Czekając na prezydenckie poprawki

Obrazek użytkownika wawel24
Kraj

Naród wiernie czeka na efekt „poprawek” prezydenckich. Jakby nie wiedział, co usłyszy i jaki będzie tego efekt. Ale cóż, jeśli naród kobieta, to musi czekać, aż mu poprawią, okroją, zaokrągłostołowią i przyniosą na tacy. Bo - jak mówi znana pieśń - "Kobieca rzecz - wiernie czekać, aż zrodzi się pod powieką inna łza, radości łza." Ale jak wiadomo, Jaś nie doczekał... A męska rzecz?  "Męska rzecz - dognać w biegu i uśmierzyć grzywy fal". Czekającym nic nie przynoszą. Rozbiorą wszystko po drodze. Jak to pośrednicy.

 

Świat walk o niepodległość (Polska nic nie robi od 100 lat, tylko walczy o niepodległość, a najbardziej walczy wtedy, gdy ją już osiągnęła) to jak świat z bajki. Niby istnieje demoniczna siła, jakiś diabeł, wcielone zło (Carat, narodowcy, prawica, korupcja, mafie, komunistyczny rząd etc.), ale zarazem do tego diabła można się dodzwonić i poprosić o zwolnienie pochwyconych za walkę z tym diabłem. Diabły są dziwnie niekonsekwentne w tym baśniowym świecie – tak jakby anioły walczące o niepodległość (albo o prawa robotników, czy wielodzietnych rodzin) były w cichych aliansach z diabłami, jakby nie było braku światła i światła (czerni i bieli), tylko tęcza płynnie przechodzących w siebie nawzajem barw. Diabły uwięziły parę aniołów, ale pozwalają im spisywać w tiurmie diabelskie dzieje i wydawać odezwy do ludzi ponad murem więziennym. Jednocześnie giną i siedzą w więzieniach, w celach bez telefonów zwykli ludzie walczący o ojczyznę na własną rękę, poza taneczną parą czerwonych i niebieskich. Diabły zamykają anioły po to, by je wkrótce wypuścić i wycałować się z nimi oraz odegrać wspólnie przed biedującym ludem spektakl „Częściowe odzyskiwanie częściowej niepodległości”. Spektakl to trochę inny niż klasyczny teatr. Bo podczas tego spektaklu czerwoni i niebiescy aktorzy niby grają, a tak naprawdę dzielą pomiędzy siebie majątek ludzi. I zapoczątkowują reformy. Gdy reformy doprowadzą do krachu, jakaś odsunięta od podziału łupów grupa niebieskich przeprowadza „mały przewrót” i ogłasza, że wyzwala Polskę i obala diabła. I podpisuje porozumienia, umowy, kontrakty z obalanymi. Konsultuje z nimi społecznie. Oczywiście przemiany diabli biorą, ale na gmachu Kumitetu Piekło-Raju wisi szyld: Zmieniamy wszystko. Oprócz tego, z kim tańczymy... Kim są czerwoni tancerze – wszyscy wiedzą, są to aktorzy odgrywający miłość do ojczyzny, kim są niebiescy – też wszyscy wiedzą, ale mówić się o tym boją, bo primo oficjalnie nie istnieją, secundo potępiane jest to jako antyniebieskizm. Czerwoni z niebieskimi tańczą od lat, jest to taniec specyficzny, taniec z bronią, połączony z elementami odgrywania walki. Coś jak Chaczaturiana „Taniec z szablami”.

  

Jest to cudowny świat baśni, legend rodzinnych, legend niepodległościowych, legend walki o częściową niepodległość z częściowymi wrogami. Świat ikon, oklasków, podniosłych obrzędów dla ludzi. Na ścianach nie musi wisieć już MarEnStal, wiszą portrety p.Romaszewskiej, p.Wałęsy, p.Kuronia, p.Lipskiego, p.Strzembosza etc., albo aktualnego premiera, lub wicepremiera. Niektóre z tych portretów mówią. Kiedyś to dziad mówił do obrazu, teraz obraz przemawia do dziadów, czyli do ludzi, do widzów nieskończonego tańca wokół chochoła wolności. Pod prawie boskim okiem „woli ludu”, „jednania narodu” i „szerokich konsultacji”. Reformo-rewolucja (rewolucja w reformach) musi najpierw tych zdegenerowanych zapytać, czy chcą się poprawić. Dla nich poprawić – znaczy pogorszyć ich sytuację. Rewolucja pyta tych, no... zakwestionowanych, czy może ich zreformować. Bardzo przeprasza, że wprowadza ich w zły nastrój. Grzeczna to jest rewolucja, taka... krakowska. Krakowiaczek jeden, miał koników siedem, pojechal do Merkel i Romaszewskiej – został mu się jeden. A lud w napięciu czeka, na to, co car pojednania sufitu z podłogą – ogłosi. Mamy tu cały czas mechanizm udawania, odgrywania istotnych, ustrojowych przemian. Mechanizm znany na pamięć z PRL-u. Czy tak naprawdę, ktoś tu chce – oprócz kilku wymykających się spod kontroli szaleńców – radykalnej operacji? O tym, czy ktoś czegoś chce, czy na coś niepopularnego się poważa, o tym  decyduje o d w a g a. Broń nas Boże, przed parodiami rewolucji, przez rewolucjami robionymi przez tchórzy. Odwagi nie idzie zagrać – nawet tak świetnym aktorom, jak polscy politycy. Czy są jacyś przywódcy, którzy są w stanie wytrzepać ten dywan Rzeczypospolitej nie trzepany od co najmniej 70 lat? Jest – Bogu dzięki – Jarosław. Ale czy z takimi ludźmi jakich ma, da radę? Tu byłby potrzebny Naczelnik (plus większość idei Dmowskiego) i dekrety. Bez kogoś takiego będziemy do końca świata (końca UE itp.) rozmawiać z obrazami i patrzyć na wojenny taniec dwóch wrogów-przyjaciół, czerwonych i niebieskich, którzy ok. 120 lat temu wykupili abonament na... bezustanne wyzwalanie Polski. Od majątku i zdrowego rozsądku.

Z tym udziałem p.Romaszewskiej w wetach prezydenta to w ogóle jest dziwna sprawa (historycy tragikomedii, czyli historii Polski – będą mieli o czym pisać sążniste dysertacje: „O uwarunkowaniach nieokreślonego udziału romaszewszczyzny w dudziźnie jako podstawie konsensusowych transformacji okołoustrojowych”). Prof.A.Nowak napisze patriotyczną broszurę o tym, jak kolejny raz nasza ojczyzna uniknęła widma konfrontacji dzięki przysłowiowej, polskiej tolerancji. O tym, że tę tolerancję narody poważne zwą głupotą i naiwnością już prof.A.Nowak nie napisze. Jarosław Gowin wraz z min.Glińskim skierują tę broszurę do liceów i z liceów wyjdzie młodzież z białymi laskami niewidomych. I zatrudni się na tych 3 tys. miejsc pracy w banku Morgana. Dlaczego dziwna sprawa? Bo ktoś tu kłamie (kręci, mataczy). Pani Romaszewska wyraźnie, wielokrotnie mówi, że to nie ona podsunęła ten pomysł, że ona tylko przytaknęła inicjatywie prezydenta. Można powiedzieć, że czytali sobie w myślach, ale z myślami już gotowymi przyszedł prezydent, szukając... alibi, szukając jakiegoś obrazu, który przemówi do dziadów (do ludu). Grzeczna ta waaadza, nie ma co. Jednak jest postęp w historii, w dziejach. Kiedyś sprzedawali kit w pudełkach od zapałek, teraz ten sam kit, w... bombonierkach ozdobionych zdjęciami weteranów walk o częściową niepodległość, czyli p. Romaszewskiej i p.Strzembosza, darowują przyglądającemu się narodowi, nie mogącemu już zatrzymać strajkami całego przemysłu, bo polsko-niemieccy liberałowie już go zlikwidowali.

Przechodzę do właściwej części tekstu. Niedawno ukazały się na blogach dwa świetne teksty poświęcone środowisku rodziców i dziadków p.Romaszewskiej. Oczywiście zza węgła zaraz wyjdzie A.Smolar krzycząc: nie odpowiadają dzieci za winy ojców! Hmm, znam wiele świętych ksiąg, które dekretują właśnie coś odwrotnego. Ale ja nie o winach. Skoro żyjemy w państwie (nie piszę „w kraju”, bo termin „kraj” był na masową skalę używany przez środowiska niebieskich (i tak im do dziś zostało, z małą zmianą, dziś mówią „ten kraj”), gdy ojczyzna i Polska nie chciały im przejść przez gardło. A i czerwoni nie lubią zbyt słów „ojczyzna, naród”, dlatego jednym i drugim tak dobrze się tańczy ze sobą od... 100 lat. Tych, dla których ojczyzna jest ponad wszystko, zgodnie sadzają na 48 godz. na nodze od taboretu, za zamkniętą bramą, a w terenie otwartym heblują okrągłe stoły konsensusów i konsultacji społecznych. Ot, takie hobby meblarskie, jednym noga od taboretu, innym stolik konsultacji i naród urządzony „na swoim”. I dalej w tan, wasz prezydent, nasz premier, nasza KRS, wasz TK, nasze 3/5, a wasze piąte przez dziesiąte. Nasza, wasza. Masza, Wania. Czerwoni i niebiescy. Dzielą jak swoje. A ich nic nie jest. Jest narodu. A oni są wynajętymi sługami.

Resortowe dzieci to zła nazwa. To nie tylko ojcowie i matki żyli w tym spektaklu, w tym tańcu, w tym podrzucaniu ludowi skrawków wolności. Dziadkowie i babcie tak samo. Podobieństwa metod, środowisk, haseł, wydarzeń są szokujące. I to się nie skończy. Ten kod jest silny. Kod niebieskich i czerwonych. Dzieci i wnuki dzisiejszych wnuków nie będą niczym się różniły. Bo ich przodkowie żyją rodzinnymi legendami, bo podają do encyklopedii wykastrowane życiorysy swoich antenatów a potem... sami w te podkoloryzowane i wykastrowane wierzą. I robią to samo, co ich przodkowie, zbytnio nie bawiąc się w skrupuły, bo wiedzą, że tak jak oni zakryli i podkolorowywali część życiorysów swoich przodków, tak ich dzieci i wnuki poprawią co trzeba w ich legendach. To jest kościół. Świecki kościół socjalizmu i internacjonalizmu ze swoimi błogosławionymi i świętymi. Ze swoimi ołtarzami na uniwersytetach całej Polski i w całej polskiej historiografii. Podzielona na dwie połowy czerwono-niebieska świątynia górująca nad naszą ojczyzną jak falliczny chram Baala. Pisać historię tego Kościoła mogą tylko niebiescy, albo czerwoni. Czerwoni się nie kwapią zbytnio, ale z drugiej strony mamy już „syntezę”, Paweł Śpiewak, Żydokomuna, Warszawa 2012. Jest to coś w stylu: żywoty wszystkich świętych pańskich na każdy dzień roku ku zbożnemu roztrząsaniu i zbudowaniu wiernych ułożone. Albo coś w rodzaju poradnika dla rozpoczynających naukę tańca towarzyskiego. W poniedziałek 25. zobaczymy, czy obie strony wystarczająco dobrze przyswoiły trudne kroki tańca niepodległościowego prezentowanego przed wiernie czekającą ludową publicznością.  

 

Blogerzy Pink Panther i Szpak80 dali mistrzowskie szkice środowiskowe przodków tych legend, na których, żeby nie kuleć przed obliczem prawdy wsparł się nasz kochany prezydent.  Piękne portrety w złoconych ramach ukazały swoje bardziej prawdziwe oblicze. Dorzucę trochę swoich szkiców do tych portretów. Cytaty z tych blogerów będą czasami trochę obszerniejsze, ale zawierają tyle smakowitych i ważkich szczegółów, że grzechem byłoby je zbyt skracać. A w tych szczególikach jest samo „mięso”, jest to co naszych niepodległościowców rodowe legendy tną na potęgę. Są okoliczności, metody, nawyki i style działania, które widzimy i w 1902, i w 1920, i w 1944/45, i w 1980, i w 1989 i w... 2017 r. Ten sam taniec, ten sam równy, rozpoznawalny krok... Taniec wokół chochoła malowanego w czerwono-niebieskie pasy częściowej niepodległości.

 

 

Przenieśmy się w czasie z blogerem Szpak80, by spojrzeć jak żyli rodzice mamy naszej legendy, p.Romaszewskiej, czyli Zofia Praussowa i Ksawery Prauss. Środowisko to b.barwne, pod wieloma względami przypominające środowisko naszej opozycji demokratycznej niedługo przed i niedługo po przemianach ustrojowych.

 

„Zofia Praussowa - jest dziś jedną z bohaterek lewicy postkomunistycznej i neomarksistowskiej. Opisywana epitetami w rodzaju: "feministka", "socjalistka niepodległościowa", "kobieta postępowa", "wybitna socjalistka", "walcząca o prawa pracownicze", "wolnomyślicielka" itp. (...) po śmierci ojca, wraz z matką i ojczymem ("inż. gubernialny i monarchista" Niewiński) wyjechała do Kazania, po ukończeniu ze złotym medalem gimnazjum, zapisała się na matematykę tzw. Kursów Bestużewskich w Petersburgu (uczęszczały na nie m.in. siostra Lenina /1890/ i żona Lenina /1889/), gdzie zetknęła się z socjalistkami utrzymującymi kontakty z Londynem.

 

W 1899 r. wyszła za Ksawerego Praussa (PPS), który w przyszłości zostanie ministrem Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego w rządzie Moraczewskiego (wychwalany w PRL program Praussa socjalistyczno-węglarski - laicyzacja i zwalczanie "ciemnogrodu" w szkolnictwie - czyt. podporządkowania szkolnictwa socjalistom i wolnomularzom), i stała się członkiem PPS.

"W tym czasie aresztowany był jej mąż, prowadzący drukarnię "Robotnika" w Kijowie. Siedząc w więzieniu, był już prawie umierający, a władze rosyjskie nie chciały zezwolić na przeniesienie do szpitala odmawiającego wszelkich zeznań. [uwaga] Wtedy Praussowa zgłosiła się do wiceministra spraw wewnętrznych Łopuchina i oświadczyła mu, że jeśli mąż jej umrze, i on zginie stanowczo. Było to wkrótce po dwóch udanych zamachach na petersburskich dygnitarzy. To też Łopuchin zamiast ją aresztować, wydał rozkaz przewiezenia chorego do szpitala, skąd niebawem wykradziono go i wywieziono za granicę". Bajka dla naiwnych (...) z biogramu biblioteki sejmowej wyczytać można, że został przez władze carskie po prostu zwolniony ze względu na zły stan zdrowia. A znajomości wśród władz to chyba najskuteczniejsza metoda "ucieczek" socjalistów."

Tu mamy piękną analogię, wątek telefoniczny. Legenda kryjąca być może inne rzeczy, już mniej nadające się czytanie dzieciom przd snem. Tak jak babcia p.Romaszewskiej "zgłosiła się do wiceministra spraw wewnętrznych, by wyciągnąć męża z więzienia, tak córka p.Romaszewskiej, Agnieszka w sprawie swego męża. "W sprawie męża odważyła się zaniepokoić gen. Kiszczaka, ministra spraw wewnętrznych. Zatelefonowała do jego sekretariatu, przedstawiła się. Po kilku dniach Kiszczak osobiście oddzwonił. W krótkich żołnierskich słowach oświadczył, że pan Guzy niebawem wyjdzie na wolność. I po 10 dniach Jarosław (w grudniu 1982 r.) rzeczywiście opuścił mury więzienia. Jakie to miękkie serce miewają oprawcy typu Łopuchina i Kiszczaka. Gdyby nie opowieści rodzinne rodu Romaszewskich, człowiek by nie miał pojęcia. Szkoda tylko, że matka ks.Popiełuszki nie znała tego numeru, co go w książkach telefonicznych nie było. Telefony to w ogóle piękny wątek walk o częściową niepodległość. Telefon Kuronia łączący przez państwową centralę z Genewą, Monachium, Paryżem i Londynem. Telefon niczym smok wawelski dręczący całą wierchuszkę komuny, ale wciąż składała temu smokowi ofiary - a wystarczyło odłączyć jeden przewód...Następna analogia jest niezupełna, bo wprawdzie pismo KOR-u swą nazwą "Robotnik" nawiązywało do pisma PPS-u, ale p.Zbigniew Romaszewski go nie drukował, tak jak dziadek drukował PPS-owskiego "Robotnika", jedynie kolportował czasem. Może to i dobrze, bo wśród drukarzy opozycji demokratycznej było chyba z 90% agentów.

 

Kursy Bastużewskie, skończyła w 1904 r. w około rok po rzekomych groźbach pod adresem wiceministra spraw wewnętrznych carskiej Rosji, wypowiedzianych przez Praussową w jego biurze, zapewne w cztery oczy, co by go nie zawstydzać przy podległych mu urzędnikach.

Przenosząc się do 1918 r. - w październiku, wraz z podobnymi sobie, przeszła szkolenie na stanowisko "inspektora pracy" pod okiem wolnomularza Franciszka Sokala (m.in. uczestnik konferencji ludnościowej w 1927 r. zorganizowanej w Genewie przez Ligę Narodów i Rockefellera - via Margaret Sanger od krwawego Planned Parenthood - w mieście tym wówczas zebrał się cały "postępowy" świat - euntanaziści, rasiści jak Ernst Rüdin, aborterzy, projektanci "świadomego macierzyństwa", sterylizanci itp. Była to pierwsza konferencja, ale ze względu na zamianę Ligi Narodów w ONZ, a zapewne przede wszystkim ze względu na ww. okoliczności i krępujących uczestników pierwszego etapu, postępowcy wszechświatowi, numer pierwszy nadają zazwyczaj drugiej konferencji - w Rzymie z 1954 r.). Stanowisko inspektor pracy obsadzi w II RP cała grupa mrocznych postaci, których postawę opisać można jako marksizm-wolnomularstwo.

 

W 1919 r. przedstawiona jako Maria Prauss z rządowego biura pracy w Warszawie będzie towarzyszyć Sokalowi z ministerstwa pracy w wyprawie do USA. Zanim została wysłana przez Niemców do Auschwitz, gdzie zmarła w 1945 r. to w latach 1919-1928 pełniła szereg funkcji w kierownictwie PPS, w tym, co istotne - skarbnika partii, ponadto była działaczem Zw. Strzeleckiego", członkiem dyrekcji Banku Ludowego w Warszawie, wydawcą prasy socjalistycznej, wykładała na kursach komunizującego Tow. Uniw. Robotniczych, którego współzałożycielem był jej mąż. W 1922 i 1928 r. weszła do sejmu z listy PPS, wraz z partią poparła zamach stanu w 1926 r. W 1928 r. doszło w PPS do rozłamu na tle stosunku do polityki Piłsudskiego, z grupą towarzyszy, na czele z Rajmundem Jaworowskim, odeszła z partii, tworząc PPS-d. Frakcję Rewolucyjną wierną Piłsudskiemu. Po rozłamie zapowiedziała złożenie mandatu, czego ostatecznie nie zrobiła, a uzyskała go prowadząc kampanię w czasie płatnego urlopu na posadzie urzędniczej - zapewne uczyniła to w ramach ochrony pracy - ochrony miejsca pracy i dochodów. W 1930 r. nie dostała się do Sejmu. W latach 1919-35 była radną Rady Miejskiej w Warszawie (PPS, a po 1926 r. z ramienia piłsudczykowskiego BBS - "Bezpartyjny Blok Samorządowy" /PPS-FR/). Była przy tym członkiem Warszawskiej Rady Szkolnej, obsadzonej przez PPS-FR. do czasu swojej rezygnacji w skandalicznych okolicznościach we wrześniu 1933 r.

 

 

 

Zofja Praussowa, b. posłanka i emerytowana inspektorka pracy, po zgłoszeniu swej rezygnacji z Rady Szkolnej, gdzie popełniono szereg nadużyć, objęła obecnie kierownictwo akcji oświatowej w "Zespołach Pracy", organizowanych przy związku strzeleckim. Stanowisko to nie jest honorowe i przysługuje mu pensja w wysokości 500 zł., którą p. Praussowa punktualnie otrzymuje. Pierwszym objawem działalności p. Praussowej na nowym terenie pracy było kupno filmu sowieckiego "Bezprizornyje", który ma być wyświetlany we wszystkich ośrodkach strzeleckich. Pozatem p. Praussowa ma objąć stanowisko sekretarki w jednej z pomocniczych instytucyj, organizowanych przy Funduszu Pracy. Stanowisko to będzie również sowicie opłacane. Dochodzenie w sprawie nadużyć w Radzie Szkolnej, ze względu na olbrzymi materiał, trwa w dalszymi ciągu".

Chodzi najpewniej o sowiecki film propagandowy z 1923 r. pt. "Bezprizornyje" w reż. W. Karina-Jakubowskiego (58 min, prod. Kino-Moskva). Konsultantem filmu był znany temu towarzystwu z dawnych lat czekista Feliks Edmundowicz Dzierżyński. Film miał zapewne ocieplić wizerunek czekistów i jednocześnie uderzać w NEP, prezentuje ciężkie warunki życia dzieci ulicy - miliony sierot po ofiarach rewolucji i pierwszych lat rządów bolszewików, okupowali oni dworce, porty, centra miast itd., trudnili się złodziejstwem, prostytucją itp. W 1921 r. na wniosek Dzierżyńskiego postanowiono "wziąć je pod opiekę", utworzono specjalną komisję pod kierownictwem naczelnego czekisty, który widział w nich ognisko kontrrewolucji, które przerobić można na oddanych ludzi sowieckich (i oddanych robotników/niewolników). Donoszono później ile to par butów im przekazano, ile dostarczono do bolszewickich kuźni - domów dziecka, nic nie wspominano o tym ile z nich trafiło do łagrów i innych zakładów pracy niewolniczej. Dzierżyński w rozkazie do bezpieki: "Opieka nad dziećmi jest najlepszym środkiem do niszczenia kontrrewolucji. Po podniesieniu dzieci do odpowiedniego poziomu, rząd sowiecki zdobywa swych zwolenników i obrońców w każdym robotniku i w rodzinach chłopskich, a jednocześnie ma szerokie poparcie w walce przeciwko kontrrewolucji".

"Radna p. Zofja Praussowa której gospodarka w radzie szkolnej w stolicy wywołała ostrą krytykę, zstąpiła [we wrześniu 1933 r.] ze stanowiska delegatki rady miejskiej w radzie szkolnej". Przewodniczącym Rady Miasta był od 1927 r. partyjny kolega Praussowej, również oddany Piłsudskiemu - Rajmund Jaworowski, przełożony gangsterów i działaczy partyjnych - Łukasza Siemiątkowskiego (Tasiemki) - radnego miasta od 1927 r. oraz Judela Łokcia vel Józefa Łokietka "Rabina". Cała grupa m.in. pasożytowała na Warszawie.
Praussowa miała także dwie córki - jedna opisywana jest w biogramach tajemniczo jako Jadwiga, a druga to Ewa Prauss-Płoska.

 

1931 r. (Wielki Kryzys, Warszawa), interpelacja:  "czy prawdą jest: 1) że kierownictwo kolonij w Przyjezierzu objęła p. radna Praussowa z pensją 700 zł. miesięcznie, przewodnicząca komisji głównej opiek szkolnych, 2) kierownictwo kolonij w Małkini objeła córka p. Praussowej p. Jędrzejowska [częściej jako Jędrzejewska], z tą samą pensją. 3) że został nabyty przez komisję opiek szkolnych samochód specjalnie dla spraw kolonij".
06. 1933 r.: "Złodziej urzęduje dzięki protekcji posł. BBS p. Praussowej. Pod protektoratem posł. Zofji Praussowej z BBS, powstała w Warszawie instytucja przy magistracie pod nazwą, "Rada Szkolna m. st. Warszawy". P. Praussowa potrafiła owładnąć całkowicie organizacją tej rady i obsadzić wszystkie naczelne stanowiska swoimi zaufanymi ludźmi. Miedzy in. na referenta działu zakupów przy akcji dożywiania dzieci powołany został p. Józef Jędrzejewski ["lecz również i w innych dziedzinach m.in. w sprawie dostarczania odzieży dla ubogiej dziatwy szkolnej"]. P. Jędrzejewskiemu, jak o tem donosił "Wieczór Warszawski", postawiono ciężki zarzut, iż pobierał łapówki i domagał się szeregu świadczeń za udzielenie zamówień. Ponieważ p. Jędrzejewski na zarzuty odpowiedział tylko ordynarnym napadem bandyckim na ich autora [chodzi o pobicie przez nieznanych sprawców, z których jeden miał zostać ujęty p. Zastowskiego dyr. "Polskiego Instytutu Graficznego", który w gazecie oskarżył Jędrzejewskiego i szereg urzędników z Rady Szkolnej o nadużycia], warto zająć się jego osobą, by władzom nadzorczym ułatwić dochodzenie w tej skandalicznej aferze. Po powrocie z niewoli niemieckiej, gdzie zdołał się nieco poduczyć języka, skromny ślusarz z trzema klasami szkoły powszechnej, Józef Jędrzejewski [w PPS od 1907 r.], otrzymał pracę w fabryce Petscha przy ul. Grochowskiej nr. 30, t.zw. "Dzwonkowej". Fabrykę tę nabyło następnie min. poczt i telegrafów.

 

Popierany przez swych towarzyszy partyjnych Jędrzejewski w krótkim czasie z pomocnika magazyniera awansuje na dyrektora technicznego. Dzięki poparciu b. prezesa Rady miejskiej, Jaworowskiego, kieruje następnie budową fabryki, która kosztowała skarb państwa przeszło 5 miljonów złotych [Zakł. Telefoniczno-Radjotechniczne, ul. Grochowska 30]. Wszystkie stanowiska w fabryce obsadza swymi kolegami. I tak: bileter z kina „Apollo" zostaje brygadzistą, a palacz parostatku, p. Krupiński, kierownikiem działu telefonów, z pensją przeszło dwa i pół tysiąca złotych. Jędrzejewski razem ze swymi przyjaciółmi spędza wesołe noce w restauracjach i na dancingach warszawskich, aż wreszcie w roku 1930 bomba pęka: Jędrzejewskiego i kilku jego towarzyszy zamknięto w więzieniu pod zarzutem nadużyć i przywłaszczenia przeszło 400 tys. zł. na szkodę skarbu państwa. W toku dochodzenia ustalono, iż Jędrzejewski kradł cegłę, przeznaczoną, na budowę fabryki telefonów i vis a vis przy ul. Grochowskiej 67, wybudował sobie dom 3-piętrowy. Robotnicy zatrudnieni przy budowie prywatnego domu Jędrzejewskiego, jak ustaliło dochodzenie, figurowali na listach płacy, za które następnie płacił skarb państwa. Pozatem Jędrzejewski przywłaszczał sobie olbrzymie sumy pieniędzy, które urządzał wraz ze swymi kompanami orgje pijackie, obdarzając biorące udział w zabawie kobiety lekkich obyczajów drogocennymi futrami.

Kilka z tych futer zdołała policja odebrać. Jeszcze za czasów pobytu w więzieniu, z którego po kilku [ośmiu] miesiącach zwolniono go za kaucją, wyszła na jaw zagadkowa sprawa śmierci żony Jędrzejewskiego, która popełniła samobójstwo w jego gabinecie i z jego rewolweru. Wśród robotników rozeszły się podówczas pogłoski, iż nie było to samobójstwo, lecz zabójstwo, a wypadek miał mieć przebieg następujący: Jędrzejewskiego odwiedziła w biurze jego żona, czyniąc mu wymówki za zaniedbywanie domu i stałe orgje pijackie wtedy w czasie awantury padł strzał i Jędrzejewska padła trupem. Dochodzenie, przeprowadzone przez urząd śledczy ustaliło jednak, iż Jędrzejewska popełniła samobójstwo. Po kilku miesiącach pobytu w więzieniu Jędrzejewski zwraca się do p. Praussowej, która już po kilku tygodniach daje swemu pupilowi świetną posadę w Radzie Szkolnej, czyniąc go najpierw referentem działu zakupów przy akcji dożywiania dzieci, a następnie mianuje go przewodniczącym komisji handlowo-gospodarczej przy Radzie Szkolnej. Ci, którzy znali kryminalną przeszłość Jędrzejewskiego ostrzegali p. Praussową przed człowiekiem tego rodzaju, ale ostrzeżenia nie odniosły skutku. Wkrótce też Jędrzejewski rozwinął szeroką działalność w tym samym stylu jak i w fabryce na Grochowskiej tj. domagał się od poszczególnych dostawców wysokich łapówek, uzależniając od nich przyznanie dostawy. Śledztwo w sprawie olbrzymich nadużyć, których dopuścił się Jędrzejewski, spoczywa od 3 lat w rękach sędziego do spraw wyjątkowego znaczenia p. Przewołockiego. Podobno jest jeszcze ono zakończone [będzie trwało prawie 6 lat [!] 1929 do 1935, dopiero w 3 tyg. po śmierci Piłsudskiego zapowiedziano rozprawę sądową, i zdaje się na tym koniec], co ułatwi niezmiernie dalsze dochodzenie przez przyłączenie do sprawy afer Jędrzejewskiego, których dopuścił się na terenie Rady Szkolnej. Podkreślić tu należy, iż Jędrzejewski, który na postawiony mu zarzut łapownictwa zareagował jak wspomnieliśmy brutalnym napadem jest w dalszym ciągu urzędnikiem Rady Szkolnej i pełni swe funkcje..." [Jaworowski, Praussowa i tow., oświadczenie okr. Egzekutywy PPS-dFR: "Towarzysz Józef Jędrzejewski do PPS należy od 1907 r. Prowadzone przeciwko niemu od przeszło 3 lat dotychczas nieukończone dochodzenie sądowe w niczem nie poderwało głębokiego szacunku, jakim zawsze był i jest nadal darzony"].

Zapewne sądownictwo zreformowane wg rad p.Romaszewskiej - mocą tradycji rodzinnych wobec żadnego z "dzisiejszych Jędrzejewskich" nie ukończy dochodzeń sądowych i w niczym nie poderwie do nich szacunku.

Jest jeszcze jedno podobieństwo rodowe sprawiające wrażenie, że upływ czasu nie istnieje. Chodzi mi o te kobiety lekkich obyczajów, futra, orgie. Czy to nie czasem senator Piesiewicz? Wprawdzie Jędrzejewski to nie ta klasa, scenariusza moralizatorskiego by nie napisał, ale babcia Romaszewska walczyła o zięcia w każdej z jego afer, tak jak walczył Z.Romaszewski  w sprawie zniesienia immunitetu parlamentarnego  w związku z zarzutem karnym wobec swego przyjaciela Piesiewicza. "Romaszewski nie pozostawia wątpliwości co do tego, jak ocenia postępek Piesiewicza, zarazem jednak zwraca uwagę, że jedynym kryterium zniesienia immunitetu jest prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa, które zarzuca parlamentarzyście prokuratura. A z tym był problem. Romaszewski: […] musiałem tak postąpić. I nie dlatego, że Piesiewicz był moim kolegą. Nawet nie dlatego, że bałem się o niego. […] Ale musiałem wystąpić w jego obronie po prostu dlatego, że zapewne jako jeden z nielicznych senatorów przeczytałem uzasadnienie wniosku prokuratury. A było ono skandalicznie słabe. […] kompletnie nie było podstaw do postawienia mu zarzutów karnych." Towarzysz Piesiewicz, mimo, iż z panienkami, białym proszkiem i w... fartuszku - ale, jak mówi regulamin neo-elit - wobec naszych nic nie może poderwać głębokiego szacunku.

Przeczytajmy teraz końcówkę notki blogera Szpak80: ""Nadużycia w warsz. radzie szkolnej zataczają szerokie kręgi.Przed kilku miesiącami prasa donosiła o fatalnej gospodarce Rady Szkolnej m. Warszawy, w której główne role grali b. posłanka na Sejm Zofja Praussowa, oraz dyrektor biura Łapiński [także jako dyr. Łopiński]. Działalnością Rady zajęła się prokuratura pociągając do odpowiedzialności karnej sekretarza biura Wiśniewskiego i członka zarządu Jędrzejewskiego. Tymczasem w dalszym ciągu wychodzą na jaw szczegóły, jak gospodarowano w Radzie Szkolnej, a zwłaszcza w komisji opieki szkolnej, na czele której stała Praussowa i która za tę gospodarkę ponosi całkowicie odpowiedzialność, jako przewodnicząca komisji. Zarówno Rada Szkolna, jak i komisja opieki, wydawała pieniądze na prawo i lewo, pieniądze, otrzymane z drobnych ofiar społeczeństwa lub subsydjów państwowych, samorządowych i Kas Chorych. Objadano dosłownie biedne dzieci. Na funduszach tych tuczyli się różni protegowani i zausznicy p. Praussowej". 

Tutaj mała dygresja. Analogii z tuczeniem się na małych dzieciach z tego kręgu "opozycji demokratycznej" nie mogę sobie przypomnieć (choć jakby dobrze poszukać...), ale jest inna analogia kręgu neo-elit. Na początku tekstu wspomniałem o prof.Pawle Śpiewaku i jego książce "Żydokomuna". I tu znajdziemy analogię. W rodzinie profesora był niejaki Jakub Śpiewak, tuczący się na dzieciach... ofiarach pedofilii. Sprawa swego czasu głośna, choć głośna zbyt krótko. Z.Romaszewski nikomu pieniędzy nie rozdawał,  ale jemu rozdano. Wystąpił o odszkodowanie i zadośćuczynienie za bezinteresowną walkę o częściową niepodległość i otrzymał 240 tys. zł. W ostatnich dniach pojawiło się info o tym, że Jan Rokita otrzyma na mocy wyroku sądowego 120 tysięcy złotych zadośćuczynienia od Skarbu Państwa za prześladowania, jakim został poddany w stanie wojennym. Krakowski polityk domagał się jednak znacznie więcej: 259 tys. zł zadośćuczynienia i 290 tys. zł odszkodowania. No cóż, chyba czas na program "częściowa niepodległość 0,5 mln plus"...

W powyższym fragmencie piękna jest fraza:   "wydawała pieniądze na prawo i lewo, pieniądze, otrzymane z drobnych ofiar społeczeństwa lub subsydjów państwowych". Skoro "na prawo i lewo" - to nie rozumiem o co raban? Przecież, jak to mówi prezydent Duda "Nikogo nie pominęła" ;).

I dalej Szpak80: "Afer w związku z działalnością lewicowej tzw. Rady Szkolnej było więcej, np. afera kalendarzowa - oszustwa na szkodę drukarni - trochę w stylu "nie mamy waszego płaszcza". To tylko zapowiedź prasowa nic im się raczej nie stało: "Sprawa znajdzie się w sądzie wobec powództwa cywilnego, zgłoszonego przez drukarnię "Polski Instytut Graficzny", a na ławie oskarżonych zasiądzie cała Rada Szkolna, w osobach: p. Praussowej, dyr. Łopińskiego , jego kuzyna Młodzińskiego, Jędrzejewskiego i Wiśniewskiego. Pozatem na ławie oskarżonych zasiądzie p. Grabowiecki, który z ramienia Rady załatwiał akwizycję ogłoszeń i
sprzedaż kalendarza. Sprawa ciągnie się od listopada ub. roku [1932]"

Na koniec jeszcze relacja księdza dr Godlewskiego z 1929 r. na temat jednej z imprez z udziałem Praussowej, (skądinąd wiadomo, że  "przemawiającej basem z trybuny sejmowej").

 

"Ks. Godlewski O zajściach na Grzybowie. List otwarty księdza doktora. Godlewskiego  do red. konserwatywnego "Dnia Polskiego".
Dziennik krakowski " Czas" , pisząc o zajściach na placu Grzybowskim 1904, potępił je tak, jak każdy obywatel polski, bez względu na przynależność partyjną, powinien potępić. Wszak ówcześni socjaliści z Kwiatkiem, żydem na czele, którzy urządzili manifestację na placu, wprowadzili po prostu w zasadzkę ludzi Bogu ducha winnych, przeważnie robotników polskich, i nadużyli kościoła katolickiego, w którym wówczas rzeź się odbyła. Sprawcy zbiegowiska uszli bezkarnie, a ucierpieli modlący się w kościele robotnicy!
Potępienie słuszne.  
Redakcja jednak "Dnia Polskiego" potępiła dziennik "Czas" za słuszną i sprawiedliwą ocenę zbrodni popełnionej przed 25 laty.
"Dzień Polski" oswoił się już, jak sam pisał, z wyrażeniami fornalskiemi i do swoich salonów zapewne je wprowadził, nic zatem dziwnego, że już i o zbrodniach ma inne pojęcie, aniżeli większość społeczeństwa.
A jednak jeżeli istotnie pomimo to wszystko, za katolicki dziennik "Dzień Polski" chce uchodzić, to dlaczego nie wystąpił przeciwko przeszkadzaniu w nabożeństwie przez obecnych socjalistów, którzy zebrali się 10 listopada rb. przed kościołem na placu Grzybowskim podczas sumy? B.B.S. z Jaworowskim i Praussową na czele wygłaszała mowy, przy okrzykach, tak, że kaznodzieja nie mógł mówić kazania.
P.P.S. z partji Daszyńskiego była o wiele taktowniejsza, bo urządziła zebranie po sumie.
Ja, jako proboszcz kościoła Wszystkich Świętych przy placu Grzybowskim, słyszałem głosy potępienia 25 lat temu nawet z tego obozu, do którego "Dzień Polski" należy, słyszę to samo i dziś od ludzi, którzy zbrodnię przez kogokolwiek bądź popełnioną, nawet po 25-iu latach, zbrodnią nazywają.
X. Dr. M. Godlewski".

 

II

 

 

"Kiedy widzę Broniatowskiego z Michnikiem  i profesorem Strzemboszem „na barykadach Warszawy” walczących „w obronie niezawisłości sądów”  a panią Romaszewską z domu Płońską – w charakterze „doradcy Prezydenta RP” z głosem więcej niż doradczym to mam wrażenie, że ten cały PKWN wcale nie został złożony do grobu. Trochę zajeżdża trupim zapachem, ale nie zamierza opuszczać salonów politycznych" – pisze Pink Panther. .

„Na manifestacji totalnej opozycji w Warszawie pojawił się na scenie owacyjnie witany jako podpora Rychu Petru, Schetyny, Borysa Budki, premierowej Kopaczowej pan  profesor Adam Strzembosz lat 87 , Prezes Sądu Najwyższego w latach 1990-1998 na mocy głosowania Sejmu kontraktowego, uczestnik obrad Okrągłego Stołu i założyciel „S” w Ministerstwie Sprawiedliwości w 1980 r. i zagaił  przeciwko zamachowi na sądy i trójpodział władzy  oraz zwrócił się do Prezydenta RP Andrzeja Dudy :’…by nie ubrudził się przepchniętą przez PiS ustawą o Sądzie Najwyższym…”. A w wywiadzie dla portalu www.natemat.pl powiedział :”… Gdyby na ulice wyszło milion ludzi, na pewno można byłoby powstrzymać te zmiany. Bo wtedy oni, czyli PiS, zorientowaliby się, że wybory są przegrane..”. I że w tej sprawie jest pesymistą.

A niepotrzebnie. Na ulice nie wyszedł milion ludzi a Prezydent i tak zawetował.

Pan profesor Strzembosz został przedstawiony zebranym obrońcom demokracji i praworządności jako „ikona” . A oni zakrzyknęli wtedy „cześć i chwała – bohaterom”. Na co profesor Strzembosz odpowiedział kokieteryjnie, iż :”… Nigdy nie przejawiałem odwagi wojskowej, troszkę zostało mi odwagi cywilnej. Jestem tutaj wśród państwa nie dlatego, bym chciał pełnić albo bym włączał się w działalność polityczną, jestem bezpartyjny od urodzenia..” i że :”…są jednak takie chwile, kiedy nie można stać z boku…”.

Ja już od lat mam spore wątpliwości co do tego, czy to o „interesy umęczonej klasy robotniczej” chodziło takim „piewcom antykomunizmu” jak czerwony książę Michnik czy II sekretarz Komitetu Uczelnianego PZPR (18 lat) drogi Bronisław G. kiedy w sierpniu 1980 r. „zamachnęli się na Gierka”.  A już „przyłączenie się do robotniczego buntu” takiego „buntownika” jakim był przez lata Adam Strzembosz wręcz zapala czerwone światło.
Dalej było standardowo. W stanie wojennym wyrzucili pana Adama Strzembosza  z Ministerstwa Sprawiedliwości i z posady Sędziego Wojewódzkiego. Znaczy: był szykowany do innych ról. Dostał robotę na KUL i to nie w drukarni tylko normalny etat naukowy i karierę naukową rozwijał bez problemów. Od 1983 r. był już kierownikiem Sekcji Prawa Świeckiego na Wydziale Prawa Kanonicznego. A w 1986 r. tytuł profesora. To się nazywają „represje pełną gębą”.

Taka to była „samo mianowana reprezentacja prawnicza”.
No a kiedy doszło do „przełomu” w 1989 r. i co prawda „upadł komunizm” ale profesor Strzembosz poinformował nas, że „sędziowie zdekomunizują się sami”.

Minęły lata, tysiące młodych bezrobotnych ludzi, wytworzonych przez Balcerowicza, Lewandowskiego i całą tę ferajnę – zniknęły w czeluściach „systemu penitencjarnego” albo banalnie popełniło samobójstwo lub wyjechało na zawsze.
A profesor Strzembosz z tym swoim gładziutkim czółkiem, nie przeciętym żadną zmarszczką  wątpliwości albo, nie daj Boże, poczucia winy za te wszystkie „błędy wymiaru sprawiedliwości III RP” czy za nieukaranych Humerów i im podobnych zakapiorów od mokrej roboty z czasów Stalina pilnuje,  żeby nawet jedna cegła w tym prawnym komunistycznym sędziowskim murze – nie została wyjęta” – tyle Pink Panther.

Poczytajmy dalej: „W imię czego? W imię oczywiście „prawa doskonałego”. W tym celu buntuje sędziów do nieposłuszeństwa wobec legalnie wybranej władzy. Ciekawe, że nie buntował siebie i innych w roku 1956 albo w 1968 . Czy kiedykolwiek za czasów PRL.
Autorytet prawniczy i moralny z nadania Kiszczaka i Jaruzelskiego stawia sędziów przed alternatywą: słuchać legalnie wybranej władzy ustawodawczej i przepisów przez nią uchwalonych czy – słuchać Adama Strzembosza, emeryta dyszącego samozadowoleniem moralnym i zaangażowanym w jakiś tajemniczy „Fundusz Obywatelski” wspólnie z Zollem i Ewą Łętowską, kolejną ikoną praworządności, która swoje decyzje blokujące cofnięcie przywilejów starym ubekom – uzasadniała przepisem PKWN o rozdziale papieru.

No i tak się to wszystko kręci przez 27 lat: reformy prawa komunistycznego – TAK, ale nie jakieś byle jakie – tylko „doskonałe”. A na to trzeba poczekać. Czasem i 200 lat a  my byśmy chcieli w mgnieniu oka za 27 lat. Tak się nie da i to uświadamia nam profesor Strzembosz wzywający Prezydenta Dudę do wetowania ustaw o SN i KRS.”

To jest ważna obserwacja: „w imię prawa doskonałego”. Sprytny wybieg, który można nazwać „ucieczką do przodu”. Albo się opóźnia i stępia jakieś ważne ustawy, albo ogłasza tak wyśrubowane wymagania, że wiadomo, iż w dostrzegalnym horyzoncie czasowym nie zostaną zrealizowane. Nie kijem go, to pałką. Aby Rodzina i jej przywileje – została nietknięta (terminu „Rodzina”, „Familia” używam w znaczeniu innym niż się przyjęło, tzn nie tylko do kręgu Michnika, ale do pousadawianych w organizmie RP różnych kręgów, z reguły niesfederalizowanych, ale w przypadku wyższej konieczności dziejowej (tzn. gdy ktoś dobiera się do skóry) błyskawicznie owe rozproszone kręgi łączą sie we wspólnych akcjach (nauczyciele wspierają sędziów etc.). Podobny mechanizm zastosowano by utrącić faktyczną lustrację. Najpierw Korwin wyskoczył z zaskoczenia z konopii, przedwcześnie, potem z kolei rozpoczęto zapowiadać cyzelowanie, by żadnego agenta nie skrzywdzić, drogi Geremek dał hasło do nic nie robienia sobie z obowiązku oświadczeń lustracyjnych – i mieliśmy lustrację, jak wszystko w tej naszej biednej Polsce – częściową. Nad hamującymi „poprawkami” deliberował Zbigniew Romaszewski tak: „Jestem przeciwny schematycznemu traktowaniu kogokolwiek – nawet byłego agenta SB. To były dziesiątki różnych przypadków – od zamiłowanych agentów, ludzi chciwych i amoralnych, poprzez ludzi złamanych i szantażowanych, aż po pozorujących współpracę w naiwnej nadziei, że uda się przechytrzyć system.” W końcu ujawniając o co chodzi: „W zasadzie o każdym przypadku oskarżenia kogoś o agenturalność powinny decydować zainteresowane środowiska dawnej opozycji.” No i jesteśmy w domu – o winie ma nie decydować jasne i ostre prawo, lecz... Rodzinka, Familia. Mamy tu to samo, co obiecywał naiwnym prof. Strzembosz, że środowisko samo się oczyści. Otóż, nic samo się nie oczyszcza. A sformułowania typu tych Romaszewskiego i Strzembosza, to po prostu kulturalne stwierdzenie statusu nietykalności. Zważywszy na to, że Maria Dąbrowska w 1947 r. pisała: „UB, sądownictwo są całkowicie w ręku Żydów”, to może prof.Strzembosz mówiąc o samooczyszczeniu środowiska sędziowskiego miał na myśli... oczyszczenie rytualne. Nie można tego wykluczyć. Środowisk ikon i legend nie wolno tykać, wszak wywalczyli częściową niepodległość, a że właśnie środowiska walczące o niepodległość są najbardziej poprzetykane szpiclami, dywersantami i prowokatorami – któż by o to dbał, zwłaszcza jeśli to koledzy z którymi, jak mówił Romaszewski o agentach: „owocnie się mu współpracowało”.

I dalej Pink Panther: „Prezydent Duda zdał sobie chyba sprawę, że wobec takiej siły autorytetu i potęgi wiedzy prawniczej jaką reprezentuje profesor Strzembosz  a zwłaszcza wyrażona przez niego nadzieja, że „pojawi się 2 miliony demonstrantów czyli PiS nie został wybrany” – drobny detal, że coś tam jest przegłosowane przez Sejm, nie powinno go zmuszać, żeby dotrzymywał słowa wyborcom.

Zwłaszcza, że jego główny Doradca czyli magister fizyki pani Zofia Romaszewska, drugi wielki autorytet w Ojczyźnie, odradzała mu podpisywanie „ustaw Ziobry”. Legenda pani Zofii – bohaterki walki o demokrację i wolną Polskę jest tak silna, że na dźwięk jej nazwiska zginają się wszystkie kolana.”

I znowu celne obserwacje. Ten kult demonstrantów zwożonych za niemiecko-sorosowe pieniądze to tylko współczesny wariant demonstracji nakazywanych przez partię w PRL-u w większych zakładach pracy, żeby pokazać słuszne oburzenie ludzi pracy na coś tam, co było potrzebne w rozgrywkach frakcyjnych. A Sejm – kto by się nim przejmował, przecież w PRL-u było oczywiste, że to nie sejm ma władzę, ale władza ma Sejm.

Pani Romaszewska wsławiła się oceną projektów ustaw rządowych dot. sądownictwa, że są one tym samym, co było za rządów Jaruzelskiego. Nie wiem, czy o legendzie walk o częściową niepodległość można mówić, że chlapie językiem, ale tu nie można  tego nie powiedzieć. Jeszcze dalej idąca pod względem chlapnięcia jest późniejsza, mniej znana wypowiedź pani Zofii: „Jest faktem, że mamy w Polsce długą historię awantur ulicznych. Nie od dziś, od wczoraj... To zaczęło się teraz toczyć z coraz większą siłą. Tu władza okazała się nieprzemakalna. Tak samo jak władze poprzednie. Wszyscy sobie taką grubą skórę wyhodowali. Nic nie czują, nic nie widzą" - stwierdziła Zofia Romaszewska. Jest to tak kuriozalna wypowiedź, namawiająca władzę do słuchania byle sprzedajnych awanturników opłacanych przez wrogów wewnętrznych i zewnętrznych i ponownie poniżająca obecną władzę porównaniami z rządami komunistów, że komentarz wydaje się zbędny...

Rodzina p.Romaszewskiej wywodzi się – jak pisze Pink Panther – z b.ciekawego środowiska. Spójrzmy jak wyglądał krąg ojca p.Romaszewskiej, Stanisława Płoskiego. Teraz będzie dłuższy cytat z Pink Panther:

 

„Aby lepiej zrozumieć, w jakim klimacie wychowywała się i czym nasiąkała obecna kultowa Doradczyni Prezydenta RP warto zacząć od fragmentu dzieła Bohdana Urbankowskiego pt. „Czerwona Msza czyli Uśmiech Stalina” tom II str. 154:”…Po zlikwidowaniu- częściowo przy pomocy Niemców, a częściowo własnymi rękoma – polskiej elity politycznej (proces 16, procesy przywódców AK, NSZ, WiN) komuniści mieli przeciwko sobie już tylko „rząd moralny”- elitę kulturo- i narodowotwórczą składającą się z nauczycieli i duchownych, naukowców i artystów. Tych ostatnich po części kupiono, po części nie dopuszczono na rynek- więc właściwie przestali istnieć. Naukowców usunięto z uczelni, zastąpiono propagandystami wytresowanymi przez IKKN przez Schaffa i w IBL-u przez Żółkiewskiego. Zajęto się też kontrolą przeszłości. Aby „wyzwolić polską historiografię z pęt tradycjonalizmu” i „zlikwidować zacofanie ideologiczne na odcinku historycznym”, powołano ( na II Zjeździe Historyków Polskich we Wrocławiu – 19 do 22  IX 1948 r.) Marksistowskie Zrzeszenie  Historyków. Szefem został Stanisław Arnold , do zarządu weszli  m.in.:dyr. Centralnej Szkoły PPR (później PZPR) Tadeusz Daniszewski (niedouk, b. aparatczyk KPP), a także Żanna Korman, Celina Bobińska, Nina Assorodobraj, Henryk Jabłoński  i inni. Arnold wraz z Kormanową i Ludwikiem Grosfeldem wydali dzieło „Znaczenie prac J. Stalina dla polskiej nauki historycznej”, z którego jednoznacznie będzie wynikać nakaz podporządkowania prac naukowych nie tylko marksistowskiej metodologii (..) ale także sowieckiej wizji historii…”

 

Kilkoro z wyżej wymienionych „marksistowskich historyków” ma wspólne korzenie towarzysko-naukowe: Stanisław Arnold, Henryk Jabłoński i Nina Assorodobraj byli na Uniwersytecie Warszawskim studentami  profesora Marcelego Handelsmana, twórcy i pierwszego dyrektora Instytutu Historii w latach 30-tych XX w.,  mediewisty imetodologa historii.

 

Jego studentami i/lub doktorantami byli  też tacy ciekawi ludzie jak  np. Aleksander Gieysztor, Stefan Kieniewicz , Tadeusz Manteuffel  czy Stanisław Płoski, ojciec Zofii Romaszewskiej.

 

To mogło nic nie znaczyć, bo profesor Handelsman miał zapewne kilkuset studentów. Ale okazuje się, że w czasie niemieckiej okupacji wymienieni wyżej : prof. Marceli Handelsman, Aleksander Gieysztor, Stefan Kieniewicz, Tadeusz Manteuffel i Stanisław Płoski współpracowali z Biurem Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej. Współpracował z nim również przyszły „historyk marksistowski” Witold Kula, małżonek pani Niny Assorodobraj.

I wszystko to oczywiście byłoby bardzo piękne, gdyby nie pewna prawidłowość, która ujawniła się po wojnie: Tadeusz Manteuffel w 1951 był jednym z organizatorów I Kongresu Nauki Polskiej, na którym był współredaktorem referatu Żanny Kormanowej, odpowiedzialnej za stalinizację nauk historycznych, Aleksander Gieysztor, który też „współredagował referat  Żanny Kormanowej” wcześniej, po aresztowaniu Kazimierza Moczarskiego i  jakoby na jego polecenie –wydał UB część archiwów Biura Propagandy i Informacji KG AK. I podobno rozpoczął stałą współpracę z UB.

A wszyscy „trzymali” Instytut Historii na Uniwersytecie Warszawskim lub Instytut Historii stalinowskiego tworu Polska Akademia Nauk.

Aleksander Gieysztor po upadku Powstania Warszawskiego znalazł się w obozie Gross- Born i tam miał wspólnie ze Stanisławem Płoskim w listopadzie i grudniu 1944 r. opracowywać wspólnie dokument pt. „Powstanie Warszawskie. BiP KG AK”.

 

Niezależnie od tych powiązań, dr Stanisław Płoski w czasie okupacji działał politycznie w konspiracji na nadspodziewanie dużą skalę: współpracował ze Służbą Zwycięstwu Polsce  teozofa i wolnomularza Michała Tokarzewskiego Karaszkiewicza (jako historyk miał kontakty z wojskiem, bowiem od 1922 r. pracował w Wojskowym Biurze Historycznym) a równolegle związał się z organizacją Socjaliści Polscy. 

Bardzo to ciekawa organizacja konspiracyjna, ci „Polscy Socjaliści”, zbudowana  dopiero w 1941 r. na bazie dwóch innych organizacji.  Jedna to „Barykada Wolności”  Stanisława Dubois  z wykorzystaniem „zasobów ludzkich” „Czerwonego Harcerstwa” i „Organizacji Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego” powołanej kiedyś m.in. przez Ignacego Daszyńskiego a w roku 1944 kierowana przez Włodzimierza Sokorskiego. Druga to konspiracyjna organizacja „Gwardia” powstała na bazie Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej.

Była to konspiracyjna inicjatywa Polskiej Partii Socjalistycznej i posiadała nawet swoje „ramię zbrojne” w postaci Formacji Bojowo-Milicyjnych Polskich Socjalistów pod komendą Leszka Raabe ps. Marek.

 

Dr Stanisław Płoski od początku, czyli od Zjazdu Założycielskiego 1 września 1941 r. znalazł się we władzach tej organizacji a konkretnie w Radzie Politycznej.  We władzach tych znalazły się też dwie inne bardzo interesujące postacie. Skarbnik „Polskich Socjalistów” Edward Osóbka –Morawski, który miał przejść do historii jako pierwszy przewodniczący Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w Lublinie a następnie premier powołanego przez Stalina 31 grudnia 1944 r. Rządu Tymczasowego oraz członek ośmioosobowej Rady Politycznej Jan Stefan Haneman, który od stycznia 1944 r. był w składzie Krajowej Rady Narodowej, z którą wyjechał w marcu 1944 r. do Moskwy na negocjacje a następnie w ramach PKWN był „kierownikiem resortu skarbu”.

Kiedy więc w 1945 r. dr Stanisław Płoski z kolegą Gieysztorem powrócił z wojennej tułaczki, mógł, podobnie jak młody pan Gieysztor liczyć na dobrą propozycję zatrudnienia do starych kumpli z organizacji „Polscy Socjaliści”. I dostał. Koledzy z PKWN nawet specjalny dekret podpisali , powołując do życia podmiot o nazwie „Instytut Pamięci Narodowej przy Prezydium Rady Ministrów”. Dr Stanisław Płoski został mianowany początkowo wicedyrektorem IPN, (...) ale od 1946 r. dr Płoski był już dyrektorem.

Wśród  pracowników docent wiki wymienia  m.in. Janusza Durko, który po roku 1951 pracował jako szef Instytutu Historii przy KC PZPR, Zygmunt Gross adwokat, ojciec Jana Tomasza Grossa, Jerzy Żłobicki kuzyn Aleksandra Gieysztora czy Witold Kula, małżonek towarzyszki Niny Niny Assorodobraj.
Posiadanie takiego kontaktu towarzyskiego jak towarzyszka Nina Assorodobraj dawało bardzo wiele korzyści w owej specyficznej epoce instalowania sowieckiej okupacji nad Wisłą.  Towarzyszka Nina bowiem po klęsce wrześniowej zatrudniła się we Lwowie w Ossolineum, prowadzonego wówczas przez Benka Goldberga czyli Jerzego Borejszę. Wtedy to pod okupacją sowiecką Zakład Naukowy im. Ossolińskich został „znacjonalizowany” i wchłonięty przez Radziecką Akademię Nauk. I również, co znacznie ciekawsze, polskie depozyty złota i srebra umieszczone przez polską arystokrację i ziemiaństwo, jak pisze docent wiki – zostały zarekwirowane. I Borejsza przy tym był i tow. Nina Assorodobraj przy tym była.

Po napaści III Rzeszy na ZSRR towarzyszka Nina zainstalowała się w Warszawie w okolicach Placu Krasińskich i wspólnie z Zofią Podkowińską i Ireną Sawicką  w czasie okupacji udzielała schronienia Żydom z Getta warszawskiego. Co było bardzo niebezpieczne i chwalebne i co okazało się idealną inwestycją polityczną na czasy powojenne.  Tak się bowiem składa, że m.in. ukryła nie tylko małżonkę Adolfa Bermana panią Basię Temkin Bermanową ale również ich prywatne archiwum. A po wojnie Adolf Berman mógł bardzo dużo a nawet więcej” – tyle Pink Panther.

Ja dodam, że Adolf Berman nie tylko mógł dużo z przyczyny tej, że był bratem Jakuba Bermana, faktycznego władcy (nadzorcy stalinowskiego) Polski. Sam Adolf wchodził w skład kierownictwa ukonstytuowanego w  1944 roku w Lublinie Centralnego Komitetu Żydów (CKŻ) w Polsce, będącego rozwinięciem komitetu powstałego siedem miesięcy wcześniej w Moskwie. A CKŻ znaczył prawie tyle, co KRN.

 

Pink Panther kontynuuje: „Towarzyszka   Nina Assorodobraj zauroczyła młodszego od siebie o jakieś 8 lat historyka Witolda Kulę i  zapewne ona spowodowała zatrudnienie go w IPN w 1945 r.  A sama , jako najlepsza kumpela Żanny Kormanowej została filarem komunistycznej socjologii i zajmowała się m.in. „pamięcią historyczną narodu”  i  jak piszą na portalach w cyrylicy wprowadziła w latach 60-tych termin „историческое сознание” czyli „świadomość historyczna”. Czyli zajmowała się wraz z kolegami operacjami na żywym mózgu Narodu Polskiego. Preparowanie NOWEJ świadomości historycznej Polaków, oparte na bezczelnych kłamstwach, przemilczeniach i nazywaniu czarnego- białym a także „pedagogika wstydu” – to efekt pracy tej towarzyszki. Gdyby ktoś nie wiedział, kim była Żanna Kormanowa to podrzucam parę detali z życiorysu: aktywistka KPP od 1932 r. , od 1940 r. gorliwa kolaborantka sowieckiego okupanta, głównie na terenie Białegostoku, w 1941 zdołała się ewakuować przez Niemcami i rozpoczęła oszałamiającą karierę w Związku Patriotów Polskich przy planowaniu zainstalowania sowieckiej władzy na terenie Polski.”

Tu mamy znowu ważny fragment wypunktowujący jedną ze specjalności tych stopniowo podmienianych Polakom elit: „operacje na żywym mózgu Narodu Polskiego. Preparowanie NOWEJ świadomości historycznej Polaków, oparte na bezczelnych kłamstwach, przemilczeniach i nazywaniu czarnego- białym a także „pedagogika wstydu”. Dokładnie tak to wyglądało. Aby skutecznie zawładnąć narodem polskim – elity czerwone i niebieskie muszą napisać temu narodowi nową, prawidłową historię. To ważny punkt – zoperowanie Polakom świadomości historycznej. Nie na darmo rodzicielka Michnika pisała podręczniki szkolne. Kolega Michnika od buszowania po archiwach produkował podręczniki (popularne skróty) historii Polski międzywojnia. Jeśli ktoś sądzi, że to już się skończyło, że obecnie nikt nie ośmiela się nam poprawiać historii i dźgać jej skalpelem swojej propagandy kastowej – to się myli. Nie dalej jak 2 dni temu dyrektor Muzeum Żydów Polskich, prof. D.Stola pouczał polski Sejm i próbował pisać historię NSZ i AK w duchu prawd pewnej mniejszości. To się nigdy nie skończy. Nie darmo w kręgach władzy „wyzwolonej Polski” powojennej byli ojcowie Smolara i Grossa. Ich synowie nie mają już takiej władzy, jak ojcowie, a może jest ona tylko bardziej rozproszona. Ale jak się „chłopcy” skrzykną, to i moc porównywalna do tej powojennej. 

Dokończmy więc razem z Pink Panther wątek środowiska ojca p.Romaszewskiej: „Jak więc widać, dr Stanisław Płoski po wojnie  od razu znalazł się w najwyższych kręgach władzy zniewalanego Państwa i Narodu, jakkolwiek gdzieś w drugim czy trzecim szeregu. Funkcję dyrektora IPN sprawował do 1951 r. Warto wspomnieć, że do zadań tej placówki należało m.in. : niemieckie zbrodnie wojenne, kolaboracja Polaków z okupantem i historia Polski w latach 1863-1945 ze szczególnym podkreśleniem roli rewolucyjnego ruchu robotniczego oraz „badanie genealogii Polski Ludowej”, cokolwiek to znaczy. Po rozwiązaniu tej placówki został  przeniesiony do Archiwum Akt Nowych a następnie w roku 1953 na stanowisko szefa Zakładu Dokumentacji Instytutu Historii PAN. W roku 1954 uzyskał stopień docenta a w 1959 r. stopień profesora nadzwyczajnego.

Pani Zofia Romaszewska nie odpowiada za wybory swojego Ojca, który się po prostu „ładnie urządził” po wojnie. Natomiast ma ona „swoją świadomość historyczną”, która nie jest – naszą świadomością historyczną. Pani Zofia Romaszewska po prostu uważa, że jej głos znaczy znacznie więcej niż głosy 235 posłów Sejmu RP, głosy paru milionów Polaków czy głos jakiegoś tam „ministra z prowincji”.  To jest dokładnie ten styl myślenia, z jakim do sprawowania kurateli nad Polską w imieniu Stalina przyszli do władzy komuniści w 1944 r.

No i pozostaje jeszcze ta wstydliwa sprawa dekomunizacji sądownictwa.  Pierwszy nieśmiały krok uczyniony przez PiS zgodnie z obietnicami wyborczymi a pan Adam Strzembosz i pani Zofia Romaszewska rzucili się jak dwoje Reytanów , krzycząc: „Nie pozwalam!!!”. Co zrobił pan Prezydent, to już zupełnie inna historia – tyle Pink Panther.

No i jak to podsumować, co my tu widzimy? Partie, organizacje, nowe idee (wtedy feminizm, dziś gender, p.Romaszewska jest - zgodnie z rodzinnymi portretami wiszącymi na ścianach za adopcją dzieci przez pary homoseksualne i za małżeństwami  jednopłciowymi), nagłe aresztowania i równie nagłe zwolnienia z aresztów pod wpływem wizyt u władzy lub telefonów do niej. Jakby to wszystko było jakąś grą, albo jakby za obu stronami tego poloneza stały jakieś o wiele potężniejsze organizacje, których miejscowe partie były tylko filiami lokalnymi. Organizacja Czerwonych i organizacja Niebieskich. Czasem w namiętnym tańcu przytuleni, czasem niczym w hiszpańskim tańcu – symulując agresję. Ale koniec końców dla aktorów rzecz cała wyzwalania różnych ludów – zawsze się dobrze kończy. Czerwoni i Niebiescy nawet jeśli są emerytami to gotowi są do boju, do przynoszenia tłumom wolności, niepodległości, czy czego tam sobie te tłumy nie zażyczą. Pośrednictwo niepodległościowe, tanio i z dostawą do domu.

"Pośrednictwo" to w ogóle słowo-klucz. Niebiescy i czerwoni uwielbiają żyć z pośrednictwa, z dystrybucji. Pośredniczą w zdobywaniu dla nas wolności. Zdobywają ją, ale, jak to z pośrednikami bywa, cały zysk znika. Zapośredniczona wolność zostaje u pośredników. Do nas dociera już tylko gorzka łupina i ją gryziemy i żujemy od 70 lat.

Niebiescy często mówią tak, jak prof. Strzembosz i p.Romaszewska, że w pewnej chwili uznają, że nie mogą stać z boku. I stają w... centrum. Nic nie robiąc sobie z legalnie wybranych władz i urzędujących organów państwa. Nawyki nie do wyzbycia. Nawyki z kręgu Bermanów,  Sokorskich, Smolarów etc. Ustrój polskich czerwonych pod nadzorem niebieskich polegał na tym, że niebiescy dawali czerwonym "rządzić" obserwując ich, zgodnie z funkcją, którą przeznaczył im Stalin. Gdy coś posuwało się za daleko - niebiescy dochodzili do wniosku prof. Strzembosza, że nie można stać z boku i... włączali się. Taki taniec, gdzie partnerzy tańczą osobno większą część czasu, w finałowym momencie tańca niebieski wyrzuca partnerkę w górę, udając, że ją złapie, i gdy ona opada - odsuwa się. Fachowo nazywa się to "potępienie odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego", lub potępienie dyktatury, jak to 2 dni temu w niemieckiej gazecie uczynił promotor A.Dudy - prof. Zimmermann. Tradycja w narodzie - rzecz święta. Ptak, który zasmakował w owocach pewnego typu drzew, cierpliwie czeka, aż kwiaty opadną... I wtedy zaprowadza to, co nazywa w swoim języku "wyzwoleniem kraju", a co w krótkich chwilach jasności lud zwie  "okupacją Polski".

Ogólnie rzecz biorąc te dwie grupy, ostoje Polski Lubelskiej, prężne dziś tak jak 70 lat temu (choć dziś mające szerszy wybór protektorów) specjalizują się w kilku sprawach:

- monitoring pozaparlamentarny (p.Romaszewska, prof. Strzembosz, prof. Zimmermann etc. etc.) objawiający się z tym, że członkowie danej grupy obserwują, czy władza faktyczna, nie ta nominalna, parlamentarna czy rządowa, ale... ta wymierna - nie wymyka się im z rąk. Gdy zaczyna się wymykać, kończą stanie z boku i "wnoszą poprawki"

- nadzór nad archiwami ( w czas wojny są to archiwa AK, w czas pokoju IPN i archiwa wszystkich KC i KW). Nadzorują, patriotycznie nadzorują, a potem, jak w wyżej opisanej historii - przekazują... UB. Albo nadzorują jak Michnik z Ajnenkielem i Holzerem. Szczególnie uwielbiają nadzorowanie niebiescy. Niebiescy to urodzeni archiwiści ;). Czerwoni nie mają zdrowia i mają słaby wzrok, dlatego nie bawią się w jakieś lektury, tylko od razu palą, albo zgłaszają postulaty zaorania IPN-u. Czerwoni to urodzeni rolnicy.

- pisanie historii Polski. To jest pasja, która jak mało co łączy czerwonych z niebieskimi. Jednych pasjonują dzieje mniejszości w Polsce, drugich dzieje proletariatu. To się nawet jakoś uzupełnia i pokrywa, dlatego czasem trudno jest odróżnić, czy dany "zarys historii Polski" pisała jedna grupa, czy druga.

- podpisywanie umów ze sobą nawzajem, zawieranie układów, konsultowanie się wzajemne - to uwielbiają obie strony. Dawniej zwano to orgiami, dzisiaj zwą to dialogiem społecznym, choć społeczeństwo siedzi z gębami na klucz zatrzaśniętymi przed TV i zagryza zęby z nerwów: dogadają się, czy nie dogadają. Albo pokrzykuje społeczeństwo: Ale mu dołożył! Jednym słowem - fest festyn.

- pośrednictwo niepodległościowe. To impreza wyższej rangi, rozkręcana raz na kilkadziesiąt lat. Czemu tak rzadko? Bo zmiany zewnętrznych central zagranicznych (Moskwa, Bruksela itp.) zachodzą w większych interwałach czasowych.

Niebiescy uwielbiają "stać z boku", albo "stać w cieniu" w czas pokoju, a w czas "walk o niepodległość" - być namiestnikami. Czerwoni lubią udawać, że głowią się nad kwadraturą koła, bratać się z rodakami i pytać ich, czy pomogą. Lud uwielbia czekać na Godota i mieć nadzieję. Polej lewica i polej prawica a lud wydmuchuje z płynnego szkła swej naiwności - głębokie kielichy dla ich uczt.

I to by było na tyle.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.6 (głosów:18)

Komentarze

Wiedziałam, wiedziałam, że jesteś bardzo mądry. Zgadzam się ze wszystkim co napisałeś...poza jednym wyjątkiem. Ten, kogo wyznaczyłeś do trzepania dywanu , nie nadaje się do tego. On za mały, trzepak za wysoki. Spróbuj może Ty sam? Pomożemy:-)

http://www.bibula.com/?p=97461
Pozdrawiam i dydykuję

https://www.youtube.com/watch?v=Gcxv7i02lXc

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-3

Verita

#1548835

tekst... Co do slusznosci lub nieslusznosci walki, reform i walki o reformy... - dobrze, ze dawno juz minely czasy, gdy wladza zawsze miala racje - i chyba to jest jedna z najwiekszych zdobyczy ostatnich lat.

Reformowac trzeba i to duzo, duzo wiecej niz sady... ale trzeba to robic rozsadnie i w zgodzie z Konstytucja (ktora tez trzeba zmienic, ale zeby to zrobic trzeba miec w sejmie wiekszosc konstytucyjna). Oczywiscie jest wielu "przeszkadzaczy", ale wiekszosc to ludzie zagubieni pomiedzy klamliwymi w wiekszosci medialnymi doniesieniami (wiecej z lewej strony, ale i z prawej tez sie zdazaja). 

Zastanowmy sie, jak wiecej obywateli "wciagnac" do poparcia reform a nie dzielmy i nie obrazajmy (siebie i innych).

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1

mikolaj

#1548846

Jakie mamy obecnie "elyty" w zasadzie wie każdy, kto interesuje się dziejami naszej ojczyzny. Kwestią pierwszorzędną jest fakt, iż po raz kolejny znajdujemy się na zakręcie historii.

Na szczęście owe "elyty" nie mają tak znaczącego wpływu na losy naszego narodu jak miały po wojnie. Ich wpływ jest malejący w funkcji czasu. Przywoływanie "dobrej rady pani Zofii" nie świadczy o wpływie pani Zofii na losy państwa, lecz być może świadczy o braku powagi prezydenta Rzeczypospolitej.

Nie wiem, czy nie bardziej poważnie wyglądałoby pan prezydent oświadczył, że właśnie gdy szedł do studia to czarny kot przebiegł mu drogę i zamiast pochwalić ustawy o S.N. i K.R.S postanowił zawetować. Widocznie pan prezydent dostrzegł w wetowaniu jakiś interes. I zawetował, chociaż nie musiał, gdyż wystarczyło na etapie prac na ustawami - włączyć się czynnie w ich tworzenie.

Niepokojące jest co innego, a mianowicie to kim otoczył się PAD.

Podoba mi się!
7
Nie podoba mi się!
0

Apoloniusz

#1548850

Serwus wawel24. Dzięki za kawał dobrej lektury. Jednakowoż ilość nie zawsze pomaga jakości. Ode mnie piąteczka za pracowotość i zamysł. Początek porywający, szalony, godny wydania książkowego, dalej dużo ciekawych treści, bogatych w masę cennych informacji. Pozdrawiam

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1548859

a jednak te sam i w treści i przekazie szczegółów dużo i nienowych tez - Jest jak opis początku upadku i źródeł jego . I gdyby to pisał w wieku siedemnastym albo dwunastym - zawsze tak samo "Familia"  i zdrada . Pieniądze i sex . Zabawa i mordy.  Stąd, zawsze znajdzie ktoś kto krzyknie : Ideał sięgnął bruku.  

Nie było ideałów były ułudy - morfina dla ludu .

Precz z preczem !  kto tego dokona ?  Jak żarcie  i sex  są wektorem wszystkiego  - -Pan Pani  ? bądźmy poważni 

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1548875

naszej obecnej sytuacji. Proponuję aby drukować i przekazywać tym, którzy tu nie zaglądają, a mają słabe pojęcie o co chodzi w naszej obecnej sytuacji. Bardzo dziękuję za tę wspaniałą syntezę.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

parodystka

#1548878

Potężna biblioteka ! Sporo do przemyślenia  i ..... przemeblowania.

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

#1548884

A gdzie lokujesz rząd? Jaki kolor? :)

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1548891

czy Twój awatar to herb Godziemba?

Jeśli tak, to zawiera piękne przesłanie: nigdy nie poddawać się, walczyć aż do końca, bo tylko to daje szansę zwycięstwa.

Urocza legenda o rycerzu Godziembie opowiada, że:
" Gdy w roku 1094 wojewoda krakowski Sieciech wkroczył na czele polskich wojsk na Morawy, szybko doszło do starcia. Polski rycerz Godziemba (Godzamba) stracił w walce broń. Jeden z nieprzyjaciół widząc Polaka bezbronnym skoczył, aby go pojmać. Godziemba nie tracąc ducha podjechał do pobliskiego lasu i wyrwawszy z ziemi młodą sosnę stanął do walki, po czym pokonał wroga i pojmał go w niewolę. W nagrodę za swój czyn otrzymał herb z wizerunkiem sosny".

Jeśli właściwie interpretuję, to bardzo trafnie dobrałeś awatar do swoich notek :)

 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0
#1548896