Jestem porażona tym , co przeczytałam

Obrazek użytkownika Aniolka
Blog

http://www.witkowskipawel.pl/2010/05/31/kilka-slow-o-bronislawie-komorow...
Dziś chcę przedstawić kilka faktów z życia Bronisława Komorowskiego, kandydata na prezydenta RP z ramienia Platformy Obywatelskiej. Uważam, że merytoryczna dyskusja jest najlepszym wyjściem w demokracji, bo umożliwia każdemu obywatelowi zapoznanie się z faktami. I to na ich postawie powinniśmy tworzyć swoją opinie o kandydacie i podjąć decyzję, czy oddamy na niego głos, czy też nie.

Poniższy felieton nie jest mojego autorstwa. Pozwoliłem go sobie zacytować z bloga Aleksandra Ściosa . Z góry zaznaczam, że jest bardzo długi i bogaty w wiele przykładów, cytatów czy relacji. Myślę, że każdy kto poświęci trochę czasu na jego lekturę będzie zadowolony ze zdobycia wielu informacji na temat kandydata. Gwarantuję, że warto się z tym zapoznać. Zwłaszcza, że Bronisław Komorowski najchętniej wymazałby te zdarzenia ze swojego życia.

Felieton p. Aleksandra Ściosa zatytułowany został: “Czego się boi Bronisław K.”. Poniżej zamieszczam całość:

————————————————————————————————————————————————————————————————————-

Sprawa Romualda Szeremietiewa, czy zbieranie haków na Radosława Sikorskiego – nie są jedynymi, w których Bronisław Komorowski występuje w roli faktycznego rzecznika interesów „czerwonych” generałów. Ten „łagodny konserwatysta” opanował perfekcyjnie umiejętność eliminowania osób stojących na drodze jego kariery politycznej. Z zadziwiającą prawidłowością okazuje się zwykle, że są to osoby niewygodne również dla wojskowego lobby, zarządzającego ogromnym obszarem polskiego życia publicznego. W takich przypadkach, można się jedynie zastanawiać – czy polityczny patron WSI stanowi jedynie „narzędzie” w realizacji interesów środowiska wojskowej bezpieki, czy też stał się już reprezentantem tego układu?

Są w politycznym życiorysie Komorowskiego sprawy, które mogą wywołać szczególną nerwowość pana marszałka. W listopadzie 2008 roku Antoni Macierewicz w jednym z wywiadów zauważył:

„Ostatnio kilkakrotnie widziałem marszałka w stanie silnego podenerwowania. Pierwszy raz, gdy pytano go o związaną z WSI spółkę „Pro Civili”. Drugi raz niedawno, gdy pytano go o kontakty z Leszkiem Tobiaszem i Aleksandrem L.”

Wypowiedź ta, nawiązywała do przesłuchania przez sejmową komisję ds.służb specjalnych redaktora Wojciecha Sumlińskiego. Dowiedzieliśmy się wówczas, że marszałek polskiego Sejmu kłamał przed prokuratorem twierdząc, że nie zna dziennikarza. Kłamał również publicznie przed mikrofonami radia, gdy 1 sierpnia 2008 roku twierdził, iż „Akurat o panu Sumlińskim nic nie wiem, chyba nie znałem tego pana, więc moje zeznania dotyczyły byłego czy pułkownika dawnych służb komunistycznych…”

Tymczasem, zeznając przed sejmową komisją Wojciech Sumliński oświadczył, że spotykał się wielokrotnie z Komorowskim w roku 2007, a tematem rozmów był przygotowywany dla programu „30 minut” w TVP Info materiał o Fundacji Pro Civil. Niewykluczone, że to wówczas Komorowski zorientował się, iż wiedza Sumlińskiego na temat kontaktów posła PO z wojskowymi służbami, może stanowić zagrożenie dla jego dalszej kariery politycznej i postanowił pogrążyć dziennikarza poprzez uwikłanie w kombinację operacyjną – czyli aferę marszałkową.

Nie o sprawie Wojciecha Sumlińskiego chciałbym jednak obecnie przypomnieć, a o działaniach Komorowskiego w czasie, gdy był ministrem obrony narodowej i – jak twierdzą krytycy jego ówczesnych posunięć „współpracował z “czerwonymi” generałami i konserwował układ postkomunistyczny”. Spektakularne pozbycie się Szeremietiewa – przy współudziale ludzi WSI, nie było jednostkowym zdarzeniem. W mniej widowiskowy – choć równie bezwzględny sposób Komorowski pozbył się wówczas innego człowieka, którego pomysły stały na przeszkodzie interesom wojskowego lobby.

W tle całej sprawy, jest tajemnicza spółka „Pro Civili”.

Przypomnę zatem temat, o którym media zdają się nie wiedzieć w ogóle, a również sam Komorowski chciałby zapewne szybko zapomnieć.

W maju 2000 r. dr. Krzysztof Borowiak, po wygraniu konkursu organizowanego przez Urząd Służby Cywilnej, został cywilnym dyrektorem Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON. Sam Borowiak tak w roku 2001 opisywał stan owego Departamentu, w momencie objęcia stanowiska – „Nie było pomieszczeń, nie było żadnego sprzętu biurowego, ani jednego komputera czy telefonu, za to byli już przyjęci przez kogoś prawie wszyscy pracownicy cywilni. Do dzisiaj nie wiem, przez kogo przyjęci, domyślam się, że przyjął ich gen. B. Smólski – radca ministra, swego czasu dyrektor departamentu w pionie zakupów sprzętu dla wojska, za nieprawidłowości usunięty ze stanowiska (była w tej sprawie kontrola NIK), “w nagrodę” mianowany przez min. Onyszkiewicza na zajmowane do dziś stanowisko i utrzymany na tym stanowisku przez min. Komorowskiego. Otóż gen. Smólski “szykował się” na moje stanowisko (już chyba pełnił nawet obowiązki dyrektora “mego” departamentu) i on chyba przyjął tych cywilów: żadna z tych osób nigdy nie miała nic wspólnego ani ze szkolnictwem, ani z nauką wojskową”.

Pomimo wielu trudności ze strony ówczesnego ministra ON Komorowskiego, który dążył do likwidacji Departamentu, udało się Borowiakowi przygotować program restrukturyzacji szkolnictwa wojskowego. Tak o nim mówił autor programu: „Mówiąc skrótowo, uważaliśmy, że resortu nie stać na utrzymywanie więcej niż jednej wyższej uczelni wojskowej (obecnie jest ich osiem!): Uniwersytetu Obrony Narodowej. Protestowaliśmy też przeciwko “prywatyzacji” Wojskowej Akademii Technicznej i żerowaniu na jej majątku Szkoły Wyższej Warszawskiej czy innych tworów (“Naukowy Park Technologiczny na Bemowie”). Wskazywaliśmy również na nieekonomiczną i nieracjonalną lokalizację Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych we Wrocławiu, zamiast w lepiej do tego predestynowanym Poznaniu. Minister Komorowski był głuchy na nasze argumenty, nie chciał ich wysłuchiwać, jak już powiedziałem: ignorował nasz departament.”

Borowiak zaproponował połączenie WAM, WAT i AON w jeden Uniwersytet Obrony Narodowej z wydziałami: lekarskim, technicznym i strategiczno-obronnym. Z trzech Wyższych Szkół Oficerskich wojsk lądowych powinna, według tej koncepcji pozostać szkoła w Poznaniu, m.in. z uwagi na niższe o 20 proc. koszty kształcenia niż we Wrocławiu.

5 lutego 2001 Komorowski odwołał Borowiaka ze stanowiska, argumentując swoją decyzję „ciężkim naruszeniem podstawowych obowiązków pracowniczych”, twierdząc, że „swoim działaniem dyrektor Borowiak nie tylko zmierzał do podważenia autorytetu kierownictwa resortu, złamał również zasadę apolityczności wiążącą członków korpusu Służby Cywilnej”.

Odpowiadając na zapytanie posła Bogdana Lewandowskiego, w sprawie odwołania Borowiaka, Komorowski podczas wystąpienia w Sejmie w dn.18.04.2000 r. twierdził, iż „Dyrektor Borowiak znaczną część swojego pobytu na zwolnieniu lekarskim poświęcił na publiczną krytykę założeń reformy szkolnictwa wojskowego, wstępnie zatwierdzonych przez ministra obrony narodowej i polityczne kierownictwo resortu obrony. [...]

Wszystkie te działania dyrektor Borowiak podejmował, przebywając na zwolnieniu lekarskim, po czym w dniu 1 lutego br. przedstawił kolejne zwolnienie. Takie zachowanie, kiedy pracownik w czasie zwolnienia lekarskiego podejmuje czynności sprzeczne z jego celem, jakim jest odzyskanie zdolności do pracy, a zwłaszcza czynności prowadzące do przedłużenia niezdolności do pracy, godzi w dobro pracodawcy; jest sprzeczne z obowiązkami pracownika.”

W opinii Borowiaka, jego zwolnienie miało związek z programem restrukturyzacji szkolnictwa wojskowego, który w istotny sposób naruszał dotychczasowe status quo. Wyżsi oficerowie WP, wykorzystujący struktury szkolnictwa do robienia własnych interesów, byli zdecydowanymi przeciwnikami reform, proponowanych przez nowego dyrektora.

Borowiak protestował przeciwko koncepcji zakamuflowanej prywatyzacji WAT i dokonywanego w ten sposób transferu majątku Sił Zbrojnych w prywatne ręce. Zaproponowana przez jego departament koncepcja dogłębnej reorganizacji wyższego szkolnictwa wojskowego jako jeden z celów stawiała uniemożliwienie dokonywania takiego procederu – uwłaszczania się na majątku państwowym różnych, mających stosowne “dojścia” grup nacisku. Ujawnione w trakcie urzędowania nieprawidłowości, Borowiak sygnalizował swemu bezpośredniemu przełożonemu – ministrowi Komorowskiemu, ten jednak nie uważał za stosowne odpowiadać nawet na służbową korespondencję, słał natomiast pisma ze swym “błogosławieństwem” założycielom Szkoły Wyższej Warszawskiej. W tej sytuacji Borowiak poinformował o swoich zastrzeżeniach najwyższe organy władzy państwowej: Prezydenta RP (poprzez ówczesnego ministra gen. Marka Dukaczewskiego z Biura Bezpieczeństwa Narodowego) późniejszego szefa WSI, premiera, Marszałka Sejmu, a także osobiście Prezesa NIK Janusza Wojciechowskiego oraz dyrektora Zarządu Śledczego UOP, kpt. Bodaka. Jedynym efektem tych działań było usunięcie Borowiaka ze stanowiska, a rok później Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wojskowego został decyzją rządu Millera wykreślony ze struktury organizacyjnej MON.

W piśmie Borowiaka z 23.07.2001r., skierowanym do posła Bogdana Lewandowskiego, który (jako jedyny) pytał w interpelacji o przyczyny odwołania dyrektora Departamentu, znajdujemy następujące zdania: „Minister Komorowski posunął się w walce z naszym departamentem tak daleko, że dysponował nagraniem rozmowy z mego telefonu komórkowego do Przewodniczącego Sejmowej Komisji Obrony Narodowej posła Głowackiego, który wobec świadków zaprzeczył jakoby przekazywał to nagranie min. Komorowskiemu. Nagranie to z nieukrywaną satysfakcją prezentował mi min. Komorowski na przełomie roku 2000/2001 stawiając przede mną alternatywę: albo sam się zwolnię, albo zostanie wszczęte przeciwko mnie postępowanie dyscyplinarne.

W artykule Marka Henzlera w nr. 11/2001 (2289) tygodnika „Polityka”, Borowiak tłumaczy fakt posiadania nagrania rozmowy telefonicznej przez Komorowskiego w następujący sposób:

„W końcu grudnia „Rzeczpospolita” w artykule „Podchorąży nie zdąży” przytoczyła słowa ministra Komorowskiego, który posłom z komisji obrony powiedział, iż dziś czterech nauczycieli przypada na jednego słuchacza szkoły wojskowej, a nakłady na jego kształcenie w ciągu roku są sześciokrotnie wyższe niż na studenta cywilnej uczelni. Minister zapowiedział, iż z ośmiu szkół niebawem pozostanie pięć. Kiedy to przeczytałem, zadzwoniłem do przewodniczącego komisji posła Stanisława Głowackiego z AWS. Włączyła się poczta głosowa w jego telefonie komórkowym. Powiedziałem, że minister mija się z prawdą, bo aż tak źle nie jest i jeśli posłowie chcą znać prawdę, to na posiedzenie powinni zaprosić przedstawiciela merytorycznego departamentu! Do głowy mi nie przyszło, że poseł Głowacki poleci z tym nagraniem do ministra, a ten przegra to sobie na kasetę magnetofonową.”

Przyczyny zwolnienia dyrektora Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON zostały zweryfikowane przez sąd, do którego wyrzucony przez Komorowskiego urzędnik skierował pozew w roku 2000.

Po blisko czterech latach walki o obronę dobrego imienia, dr Borowiak uzyskał ostateczne rozstrzygnięcie, w którym potwierdzono, że nie istniały żadne podstawy do zwolnienia na podstawie art.52 Kodeksu pracy.

W uzasadnieniu wyroku Sądu Okręgowego z czerwca 2004 roku można przeczytać:

„Z całokształtu sprawy wynika jednoznacznie, że powodem zastosowania wobec powoda art. 52 Kodeksu pracy (o rozwiązaniu umowy o pracę bez wypowiedzenia) był istniejący między stronami konflikt, zaś wykonywanie pewnych czynności związanych ze świadczeniem pracy podczas zwolnienia lekarskiego stanowiło jedynie pretekst do pozbycia się powoda z pracy;

[...] trudno zgodzić się z poglądem pozwanego, że powód umyślnie stawiał się do pracy, aby przedłużyć okres zwolnienia lekarskiego; należałoby raczej te wizyty powoda w miejscu pracy wiązać z jego poczuciem obowiązku za powierzone mu zadania i chęcią osobistej kontroli tego, co się dzieje podczas jego nieobecności spowodowanej zwolnieniem;

w ocenie sądu okręgowego nie można przypisać powodowi rażącego niedbalstwa w czynnościach, które podejmował w szeroko pojętym interesie pracodawcy; rozwiązanie umowy o pracę w trybie natychmiastowym powinno być stosowane z dużą ostrożnością, w sytuacjach rzeczywiście na to zasługujących, a nie w celu pozbycia się niewygodnego pracownika”..

Za niezgodną z prawem utratę stanowiska i blisko cztery lata walki o oczyszczenie z absurdalnego zarzutu Borowiakowi musiało wystarczyć odszkodowanie finansowe. Podobnie – jak w przypadku Szeremietiewa, nie był już możliwy powrót na uprzednio zajmowane stanowisko, ponieważ nieprawomyślny departament szybko zlikwidowano, oddając znów naukę i wyższe szkolnictwo wojskowe w generalskie ręce.

Bezpośrednim wykonawcą bezprawnej dyspozycji Komorowskiego, był w roku 2000 dyrektor generalny MON Jakub Pinkowski, który tuż przed swoim odejściem z ministerstwa w roku 2004 polecił jeszcze złożyć kasację od wyroku SO. Sąd Najwyższy postanowił kasację tę – (jako nieprzytaczającą okoliczności uzasadniających jej rozpoznanie) – odrzucić. Dość zauważyć, że Jakub Pinkowski odszedł z MON na stanowisko sędziego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie.

W tym samym niemal czasie, Bronisław Komorowski pozbył się z MON wiceministra Szeremietiewa i jego doradcę Zbigniewa Farmusa. Podobieństwo tych spraw polega głównie na tym, że były to decyzje personalne podjęte na korzyść ówczesnego układu, jaki stworzyli w wojsku wyżsi oficerowie i służyły obronie ich interesów. Wkrótce po usunięciu z MON Krzysztofa Borowiaka w budynkach Wojskowej Akademii Technicznej rozpoczęła działalność prywatna Szkoła Wyższa Warszawska, założona przez Fundację Rozwoju Edukacji i Techniki, która okazała się biznesem kierowanym przez oficerów WSI. O interesach WSI na majątku WAT jest mowa w Raporcie z Weryfikacji WSI w rozdziale 10. zatytułowanym „Działalność oficerów WSI w Wojskowej Akademii Technicznej”.

Na długo przed wyborem Bronisława Komorowskiego na marszałka Sejmu, w mediach pojawiły się zarzuty o udziale polityka PO w tajemniczych aferach. Sprawy dotyczyły okresu, gdy Komorowski był ministrem obrony narodowej, a we wszystkich występowali ludzie Wojskowych Służb Informacyjnych. Wówczas – w roku 2007 poseł Komorowski wydawał się łatwym obiektem do mocnego i celnego ataku.

Wśród wielu publikacji z tego czasu można wymienić artykuły z tygodnika „Wprost” z dn. 14 października 2007r na temat inwigilacji posłów z sejmowej komisji obrony, czy z 27 października o wezwaniu Komorowskiego przed Komisję Weryfikacyjną, a wreszcie z 18 października o związkach Komorowskiego z WSI i Aleksandrem Lichockim.

Do wściekłości doprowadzał wówczas polityków PO fakt „sprzątnięcia sprzed nosa” archiwum Komisji i przeniesienia jej siedziby do BBN –u. Trzeba zwrócić uwagę, jaki żal przebija z publikacji „Dziennika” z początków grudnia 2007r. – „Jednego dnia zabrakło, by premier Donald Tusk i wicepremier Grzegorz Schetyna mogli przeczytać aneks do raportu o weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych. Jest to o tyle ciekawe, że w aneksie, według prasowych przecieków, mają być opisani politycy Platformy, tacy jak: Bronisław Komorowski, Radosław Sikorski czy Grzegorz Schetyna. Jednak 15 listopada, dzień przed objęciem władzy przez Tuska, dokumenty zostały zwrócone przez kancelarię premiera do szefa komisji weryfikacyjnej WSI. Aneks ma w tej chwili tylko prezydent i od prawie półtora miesiąca nie podjął decyzji, kiedy go ujawni.”

6 listopada, ten sam „Dziennik” wyraźnie sygnalizował, jakie obawy żywią ludzie Platformy:

„ Według informatora DZIENNIKA, który widział dokument, liczy on co najmniej kilkaset stron. Politycy Platformy, z którymi rozmawialiśmy, spodziewają się, że aneks będzie wymierzony w ich partię i zostanie opublikowany przed powołaniem rządu Donalda Tuska. “Spodziewamy się, że w raporcie padną nazwiska Bronisława Komorowskiego, Grzegorza Schetyny i Radka Sikorskiego. Czy będą bomby? Gdyby mieli bomby, to zrzuciliby je na nas w kampanii wyborczej” – opowiada rozmówca DZIENNIKA z Platformy.”

W tym, mniej więcej czasie Bronisław Komorowski spotkał się z byłym szefem kontrwywiadu WSW Aleksandrem Lichockim. Jeśli wierzyć słowom Komorowskiego, trzeba przyjąć, że do spotkania doszło po dniu 5 listopada 2007r., czyli po dacie wyboru polityka PO na marszałka sejmu VI kadencji. Sam bowiem marszałek pytany o powód wizyty pułkownika WSW, stwierdził:

„Ja myślę, że prozaiczna sprawa – po pierwsze sądził, że ja jestem zainteresowany, bo jak pan Antoni Macierewicz publicznie mówił… moje nazwisko jest wymieniane w jego Aneksie tajnym, a po drugie nastąpiła zmiana władzy, ja już byłem marszałkiem Sejmu, więc mógł sądzić, że się „przeflancuję”, mówiąc takim językiem polityczno–ogrodniczym, na nową grządkę, na nowy układ sił politycznych”.

Tymczasem – niekoniecznie sprawa mogła być tak prozaiczna, jak chce tego Komorowski.

18 października 2007r. „Gazeta Polska” zamieściła artykuł Leszka Misiaka pt. „Komorowski i WSI”, nawiązujący do wcześniejszej publikacji „Wprost”. Misiak ujawnił w nim fakt wieloletniej znajomości Komorowskiego z Lichockim i zakończył swój artykuł intrygującym pytaniem:

„Jaki interes miał wysoki rangą oficer WSI, by występować jako rzecznik Bronisława Komorowskiego? Co łączy czy łączyło obu panów? Czy była to znajomość prywatna czy też miała inny charakter? Te pytania chcieliśmy zadać marszałkowi Komorowskiemu.”

Niestety, Komorowski nie znalazł wówczas czasu, by porozmawiać z “GP”, a jego asystent kilkakrotnie przekładał termin wywiadu, odsyłając dziennikarza do sejmowego sekretariatu.

Z chronologii zdarzeń wynika, że przed spotkaniem z Lichockim, Komorowski wiedział już, że tą znajomością interesują się dziennikarze, wiedział też, że zadają w tej sprawie pytania – a mimo to, zdecydował się przyjąć Lichockiego w swoim biurze poselskim. Również Lichocki miał świadomość, że jego związki z Komorowskim zostały ujawnione i stanowią przedmiot dziennikarskiego zainteresowania – a jednak zdecydował się na spotkanie z marszałkiem w miejscu publicznym. Byłoby to zadziwiającą niefrasobliwością – wprost nieprawdopodobną u oficera kontrwywiadu i doświadczonego polityka, na którego media poszukują „haków”

Dlatego wydaje się mało prawdopodobne, by w tych okolicznościach i w tym właśnie czasie doszło do spotkania – według scenariusza, jaki przedstawił mediom Komorowski. W cyklu „Afera marszałkowa” pisałem, że wersja marszałka Sejmu wydaje się wiarygodna tylko wówczas, gdy przyjmiemy, że panowie musieli się spotkać, a ich spotkanie, odnotowane przez „Wprost” było jednym z wielu już odbytych. Jeśli do tej aktywności, zmusiła ich publikacja „Gazety Polskiej”, byłaby to logiczna i uprawniona reakcja.

Z dzisiejszej perspektywy – początki afery marszałkowej i ówczesne kontakty Komorowskiego z człowiekiem podejrzewanym o związki z rosyjskim wywiadem mogą wydać się rzeczą bez znaczenia. Jeśli wspominam o zdarzeniach sprzed dwóch lat, to tylko po to, by wskazać, że lęk kandydata Platformy na prezydenta przed „hakami” zawartymi w Raporcie musiał mieć mocne, realne podstawy i wbrew temu, co dziś opowiada Komorowski – sprawy opisane przez Komisję, mogą skutecznie zablokować jego prezydenckie aspiracje.

Jestem przekonany, że spotkania z Lichockim musiały dotyczyć również Fundacji Pro Civili i ten temat mógł zaważyć na decyzji o włączeniu w zakres kombinacji operacyjnej dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego. Obok byłego oficera WSW/WSI dziennikarz piszący o WSI i mający kontakt z jednym z członków Komisji Weryfikacyjnej WSI- Leszkiem Pietrzakiem wydawał się idealny, by uwiarygodnić całą konstrukcję prowokacji. Liczono też prawdopodobnie na przejęcie niewygodnych dla Komorowskiego materiałów dotyczących fundacji Pro Civili, którą zajmował się Sumliński.

Jak przypomniałem w poprzednim tekście z tego cyklu – Sumliński, składając wyjaśnienia przed sejmową komisją ds. służb specjalnych oświadczył, że spotykał się wielokrotnie z Komorowskim w roku 2007, a tematem rozmów był przygotowywany dla programu „30 minut” w TVP Info materiał o Fundacji Pro Civil. Komorowski natomiast, zeznając przed prokuratorem zataił fakt, iż zna dziennikarza, a kłamstwo te powtórzył następnie przed mikrofonami PR.

Niewykluczone, że to wówczas Komorowski zorientował się, iż wiedza Sumlińskiego na temat kontaktów posła PO z wojskowymi służbami może stanowić zagrożenie dla jego dalszej kariery politycznej. Najwyraźniej też, pytania zadane przez Sumlińskiego wywarły wówczas na Komorowskim ogromne wrażenie, na tyle mocne, że przez kilka następnych dni lutego 2007r. wciąż wspominał sprawę Fundacji Pro Cyvili.

W wywiadzie dla Moniki Olejnik z 19 lutego 2007r ( trzy dni po opublikowaniu Raportu z Weryfikacji WSI), Komorowski tak komentował ujawnienie przez prezydenta treści dokumentu: „Myślę, że pan prezydent nie do końca w pełni świadomie wszystko, nie wszystko przeanalizował. Tam jest na przykład taki przypadek, że pan prezydent mówi zresztą o tym na konferencji prasowej, że jakimś dowodem na zbrodnie WSI miały być nieprawidłowości w ramach Wojskowej Akademii Technicznej, gdzie byli zamieszani oficerowie, słynna fundacja Pro Civili.”

Trzy dni później, 22 lutego 2007r w wywiadzie dla Gazety.pl, poświęconym w całości ocenie Raportu, na pytanie dziennikarza – „Czyli właściwie z WSI nie było problemów?” – Komorowski stwierdził:

- „Były. Ale znaczna większość grzechów WSI przytoczonych w raporcie nie jest żadną sensacją. Te sprawy od dawna bada prokuratura. Np. afera fundacji Pro Civili. Rozpracowały ją same WSI za czasów gen. Rusaka. W 2000 roku, kiedy kierowałem MON, sprawa została skierowana do prokuratury i znalazła finał w sądzie.”

Co takiego tkwi w sprawach dotyczących fundacji, że Komorowski, (najwyraźniej pod wpływem rozmów z Wojciechem Sumlińskim) próbuje bagatelizować problem i zapewnia publicznie, że jako minister ON dopełnił swoich obowiązków? Czy na pewno dotyczy okresu, gdy Komorowski szefował w MON, czy może ma związek z czasem innej aktywności obecnego marszałka i jego przyjaciółmi z WSI?

Sprawa musi być ważna, skoro polityk PO „wytypował” dziennikarza jako ofiarę kombinacji operacyjnej służb i świadomie skazał go na zawodową śmierć.

Jeśli przypomnieć, jakie „przypadki” spotykały dziennikarzy dotykających tematu fundacji i jakimi metodami zamykano usta ludziom zainteresowanym sprawą, można bez cienia sarkazmu powiedzieć, że Wojciech Sumliński „miał szczęście”.

Dziennikarz Dariusz Kos, w lutym 2007 roku tak opisywał okoliczności, w jakich wspólnie z Robertem Zielińskim próbowali w „Super Expresie” badać sprawę fundacji:

„ Był przełom czerwca i lipca 1999 roku. Pracowałem wtedy w “Super Expressie”. Razem z Robertem Zielińskim stanowiliśmy “śledczy team” dziennikarski “SE”. Robert zadzwonił, przejęty. Dostał “cynk” o dużej aferze w wojsku. W redakcji opowiedział o co chodzi. Chodziło o “Pro Civili”, Wojskową Akademię Techniczną i PKO BP. W tle WSI.” [...]

I wtedy zaczęły się dziać wokół mnie dziwne rzeczy. Nagle moją pracę szefostwo “SE” zaczęło źle oceniać. Nagle przestała liczyć się jakość materiałów, a zaczęłą ilość. W dodatku ważne było na jakiej stronie i ile publikowano moje artykuły. Podliczano ile miałem “jedynek”, ile “trójek”, a ile “cover story”. Spadały, jak iskry dziwne plotki. Atmosfera wokół mnie gęstniała z dnia na dzień. W końcu w połowie 1999 roku szefostwo “SE” postanowiło się ze mną rostać. Dziwne, że wtedy gdy zaczęliśmy porządnie rozpracowywać z Robertem akurat sprawę Pro Cyvili. Po latach wiem, że było to na rękę WSI. Musieli spokojnie kończyć swoje przekręty z innymi bankami i rozpocząć tuszowanie sprawy. Robertowi w końcu udało się całą aferę opisać, lecz dopiero w marcu 2000 roku. Po ponad pół roku od kiedy wspólnie zabraliśmy się za tą sprawę. Po moim odejściu z “SE”, a przed publikacją tekstu Roberta działy się dziwne rzeczy z osobami zaangażowanymi w przekręt. Jeden z wojskowych inicjatorów akcji z drenowaniem PKO BP i innych banków zginął w wypadku. Innego zasztyletowano, kogoś pobili nieznani sprawcy. Zaś pewien J. S., który dysponował jednym z kont przekręciarzy poleciał w Sekułę, czyli dwukrotnie postrzelił się w brzuch.

Można więc powiedzieć, iż ze mną postąpiono łagodnie. Wyrzucono tylko z pracy i pozbawiono środków do życia. Lecz nie pozbawiono samego życia. Ot, takie tam utrudnienia.”

Sam Wojciech Sumliński, w grudniu 2008 roku w ten sposób pisał o zbieraniu materiałów dotyczących Fundacji Pro Civili:

„Półgodzinny materiał ukazał się na przełomie stycznia i lutego 2007 roku w programie “30 minut” w TVP 3. Zbierając do niego informacje dotarłem do policjantów z CBS, pracowników IV oddziału banku PKO BP, z którego Pro Civili wyprowadziła miliony złotych, rozmawiałem na ten temat i z przedstawicielami Fundacji i z politykami pośrednio bądź bezpośrednio powiązanymi z Pro Civili (Onyszkiewicz, Maksymiuk, Komorowski – długa i trudna rozmowa) i dziennikarzami np. redaktorem Tomaszem Lisem, które to nazwisko występuje w dokumentach Fundacji – w Pro Civili chodzi jednak o innego Tomasza Lisa (zbieżność imienia i nazwiska) i przedstawicielami prokuratury, rozmaitych służb, etc. Materiał filmowy, który został wyemitowany, był tylko wstępem do dalszych prac, które miały znaleźć uwieńczenie w książce. Niestety, na skutek znanych powszechnie okoliczności nie znalazły do dziś.”

Działalność oficerów WSI niejednokrotnie przybierała charakter przestępczości gospodarczej na wielką skalę, wskutek której Skarb Państwa tracił wielomilionowe sumy.

„W związku z ustaleniami UKS, w lipcu 1999 r. Prokuratura Rejonowa w Warszawie przy współudziale Zarządu Ochrony Interesów Ekonomicznych UOP wszczęła śledztwo, w trakcie którego potwierdzono istnienie przestępczych mechanizmów na WAT przy udziale szeregu podmiotów gospodarczych, z uczelni tej nielegalnie wyprowadzono 381.962.568 zł. Jak ustalono, pieniądze te wypływały z budżetu WAT przez utworzone w roku 1996 Centrum Usługowo-Produkcyjne WAT, które miało zajmować się handlową i marketingową obsługą WAT.

Proceder polegał na podpisywaniu przez CUP WAT umów wieloletnich na dostawę towarów bądź świadczeń usług na rzecz WAT z różnymi spółkami. Znaczna część z nich miała bardzo bliskie powiązania z Fundacją „Pro Civili”. Mechanizm tych umów polegał na fikcyjnym ustanowieniu WAT jako odbiorcy towarów lub podmiotu zlecającego usługi, za które WAT był zobowiązany do zapłaty zleceniodawcom bądź wykonawcom znacznych środków finansowych. W procederze tym ważną rolę odgrywała Fundacja „Pro Civili”, ale też powiązane z nią spółki „Olbart”, „Kiumar”, „Glicor” „Sicura” i inne. Fundacja „Pro Civili” została założona 5 lipca 1994 r. z kapitałem założycielskim 300 tys. starych zł. Miała zajmować się ochroną pracowników i funkcjonariuszy służb państwowych i samorządowych oraz działaczy społecznych i związkowych a także niesieniem pomocy osobom, które poniosły szkodę bądź doznały uszczerbku na zdrowiu, broniąc bezpieczeństwa i porządku prawnego RP. Głównymi założycielami fundacji byli Anton Wolfgang Kasco i Patryk Manfred Holletschek (twórca pierwszej w Polsce piramidy finansowej: „Global System”). Prezesem Zarządu Fundacji był Krzysztof Werlich a Dyrektorem Generalnym Elżbieta Polaszczyk. Radę Fundacji tworzyli: przewodniczący Piotr Polaszczyk (do sierpnia 1995 r. oficer WSI), Beata Werlich, Krzysztof Kostrzewski, gen. Stanisław Świtalski oraz Marek Olifierczuk (współpracownik prowadzony przez Piotra Polaszczyka). Jednym z pracowników Fundacji był oficer Zarządu III WSI Marek Wolny. W 1994 r. w skład Rady Fundacji wchodzili ponadto Janusz Maksymiuk i Tomasz Lis. [...]Ustalono też, że mająca ścisłe związki z CUP WAT Fundacja „Pro Civili” oraz powiązane z nią firmy były jednocześnie tzw. „pralnią pieniędzy”, które mogły pochodzić również z nielegalnej działalności grup przestępczych. Taką tezę potwierdzają niektóre ujawnione przez prokuraturę umowy, jakie w latach 1996-2000 w imieniu WAT zawierało CUP WAT z Fundacją „Pro Civili” i innymi spółkami”. – to najistotniejsza część informacji o „Pro Civili”, zawarta w Raporcie z Weryfikacji WSI.

Sama fundacja przypomina inną, esbecką inicjatywę z początku lat 90. To wówczas, u Jana Widackiego, wiceszefa MSW, pojawił się, powiązany z “Baraniną”, człowiek o nazwisku Zdzisław Herszmann – emigrant z Polski zamieszkały w Wielkiej Brytanii i Monte Carlo. Herszman miał znajomości w MSW, a jednocześnie współpracował z zarządem “Pruszkowa”, m.in. z Andrzejem Kolikowskim (Pershingiem) i Andrzejem Zielińskim (Słowikiem). Herszmannowi miał towarzyszyć Andrzej Kuna – późniejszy uczestnik wiedeńskich rozmów Kulczyk – Ałganow. Mężczyźni przekonywali Widackiego do pomysłu powołania prywatnej fundacji, która udzielałaby pomocy policjantom, poszkodowanym podczas pełnienia służby. Fundacja „Bezpieczna Służba” (anagram od SB) powstała przy MSW w lutym 1991, a na jej czele stanęły Bożena Tykwińska i Krystyna Barański – siostra i żona „Baraniny”.

Słusznie jest podejrzenie, że obie fundacje powstały w identycznym celu – jako „pralnie” środków pochodzących z przestępstw i źródła pozyskiwania „czystych” pieniędzy na potrzeby esbeckiej mafii.

O ile – niewiele wiemy o działalności „Bezpiecznej Służby”, o tyle – dzięki likwidacji WSI i sporządzeniu Raportu mogliśmy poznać niektóre obszary aktywności Fundacji „Pro Civili”. Nie zmienia to faktu, że pytań związanych z jej działalnością, jest nadal więcej, niż odpowiedzi. Już tylko ustalenie personaliów członków fundacji napotyka na spore problemy. Sprawę np. opisywał w roku 1998 tygodnik „Nie” co (jak słusznie zauważył Tomasz Szymborski) świadczy, że była przedmiotem rozgrywek między cywilną, a wojskową bezpieką. Ministerstwo Obrony Narodowej, do którego skierowano wówczas pytania o generała Stanisława Świtalskiego i porucznika Marka Olifierczuku odpowiedziało, że tacy w ogóle nie funkcjonują w MON. Nie jest to prawdą, ponieważ do dziś wykładowcą WAT na Wydziale Inżynierii Chemii i Fizyki Technicznej jest ppłk dr.inż. Marek Olifirczuk, a gen. Świtalski to absolwent Wydziału Mechanicznego WAT , z tego samego rocznika, co gen. dyw. Bolesław Izydorczyk – oficer Zarządu II Sztabu Generalnego WP, uczestnik sowieckich kursów GRU przy Akademii Dyplomatycznej w Moskwie, szef Zarządu Wywiadu WSI, a od czerwca 1992 r. do marca 1994 r. szef WSI. Znajomość Izydorczyka z gen. Świtalskim dotyczy zapewne okresu studiów na WAT i jest – jak się wydaje ważną przesłanką do znalezienia klucza, według którego dobierano członków Fundacji „Pro Civili”.

W związku z gen. Izydorczykiem pojawia się jeszcze jedno nazwisko pracownika fundacji – płk. Marka Wolnego oficera Zarządu III WSI. W aneksie nr.17 Raportu z Weryfikacji (dotyczącego w całości informacji na temat Izydorczyka) znajdziemy następujący zapis:

„Podkreślenia wymaga również fakt, że B. Izydorczyk początkowo dwukrotnie odmówił poddania się badaniom poligraficznym, a wówczas gdy zdecydował się im poddać, wyniki tych badań w aspekcie zadanych pytań o związki ze służbami sowieckimi były dla niego niekorzystne. Wszystkie wspomniane wątpliwości pogłębiał fakt, że jak ustalono w ramach prowadzonej standartowo osłony kontrwywiadowczej gen. Izydorczyk w lecie 1992 r. spotkał się w Zakopanem z rezydentem służb rosyjskich, w okolicznościach, „które jednoznacznie wskazywały na spotkanie wywiadowcze”(świadkiem tego spotkania był szef Oddziału KW w Krakowie – płk M. Wolny)”

W jaki charakterze ppłk Wolny uczestniczył w spotkaniu z rezydentem służb FR, nie wiemy.

Wiadomo natomiast, że protektorem kariery gen Izydorczyka był szef MON Bronisław Komorowski. W 2000 roku związki Izydorczyka ze służbami sowieckimi i rosyjskimi były przedmiotem zainteresowania BBW WSI, w ramach prowadzonej sprawy o krypt. „GWIAZDA” oraz w ramach postępowania sprawdzającego w związku z ubieganiem się przez Izydorczyka o wydanie poświadczenia bezpieczeństwa. Choć gen. Tadeusz Rusak – ówczesny szef WSI nie chciał wydać certyfikatu, musiał to uczynić na wskutek – jak sam stwierdził – „nacisków szefa MON ministra Bronisława Komorowskiego”. Dzięki Komorowskiemu Izydorczyk uzyskał certyfikat bezpieczeństwa NATO do dokumentów oznaczonych klauzulą „ściśle tajne i mógł wyjechać do Brukseli, gdzie objął funkcję Dyrektora Partnership Coordination Cell (PCC) w Mons. Przebywał tam do 2003 r. mając dostęp do informacji stanowiących najwyższe tajemnice NATO.

Jak wynika z postępowania sprawdzającego Biura Bezpieczeństwa Wewnętrznego WSI, oraz rozpoznania kontrwywiadowczego prowadzonego w ramach sprawy o krypt. GWIAZDA - ewidentną stwierdzoną cechą gen. Izydorczyka, jako pracownika służb specjalnych WP były obawy przed dogłębnym wyjaśnieniem jego związków ze służbami b. ZSRR i jego kontaktów z oficerami tych służb. Zebrane w trakcie postępowań informacje wskazywały na bardzo poważne poszlaki rzeczywistym powiązaniu Izydorczyka ze służbami sowieckimi.

W tym samym czasie, gdy minister ON Komorowski patronował karierze gen. Izydorczyka, w gazecie „Trybuna” z 14-15.08.2001 r. zamieszczono interesujący artykuł :

„Zanim jeszcze wybuchł skandal związany z korupcją w pionie wiceministra Romualda Szeremietiewa, głośno było o zakupach samochodów dla armii. Zarówno lancii, co kojarzono z prywatną lancią Szeremietiewa, jak i mercedesów. Sprawa tych ostatnich ostatnio odżywa.

[...] Przy Krakowskim Przedmieściu stoi budynek wojskowy zwany “Domem bez kantów” . Za PRL mieścił się tu Główny Zarząd Polityczny WP, a na parterze działały sklepy wojskowe. W początkach lat 90., gdy nie było już GZP – tylko departament wychowania podległy wiceministrowi Bronisławowi Komorowskiemu, część sklepów wynajęto na salon sprzedaży mercedesów Sobiesławowi Zasadzie. Po tym fakcie , MON zakupiło mercedesy do armii.

Transakcję dotyczącą dostaw mercedesów pilotował w MON Adam Tylus. Gdy otrzymał szlify generalskie – opuścił szeregi wojska i poszedł pracować do firmy S. Zasady. Obecnie – jako generał w stanie spoczynku jest doradcą w gabinecie politycznym ministra Komorowskiego. Ponoć ostatnio salon Mercedesa otrzymał “za taniochę” przedłużenie umowy najmu w “Domu bez kantów”. [...] Interesujące jest, że w najbliższym otoczeniu ministra obrony jest przynajmniej kilka kontrowersyjnych osób. Np. gen bryg. Bogumił Smólski, radca w sekretariacie MON. Czy została wyjaśniona jego rola w realizacji programu HUZAR i zakupu rakiety NDT, gdy był dyrektorem departamentu rozwoju i wdrożeń MON? A przecież w raporcie NIK został negatywnie oceniony i odwołany z funkcji. Czy wyjaśniono jego udział w organizowaniu przetargu na zakup samolotu wielozadaniowego? Podobnie jak gen. Tylus, który na dodatek nie ma – jak mówi się w ministerstwie – certyfikatu dopuszczającego do informacji niejawnych, był przecież pośrednikiem między Komorowskim a Szeremietiewem. [...] Jest jeszcze jeden kwiatek opisany w prasie, który dotyczy gen. Mariana Robełka, byłego zast. szefa Sztabu Generalnego. Według informacji prasowych, syn generała jest współzałożycielem spółki kartograficznej, podobnie zresztą, jak syn innego generała, podwładnego Robełka, b. szefa zarządu topograficznego Sztabu Generalnego WP. Dziwnym trafem ta spółka, o nazwie POLKART, wygrywała przetargi na druk map wojskowych. Gen. Robełek jest doradcą w gabinecie politycznym ministra Komorowskiego.”

Artykuł zawierał kilka sensacyjnie brzmiących informacji, ale czy wolno traktować je bezkrytycznie, znając kondycję komunistycznej „Trybuny” i jej niechęć do „solidarnościowego” ministra Komorowskiego? Są jednak w tekście informacje, które nakazują pójść tropem wskazanym przez dziennikarza „Trybuny”, tym bardziej, że dotyczą tematu fundacji „Pro Civili” i związków Komorowskiego z ludźmi współpracującymi z fundacją.

Okazuje się bowiem, że w dokumentach informacyjnych Fundacji „Pro Civili” z 1998 roku, podpisanych przez Krzysztofa Werelicha wymienia się wśród dostawców różnych towarów firmy Sobiesław Zasada Centrum SA., Volvo Poland i Pati Soft sp. z o.o., a wśród „odbiorców strategicznych” Ministerstwo Obrony Narodowej.

Generał Adam Tylus – doradca w gabinecie politycznym ministra Komorowskiego i pracownik Sobiesława Zasady to również absolwent tego samego rocznika Wydziału Mechanicznego WAT, co gen. Izydorczyk i gen. Świtalski. O roli gen. Tylusa w interesach Zasady można się dowiedzieć z artykułu „W mundurze im do twarzy” Sławomira Kosielińskiego z 7 lutego 2000 r. zamieszczonego w „Computerworld„. Autor opisuje sprawę firmy Ster-Projekt poszukującej inwestora dla nowo powstałej spółki Ster-Projekt Technologie C4I, specjalizującej się w projektach dla służb mundurowych. Zamówienia tego rodzaju wymagają dostępu do informacji niejawnych. Tylko osoby, które uzyskały poświadczenie bezpieczeństwa osobowego, mogą brać udział w projektach objętych klauzulami tajności. W artykule możemy przeczytać m.in.:

„Przejęcie przez Ster-Projekt firmy PolSPARK i przekształcenie jej – po włączeniu doń pionu wojskowego Ster-Projektu – w Ster-Projekt Technologie C4I oznacza, że 80% jej zespołu (ok. 30 osób) uzyska stosowne certyfikaty. Według koncepcji Jana Myszka, prezesa Ster-Projektu i Ster-Projekt Technologie C4I, większość pracowników drugiej z tych firm ma wywodzić się z wojska, co znacznie ułatwi zrozumienie potrzeb klienta w mundurze. Jednym z jego zastępców został m.in. gen. Adam Tylus, były wiceszef Inspektoratu Techniki sił zbrojnych, do niedawna dyrektor biura obsługi zamówień publicznych i specjalnych w firmie Sobiesław Zasada Centrum SA. Jest on zarazem stałym doradcą sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Zdaniem Bronisława Komorowskiego, przewodniczącego komisji, regulamin Sejmu nie zabrania być doradcą osobie, która zasiada w zarządzie firmy, oferującej wojsku sprzęt i usługi. [...] Ster-Projekt Technologie C4I jeszcze jako PolSPARK połowę swoich dochodów czerpał z kontraktów wojskowych, m.in. stworzył węzeł internetowy w Sztabie Generalnym WP, główny element internetu wojskowego – INTERMON.

W nowym wcieleniu PolSPARK – już jako Ster-Projekt Technologie C4I – stanie się również centrum kompetencyjnym w zakresie technologii Sun Microsystems, preferowanej w wojsku. “Chcemy być partnerem dla wojska w zakresie projektowania i wdrażania dużych systemów dowodzenia i kierowania” – mówi Jan Myszk. Jest jednak przekonany, że stworzenie np. systemu dowodzenia wymagałoby współpracy w ramach konsorcjum z jedną z polskich firm programistycznych. Nieoficjalnie mówi się, że mógłby to być Prokom Software. Gdyńska firma jest także jednym z potencjalnych kandydatów na inwestora dla Ster-Projektu.

Gdyby doszło do podpisania porozumienia z Prokomem, na rynku wykrystalizowałyby się cztery grupy firm, które liczą na wojskowe zamówienia: Optimus Lockheed Martin (OLM); Ster Projekt Technologie C4I w sojuszu z Booz-Allen & Hamilton, EDS i Prokomem; Unisys Polska, Marconi i Sterling (oferują armii Brygadowy System Dowodzenia) oraz Siltec z IBM Polska. Ostatnie wyniki przetargów wskazują jednak, że najsilniejszą pozycję mają Ster-Projekt oraz Siltec wraz z IBM”.

Firma Siltec – wymieniona w tekście – to powstała w 1982 r. tzw. firma przykrycia Zarządu II Sztabu Generalnego LWP. W Raporcie z Weryfikacji WSI podaje się, że Siltec porozumieniu z firmą DGT-System nieformalnie podzieliły między siebie rynek dostaw sprzętu komputerowego i komunikacyjnego dla WP, wygrywając wszystkie większe przetargi.

„W 2000 r. w przetargu na komputery klasy TEMPEST startowała oprócz firmy SILTEC także firma SIEMENS, oferując stanowiska o ok. 20.000zł/szt tańsze niż konkurencja. Przetarg wygrała jednak firma SILTEC. Było to możliwe przede wszystkim dzięki poparciu gen. Wojciecha Wojciechowskiego z Generalnego Zarządu Dowodzenia i Łączności SG WP, przyjaciela z czasów studenckich Andrzeja Pokrzewnickiego – jednego ze współwłaścicieli firmy SILTEC.”

Do generałów Smólskiego i Robełka – doradców w gabinecie politycznym ministra ON Bronisława Komorowskiego powrócę w kolejnych tekstach. Obraz – jaki wyłania się z powiązań Komorowskiego z generalicją WP i fundacją „Pro Civili” nakazuje podążyć tym tropem. Tym bardziej, że Komorowski, pytany o fundację w wywiadzie dla Gazety.pl z 22 lutego 2007r, na pytanie – czyli właściwie z WSI nie było problemów odparł:

„Były. Ale znaczna większość grzechów WSI przytoczonych w raporcie nie jest żadną sensacją. Te sprawy od dawna bada prokuratura. Np. afera fundacji Pro Civili. Rozpracowały ją same WSI za czasów gen. Rusaka. W 2000 roku, kiedy kierowałem MON, sprawa została skierowana do prokuratury i znalazła finał w sądzie.”

Sądzę, że Komorowski skłamał, a lęk, jaki wykazuje wobec tematu fundacji winien skłonić nielicznych, odważnych dziennikarzy do próby kontynuacji sprawy „Pro Civili”. Szczególnie, że dotyczy kandydata na prezydenta RP.

Przed dwoma laty Wojciech Sumliński na blogu Wojciecha Wybranowskiego, pod tekstem „Mój przyjaciel szpieg” napisał

„Zakładam, że dyskusję śledzi wielu dziennikarzy, nawet jeśli nie biorą w niej udziału. Może któryś z nich podjąłby temat Fundacji Pro Civili i sprawdził, czy to tylko przypadek, że badających ten temat spotykają różne “przypadłości”, że Roberta Zielińskiego zablokowano i grożono mu, że Darka Kosa wyrzucono z pracy, a mnie, cóż… ja zostałem “wyłączony” z działalności dziennikarza śledczego. Może to rzeczywiście tylko ciąg przypadków, a może nie – warto to sprawdzić. Warto także z tego względu, że temat nie został wyczerpany i choć przy pomocy tej fundacji zdefraudowano kilkaset milionów złotych, nikt nie poniósł konsekwencji. Bo co do badania tej sprawy przez WSI, o czym mówił marszałek Komorowski, to proszę wybaczyć, wolne żarty. “Badanie” polegało na tym, by przez siedem lat markować śledztwo mając nad nim pełną kontrolę i by w efekcie dojść donikąd. Ale to już temat właśnie dla dziennikarza śledczego, który zechciałby przejąć pałeczkę. Tylko który dziennikarz i która redakcja naprawdę byłabym zainteresowana dociekaniem prawdy, po odkryciu której – jak w oparciu o szereg danych przypuszczam z prawdopodobieństwem bliskim pewności – ziemia zatrzęsłaby się na dobre?”

W pierwszej części niniejszego cyklu opisałem sprawę Krzysztofa Borowiaka – dyrektora Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON, zwolnionego przez ministra Komorowskiego w roku 2001, pod fałszywym (jak wykazało postępowanie sądowe) zarzutem „ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych”.

Zdarzenie to, mniej spektakularne od sprawy wiceministra Szeremietiewa, ma jednak znacznie większą wagę jeśli chcemy ocenić rolę Bronisława Komorowskiego – jako politycznego patrona WSI i obrońcy interesów lobby wojskowego. Głownie dlatego, że na przykładzie tej sprawy można doskonale dostrzec, iż powodem zwolnienia Borowiaka była ochrona układu ,funkcjonującego m.in. w szkolnictwie wojskowym, oraz ochrona interesów WSI w Wojskowej Akademii Technicznej. Myślę, że skutki finansowe zaniechania reformy szkolnictwa, a następnie uwłaszczenia dokonanego na majątku WAT były znacznie poważniejsze od strat, jakie poniósł Skarb Państwa w sprawie przetargów na zakup uzbrojenia.

Przypomnę, że podstawą projektu reformy szkolnictwa wojskowego opracowanej przez Borowiaka była likwidacja na przestrzeni 6 lat wszystkich akademii i wyższych szkół oficerskich oraz utworzenie jednej silnej i zintegrowanej uczelni: Uniwersytetu Obrony Narodowej (UON) z wydziałem strategiczno-obronnym i wydziałami technicznymi oraz czterema wydziałami zamiejscowymi: lekarskim w Łodzi, wojsk lądowych w Poznaniu, lotniczym w Dęblinie oraz morskim w Gdyni. Chodziło również o gruntowną zmianę systemu finansowania uczelni wojskowych: budżet MON byłby – wg projektu – obciążony kosztami wykształcenia wyłącznie zamówionej wcześniej w UON liczby podchorążych – przyszłych oficerów, natomiast o środki na kształcenie innych osób autonomiczna uczelnia, jaką byłby UON, musiałaby zabiegać już sama. Borowiak proponował, aby minister obrony co roku kontraktował nowych oficerów na poszczególnych wydziałach UON, a specjalistów o wąskiej specjalizacji – topografów czy meteorologów – nawet w uczelniach cywilnych. Resort płaciłby wynegocjowaną kwotę za kształcenie oficerów. Nie byłby obciążany kosztami etatowych przerostów, czy trudnymi do wydzielenia kosztami komercyjnego kształcenia w wojskowych szkołach cywilnych studentów.

Koncepcję reformy zaatakowano natychmiast z kilku stron. Silne WAT-owskie lobby nie chciało widzieć swojej uczelni w roli wydziału technicznego UON – co innego, gdyby uniwersytet powstał na bazie WAT. Pomysł Borowiaka prowadził do radykalnego zmniejszenia liczy oficerskich etatów na uczelniach. Dotychczas – dowódcy poszczególnych rodzajów sił zbrojnych mieli swoje szkoły. Po reformie podlegałyby one tylko ministrowi. Każda szkoła miała własny senat – w UON byłby tylko jeden. Każdy komendant-rektor miał po 4–5 zastępców – po reformie 12 generałom oraz podobnej liczbie pułkowników na generalskich etatach w każdym uniwersytecie, groziłaby utrata stanowisk.

Jak już wskazywałem, Komorowski wykorzystał fakt pobytu Borowiaka na zwolnieniu lekarskim i w styczniu 2001 roku powołał zespół pod kierunkiem gen. Smólskiego, który miał zająć się reformą szkolnictwa. Borowiak nie został nawet jego członkiem. 31 stycznia zebrała się sejmowa komisja obrony zainteresowana planowaną reformą. Jej przewodniczący, poseł Głowacki, parę tygodni wcześniej poprosił MON o przygotowanie materiałów i oddelegowanie przedstawicieli na to posiedzenie. W MON za kontakty z parlamentem odpowiadał wiceminister Robert Lipka i to on wysłał do departamentu szkolnictwa pismo z prośbą o wysłanie przedstawiciela do Sejmu. Borowiak uznał, iż podczas tak ważnego posiedzenia komisji powinien być w Sejmie. Akurat w tym samym dniu kończyło mu się zwolnienie lekarskie. Jego pojawienie się w Sejmie wywołało konsternację wśród oddelegowanych tam generałów i urzędników z MON.

Pomysły Borowiaka wspierał wiceminister Lipka i podczas wystąpienia przed komisją wskazywał na przerost etatów w wojskowym szkolnictwie oraz niski poziom nauki. Opowiedział się też za lansowaną przez Borowiaka koncepcją kontraktowania przez MON oficerów w wojskowych szkołach.

Sam Borowiak powiedział wówczas otwarcie posłom, iż choć wygrał konkurs, to od początku rzuca mu się kłody pod nogi. Jego departament nie uczestniczy w spotkaniach kierownictwa resortu poświęconych szkolnictwu, a próba nawiązania kontaktu z posłem Głowackim spowodowała, że utracił zaufanie ministra i przygotowywane jest dla niego wypowiedzenie. Nie mylił się. Kiedy 5 lutego 2001 roku Borowiak przyjechał do Warszawy na kolejne badania lekarskie, na dworcu przywitał go urzędnik z MON i zaprosił na Klonową, gdzie dyr. Pinkowski, występując jako zwierzchnik resortowego korpusu służby cywilnej, wręczył mu pismo o rozwiązaniu umowy o pracę bez wypowiedzenia „z powodu ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych, polegającego na wykorzystywaniu zwolnienia lekarskiego niezgodnie z jego przeznaczeniem”. Naruszenie tych obowiązków, zdaniem dyr. Pinkowskiego, polegało na tym, iż chory Borowiak zjawił się w Sejmie i „uprawiał tam propagandę własnej osoby”.

Dwa miesiące później Komorowski pozbył się również wiceministra Lipki. Zastosowano niemal klasyczną prowokację z udziałem mediów. Jako pretekst wykorzystano spotkanie Lipki z kadrą i pracownikami wojska w Grudziądzu. Lokalna prasa przytaczała rzekomo barwne wypowiedzi wiceministra, zarzucając mu, że się spóźnił, był nieprzygotowany i czuć było odeń alkohol. Sam Lipka przyznał, że na wcześniejszym spotkaniu jubileuszowym w 3. Flotylli Okrętów w Gdyni wypił pożegnalny toast. To wystarczyło, by Komorowski zażądał natychmiastowej dymisji wiceministra, zapowiadając, że jeśli Lipka sam “nie wyciągnie wniosków z zaistniałej sytuacji”, wystąpi do premiera o jego zdymisjonowanie. Pod koniec marca 2001 roku Lipka podał się do dymisji, którą premier Buzek natychmiast podpisał.

W ten sposób pozbyto się osób, których reformatorskie pomysły mogły zagrozić interesom generalskiego lobby. Nie trzeba dodawać, że pod kierunkiem protegowanego ministra Komorowskiego – gen. Smólskiego nie dokonano żadnej, znaczącej reformy szkolnictwa.

O gen. Smólskim – radcy ministra Komorowskiego pisałem już w części III cyklu, przypominając, iż nigdy nie została wyjaśniona jego rola w realizacji programu HUZAR i zakupu rakiety NDT, w czasach gdy był dyrektorem departamentu rozwoju i wdrożeń MON. Nie wyjaśniono również jego udziału w organizowaniu przetargu na zakup samolotu wielozadaniowego. W latach 90. Smólski został zdymisjonowany z MON, z powodu raportu NIK, w którym bardzo negatywnie oceniono rolę generała. Wkrótce potem minister ON Onyszkiewicz awansował go jednak na stanowisko radcy ministra. Po objęciu władzy w MON przez SLD, mając w pamięci niepochlebne opinie organu SLD „Trybuny”( przytoczone w części III), generał Smólski zaczął ponoć przezornie pakować radcowskie walizki. Jednak „siły stojące za generałem” – jak pisał Krzysztof Borowiak sprawiły, że Smólski otrzymał ponownie nominację na stanowisko radcy ministra, tym razem od ministra Szmajdzińskiego.

Jakie to „siły stojące za generałem”, można próbować się domyśleć, choćby na podstawie publikacji tzw. „białej księgi MON” z lipca 2001 roku, której autorem był gen. Bogusław Smólski. Opracowanie to miało przedstawiać stan polskiej armii i wskazywać na kierunki przyszłych reform. Rzeczpospolita tak pisała wówczas o uroczystej prezentacji „księgi” z udziałem ministra Komorowskiego : „Prawda jest przygnębiająca: w zeszłym roku na nowe uzbrojenie armia wydała co dziesiątą złotówkę, co druga szła na pensje i inne świadczenia dla kadry i pracowników resortowych. Z taką strukturą budżetu nie da się dołączyć do grona natowskich liderów. [...]

- Liczę, że przyjdzie czas, kiedy zaproponujemy może ryzykowną, ale własną drogę gwarantującą przetrwanie i rozwój – mówił autor księgi generał Bogusław Smólski. Nie wyjaśnił, dlaczego w przedstawionej w “Białej księdze” strukturze MON zabrakło Wojskowych Służb Informacyjnych, o których ostatnio znów głośno.

W czasie prezentacji nie było również mowy o 89 milionach złotych, które przeznaczone na zakontraktowane nowoczesne systemy bezpiecznego lądowania, z powodu kłopotów z negocjowaniem offsetu, wracają z depozytu MON do państwowej kasy. Resortowy Departament Kontroli ma wyjaśnić okoliczności niezrealizowania umowy i niewykonania tym samym zobowiązań wobec NATO. Szef MON bagatelizował wczoraj ten problem, czekały go bowiem znacznie ważniejsze rozmowy na temat ewentualnych cięć budżetowych. Zmniejszenie środków na obronę narodową może zagrozić ambitnym planom reformowania całej armii w tym roku”.

Gdyby ktoś chciał dociekać przyczyn pozbycia się z MON Borowiaka i Lipki oraz związków tej decyzji ze sprawą Fundacji Pro Civili, powinien zwrócić uwagę na to, co działo się wówczas w Wojskowej Akademii Technicznej.

Sytuacja tej uczelni była dramatyczna. Przypomnę, że w lipcu 1999 roku Prokuratura Rejonowa w Warszawie przy współudziale Zarządu Ochrony Interesów Ekonomicznych UOP wszczęła śledztwo, w trakcie którego „potwierdzono istnienie przestępczych mechanizmów na WAT przy udziale szeregu podmiotów gospodarczych, z uczelni tej nielegalnie wyprowadzono 381.962.568 zł”.

Wbrew twierdzeniom Komorowskiego, jakoby „aferę fundacji Pro Civili rozpracowały same WSI za czasów gen. Rusaka, a w 2000 roku, kiedy kierowałem MON, sprawa została skierowana do prokuratury i znalazła finał w sądzie” –powodem wszczęcia śledztwa były ustalenia Urzędu Kontroli Skarbowej, który następnie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa powiadomił prokuraturę.

W Raporcie z Weryfikacji WSI możemy przeczytać, że „Mimo złej sytuacji finansowej uczelni kierownictwo WAT nie podejmowało działań zaradczych. Nie wykazywało inicjatywy w celu wyzbycia się przez WAT udziałów w spółkach prawa handlowego, których działalność gospodarcza była niedochodowa lub przynosiła straty. Marginalizowany był fakt, że przedmiot działalności tych spółek był często całkowicie rozbieżny z zadaniami wyższej uczelni wojskowej (świadczenie usług ubezpieczeniowych, handel ropą naftową, hotelarstwo…).[...] Katastrofalna sytuacja finansowa WAT pogłębiła się, gdy funkcję Komendanta WAT pełnił gen. dyw. Andrzej Ameljańczyk. To właśnie gen. Ameljańczyk dawał przyzwolenie na podpisywanie w imieniu WAT umów pożyczek z prywatnymi inwestorami bądź udzielanie pożyczek prywatnym inwestorom, inwestowaniu w przedsięwzięcia gospodarcze z góry obliczone na straty. Prowadzona za jego kadencji polityka finansowa WAT rażąco naruszała przepisy regulujące gospodarkę finansową jednostek budżetowych.”

W śledztwie ustalono, że pieniądze wypływały z budżetu WAT przez utworzone w roku 1996 Centrum Usługowo-Produkcyjne WAT, które miało zajmować się handlową i marketingową obsługą uczelni. Twórcą tego Centrum był generał Ameljańczyk.

Proceder polegał na podpisywaniu przez CUP WAT wieloletnich umów na dostawę towarów bądź świadczeń usług na rzecz WAT z różnymi spółkami, powiązanymi z Pro Civili. WAT miał być fikcyjnym zleceniodawcą i odbiorcą usług lub towarów oferowanych przez spółki i był zobowiązany do zapłaty należności. Dodatkowo – podstawione przez WSI spółki zaciągały w bankach kredyty, których gwarantem była WAT. Zastosowano tu swoisty oscylator pożyczkowy, bo każdy kolejny kredyt służył do spłaty poprzedniego.

Procedura funkcjonowała w latach 1997–2001, gdy rektorem WAT był gen. Ameljańczyk.

Generał – rektor w roku 2001 tak określał stan uczelni: „Nasza Akademia znalazła się w sytuacji wyjątkowej. Olbrzymi potencjał intelektualny, personalny, kadrowy i laboratoryjny zaczyna się marnować. Od kilku lat siły zbrojne są redukowane, a to oznacza, że zadania WAT są dużo mniejsze. Akademia była zaprojektowana na pięćsettysięczną armię. A armia ma liczyć 80 – 150 tysięcy osób. Czy można się godzić, aby WAT została zniszczona? Jeżeli nie będziemy mogli remontować, naprawiać dachów, ogrzewać, to pomieszczenia popadną w ruinę”. O tym, kto ponosi winę za doprowadzenie uczelni do tego stanu, Ameljańczyk nie wspomniał. Znalazł natomiast wyjście z sytuacji.

Gdy prokuratura rozpoczęła śledztwo w sprawie Fundacji Pro Civili, gen. Ameljańczyk powołał do życia Fundację Rozwoju Edukacji i Techniki (FREiT), a ta założyła prywatną Szkołę Wyższą Warszawską (SWW), która rozpoczęła działalność w budynkach WAT. Przewodniczącym Rady Fundacji został prof. Stanisław Paszkowski (następnie rektor SWW), a prezesem zarządu Jerzy Paluch ( później kanclerz uczelni). Profesor Paszkowski był pracownikiem WAT, a kanclerz Paluch prywatnym przedsiębiorcą.

Wśród twórców szkoły są wymienieni, (oprócz fundacji FREiT): prof. Jan Szczepański – socjolog, prof. Marek Dietrich,, Zbigniew Kostrzewa – przedsiębiorca (wiceprezes firmy budowlanej Na Skraju Miasta SA, prezes spółdzielni Na Skraju Miasta), Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo SA oraz gmina Warszawa Bemowo. Wydaje się, że obecność uczonych miała służyć jedynie uwiarygodnieniu nowej uczelni. Gdy naukowcy wkrótce wycofali swoje nazwiska, na placu pozostali dwaj prywatni przedsiębiorcy: Jerzy Paluch jako kanclerz uczelni i Zbigniew Kostrzewa, który zadeklarował wkład w postaci robót budowlanych wart milion złotych. Jego firma remontowała i adaptowała budynki wynajmowane od WAT przez nową uczelnię. PGNiG przekazało SWW pięćset tysięcy złotych, Gmina Warszawa Bemowo wpłaciła sto tysięcy z obiecanego miliona, którym w ciągu trzech lat zobowiązała się wesprzeć SWW.

- Pomysł utworzenia szkoły niepublicznej jest mojego autorstwa – przyznawał wówczas Andrzej Ameljańczyk, dodając, iż jest to sposób na … ratowanie Akademii. Starania o zgodę ministra edukacji na powstanie Szkoły Wyższej Warszawskiej trwały od grudnia 1999 roku. Minister Edmund Wittbrodt w czerwcu 2001 roku podpisał decyzję o utworzeniu SWW, ale wstrzymał się do końca swoich rządów z jej formalnym przekazaniem, stawiając zarzut, że uczelnia prywatna powstaje na organizmie państwowym. Te same zastrzeżenia zgłaszała minister finansów. Zgodnie z prawem podmiot państwowy nie mógł założyć fundacji, która z kolei założyła niepaństwową uczelnię. Żadnych wątpliwości nie miała już nowa minister edukacji Krystyna Łybacka z SLD, która 28 grudnia 2001 roku podpisała decyzję o wpisaniu SWW do rejestru uczelni niepaństwowych.

Warto zauważyć, że gdy w grudniu 1999 roku debatowano nad przyszłością uczelni wojskowych, postulując zmiany idące w kierunku późniejszych propozycji Borowiaka, ówczesny przewodniczący Komisji Obrony Narodowej Komorowski powołał poselski zespół do nadzorowania tych prac. Na jego czele stanęła Krystyna Łybacka, a w posiedzeniach KON aktywnie uczestniczył gen. Andrzej Ameliańczyk.

Ciekawe są późniejsze losy Szkoły Wyższej Warszawskiej, szczególnie od roku 2002, gdy prezesem zarządu Fundacji Rozwoju Edukacji i Techniki został Andrzej Piętak z Wojskowej Akademii Technicznej, a członkami Fundacji Jerzy Krasowski i Adam Kawalec, również z WAT. W tym samym czasie ówczesny kanclerz SWW Jerzy Paluch złożył do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa polegającego na wyłudzaniu pieniędzy i fałszowaniu podpisów na fakturach VAT, którego miał się dopuścić dyrektor Biura Rektora SWW Włodzimierz Antoniuk, pułkownik na etacie w WSI. Rektor szkoły wystąpił zaś do szefa WSI gen. Marka Dukaczewskiego, prosząc go o wydelegowanie przedstawiciela WSI, który uczestniczyłby w komisyjnym przeglądzie dokumentacji zgromadzonej przez Włodzimierza Antoniuka oraz w przejęciu dokumentacji SWW, gdyż jak zaznaczył „zachodzi podejrzenie, że część z tych dokumentów może dotyczyć spraw instytucji, w której płk Antoniuk pełni służbę”.

Od roku 2004, gdy na skutek rozlicznych walk o władzę nowym właścicielem SWW został były pracownik WAT i były wicekanclerz uczelni major Robert Gmaj, w tle rozgrywek można dostrzec polityków Platformy Obywatelskiej. Do dziś w sądach toczy się szereg spraw, w których osoby reprezentujące uczelnię próbują udowodnić, że przekazanie praw założycielskich odbywało się m.in. na podstawie rzekomo fałszywych dokumentów. Swoich racji dochodzi także oficer WSI płk Włodzimierz Antoniuk. Twierdzi m.in., że Robert Gmaj dopuścił się przestępstwa i bezprawnie przejął majątek szkoły.

Major Robert Gmaj zatrudniał w SWW swojego syna Piotra – absolwenta politologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Piotr Gmaj pracował również w biurze krajowym PO, gdzie był asystentem posła Waldego Dzikowskiego oraz pomagał w kampanii wyborczej do europarlamentu kandydatowi PO Krzysztofowi Bobińskiemu. Gdy na czele Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego stanęła obecna minister prof. Barbara Kudrycka, jej asystentem i doradcą został 26 – letni Piotr Gmaj, którego wiedza wykorzystywana jest „w zakresie procedur legislacyjnych i znajomość problematyki zarządzania”.

Jak podkreśla Krzysztof Borowiak, kierowany przez niego Departament Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON, już w 2001 roku zwracał uwagę ministrowi Komorowskiemu na kryminogenną „prywatyzację” WAT, dokonywaną rękoma członków władz tej uczelni. Komorowski jednak nie reagował, podobnie jak wielu innych przedstawicieli władz państwowych, do których zwracał się Borowiak.

Powołanie Szkoły Wyższej Warszawskiej stanowiło kontynuację procederu uwłaszczenia na majątku MON, zapoczątkowanego przez Fundację Pro Civili. Transfer środków WAT w prywatne ręce, przerwany na skutek śledztwa prokuratorskiego – został de facto wznowiony, w formie działalności nowej uczelni.

Jest rzeczą oczywistą, że na przeszkodzie tych planów stał projekt reformy szkolnictwa wojskowego forsowany przez dyrektora Borowiaka. Gdyby przyjęto założenia reformy, nigdy nie mogłoby dojść do powołania prywatnej uczelni na majątku państwowej WAT.

Borowiak nie pozastawia tu wątpliwości, gdy w liście z 8 marca 2002 roku skierowanym do „Rzeczpospolitej” pisał: „Zaproponowana przez mój departament koncepcja dogłębnej reorganizacji wyższego szkolnictwa wojskowego jako jeden z celów stawiała uniemożliwienie dokonywania takiego procederu – zajmując się bowiem w przeszłości profesjonalnie prywatyzacją zbyt dobrze znałem takie mechanizmy uwłaszczania się na majątku państwowym różnych, mających stosowne “dojścia” grup nacisku.”

Gazeta, która artykułem Anny Paciorek z 7 marca 2002 roku kreowała się wówczas na odkrywcę afery z powołaniem SWW, odmówiła publikacji listu Borowiaka.

Działania Bronisława Komorowskiego jako ministra ON – od czerwca 2000 do 19 października 2001 roku, a w szczególności blokowanie przez ministra reformy szkolnictwa wojskowego i pozbycie się Krzysztofa Borowiaka – wpisuje się w scenariusz ochrony interesów „czerwonego” lobby wojskowego, które od początków „transformacji ustrojowej” szukało sposobów na czerpanie korzyści z budżetu MON.

Gen. Andrzej Ameljańczyk po odejściu z WAT został dyrektorem Departamentu Polityki Zbrojeniowej MON i był autorem koncepcji reformy szkolnictwa wojskowego, jako doradca ministra ON Radosława Sikorskiego.

Gen. Bogusław Smólski od kwietnia 2003 r. do stycznia 2007 r był rektorem WAT. Sporządzony w 2007 roku Raport NIK – „Informacja o wynikach kontroli organizacji i funkcjonowania akademii wojskowych i wyższych szkół oficerskich ze szczególnym uwzględnieniem gospodarki finansowej i mienia uczelni oraz struktury zatrudnienia w latach 2005 – 2007” wymienia generała jako osobę odpowiedzialną za liczne nieprawidłowości w funkcjonowaniu uczelni. M.in. „NIK negatywnie oceniła gospodarowanie przez WAT gruntami, niezwiązanymi z przedmiotem jej działalności statutowej. Zwłoka w uregulowaniu zasad użytkowania tego obszaru gruntu o łącznej powierzchni 10,54 ha (ogródki działkowe, grunty pod garaże), stanowi realne zagrożenie utraty przez Uczelnię majątku o wartości blisko 58 mln zł”.

Nie przeszkodziło to generałowi zostać w lutym 2007 r. pełnomocnikiem ministra ON ds. reformy szkolnictwa wojskowego. Od lipca 2007 r. Bogusław Smólski jest dyrektorem Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

————————————————————————————————————————————————————————————————————-

Kategoria: Polska
Tagi: Bronisław Komorowski, Fakty, Kandydat, PO, Polska, Prezydent, Prze

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Bronisław Komorowski wymazał te zdarzenia ze swojego życia.
One nie istnieją.
Zero.
Null.
Nie ma sprawy.
Ctrl+Alt+Delete.

Zarazem ktoś wykasował je z Matrixa - wtedy gdy to było istotne, po prostu nie zaistniały.
A więc musztarda po obiedzie.

Powinniśmy się przyzwyczaić. Był Bolek, był Alek, dziś jedyna różnica jest taka, że jak na razie nie znamy kryptonimu operacyjnego...

A Ściosa polecać raczej nie trzeba choć... może jednak nigdy nie dość... ?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, aldd meg a magyart

#74626

ci,ktorzy swiadomie zyli w latach dziewięćdziesiatych

doskonale pamietają

sprawy,artykuły,nazwiska

ktore wymienia Szanowny Bloger,

na szczegolna uwagę" zasługują"

DWIE Fundacje

Pro Cirvili Bezpieczna Służba

a szelkie kuny,wiatry i kluczyki

z wiedenskiego osrodka

to juz klasyka ale bez mozliwosci

wyciągnięcia KONSEKWENCJI

Zebrane

jednak

w całość robią  WRAZENIE

a Młodym moze przybliżą tamte nienormalne lata,

ci sami ludzie,inne tylko miejsc

na ktore się "zasadzają"

nam, internetowym bojownikom"

niech służa

za materiał...........do przekonywania

nieprzekonanych....................

zal

tylko

Pana Szeremietiewa,Jego doradcy

żal

pana Wojciecha Sumlinskiego

i innych Przyzwoitych LUDZI

dycha.........

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

gość z drogi

#74712

Co to zmienia, on i tak będzie prezydentem -echh

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

GosiaNowa

#74735

zmienia bardzo dużo. Myślę że to wie i dlatego tak pisze ścios. Jest tak jak ja przerażony. dokonał się zamach stanu. w białych rękawiczkach. BeKa to agent.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#76238

Be Ka To ruski agent, i Palikmiot go trzyma w szachu ale do momentu, dopóki nie przestanie by wygodny. Chyba że ten syn szmalcownika ma coś więcej na niego.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#78381