|
|
10 lat temu |
J23 |
Ciekawa ta teza Macdonalda: "nie wszyscy ż są antygojowcy, uczestniczą w agresywnej polityce etnocentrycznej, czy nawet zdają sobie z niej sprawę, ale praktycznie wszystkie ruchy/idee antychrześcijańskie, antybiałe są inspirowane i/lub mają na czele wiadomo kogo. Dotyczy to i komunizmu i odpowiedniej i prominentnej kinematografii, postmodernizmu, finansowości itp itd."
W powyżej zamieszczonym komentarzu wyłapałem, że Żydzi wchodzą w rywalizację w społeczeństwie przez relacje, a nie przez osobowość, czy ludzkie wartości. Nie przez rywalizację w dobru, a przez bycie lepszymi od potencjalnych rywali.
Teza Macdonalda to uzupełnia, że niekoniecznie odbywa się tu rywalizacja w dobru, a chodzi też o pozycję polityczną, o władzę, finanse. Do tego o możliwości stanowienia i rozsądzania prawa ale zwłaszcza o bycie w awangardzie wszelkich ideologii. Te zaś nie tylko że nie budują na dobru, to wyprzedzają i wszelkie zmiany w polityce, a więc i gospodarce i eknomii i mają niewątpliwie możnych sponsorów na tyle potężnych, by posługiwać się niemoralnymi środkami.
Wchodzą w rywalizację ale nie w dobru, a przez bycie lepszymi od potencjalnych rywali.
Na pozór pięknie, na pozór godne naśladowania. Tylko że "nasi" też bywają lepsi od potencjalnych rywali jednak odpadają Z KONKURENCJI. Przecież jasne, że te awanse są nienaturalne. Przecież tu jest kant. W gruncie rzeczy to te ich awanse muszą być promowane z zewnątrz, wspomagane i to Bóg wie za jaką cenę. Przecież tu się odbywa nie rywalizacja o to kto lepszy, a konkurencja do limitowanych dobr.
Logiczne, że zajmują lepsze pozycje wcale nie dlatego, że są dobrymi ludźmi, uczciwie docenionymi, tylko dlatego, że idzie za nimi wsparcie wspólnoty plemiennej, swoistej mafii.
Pytasz: "Poza tym czy byli renegatami? Mieli stanąć przeciw swoim?:))))"
A plecy, przywileje, łatwość karier, przyależność do elity? Przecież to wszystko korumpuje. W którymś momencie nastąpiło to ich sprzedanie się, ta rezygnacja z bycia dobrym człowiekiem, a więc i bycia żydem.
To się robi powszechne, więc i do tego się nie przyznają, ale to już nie żydzi. Widać tu analogię z jedną panią, która stwierdziła, że cnoty to ona nigdy nie straciła, tylko za każdym razem jej się przesuwa głębiej.
Pozdrawiam
miarka
|
|
Mowa nienawiści w Polsce |
|
|
|
10 lat temu |
J23 |
O, widzę, że poruszasz garść tematów od razu na serię dyskusji.
"Nie ma żydów złych ludzi". Taka teza świadczy, że prezentujący ją uważa żydów za nie tylko najdoskonalszą w stosunku do innych, ale wręcz doskonałą absolutnie część ludzkości.:))”
Ta teza ma swój kontekst, więc nie kpij. Nie ma też w niej nic o relacji do innych „części ludzkości”, więc nie uciekaj w manipulację przez przesadę i uogólnienie.
“Czy wobec tego goj pozostający w sporze np. sądowym z żydem, nie popełnia czynu moralnie odrażającego?”
Może tak być, jeśli np. katolik uznał żyda za dobrego człowieka i żyd się nie zmienił, tylko ten katolik i chce teraz tego żyda skrzywdzić i na drodze sądowej chce wyegzekwować jakieś roszczenia, chce go do czegoś “wydumanego” zniewolić...
To jednak nie ten przypadek. Problem jest w tym, że jak kogoś uznajemy za dobrego człowieka, a nie podziela on naszego systemu wartości, to wchodzimy z nim w relację tolerancji, a nie równouprawnienia. Zaś w ramach tolerancji to usiłujemy się dogadywać na drodze pozasądowej, bo tolerancja zawsze jest dobrowolna. Do tolerancji nikogo nie można zmusić, czy zobowiązać jakąś “poprawnością”.
Całe więc to rozważanie “sądowe” nie dotyczy “dobrych ludzi”. Warto tu zwrócić uwagę, że jak kogoś uznajemy za “dobrego człowieka”, to za takiego uważamy i siebie. Dopóki więc pozostajemy dobrymi ludźmi, żadne sądy nie są nam potrzebne.
Wejście w spór sądowy osób równouprawnionych (poza zakresem tolerancji “dobrego człowieka”) wymaga respektowania w nim uzgodnionego przez obie (wszystkie) strony systemu wartości. Państwa mają taki uzgodniony wiodący system wartości obowiązujący w wymiarze sprawiedliwości dla życia publicznego w tym państwie. Wtedy prawo jest stanowione według wymogów sprawiedliwości i innych ludzkich wartości wyższego rzędu i to w ich określonym hierarchiczym uporządkowaniu (w przypadku potrzeby dokonywania wyboru między wartościami za usprawiedliwione uznawane jest kierowanie się wartością wyższego rzędu – np pobudkami wysokimi czy niskimi). Prawo może być uznawane za sprawiedliwe tylko wtedy, kiedy ten wiodący system wartości jest dokładnie i jednoznacznie sformułowany, oraz sprawdzony w praktyce. Takimi bez wątpliwości są wartości katolickie.
Najgorzej jest w tych państwach (czy UE), gdzie nie ma wiodącego i jednoznacznego systemu ludzkich wartości (“wartości europejskie” to żadne ludzkie wartości, tylko kpina i ze sprawiedliwości, i z prawości, i z człowieczeństwa (w tym zwłaszcza ludzkiej godności i sumienia), a nawet ze świętości – to przywileje w randze “praw” i poprawności ideologicznych). W państwach, gdzie prawo może być stawiane ponad sprawiedliwością i wyższymi ludzkimi wartościami, a więc stanowione z z mocy prawa kaduka, z mocy widzimisię jakiegoś aktualnego kacyka. W państwach takich nie jest możliwe opracowanie jakiegoś spójnego systemu prawnego, więc rzędzi tylko “prawna” przemoc, terror, wymuszenia, szantaże i korupcja. Wtedy nie kończą się wyjątki i przywileje z nieodłączną dyskryminacją tych, co nie są tym objęci, z ogromną nadprodukcją aktów prawnych będącą efektem zbrodni korupcji urzędnika, czy prawodawcy (chwilowo nie karaną śmiercią ze względu na skalę tego zjawiska, oraz uchwalenie sobie przez skorumpowanych i zdrajców “prawa” znoszącego karę śmierci). Tu spory sądowe są trwałym elementem życia społecznego
“A może żyd, jest żydem gdy w sporze ma rację, a przestaje być żydem gdy nie ma racji (procesuje się z pozycji niedobrego). No ale może żyd który się procesuje i nie ma racji, wcale nie wie, że nie ma racji, więc moralnie wciąż pozostaje dobry? Może więc sądy powinny przyznawać zawsze rację żydom, przynajmniej w wątpliwych przypadkach.:)))”
Jak ktoś podający się za żyda procesuje się z pozycji “niedobrego” (...człowieka, choć człowiek, kiedy przestaje być dobrym człowiekiem, też przestaje być człowiekiem – w sensie pozbawienia się godności osobistej, a przy zachowaniu tylko godności osobowej), to nie jest żydem.
Można mieć rację w sporze, a nie być dobrym człowiekiem. Bo zależy o jaką rację chodzi. Dobry człowiek to kieruje się racjami dotyczącymi wartości, którym służy, a dopiero w drugiej kolejności potrzebami, które chce zaspokajać. Najpierw wartościami wyższego rzędu, póżniej niższego. Najpierw chce dawać coś od siebie, a w drugiej kolejności brać dla siebie; najpierw myśli o drugiej stronie związku w który wchodzi, a dopiero później o sobie; najpierw patrzy na potrzeby dobra wspólnego, a później na własne...
Cały czas mówimy o tym, że ktoś podający się za żyda żydem jest dokąd jest dobrym człowiekiem. Racją w sporze udowadniać swoją prawość to piękne, ale niepraktyczne. Swojego dobra, tak, jak i niewinności dowodzić jest najtrudniej. Wątpliwości przypisuje się z zasady na korzyść oskarżonemu, choć to nie zawsze słabszy, czy dyskryminowany. Sądy dzisiejsze kierując się prawem wcale nie muszą kierować się ludzkimi wartościami wyższego rzędu, czyli na różnym poziomie wartości określać, który sporny uczynek był dobry.
Kiedy ktoś idzie do sądu, zawsze uważa że został skrzywdzony i szuka sprawiedliwości. On wcale nie uważa się za dobrego człowieka, a tego, co go skrzywdził za złego
Oczywiście trzeba budować taki doskonały system sprawiedliwości, w którym rację zawsze będzie miał przyznaną człowiek, który w danej sprawie duchowo najdojrzalszy, nasprawiedliwszy, najbardziej prawy i najbardziej moralny, człowiek najgłębiej realizujący pokojowe współżycie między ludźmi, itd. itd., ale podkreślić trzeba, że w kwestii dobroci rację ma ten co nie chce dla siebie, a ten, co ustępuje, co ofiarowuje.
No ale co to są przypadki wątpliwe co do dobroci? Etyka żydowska jest pono dużo bardziej etnocentryczna niż indywidualistycznego człowieka Zachodu/ To jak uznać co dobre? Chyba trzeba zawsze więc przyznać rację żydom. I to nie tylko przed sądem:))
Myślę, że się mylisz. Etnocentryzm, to tylko zbiorowy egocentryzm. Etyka też to tylko normy, zasady, prawo. To wszystko jest nakierowane bardziej ku sobie, bardziej ku “brać” i “mieć”, ku relacjom, ku odczłowieczaniu człowieka, by szpanować, pysznić się, wywyższać bez autentycznych zasług, bez podstaw moralnych bardziej, jak to jest w cywilizacji Zachodu. To wszystko trzeba przezwyciężyć, by wyróść na dobrego człowieka. Zachód zaś to wartości, autentycznie ludzkie, obiektywne, spójne, hierarchicznie uporządkowane. Zachód też ma swoją etykę, ale od razu nastawioną na ofiary, poświęcenia służbę i dobro właśnie.
A propos tej absolutnej doskonałosci, przy niedoskonałości innych - to już chyba niedaleko do stwierdzenia, że goje to człekopodobne zwierzęta istniejące by służyć "niegojom":)). A przynajmniej, że istnieją rasy/grupy etniczne/religijne w sposób jeśli nie absolutny, to przynajmniej wyraźny, stojący wyżej niż reszta ludzkości?
Słyszałem o jakichś “rozważaniach talmudycznych” – czy to właśnie to ... – cała ta “pokrętna mądrość”, żeby zawsze dowodzić na swoją korzyść? Szukać swoich korzyści, nawet tam gdzie chodzi o pokazanie się jako dobry człowiek?
A czemuż to służą takie porównania? Pokazaniu, że wszystko jest względne, wyciągające racje i korzyści tam gdzie się chce i kiedy się chce? Po to, żeby pokazywać, że nie istnieją wartości trwałe, niezmienne, do których to jako ludzie musimy dążyć, dorastać, dojrzewać? Które to mają nas pociągać i przyciągać, oraz “równać w górę”, a to po to, żeby pokazywać i nam drogę do “równania w górę” tych wszystkich, od których jesteśmy wyżej, którzy z różnych powodów stali się słabszymi, chorymi, ofiarami nieszczęśść, chorób i ułomnośći, którym trzeba pomocy, by mogli wznosić się na wyższe poziom, poziom zdolności do życia samodzielnego, do rywalizacji z nami w dobru, a więc i w służbie wzajemnej? Czyż to w sumie nie jest destrukcyjne dla życia społecznego i samozatraceńcze?
Co może komuś przyjść z takiego “dobra względnego”, z samozadowolenia, z dyskontowania swoich chwilowych, a zwykle też niezasłużonych przewag i zdolności, a więc zamykania innym, ale przy tym i sobie drogi do rozwoju, do wzrostu w człowieczeństwie, do rozwoju dobrych cech i otwierania coraz to nowych dobrych możliwości? Skąd w ogóle ten jakiś samozachwyt, samozapatrzenie w siebie? Etnocentryzm tutaj to taki plemienny egocentryzm. Skąd pomysł, by dobro i wartości – wszystko widzieć jako względne, subiektywne, relacyjne?
Przecież w logice twojego, przedstawionego tu rozumowania, to nawet dobro skojarzone jest z racją, ze stawianiem “na swoim” (uwaga – chodzi racjonalizm, nie realizm, który wiąże się z dobrem, a więc o który tu powinno chodzić), z interesem, kiedy interes to w ogóle kwestia polityki, a nie świata wartości, kóremu świat polityki w tym interesu winien jest służbę; kiedy dobro w ogóle zaczyna się od wzniesienia się nad wszystko, co egoistyczne, etnocentryczne i w ogóle interesowne.
A nibyto skąd miałaby się brać ta “absolutna doskonałość, przy niedoskonałości innych”? – jakaś kuriozalna, bo absolutna, a więc obiektywna i jako wartość bezwzględna, czyli w atrybutach boskości, w atrubutach substancji duchowej, w atrybutach osoby, a zaraz widząca to jako jedynie relację i to względem bytu niższego rzędu według swojego osądu? To już miałoby się być lepszym od kogoś, żeby już zasługiwać na miarę dobrego? Czy to nie ślepa uliczka nazywania dobrym “miejszego zła”, a więc jednak zła. Tragizm tego myślenia i takiej postawy duchowej widać zwłaszcza jak się popatrzy na zło jako brak dobra. Wtedy w miejsce dobra w naszych konstrukcjach wchodzi jego brak, czyli dziura, czyli brak ciągłości duchowej, a w rezultacie w pewnym momencie konstrukcja zawiedzie, rozsypie się, nie będzie miała spójności. Co z takiego dobra, które jest tylko lepszością od czegoś czym się pogardza? Owszem, są sprawy, którymi pogardzać trzeba – np grzesznymi , obrzydliwymi, wynaturzonymi, czy niemoralnymi propozycjami, ale czyż ta pogarda, te niegodne propozycje, które odrzucamy czynią nas choć odrobinę lepszymi? Lepszymi jak byliśmy dotąd? Bo czyż można być lepszym od drugiego człowieka? Czyż drugi człowiek to nie inny świat? Czyż można pogardzać drugim człowiekiem? Czyż można pogardzać tym grugim światem, światem, którego się nie rozumie?
Tak w ogóle, to wróciliśmy do tematu wyjścia, bo są też sprawy, których trzeba nienawidzić, zwłaszcza zło, ale czyż można nienawidzić drugiego człowieka, “drugiego świata”? Czyż na tej drodze można stać się choć troszkę lepszym?
Czyż być dobrym człowiekiem, to nie robić wszystkiego, co w naszej mocy, by tego drugiego człowieka, którego mamy pokusę nienawidzić, którym pogardzać podnosić do rangi brata, równać w górę, pomagać być pełniejszym, dojrzalszym człowiekiem?
Wydaje się, że próbka “żydowskiego” myślenia, którą tu przedstawiłeś pokazuje jak trudną drogę musi przechodzić żyd, by stac się dobrym człowiekiem.
Pozdrawiam
miarka
|
|
Mowa nienawiści w Polsce |
|