, że nienawiść do przeciwnika to kwintesencja futbolu i nie wyobrażamy sobie, że można wypowiedzieć inne słowo niż "kurwa", gdy napastnik nie trafia do pustej bramki. Nie wyobrażamy sobie też, że można iść do opery i słuchać niezrozumiałego wycia, ale doskonale rozumiemy, że są ludzie, którzy mają dokładnie odwrotnie. Ani nie są gorsi, ani lepsi.

Rzućcie okiem na twórczość red. Szymanika.

"K...y" ciche. "K...y" głośne. Krzyczane przepitym głosem. Albo takim dziecinnym, jeszcze przed mutacją. "K...y" zaśpiewane i "k...y" wołane. Ze złości albo z radości. Przez cały stadion. I przez piłkarzy też.

Zaraz zaczynamy. Witamy, k...a, na piłkarskim święcie Warszawy.

Emocje nakręcały się na wiele dni przed meczem: "Oczekuję 11 żółtych kartek, co najmniej dwóch czerwonych, rozbitych łbów, zakrwawionych nosów i kilku połamanych nóg po drugiej stronie. Macie wyjść i wjechać w tych pedałów jak pitbull w kurnik. Wślizg, kosa, kosa, wślizg" - pisali na forach fanatycy Legii.

(...)

Stadion powoli się zapełnia. "Kurwa! Schowajcie te flagi, jeszcze nie teraz" - krzyczy przez megafon "gniazdowy" na Żylecie.

1400 kibiców Polonii (tych, którzy przyszli na Legię jest ponad 20 tys.) ściśniętych jest w rogu trybuny po przeciwnej stronie.

- Polonia K, Polonia S, Polonia zawsze k...ą jest! - śpiewają na ich widok legioniści z Żylety.

- Bardzo, bardzo was proszę - mówi meczowy wodzirej - nie zajmujcie się drużyną gości. Oni mają swoich kibiców!

-...urwą jeeeest! - ciągną swoje kibice.

Już za chwilę mecz. 13-letnia Weronika Wojtaszek z sekcji gimnastyki artystycznej Legii śpiewa "Sen o Warszawie", ale zagłuszają ją tysiące wytrenowanych gardeł.

"Jedna jest siłą w tym mieście" - rozwijają wielki transparent na górze trybuny północnej.

Pod napisem dziesiątki zielonych i czerwonych flag układają się w imponującą, ogromną "Legię". A pod flagami jeszcze: "To jest Potęga. A wy kim jesteście?"

- Kurwy! - rozwiązują zagadkę kibice z Żylety.

Polonia po drugiej stronie też stara się rzucać swoje mięcho, ale zaraz są zagłuszeni dziesięć razy głośniejszymi "k...ami" kibiców Legii.

Mecz się rozpoczął, ale na razie gra się ślimaczy. Dużo bardziej gorąco jest między kibicami. - Polonia śmiecie, z Warszawy nie wyjedziecie! - śpiewają kibice, choć to chyba trochę bez sensu, skoro Polonia jest z Warszawy i nigdzie nie chce wyjeżdżać.

- Polonia, Polonia - krzyczą kibice Polonii.

-To kurwa, to kurwa - dodają kibice Legii. Skaczą, śpiewając "la la la", aż trzęsą się i trzeszczą trybuny. "Mistrzem Polski jest Legia" W tramwaju jest tłok, w pociągu jest tłok, kibice na Legię jadą" - krzyczą. Akcje Polonii komentują "Ale się kurwie trafiło".

Facet ma ewidentnie problem sam ze sobą. Jedyne, co zapamiętał z meczu, to że ludzie przeklinali. Nikt nie dostał w zęby, nikt nikogo nie pobił, nikt nie rzucił policjanta krzesełkiem w łeb. Poleciało kilka "kurew", które z taką skrupulatnością dziennikarz wynotował. Naprawdę - są tysiące, dziesiątki tysięcy ludzi, którzy z tego spotkania zapamiętali co innego. Są ludzie, którzy przeżyli fantastycze emocje, radości, chwile zwątpienia i triumfu. Są ludzie, którzy na ten mecz czekali tygodniami i wcale nie czują się rozczarowani. Wręcz przeciwnie.

Czy ktoś by się zdziwił, gdyby się okazało, że ów redaktor musiał w poniedziałek udać się do jakiegoś sanatorium w celu podleczenia skołatanych nerwów? To musi być facet, któremu w szkole zabierano kanapki i który do dziś w tylnej kieszeni nosi grzebień. Ale mamy też do czynienia ze swoistym paradoksem. Redaktor "GW" poszedł na mecz w celu policzenia przekleństw, a potem upchnął, ile się da w krótkim tekście. Taki był wstrząśnięty tym, co wykrzykują zwykli ludzie, że aż postanowił robić na tym pieniądze i stworzyć poradnik przeklinania. Teraz już co tydzień będzie chodził na mecze, by wynotować wszystkie brzydkie słowa, a następnie podsunąć pod oczy tym, którzy stadionów nie odwiedzają? On z bluzgami walczy czy je propaguje?

Poszedł na mecz, na którym była znakomita atmosfera, i notował słowa zaczynające się na literę "k". Brawo. Wspaniała robota. Może bez sensu, ale skojarzyło nam się to z głupkowatym dowcipem, który wczoraj przeczytaliśmy. Przychodzi facet do sklepu meblowego i mówi:
- Interesują mnie drzwi.
A sprzedawca na to: - No to gratuluję zainteresowań.

Ocena wpisu: 
Brak głosów