Grząskie meandry poprawności

Obrazek użytkownika Generał Rokurota
Blog

Grząskie meandry poprawności.

czyli

Nie tylko o Pannie Annie Grodzkiej po raz wtóry.

      Całkiem niedawno, dosłownie na dniach, federalny sędzia zadecydował, że Robert „Michelle” Kosilek nie może być dłużej poddawany okrutnemu i nadzwyczajnemu karaniu (ósma poprawka do konstytucji amerykańskiej się tu ukłoniła) i należy mu się operacja zmiany płci, jak, nie przymierzając, psu buda. Łańcuch doliczony został gratis.

       Wiwaty radości w obozie postępu i wszechjasnogrodu ani na chwilę nie były tonowane przez fakt, że ów Robert („Michelle”) Kosilek jest zabójcą własnej żony. Zabójstwo zostało dokonane z premedytacją i ze szczególnym okrucieństwem, jak ustalił sąd w 1993 roku skazując go na dożywocie. Zabójstwo trzydiestosześcioletniej Cheryl zostało dokonane w piękną, prawdopodobnie, majową niedzielę 1990 roku za pomocą pętli z kawałka drutu. Ciało porzucił we własnym samochodzie na parkingu supermarketu. Później, taksówką, pojechał do domu, aby, wieczorem, odegrać przed policją rolę męża zaniepokojonego brakiem powrotu do domu swojej żony. Ona tymczasem czekała już na niego w kostnicy. Tam też dokonał jej rozpoznania, jakieś tam trywialne bajeczki opowiadał i policyjne nosy poczuły, że coś tu śmierdzi. Potem, jako już podejrzany, tak jakoś sprytnie się zakręcił – Ino sobie wyskoczę na korytarz kupić fajki z automatu. – że zbiegł policji na całe dni cztery.

    Ciekawa sprawa – już w innym stanie zatrzymały go kapy, bo wjechał samochodem w znak drogowy. Sprawdzono, że nie był pijany, ale za to nosił spódnicę. Wielkie mi mecyje! Większe problemy prześladują ludzi, więc puszczono go wolno. Nazajutrz znowu go zatrzymano, tym razem za przekroczenie prędkości. Nie miał na sobie damskich fatałaszków, ale mocno woniał alkoholem, więc trafił do aresztu. Tam oczywiście okazało się, że jazda na gazie to najmniejsze z jego zmartwień.

     Do tej pory mamy więc smutną, choć nieco sztampową opowieść. Sprawa zaczyna nabierać nie tyle rumieńców, co różowego pudru, kiedy Robert postanowił zostać Michelle. Czyli zupełnie inaczej, niż spawa z Krzysztofem i Panną Anną. Ale za to wcześniej, bo już bodaj w 1993 roku. Od roku 2000 sądzi się z wymiarem sprawiedliwości i więziennictwem, aby mu pozwolono zmienić płeć. I oczywiście, aby mu zasponsorowano zachciankę. Marne 20 tysięcy. Sprawy sądowe toczone z rozkapryszonym Robertem/Michelle pochłonęły już ponad pięćdziesiąt, więc może taniej byłoby mu to obiciąć i po kłopocie. Tak powiedziałby jakiś technokrata lub inny osobnik o ciasnej psychice, zatroskany o stan finansów publicznych, może jakiś Rostowski, nie widzący dalej niż wyświetlacz kalkulatora.

       Przyprawmy tę miskę więziennej strawy garścią pikantnych szczegółów. Oto bowiem R. Kosilek skorzystał z całego cyklu terapii psychicznych (strzelam - $100-150 za godzinę, czyli 45 minut) oraz zabiegu laserowej depilacji nóg, bo jak stwierdził jego adwokat golenie się jest „kwintesencją męskich czynności”, a ta nadzwyczaj obrzydła już i tak cierpiącej na depresję „Michelle”. Do tego dochodzi odbyta już kuracja hormonalna. A mammografia? Również to okazało się niezbędne dla Kosilka, którego walory możecie sobie obejrzeć na zdjęciu.

      Mało, mało, mało! Nic tylko trza ciąć, jak stwierdził sędzia, kładąc milowy kamień na drodze postępu. Wcześniej wysłuchał żalów Michelli-Roberty, która/y łkając wyznał/a: „Największą stratą jest moje codzienne umieranie kawałek po kawałku.” – chodziło mu, znaczy się, o umieranie w skórze mężczyzny, bo po operacji to już będzie skóra kobiety, a każdy dzień w męskiej skórze, to dzień stracony. Strasznie dużo ciepłych uczuć, dużo pozytywnej energii skierowanej we własną stronę można wyczuć w tej wypowiedzi mordercy, który zadusił drucianą pętlą żonę. Specjaliści twierdzą, że śmierć w takim przypadku przychodzi dopiero po kilku minutach rozpaczliwej walki o każdy oddech. Podobnie i tutaj płyną pozytywne fluidy ze słów mordercy: „Wszyscy mają prawo do medycznej opieki, bez względu na to, czy są w więzieniu, czy nie. Ludzie w więzieniu, którzy chorują na serce, stawy biodrowe, czy kolana poddawani są zabiegom. Moje potrzeby są nie mniejsze, albo i ważniejsze, niż tych w celach obok.” Cała widownia, od lewa do lewa, bije brawa na stojąco.

       Cóż mu, biedaczkowi, pozostało? Panna Anna mogła założyć sobie fundację, wypełnić jej cele statutowe poddając się waginoplastyce, a potem zostać ponad stukilogramową maskotką Janusza P. A dalej to już tylko łoić kasę z budżetu – taki cymes! Kosilek jest w dużo gorszej sytuacji. Niestety, w dużo gorszej sytuacji są też miliony amerykańskich podatników, których nie stać często nawet na niezbędne operacje, a co dopiero na tzw. „elective surgery” – czyli te nie niezbędne dla ratowania życia i zdrowia, jak na przykład powiększanie biustu i inne zachcianki. O ile może i wśród politpoprawnościowych popaprańców ostatni wyrok sądu wywołał entuzjazm, o tyle wśród zaledwie normalnych ludzi, którzy zapłacą za operację Kosilka, wywołał falę wściekłości i rozgoryczenia.

      Niestety, niestety, niestety! Sprawa Kosilka nie jest odosobniona. Sprawa Panny Anny również, co smuci, nie. Oto bowiem w malowniczym Kolorado, seksualny zboczeniec Chris ‘Kitty’ Grey, skazany za molestowanie ośmioletniej dziewczynki, poczuł nagłą i nieodpartą potrzebę zostania kobietą. I co takiemu zrobisz? Według szacunków w więzieniach jest blisko tysiąc dewiantów zwanych transseksualistami, a kolejnych tysiące poczuło potrzeby zbliżone do tych jakie kierowały i Michelle i Kitty i Panną Anną. W słonecznej Kalifornii raźno wzięto już sprawy w swoje ręce i w jednym z kobiecych więzień powstaje osobne skrzydło budynku przeznaczone dla tego towaru.

       Co tu napisać, aby mogło posłużyć za puentę? Tutaj pierwsze przychodzą mi z pomocą ludzkie uczucia takie, jak litość. Czy ci panowie nie mają gdzieś w pobliżu lustra? Czy nieboraczek jeden z drugim naprawdę myśli, że jak utnie sobie fajfusa, ogoli klatę, tyłek i nogi, zapuści długie włosy, albo założy rudą peruczkę (nieprawdaż Panno Anno?), dostanie papierek z sądu i zacznie malować paznokcie u nóg, to zostanie kobietą? Chyba tak, oni naprawdę takie muszą mieć urojenia. Jeżeli będzie chodził po ulicach podając się za Kleopatrę to trafi do instytucji zwanej mental asylum, ale jeżeli każe do siebie mówić „Aniu”, to już do sejmu w PRL-bis.

    Na szczęście takie ludzkie uczucia nie trzymają się mnie zbyt długo w przypadkach (hmm, wypadkach?) tych panów. Zaraz za litością idzie gniew, bo już i tak piekny, rzadki i będący w zagrożeniu wymarciem gatunek zwany kobietą, cierpiący na plagi w rodzaju feminizmu, dodatkowo jest zanieczyszczany różnymi przebierańcami lub kastratami. Wiecie co? Obrzydzenie mnie ogarnia. To nie uczucie, to odruch.

Brak głosów