OBRONA JASNEJ GÓRY - Dziś Polska, jak kiedyś Jasna Góra

Obrazek użytkownika poeta
Idee

Henryk Sienkiewicz, " Potop "....Fragmenty.

Po złej, bezsennej nocy był Kmicic znużony na ciele i duszy.
Ani ów ranek jesienny, blady ale rzeźwy, szronisty i pogodny, nie mógł rozproszyć smutku gniotącego serce rycerza.
Nadzieja wypaliła się w nim do ostatniego źdźbła i zgasła jak lampa w której oliwy zabrakło. Co mu przyniesie ten dzień ?
Nic ! Te same smutki, to samo utrapienie, prędzej przyrzuci ciężaru na duszę, z pewnością nie ujmie.
Jechał więc w milczeniu, utkwiwszy oczy w jakiś punkt błyszczący na widnokręgu. Konie parskały na pogodę ; ludzie poczęli śpiewać sennymi głosami jutrznię.
Tymczasem rozwidniało się coraz bardziej, niebo z bladego stawało się zielone i złote, a ów punkt na widnokręgu począł tak błyszczeć, że oczy mrużyły się od tego blasku.
Ludzie przestali śpiewać i wszyscy patrzyli w tamtą stronę, wreszcie Soroka rzekł:
- Dziwo czy co ?... Toć tam zachód a jakby słońce wschodziło ?
Istotnie, owo światło rosło w oczach, z punktu uczyniło się kołem, z koła koliskiem
_ z dala rzekłbyś, że ktoś zawiesił nad ziemią olbrzymią gwiazdę siejącą blaski niezmierne.
Kmicic i jego ludzie patrzyli ze zdumieniem na owo zjawisko, świetliste, drgające, promienne, nie wiedząc co maja przed oczyma
Wtem od Kruszyny chłop nadjechał w drabinkach. Kmicic zwróciwszy się ku niemu, ujrzał, że chłop czapkę trzymał w ręku i patrząc w owo światło modlił się.
- Chłopie ? - spytał pan Andrzej - a co się to tak świeci ?
- Kościół jasnogórski ! - odrzekł kmieć.
- Chwała Najświętszej Pannie ! - zakrzyknął Kmicic i czapkę zdjął z głowy, za nim uczynili toż samo jego ludzie.
Po tylu dniach zmartwień, zwątpienia i zawodów uczuł nagle pan Andrzej, że staje się z nim coś dziwnego. Ledwie słowa: " Kościół jasnogórski ! " - przebrzmiały mu w uszach, gdy smutek opadł z niego, jakby kto ręką odjął. Ogarnęła rycerza jakaś niewypowiedziana bojaźń, pełna czci, ale zarazem nieznana radość, wielka, błoga. Od tego kościoła jarzącego się na wysokości w pierwszych promieniach słońca, biła nadzieja, której pan Kmicic dawno nie zaznał. otucha,
której na próżno szukał, siła niepokonana, na której chciał się oprzeć. Wstąpiło weń jakby nowe życie i poczęło krążyć po żyłach wraz ze krwią.
Odetchnął tak głęboko, jak chory budzący się z gorączki, z nieprzytomności.
A kościół lśnił się coraz bardziej, jakby wszystko światło słoneczne w siebie zabrał.
Cała kraina leżała u jego stóp, a on patrzył na nią z wysokości, rzekłbyś: stróż jej i opiekun.
Kmicic długo oczu nie mógł oderwać od tego światła i nasycał, i koił się jego widokiem. Ludzie jego mieli twarze poważne i przejęte obawą.
Wtem odgłos dzwonu rozległ się w cichym rannym powietrzu.
- Z koni ! - zawołał pan Andrzej.
Zeskoczyli wszyscy z kulbak i klęknąwszy na drodze rozpoczęli litanię. Kmicic ją odmawiał, a żołnierze odpowiadali chórem. .Nadjechały przez ten czas nowe wozy; chłopi, widząc modlących się na drodze ludzi, przyłączyli się do nich
i coraz większa się czyniła gromada.
Gdy wreszcie skończono modlitwy, powstał pan Andrzej, a za nim jego ludzie, lecz szli już dalej piechotą, prowadząc
konie za uzdy i śpiewając " Witajcie, jasne podwoje..."
Pan Andrzej szedł tak rzeźwy, jakby skrzydła miał u ramion. W skrętach drogi Kościół to niknął, to ukazywał się
naprzemian. Gdy przesłoniły go wyniosłości, lub parowy, zdawało się Kmicicowi, że ciemność świat ogarnia, lecz gdy
znowu rozbłyskał, wówczas rozpromieniały się i wszystkie twarze.
Tak szli długo. Kościół i klasztor i otaczające go mury widniały coraz wyraźniej, stawały się coraz wspanialsze,
ogromniejsze. Dojrzeli wreszcie i miasto w dali, a pod górą całe szeregi domów i chat, które przy ogromie kościelnym
wydawały się tak małe jak gniazda ptasie.
Była to Niedziela, więc gdy słońce wybiło się już dobrze w górę, droga zaroiła się wozami i pieszym ludem ciągnącym
na nabożeństwo. Z wysokich wież poczęły huczeć dzwony większe i mniejsze, napełniając powietrze wspaniałym dźwiękiem. Była w tym widoku i w tych głosach spiżowych jakaś potęga, jakiś niezmierny majestat, a zarazem i spokój.
Ten szmat ziemi u stóp Jasnej Góry wcale był niepodobny do reszty kraju.
Tłumy ludu czerniały naokół murów kościelnych. Pod górą stały setki wozów, bryczek, kolasek, bid: gwar ludzki mieszał się ze rżeniem koni poprzywiązywanych do palików. Dalej na prawo, wedle głównej drogi prowadzącej na górę,
widać było całe szeregi straganów, w których sprzedawano wota metalowe i woskowe, świece, obrazy, szkaplerze.
Fala ludzka płynęła wszędy swobodnie.
Bramy były szeroko otwarte, kto chciał, wchodził, kto chciał, wychodził; na murach, przy działach, zgoła nie było żołnierzy. Strzegła widocznie kościoła i klasztoru sama świętość miejsca - a może ufano listom Karola Gustawa, którymi bezpieczeństwo zaręczył.
Od bramy fortecznej chłopi i szlachta, mieszczanie z różnych okolic, ludzie wszelkiego wieku , obojej płci i wszystkich stanów, czołgali się ku kościołowi na kolanach, śpiewając pieśni pobożne. Płynęła ta rzeka bardzo wolno i bieg jej zatrzymywał się co chwila, gdy ciała zbiły się zbyt ciasno. Chorągwie wiały nad nią na kształt tęczy.
Chwilami pieśni milkły i tłumy poczynały odmawiać litanię, a wówczas grzmot słów rozlegał się z jednego końca w drugi.
Między pieśnią a pieśnią, między litanią a litanią tłumy milkły i biły czołem w ziemię lub rzucały się krzyżem......
W miarę jak fala zbliżała się do drzwi kościoła, zapał wzrastał i zmieniał się w uniesienie. Widziałeś ręce wyciągnięte ku niebu, oczy wzniesione, twarze blade ze wzruszenia lub rozpalone modlitwą.
Różnice stanu znikły; chłopskie sukmany zmieszały się z kontuszami, żołnierskie kolety z żółtymi kapotami mieszczan.
We drzwiach kościoła ścisk powiększył się jeszcze. Ciała ludzkie utworzyły już nie rzekę ale most, tak zbity iż można by
było przejść po głowach, ramionach, nie dotknąwszy stopą ziemi. Piersiom brakło oddechu, ciałom przestrzeni, lecz
duch, który je ożywiał, dawał im żelazną odporność. Każdy się modlił, nikt nie myślał o niczym innym, każdy dźwigał na sobie tłok i ciężar całej tej masy, lecz nikt nie upadał i popychany przez tysiące, czul w sobie siłę za tysiące, i z tą siłą parł
naprzód, pogrążon w modlitwie, w upojeniu, w egzaltacji....
Kmicic, czołgający się ze swymi ludźmi w pierwszych szeregach, dostał się wraz z pierwszymi do Kościoła, potem prąd wniósł go do cudownej kaplicy, gdzie tłumy rzuciły się na twarz, płacząc, obejmując rękoma posadzkę i całując ją
z uniesieniem. Tak czynił i pan Andrzej, a gdy wreszcie ośmielił się podnieść głowę, uczucie rozkoszy, szczęścia
i zarazem śmiertelnej obawy odjęło mu prawie przytomność.
W kaplicy panował mrok czerwony, którego nie rozpraszały zupełnie płomyki świec, jarzących się przed ołtarzem.
Barwne światła wpadały także przez szyby i wszystkie one blaski czerwone, fioletowe, złote, ogniste drgały na ścianach,
ślizgały się po rzeźbach, załamaniach, przedzierały się w zaciemnione głębie, wydobywając na jaw jakieś niewyraźne przedmioty pogrążone jakoby we śnie. Tajemnicze połyski rozbiegały się i skupiały z mrokiem tak nieznacznie, że nikła
wszelka różnica między światłem a cieniem. Świece na ołtarzu miały glorie złote. Dymy z kadzielnic tworzyły mgłę
purpurową; biały ornat zakonnika, odprawiającego ofiarę grał przyćmionymi kolorami tęczy. Wszystko tu było półwidne,
półprzysłonięte, nieziemskie; blaski nieziemskie, mroki nieziemskie - tajemnicze, uroczyste, błogosławione, przepełnione modlitwą, adoracją, świętością....
Z głównej nawy kościoła dochodził szum zmieszany głosów ludzkich, jak ogromny szum morza, a tu panowała cisza
głęboka, przerywana tylko głosem zakonnika śpiewającego wotywę.
Obraz jeszcze był przysłonięty, więc oczekiwanie tłumiło dech w piersiach. Widać tylko było oczy wpatrzone w jedna stronę, nieruchome twarze, jakoby już z ziemskim życiem rozbratane, ręce złożone przed ustami, jak u aniołów na obrazach. Śpiewowi zakonnika wtórowały organy wydające tony łagodne, a słodkie, płynące jakoby z fletni zaziemskich.
Chwilami zdawały się one sączyć jak woda w źródle, to znów padały ciche a gęste, jak rzęsisty deszcz majowy.
Wtem huknął głos trąb i kotłów - dreszcz przebiegł serca.
Zasłona obrazu rozsunęła się na dwie strony i potok brylantowego światła lunął z góry na pobożnych.
Jęki , płacz i krzyki rozległy się w kaplicy.
- Salve Regina ! - zawrzasła szlachta - monstra Te esse matrem ! - a chłopi wołali: - Panienko Najświętsza ! Panno Złota !
Królowo Anielska ! ratuj, wspomóż, pociesz, zmiłuj się nad nami !
I długo brzmiały te okrzyki wraz ze szlochaniem niewiast, ze skargami nieszczęśliwych , z prośbami o cud chorych
lub kalek.
Z Kmicica dusza nieomal wyszła; czuł tylko, że ma przed sobą niezmierność, której nie pojmie i nie ogarnie, a wobec której wszystko niknie. Czymże były zwątpienia wobec tej ufności, której cała istność nie mogła pomieścić; czym niedola wobec tej pociechy; czym potęga szwedzka wobec takiej obrony; czym ludzka złość wobec takiego patronatu ?....
Tu myśli w nim ustały i zmieniły się w czucia same; zapomniał się, zapamiętał, przestał rozeznawać, kim jest, gdzie jest....
Zdawało mu się, że umarł, że dusza jego leci z głosami organów, mięsza się z dymami kadzielnic; ręce przywykłe do miecza i rozlewu krwi wyciągnął do góry i klęczał w upojeniu w zachwycie.
Tymczasem ofiara kończyła się. Pan Andrzej sam nie wiedział, jakim sposobem znalazł się wreszcie znowu w głównej nawie kościelnej. Ksiądz prawił naukę z kazalnicy ale Kmicic jeszcze długo nic nie słyszał, nic nie rozumiał, jak człowiek zbudzony ze snu nie od razu miarkuje, gdzie kończy się sen, a rozpoczyna jawa.

Pierwsze słowa jakie usłyszał, były: Tu się odmienią serca i dusze naprawią, ani bowiem Szwed mocy tej nie zmoże, ani w ciemnościach brodzący prawdziwego światła nie zwyciężą ! "
- " Amen "- rzekł w duchu Kmicic i począł się bić w piersi, bo mu się teraz zdawało, że zgrzeszył ciężko, sądząc, że już wszystko przepadło i że znikąd nie masz nadziei........................

" Obrona Jasnej Góry "

Pani, co Jasnej Bronisz Częstochowy.
O Pani co w Ostrej Świecisz Bramie.
Pozwól skruszyć te czerwone okowy.
Bądź z nami gdy staniemy ramię w ramię.

Bądź z nami jak Byłaś pod Grunwaldem.
Daj pomoc, gdy Słyszysz wołanie.
Bądź zawsze ze Swym Wiernym Narodem.
Polska Tobie zawdzięcza trwanie.

Byłaś przez wieki z nami jak Matka.
Ucieczką grzesznych, gdy Ciebie błagali.
Wśród zesłańców Byłaś tam, gdzie Kamczatka.
I na Jasnej Górze wśród potopu fali.

Odmieniałaś serca zdrajców Ojczyzny.
Potop Szwedów nie zalał całej Polski.
Dzięki Tobie Polak bronił ojcowizny.
Jasna Góra zniszczyła kraj zamorski.

Musiał Szwed uciekać spod Klasztoru.
Zabrać armaty i wycofać żołnierzy.
Ty Budziłaś w Polsce ducha oporu.
Twój Płaszcz chronił Ducha Macierzy....

Dzisiaj Polska znów oblężona.
Trwa wciąż jeszcze czerwony potop.
Suwerenna Polska nam kona.
Pomóż Matko ocalić Polskie Złoto.

Dziś Polska znów, jak kiedyś Jasna Góra.
Kraj zalewa czerwonawa, wstrętna mafia.
Duch w Narodzie nie całkiem jeszcze umarł.
Trzeba walczyć póki jeszcze Kraj na mapach.

Choć za nami Dwa Katynie pozostają.
Choć Ten Smoleńsk wciąż wyciska nasze łzy.
Trzeba walczyć wiarę w sercach mając !
Zniszczyć mafię, stępić mafii ostre kły !

Bo my wiemy,

PAMIĘĆ, Naszą Częstochową.
PRAWDĄ Naszą, Klasztor Jasnogórski.
WIARA, Serc Naszych jest Ozdobą.
NIE DAMY ZNISZCZYĆ NIKOMU NASZEJ POLSKI !!!

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

serca wołanie....

Dzięki poeto za piękny wiersz,i za wszystkie poprzednie.Tyle w nich serca i pewnie łez..
Dziękuję!

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

serca wolanie...

#145454

To prawda...

Dziękuję Ci za to, że Zobaczyłaś w nich tę moją prawdę.

I jeszcze jedno. To dziwne, ale takim prywatnym mottem, które kiedyś wymyśliłem, i które będzie tytułem mojego następnego zbiorku wierszy, są słowa, " W zaśpiewie serca " .
A to jak Widzisz jest prawie Twój niczek na tym pięknym blogu
i prawie Twój wpis.
I mam już nawet okładkę do tych moich wierszyków. I też jest ładna.
A motto, z okładki już istniejącej książeczki wygląda tak :
....słowa pisane wierszem
sercem pisane wiersze....
Raz jeszcze dziękuję Ci za bycie u mnie tutaj.
A może Zaglądasz w kryształową kulę ?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#146212