To było wiosną 1999. Skontaktował się ze mną Aleksander Gawronik,
którego poznałem przez wspólnego znajomego – nazywał się Drecki
– i powiedział, że chce otworzyć strefę wolnocłową, że nam to będzie pasowało,
bo skupimy w swoich rękach cały handel papierosami w Polsce.
Sprawa mnie przerastała, więc poszedłem z tym do „Pershinga”,
ale on już znał temat i był sceptyczny.
Uważał, że Gawronik jest niewypłacalny i nic sensownego z tego nie będzie.
A powiedział tak, bo tak powiedzieli mu ludzie z wywiadu, którzy też już znali temat.