Kochanki, narzeczone, prostytutki i żony z SB lub WSW

Obrazek użytkownika obiboknawlasnykoszt@tlen.pl
Artykuł

 

Bezpieka zgotowała jej piekło

Bezpieka omal nie zniszczyła życia i kariery znanej polskiej aktorki Bożeny Dykiel. - Na żadną Matę Hari się nie nadawałam. Chcieli mi złamać życie i karierę, choć im nic nie zrobiłam. Jeszcze dziś myślę o tym wszystkim ze wstrętem - opowiada "Wprost" aktorka.

«"Korek, worek i rozporek", czyli alkohol, pieniądze i seks - tak jeden z generałów Służby Bezpieczeństwa określał najważniejsze metody pozyskiwania współpracowników. Z akt SB zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej wynika, że najchętniej sięgano po "rozporek". Esbecy nie tylko z lubością śledzili zdrady małżeńskie, ale też bardzo często wykorzystywali w swej pracy prostytutki bądź podstawiali agentki kandydatom na współpracowników czy osobom inwigilowanym. Okazuje się, że esbecy inspirowali romanse, a nawet aranżowali małżeństwa. Bezpieka omal nie zniszczyła życia i kariery znanej polskiej aktorki Bożeny Dykiel. W 1974 r. młoda aktorka po raz pierwszy w swojej karierze dostała jedną z głównych ról - grała Goplanę w słynnej "motocyklowej" inscenizacji "Balladyny" w reżyserii Adama Hanuszkiewicza. Spektakl otworzył jej drzwi na warszawskie salony. Jednym z nich był dom II sekretarza ambasady RFN Franka Elbego. Z akt IPN wynika, że SB nadała mu pseudonim Zesłaniec. Młody dyplomata prowadził intensywne życie towarzyskie. Z dokumentów IPN wynika, że osoba zatrudniona przez Elbego w jego polskim domu była tajnym współpracownikiem o pseudonimie Danuta. To właśnie ona zwróciła uwagę na Bożenę Dykiel, która wraz z innymi aktorami zaczęła się pojawiać u dyplomaty.

Choć od tamtych wydarzeń minęło 30 lat, Bożena Dykiel do dziś uważa, że bezpieka zgotowała jej wtedy piekło. - Zaczęło się niewinnie: umówili się ze mną panowie, którzy przedstawili się jako dziennikarze. Przyjechali z bukietem kwiatów i zabrali do hotelu MDM - opowiada "Wprost" aktorka. Działo się to 5 maja 1975 r. "Poszła do hotelu MDM. Była godzina 15:07. O 18:05 "Żena" [tak SB początkowo nazywała Bożenę Dykiel] wyszła z hotelu MDM i poszła na przystanek autobusowy przy pl. Konstytucji. Po wyjściu z hotelu "Żena" była bardzo zdenerwowana, co uwidoczniło w się w jej wyrazie twarzy oraz sposobie poruszania" - meldował agent, który śledził aktorkę. Oczywiście nie byli to dziennikarze, lecz podpułkownicy SB Stefan Sołowiej i Marek Stokowski.

Trudno się dziwić wzburzeniu aktorki, skoro dwaj wysocy oficerowie zaproponowali jej współpracę z SB. Po tym spotkaniu - nie bardzo wiadomo, na jakiej podstawie - Dykiel została zakwalifikowana jako tajny współpracownik Alina. Z raportów wynika jednoznacznie, że zobowiązała się tylko do zachowania w tajemnicy rozmowy z esbekami, nigdy nie przyjęła natomiast od SB pieniędzy i mimo licznych nagabywań bardzo niechętnie godziła się na następne spotkania. Esbecy nie rezygnowali. Poddali życie aktorki totalnej inwigilacji: śledzono każdy jej ruch, czytano korespondencję (jej oraz rodziny), otoczono ją szpiclami.

"Głównym założeniem tych rozmów [z Bożeną Dykiel] było omówienie i nakłonienie TW "Aliny", by spowodowała wyprowadzenie figuranta sprawy operacyjnego rozpracowania krypt. "Zesłaniec" z jego miejsca zamieszkania do lokalu pozostającego w dyspozycji SB MSW. Zakładaliśmy, że w lokalu tym dojdzie do intymnych stosunków między tw. "Alina" a fig. sprawy krypt. "Zesłaniec". Przebieg planowanych czynności operacyjnych kontrolowalibyśmy przy pomocy techniki. Uzyskane tą drogą materiały planowaliśmy ewentualnie wykorzystać w czasie rozmów operacyjnych z "Zesłańcem"". Tłumacząc to z ubeckiego na polski, oficerowie SB chcieli obsadzić Bożenę Dykiel w głównej roli w filmie pornograficznym.

Dykiel unikała kontaktów z SB i dopiero groźba, że zostanie doprowadzona siłą przez funkcjonariusza MO, sprawiła, iż pojawiła się gmachu MSW. "Zaznaczyła, że na pewno chodzi nam o zrobienie zdjęć i nagranie całej akcji, aby mieć na F. Elbe materiał kompromitujący. Powiedziałem Alinie, że takie zadanie może w pełni wykonać, a z naszej strony stworzymy jej do tego odpowiednie warunki lokalowe. Tw. Alina powiedziała, że do realizacji takiego zadania nie nadaje się" - meldował ppłk Sołowiej. Dał aktorce czas do namysłu. "Po przeanalizowaniu całej sprawy podjęła jednoznaczną decyzję: na realizację naszych zapotrzebowań nie może się zgodzić, ponieważ nie jest zdolna do wykonania postawionego przed nią zadania; z wyjazdu do Bułgarii zrezygnuje i prosi o spowodowanie wycofania z Orbisu 10 000 zł, które wpłaciła na wycieczkę" - notował esbek.

Z "obrabiania" Bożeny Dykiel SB zrezygnowała dopiero po wyjeździe Franka Elbego do RFN. Z dokumentów IPN jednoznacznie wynika, że Bożena Dykiel nigdy nie była agentką SB, lecz ofiarą. - Na żadną Matę Hari się nie nadawałam. Chcieli mi złamać życie i karierę, choć im nic nie zrobiłam. Jeszcze dziś myślę o tym wszystkim ze wstrętem - opowiada "Wprost" aktorka.

 

Agentka Andrzej - narzeczona Aleksandra Halla

Bezpieka wykorzystywała najczęściej kobiety do rozpracowywania opozycyjnych środowisk politycznych. Niewiele brakowało, by w 1980 r. z agentką SB ożenił się Aleksander Hall, wówczas lider Ruchu Młodej Polski. Do dokumentów tej sprawy dotarł Sławomir Cenckiewicz, historyk z gdańskiego IPN. Żoną Halla miała zostać Matylda Sobieska, zaprzyjaźniona z rodziną Leszka Moczulskiego, wówczas szefa Konfederacji Polski Niepodległej. SB interesowała się Sobieską od 1978 r., kiedy wzięła udział w obchodach Święta Niepodległości (11 listopada) przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Najpierw esbecy przeprowadzili z Sobieską kilka rozmów ostrzegawczych, potem zrobili kilka rewizji w mieszkaniu jej rodziców, wreszcie dwukrotnie zatrzymano ją na 48 godzin.

Do drugiego zatrzymania Sobieskiej doszło po tym, jak 1 września 1979 r. "jako pierwsza wyszła z katedry, niosąc w ręku flagę biało-czerwoną", a następnie wraz z "grupą zwolenników nowo powstałej organizacji udała się pod Grób Nieznanego Żołnierza, gdzie wymienieni zgrupowali się wokół transparentu z napisem o treści "Konfederacja Polski Niepodległej"". 11 listopada 1979 r. po rozmowie w komendzie stołecznej MO Matylda Sobieska dobrowolnie zgodziła się na współpracę z SB. Posługiwała się pseudonimem Andrzej. Roztoczyła przed oficerem MO wizję nieograniczonych możliwości rozpracowywania kierownictwa KPN. "Rozmowę ze mną uważa za wielki przełom w swoim życiu i jeśli jestem zdecydowany na jej pomoc, to na pewno nie będę żałował" - napisał w notatce z rozmowy por. Paweł Przeorski.

W pierwszym etapie współpracy traktowano Sobieską jako źródło pomocne przy rozpracowywaniu KPN. Jednak już 13 listopada 1979 r. Sobieska niespodziewanie oświadczyła, że ma dylemat osobisty, gdyż "aktualnie ma dwóch narzeczonych - T. [Tomasza] Szeflera i A. [Aleksandra] Halla". - Od tego czasu TW Andrzej stał się jednym z najwartościowszych agentów rozpracowujących RMP. Za każdą pisemną informację Sobieska otrzymywała 1500 zł - mówi "Wprost" Sławomir Cenckiewicz.

Matylda Sobieska rozpracowywała m.in. warszawskie środowisko RMP. Wśród osób, na które donosiła, był m.in. Maciej Grzywaczewski, obecnie szef Jedynki TVP. Przede wszystkim miała odciągnąć Halla od działalności politycznej. Podczas spotkania z por. Michałem Świątalskim 14 kwietnia 1980 r. Sobieska oświadczyła, że "zamierza wziąć ślub z Aleksandrem Hallem". We wrześniu poinformowała prowadzącego, że "w wypadku zawarcia związku małżeńskiego wyjechaliby zarówno z Gdańska, jak i z Warszawy (rodzina TW nie akceptuje Halla) i zamieszkali w nowej miejscowości". "W tym układzie Hall zerwałby całkowicie z RMP i działalnością opozycyjną" - meldował przełożonym por. Świątalski. W następnych miesiącach SB otrzymywała od Sobieskiej cenne meldunki nie tylko na temat Halla, ale także Arkadiusza Rybickiego, Jacka Bartyzela, Mariana Piłki czy Janusza Majewskiego.

Do ślubu Sobieskiej z Hallem ostatecznie nie doszło. Jaki był tego powód? - materiały bezpieki zgromadzone w IPN milczą. Nie chce na ten temat mówić także Aleksander Hall. Sobieską pamięta dobrze Maciej Grzywaczewski. - Była bardzo ładną dziewczyną i robiła wrażenie mocno zakochanej w Olku. W ogóle ich związek wyglądał na bardzo bliski i mocny. Poza wszystkim Sobieska była straszną bałaganiarą. Wyrzucała wciąż rozmaite śmieci na balkon. Kiedy ich ilość przekraczała poziom szyby, zamalowywała okna - wspomina Maciej Grzywaczewski.

 

Prostytutki w służbie SB

W PRL jednym z najbardziej infiltrowanych przez SB środowisk były prostytutki. W dokumentach IPN znajdują się informacje co najmniej o kilkuset operacjach z ich udziałem. Dotarliśmy do dokumentów dotyczących strajku w Gdańsku w sierpniu 1980 r. Od 14 do 31 sierpnia trwała tam akcja SB, w której wzięło udział kilkanaście prostytutek. Większość z nich ulokowano w hotelach. Ich zadaniem było zdobycie informacji od cudzoziemców i dziennikarzy, którzy przebywali w tym czasie w Gdańsku. W dokumentach są także meldunki, kto w hotelowych barach łamie embargo na sprzedaż alkoholu i który z taksówkarzy woził uczestników strajku.

Część zwerbowanych przez SB prostytutek podchodziła do swoich zadań bez przesadnego entuzjazmu. W meldunku agentki o pseudonimie Ula czytamy, że "kilka dziewczyn woziło do stoczni kiełbaski i kurczaki". W rozmowach między sobą prostytutki miały tłumaczyć, że "trzeba im [stoczniowcom] zawieźć chociaż jedzenie, bo oni walczą o to, żeby w Polsce było lepiej".

 

Żona Jasienicy z bezpieki

Szokujące informacje znajdują się w teczce znanego pisarza Pawła Jasienicy. W 1968 r. po wystąpieniu na zebraniu Oddziału Warszawskiego Związku Literatów Polskich Jasienica stał się obiektem nagonki. Atakował go I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka, a jego książki objęto zakazem publikacji. Po odtajnieniu akt SB wyszło na jaw, że druga żona pisarza była agentką bezpieki. Systematycznie meldowała ona swoim opiekunom o działalności męża.

Niedawno jeden z czołowych działaczy podziemnej "Solidarności" w dużym mieście wojewódzkim dowiedział się, że jego żona była agentką SB. Dowiedział się też, że ponaddwudziestoletni związek małżeński był efektem operacji bezpieki. Nie zdecydował się na rozwód. Inni poszkodowani w ten sposób przez bezpiekę mogą nie być tacy szlachetni. A że będą inni, to pewne, bo z dokumentów bezpieki, które odtajnia IPN, wynika, że nasyłanie prostytutek, "narzeczonych" czy wręcz aranżowanie małżeństw było jedną ze standardowych metod działania SB.»

"Narzeczone pod specjalnym nadzorem"
Anita Blinkiewicz, Cezary Gmyz
Wprost nr 26/03.07
01-07-2005

www.wprost.pl/ar/78013/Narzeczone-pod-specjalnym-nadzorem/

www.e-teatr.pl/pl/artykuly/14086,druk.html

*------------------------------*

 

Żona działacza Solidarności A............ R................. była TW "coś tam coś tam" z bezpieki, a tatko z UBekistanu, który był, a jakże by inaczej, razem z katem Stolzmanem w Moim Gdańsku przy ulicy Kładki, dziś budynek Uniwersytetu Gdańskiego.

Kto odgadnie imię i nazwisko jednego z szefów regionów Solidarności, delegata na regionalny i krajowy Zjazd Delegatów członka KK Solidarności, przewodniczącego jednego z komitetów strajkowych w sierpniu 1980 roku, którego żona była TW "coś tam coś tam" (żonie wybaczył publicznie) oraz miał ojca UBka, a później TW, o którego "pracy" w UB rzekomo jego syn nic a nic nie wiedział aż do roku 2009, gdy wyciekło to z archiwum IPN, który pierwsze kroki po powrocie z emigracji skierował właśnie do konfidentów z Solidarności, którzy też go zdradzili bo on nie był tym od Kiszczaka i OS?

Drugie pytanie.

Kto zna imię i nazwisko działacza Solidarności, który w roku 1988 udał się na emigrację do Australii i gdy się tylko dowiedział o strajkach w sierpniu 1988 roku wróciła (być może w pół drogi) do PRL, wszedł do strajkującej kopalni przykleił się do komitetu strajkowego, później wziął udział w zdradzie narodowej w Magdalence i przy OS, a także załapał się do drużyny TW Bolka wyznaczonej przez szefa WRON Kiszczaka i został posłem na sejm?

W tym samym czasie gdy w roku 1988 Kornel Morawiecki i Andrzej Kołodziej musieli opuścić PRL i udać się na emigrację do Włoch inni wracali jak na komendę by załapać się do planowanych elit III RP.

Inni ujawniali się w grudniu 1982 roku też jak na rozkaz, chociaż tak po prawdzie, to nikt ich nie szukała w tym ich rzekomo podziemiu, które było współorganizowane i było pod baczną opieką i kontrolą przez tajną policję tak cywilną jak i wojskową PRL i krajów ościennych NRD/STAzI, ZSRS/KGB oraz ich liczną agenturę.

I całkiem na koniec.

Czy ktoś z Niepoprawnych będzie zdziwiony jeśli zobaczy na jednej z platform parady pederastów i lesbijek dajmy na to "małżeństwo" Hallów?

Ocena polecanki: 
4
Twoja ocena: Brak Średnio: 4 (1 głos)

Komentarze

W odpowiedzi Aleksandrowi Hallowi

Przeciw lukrowaniu historii

Na łamach „Gazety Wyborczej” (9 II 2005 r.) Aleksander Hall przedstawił osobiste uwagi na temat jednego z podrozdziałów mojej książki Oczami bezpieki. Szkice i materiały z dziejów aparatu bezpieczeństwa PRL (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2004). Omówiony fragment książki poświęcony jest rozpracowaniu przez SB Ruchu Młodej Polski, którego współzałożycielem i liderem był Hall. Omówienia tego nie mogę nazwać recenzją, ponieważ ma ono charakter osobistej polemiki, w której Hall przedstawia subiektywne wrażenia w kwestiach, w których poczuł się dotknięty.

Przechodząc do uwag merytorycznych, po pierwsze, chcę wyrazić satysfakcję z faktu, że Hall nie zaprzecza prawdziwości źródeł wytworzonych przez bezpiekę, która – jak pisze – „sama siebie nie oszukiwała”, a więc również „nie fałszowała teczek”. Za truizm uznać należy wezwanie do konfrontowania jednych źródeł z innymi źródłami. O tej podstawowej zasadzie warsztatowej wie każdy historyk. Znam ją oczywiście i ja. Wbrew temu, co twierdzi Hall, zasadę konfrontacji źródeł zastosowałem również w swojej książce. Poza relacjami świadków – również Halla – wykorzystałem w książce m.in. źródła wytworzone przez środowiska opozycji antykomunistycznej i PZPR. Warto o tym pamiętać, zanim postawi się mi zarzuty na temat jednostronności źródeł wykorzystanych w książce, tym bardziej, że można wprowadzić innych w błąd. Tak zresztą się stało, czego potwierdzeniem są publiczne wypowiedzi na temat mojej książki takich osób jak Tadeusz Mazowiecki („Gazeta Wyborcza”, 19-20 II 2005 r.), Tomasz Wołek (TOK FM, 18 i 25 II 2005 r.) czy Grzegorz Grzelak (dyskusja publiczna na Uniwersytecie Gdańskim w dniu 23 II 2005 r.).

Zdarza się jednak i tak, że konfrontowanie źródeł wytworzonych przez bezpiekę jest utrudnione lub wręcz niemożliwe. Specyfika służb specjalnych polega również na tworzeniu specyficznych źródeł historycznych, których treść nie zawsze znajdzie potwierdzenie i odbicie w innych dostępnych źródłach. Z jakimi innymi wiarygodnymi źródłami możemy konfrontować i weryfikować dokumenty dotyczące współpracy agenturalnej z SB, na przykład tzw. teczki pracy agentów? Aleksander Hall będąc politykiem, historykiem i „figurantem” (osobą inwigilowaną przez SB) w jednej osobie, powinien zdawać sobie z tego sprawę.

Trudności, przed którymi stoi obecnie historyk korzystający z zasobów IPN wynikają przede wszystkim z niekompletnej bazy źródłowej wytworzonej przez SB. Jest to skutek wielkiej operacji niszczenia akt SB w latach 1989-1990, kiedy to niemal oficjalnie komuniści zacierali ślady swej zbrodniczej i zdradzieckiej działalności. Zniszczenie tych akt chroni agentów SB, również agentów działających w środowisku RMP. Polemizując ze mną,i umniejszając wagę źródeł ubeckich, zapomniał o tym Aleksander Hall – minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, w czasie funkcjonowania którego mieliśmy do czynienia z bezprzykładną operacją „brakowania” narodowej pamięci.

Lawina zarzutów na wyrost

Już na początku swojego artykułu, zanim jeszcze Hall wylicza moje rzekome uchybienia warsztatowe, określa on mnie mianem historyka, który „absolutyzuje źródła wytworzone przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa i spogląda na świat oczami bezpieki”. W innym miejscu pisał, że „Cenckiewicz nie tylko ulega bezpieczniackiej optyce w spojrzeniu na RMP”, ale w dodatku „pozwala sobie także na snucie niczym nie popartych hipotez”, które „kompromitują badacza specjalizującego się przecież w badaniu archiwów bezpieki”. Zdaniem krytyka mojej książki skupiam się też na szukaniu sensacji, ponieważ piszę jakoby o „uczuciach [Halla] sprzed ćwierć wieku” i jego „sprawach bardzo osobistych”. Nie wykazuję „szczególnej delikatności” w badaniach, stawiam „hipotezy na wyrost”, formułuję „oskarżycielskie pytania” i wreszcie, nie dostrzegam granicy „między poszukiwaniem prawdy historycznej a prawem do prywatności, tak potrzebnym w epoce triumfów »Big Brothera«, »Baru« i innych spektakli, w których chodzi o podglądanie innych”.

Za tą swego rodzaju lawiną zarzutów pod moim adresem, w praktyce nie stoją żadne argumenty merytoryczne. Personalny charakter uwag Halla dowodzi, że jego zainteresowanie kieruje się wyłącznie w stronę fragmentu książki, który dotyczy jego osobiście i jego najbliższego środowiska. Najpierw napisał: „Nie zajmuję się zatem naukowo tą epoką, bo mogłoby mi zabraknąć dystansu i obiektywizmu”, a mimo to później przystąpił do nacechowanego emocjami, oraz właśnie brakiem dystansu i obiektywizmu, ataku na mnie i moją pracę. W tym kontekście za znamienną uznać należy obronę o. Ludwika Wiśniewskiego, którego przecież, jako autor książki, w żadnym miejscu nie krytykowałem. Przytoczone w książce sądy o. Wiśniewskim są wyłącznie opiniami SB, co bardzo wyraźnie zaznaczyłem. Zamiast więc polemizować z cytowanymi źródłami, Hall polemizuje ze mną przypisując mi pośrednio autorstwo niepochlebnych opinii o ojcu Wiśniewskim. Wynika to z fundamentalnego nieporozumienia, któremu uległ Hall zabierając się za opisanie mej książki.

Drugim poważnym zarzutem stawianym przez Halla jest rzekome szukanie przeze mnie sensacji. Hall pisze, że „z losami ludzi trzeba się obchodzić ostrożnie – szukać prawdy, a nie sensacji”. Wykorzystanego w książce materiału źródłowego w tych kategoriach nie postrzegam i zawsze miałem świadomość, że dotykam czasów nie tak odległych, wspominanych nierzadko bardzo osobiście i emocjonalnie. Dlatego właśnie pominąłem wątki i dokumenty mogące być powodem jakichś ekscytacji czy ściągania uwagi czytelników w kierunku spraw osobistych, które skrzętnie odnotowywała SB, a które poza możliwością kompromitacji, nie miały znaczenia środowiskowego. Hall dopiero ostatnio złożył do IPN wniosek o uznanie go za pokrzywdzonego, a więc nie zna dokumentów, które ja wykorzystałem. Materiały bezpieki, które będzie niebawem czytał, pełne są obrzydliwej sensacji, bowiem zbieranie „komprmateriałów” należało do podstawowego katalogu działań bezpieki. Pełno w nich spraw obyczajowych i intymnych, informacji na temat stanu zdrowia, preferencji seksualnych, słabości i skłonności. Z upublicznienia takich informacji świadomie zrezygnowałem. A jednak spotkał mnie zarzut braku dystansu do źródeł i poszukiwania sensacji. Wytłumaczeniem niech będzie fakt, iż zarówno Hall, jak i wielu innych krytyków mojej książki, nie zechciało odświeżyć własnej pamięci przez osobiste zapoznanie się z materiałami, jakie na ich temat wytworzyła SB. Obawiam się jednak, że z czasem i takie książki powstaną, bo potrzeba sensacji i pragnienie popularności znajdą swoich autorów, ale to nie będę ja. Jestem przekonany, że wówczas Hall powróci do mojej książki, aby znaleźć atmosferę nieuprzedzonej dyskusji i odda jej sprawiedliwość.

Przeciw absolutyzowaniu relacji

„Nie da się napisać najnowszej historii Polski bez znajomości archiwów bezpieki. Nie wolno ich jednak absolutyzować, bo dokumenty te miały służyć głównie walce z ludźmi, którzy odważyli się przeciwstawić systemowi” – napisał Hall. Jak rozumiem, Hall twierdzi po prostu, że dokumenty SB przedstawiają stronniczy punkt widzenia. Ale jednocześnie w tym samym artykule Hall powołując się na moją książkę pisze: „Obraz Ruchu malowany przez SB nie przynosi nam wstydu: niebezpieczna, antysocjalistyczna organizacja, dysponująca grupą przywódczą o wysokich kwalifikacjach, mająca wyraźne oblicze ideowe. Rozpracowywanie RMP było trudne, gdyż trzon środowiska, które go założyło, uformował się, zanim podjął on działalność publiczną, trudno więc było wprowadzić do niego agentów”.

Historyk, o czym Hall, który ukończył te same studia co ja, i słuchał tych samych co ja wykładowców, doskonale wie, że musi krytycznie podchodzić do każdego typu źródeł, bez względu na to czy zostały one wytworzone przez ludzi służących dobru czy złu. Wobec dokumentów historyk nie może zajmować stanowiska stronnika, nawet wówczas, gdy jako obywatel całym sercem opowiada się po stronie patriotów. Sine ira et studio. Dokumenty NKWD o mordzie w Katyniu czy dokumenty SS o Auschwitz historyk musi traktować jako ważny dowód, pomimo zajmowanego przez siebie stanowiska moralnego. Sprawa ta była niedawno przedmiotem publicznej dyskusji w wyniku książki Jana T. Grossa o zbrodni w Jedwabnem. Pojawiły się wówczas głosy, że w badaniach nad totalitaryzmem należy przekładać wartość dowodową świadectw składanych przez ofiary nad wartość dowodową innych źródeł. Wypowiadający się w tej kwestii najwybitniejsi historycy polscy jednoznacznie uznali to stanowisko za nieprofesjonalne. Szacunek dla ofiar i pogarda dla sprawców zbrodni nie może się stać narzędziem selekcjonowania i pomniejszania znaczenia dokumentów wytworzonych przez aparat represji totalitarnego państwa.

Sobieska jak Sobańska

Czytając artykuł w „Gazecie Wyborczej” odnoszę wrażenie, że przyczyną jego napisania i motywem przewodnim zarazem jest irytacja i emocjonalne przeżycie spowodowane ujawnieniem tajnego współpracownika ps. „Andrzej” czyli Matyldy Sobieskiej, osoby bliskiej Hallowi, politycznie związanej z ROPCiO, później z KPN, wreszcie z RMP. Autor stwierdza, że Sobieska „zajmowała ważne miejsce” w jego sercu i z tego powodu – co zrozumiałe – jest to dla niego wciąż bolesna sprawa. Hall zarzuca mi jednak, że idąc tropem funkcjonariuszy SB, przeceniam znaczenie TW „Andrzej”. Chcąc to potwierdzić dodaje, że Sobieska jedynie „doskonale” orientowała się w jego przekonaniach, „ocenach sytuacji politycznej i opiniach o ludziach”. „Nie były to jednak żadne tajemnice” – uspakaja czytelników „Gazety Wyborczej” Hall. Pisząc o „doskonałej orientacji” agenta SB mam wrażenie, że Hall sobie zwyczajnie zaprzecza. Przeczy temu również dokumentacja składająca się na tzw. teczkę pracy TW „Andrzej”, którą na kartach swojej książki starałem się obiektywnie opisać i przybliżyć.

Opisana przeze mnie historia „Andrzeja” służy Hallowi dla uzasadnienia tezy o „absolutyzacji źródeł wytworzonych przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa i spoglądaniu na świat »oczami bezpieki«”. Rozumiem, że Hall odmawia tu zaufania dowodom, które cytuję. Jest mi przykro, że ich treść dotyka świadka osobiście, ale przypomnę tu osobę przyjaciółki Adama Mickiewicza, którą Wieszcz Narodowy więcej niż cenił. Karolina z Rzewuskich Sobańska okazała się jednak rosyjską agentką, kochanką szefa rosyjskiej tajnej policji, która o swoich rodakach pisała do cara następująco: „Widywałam Polaków, przyjmowałam nawet u siebie kilku takich, których się brzydzę. Ale niepodobieństwem było dla mnie zbliżyć się do tych, z którymi zetknięcie przypominało mi pianę wściekłego psa; nigdy nie umiałam przezwyciężyć tego wstrętu i wyznaję, że zaniedbałam, być może, ważnych odkryć, byle tylko nie narazić się na spotkanie z istotami dla mnie odrażającymi” (cyt. za: Neal Ascherson, Morze Czarne, Poznań 1995, s. 167).

Historia pięknej agentki warta jest uwagi nawet dzisiaj dlatego, że stanowić może analogię do naszych własnych problemów. Historiografia polska postrzegała Sobańską (jej siostrą była Ewelina Hańska, która poślubiła Balzaka) jako osobę kontrowersyjną, właśnie jako agenta „częściowego” i „nieszkodliwego”, o którym, tak jak to się również obecnie często mówi, w zasadzie nie wiadomo, czy zrobił więcej dobrego, czy złego. Dlatego opublikowanie jej raportów przez Związek Sowiecki w roku 1935 wywołało w Polsce szok. Okazało się, że nie mogło być mowy o ambiwalencji, że agentka była nie tylko łajdaczką, ale i zdrajczynią.

I tak jak wówczas sprawa Sobańskiej, tak i teraz sprawa Sobieskiej nie była i nie jest wyłącznie sprawą prywatną. Wmieszanie życia osobistego w działalność publiczną zawsze jest trudnym do zapłacenia kosztem, a gdy za przeciwnika ma się absolutnie cyniczne komunistyczne służby specjalne, może dojść do całkowitego pomieszania obu wymiarów. Hall z całą swą osobowością i całą swą działalnością polityczną stał się przedmiotem bezwzględnej agresji ze strony SB. Tajna policja chciała zapanować nad tym, co czynił jako polski patriota i co przeżywał jako człowiek. Podziwiam go za heroizm i wytrwałość, za jego umiejętność przeciwstawiania się aparatowi zła. Mając na uwadze cały należny mu szacunek, jako działaczowi i jako osobie prywatnej, muszę jednak z pełną bezstronnością badać znaczenie tych wybranych aktów jego życia prywatnego, które mają znaczenie dla jego działalności publicznej oraz dla wszystkich struktur oporu, jakie mogły w jej wyniku zostać przez to życie prywatne obciążone.

Zastrzeżenie – usprawiedliwienie

Osobisty, a jednocześnie agresywny i złośliwy ton dokonanej przez Halla krytyki, właściwie ataku na moją pracę, zmusza mnie do przybliżenia sprawy Matyldy Sobieskiej. Znaczenie operacyjne Sobieskiej dla SB polegało przede wszystkim na tym, że w latach 1979-1980 była ona osobą blisko związaną z Hallem, jako liderem „młodopolaków”. Zaledwie w dwa dni po zwerbowaniu do współpracy – w dniu 13 XI 1979 r. – Sobieska oznajmiła funkcjonariuszowi SB, że jest narzeczoną Halla, a parę miesięcy później – w dniu 14 IV 1980 r. – stwierdziła, że zamierza wziąć z nim ślub. Parę miesięcy później „Andrzej” poinformowała oficera prowadzącego, że „w przypadku zawarcia związku małżeńskiego wyjechaliby zarówno z Gdańska, jak i z Warszawy (rodzina TW nie akceptuje Halla) i zamieszkali w nowej miejscowości”. Hall natomiast „zerwałby całkowicie z RMP i działalnością opozycyjną”.

Wbrew zaprzeczeniom Halla doskonałe usytuowanie „osobowego źródła informacji” nie mogło pozostać bez znaczenia dla rozpracowania RMP przez SB. Dzięki Sobieskiej materiały RMP składowane w jej mieszkaniu przy ulicy Obozowej w Warszawie trafiały w ręce bezpieki. Brała ona udział w spotkaniach wąskiego grona aktywistów RMP, w czasie których zapadały ważne decyzje natury organizacyjnej i politycznej. TW „Andrzej” angażowała się również m. in. w redagowanie i kolportaż „Bratniaka”, a także organizowała grupę młodopolską na Politechnice Warszawskiej.

W okresie Sierpnia ’80 Sobieska informowała na bieżąco SB o stanowisku Halla i RMP wobec strajku. Zupełnie niezrozumiałe są dla mnie pretensje Halla o to, że w swojej książce przywołuję treść raportów Sobieskiej, z których wynika, że w pierwszych dniach strajku środowisko „młodopolaków” ze sceptycyzmem odnosiło się do buntu robotniczego i nie wierzyło w możliwość zmuszenia władz do ustępstw. W opartych na rozmowach telefonicznych donosach „Andrzeja” łatwo też dostrzec dystans Halla wobec przewodniczącego MKS Lecha Wałęsy oraz przybyłej 22 VIII 1980 r. grupy ekspertów. Hall nie chce pamiętać, że w Oczami bezpieki nie zarzucam przecież „młodopolakom” braku poparcia dla strajku. Wręcz przeciwnie, pisałem m. in.: „Po początkowym sceptycyzmie wobec akcji strajkowej na Wybrzeżu, »młodopolacy« czynnie włączyli się w wydarzenia sierpniowe, stanowiąc zaplecze organizacyjne dla protestujących robotników”. Hall nie kwestionuje prawdziwości sierpniowych raportów Sobieskiej wprost, ale posługując się alibi, że przecież 15 VIII przerwana była łączność telefoniczna pomiędzy Gdańskiem a resztą kraju, próbuje zdezawuować ich znaczenie. Być może Hall ma rację pisząc, że donosy Sobieskiej powstały w oparciu o ich rozmowę z 14 VIII 1980 r., czyli zanim odcięto łączność telefoniczną z krajem. Spotkałem się jednak z opiniami, że wszystkie telefony odcięto dopiero kilka dni później. Były też miejsca i telefony, które działały przez cały okres strajku, by wspomnieć o telefonie na piętrze sali BHP (w tzw. muzeum) w Stoczni Gdańskiej. Swoją drogą, kwestię blokady telefonicznej Gdańska w sierpniu 1980 r. warto dokładnie zbadać.

Sprawa Hodysza – lekcja bezprzykładnej naiwności

Kapitalne znaczenie dla SB miał fakt, że już wiosną 1980 r. Sobieska weszła w posiadanie jednej z najbardziej strzeżonych tajemnic całej opozycji demokratycznej w PRL – wiedziała mianowicie o kontaktach Halla z oficerem gdańskiej SB, który dekonspiruje agentów w środowisku trójmiejskiej opozycji. Hall przyznaje wprawdzie, że wyjawił Sobieskiej tę tajemnicę, ale nawet dzisiaj zastanawia się, czy było w tym coś nagannego („być może był to mój błąd”), po czym dodaje, że przecież nie podał agentowi nazwiska tego oficera. Hall napisał, że poza nim samym o Hodyszu wiedział jedynie „Bogdan Borusewicz i paru najbardziej zaufanych młodopolaków”. Za absurdalne należy uznać tłumaczenie Halla, że jego kontakty z anonimowym oficerem SB przekazującym informacje o agenturze były swego rodzaju tajemnicą o podwójnym dnie – dla szerszego grona opozycjonistów nazwisko funkcjonariusza SB było nieznane, zaufanym z kolei wyjawione. Mało tego, aby pomniejszyć znaczenie donosów „Andrzeja”, a przez to również ukryć własną odpowiedzialność za przeciek, Hall oznajmia, że przecież już z chwilą nawiązania kontaktu z Hodyszem w grudniu 1978 r. „bezpieka zorientowała się, że z jej wnętrza nastąpił przeciek”. To teza wręcz rewolucyjna, przy której moje rzekome „pomyłki i hipotezy na wyrost” oraz „oskarżycielskie pytania” (np. „Dlaczego – mimo iż przynajmniej od 1980 r. wiedziano o funkcjonariuszu SB współpracującym z opozycją – SB aż do 1984 r. nie zdołała zdekonspirować Hodysza?”) są jedynie nieśmiałymi dywagacjami. Niestety, Hall próbując mnie przelicytować, nie uzasadnia swojego stanowiska. W tym miejscu historyk musi zadać retoryczne pytanie – skoro tak było, to dlaczego jedynie w materiałach dotyczących bezpośrednio Halla i to dopiero wiosną 1980 r. pojawiają się tego typu informacje. Dla porównania, we wszystkich znanych mi dokumentach SB na temat Bogdana Borusewicza, który przecież również utrzymywał kontakty z Hodyszem, nie znajdziemy podobnej rewelacji. Prawda historyczna bywa czasem okrutna i bolesna, ale mimo tego należy ją przyjąć, a nie tworzyć wyszukane konstrukcje zasłaniające własne błędy.

To prawda, że zarówno w donosach „Andrzeja”, jak i w innych dostępnych dziś dokumentach bezpieki nie pada nazwisko Hodysza. Nie ulega jednak żadnej wątpliwości, że w raportach TW „Andrzej” i sporządzonych na ich podstawie dokumentach MSW, w których jest mowa o funkcjonariuszu SB kontaktującym się Hallem, chodzi o kpt. Hodysza, bez względu na to, czy znano jego personalia. Już 14 IV 1980 r. Sobieska precyzyjnie donosiła, że funkcjonariusz gdańskiej SB „przekazuje Hallowi informacje dotyczące zamiarów SB i sposobów ich realizacji, a przede wszystkim powiadamia go o tym, jakie osoby i z jakiego powodu podjęły czy też podejmują współpracę z SB”. Hall zatem świadomie wprowadza w błąd czytelników „Gazety” sugerując, że nie dotarłem do nowych dokumentów w sprawie Hodysza. „Jeśli ma Pan jakieś nowe dokumenty w sprawie Hodysza, to proszę je pokazać. Jeśli nie, to milcz Pan” – napisał zdenerwowany Hall. Wyjaśniam więc – to właśnie cytowane w książce raporty „Andrzeja” i inne dokumenty MSW na temat kontaktów Halla z funkcjonariuszem gdańskiej SB są tymi nowymi dokumentami w sprawie Hodysza.

Trzeba pamiętać, że nie ujawnianie w materiałach bezpieki personaliów funkcjonariusza zdradzającego tajemnice SB mieści się w zasadach ochrony tajemnicy służbowo-operacyjnej wypracowanych przez MSW. Z uwagi na biurokratyczną i hierarchiczną strukturę służb specjalnych PRL dokumenty i informacje przesyłane w ramach poszczególnych komórek MSW miały raczej charakter zwięzły i syntetyczny, wymagający później doprecyzowania podczas resortowych odpraw i dyskusji. Zasady te stosowano także w przypadku dokumentów adresowanych do ministra, wiceministrów i szefów departamentów MSW. Nawet raporty i tzw. wyciągi z informacji operacyjnych na temat TW „Andrzej” kierowane do kierownictwa MSW nie zdradzają personaliów Matyldy Sobieskiej. Hall najwyraźniej nie orientuje się w funkcjonowaniu służb specjalnych PRL (co jest, swoją drogą, zadziwiające), więc jego pouczenia warte są tyle, co jego niekompetencja.

Chcę też podkreślić, że podziwiam odwagę kpt. Hodysza. Jako badacz muszę jednak zapytać, czy nie było tak, że dzięki TW „Andrzej” wiosną 1980 r. jego współpraca z RMP i WZZ została przez SB zdekonspirowana i od tej chwili służył jako narzędzie dezinformacji i dezintegracji. Jeżeli tak było, to nawet wiele niewątpliwie prawdziwych informacji, jakie przez niego doszły do podziemia, należy uznać za zapłacony przez SB koszt uwiarygodnienia informacji fałszywych. Dzisiaj nie znam takiego ewentualnego rachunku zysków i strat dla obu stron, ale mimo że może być to sytuacyjnie dla kogoś przykre, mam obowiązek się nad tym zastanawiać, ponieważ sprawa ma charakter historyczny i państwowy, a nie prywatno-emocjonalny.

Manipulacja i kompromitacja

Jednak najbardziej autor artykułu zmanipulował sprawę przekazywania przez Hodysza informacji o agentach w środowiskach opozycyjnych. Sam zresztą autorytatywnie wyrokuje, że zasygnalizowane w Oczach bezpieki pytania i wątpliwości „kompromitują badacza specjalizującego się przecież w badaniu archiwów bezpieki”. Przywołuje w tym celu wyrażone przeze mnie obiekcje co do tego, czy kpt. Hodysz dzielił się z nim pełną wiedzą na temat agentów, po czym oskarża mnie o to, że „rzucam cień na postawę Hodysza”. Nie uważam, że zadawanie źródłom pytań i zastanawianie się nad tym, czy Hodysz wiedział o współpracy z SB na przykład [w książce pada słowo „chociażby”] Zdzisława Pietkuna (nie wiadomo, od kiedy) i Janusza Molka (zwerbowany przez SB w czerwcu 1983 r.), jaką wiedzą dysponował i jaka była jego pozycja w SB, w jakikolwiek sposób rzuca na niego cień. Skoro wiadomo, że Hodysz jako funkcjonariusz Wydziału Śledczego wiedział o wielu „osobowych źródłach informacji” „pozostających na kontakcie” Wydziału III (opozycja) i IV (Kościół) SB, to dlaczego mamy a priori założyć, że nie wiedział również o innych agentach prowadzonych przez poszczególne komórki SB. Moja wiedza nie pozwala mi natomiast polemizować ze stwierdzeniem Halla, że od 1983 r. „zacisnęła się już pętla” wokół Hodysza. Jeśli Hall ma w tej kwestii jakieś informacje, to czas najwyższy, żeby to przekazał do IPN lub sam przedstawił opinii publicznej. Jest to jego obowiązek jako historyka, obywatela, polityka i świadka.

W tym miejscu pragnę zwrócić uwagę na inny wątek mojego studium nt. rozpracowania RMP, który zapewne jest dla Halla niewygodny i stał się być może powodem jego gwałtownej reakcji upozowanej na obronę kpt. Hodysza. Otóż na kartach swojej książki przywołałem treść raportu „Andrzeja” z 14 IV 1980 r., z którego bezsprzecznie wynika, że Hodysz przekazał Hallowi informację „o współpracy z SB Stanisława Załuskiego”, literata, publicysty „Głosu Stoczniowca”, związanego z ROPCiO i RMP. Z moich badań, w tym również z rozmów z ludźmi trójmiejskiej opozycji wynika, że Hall podzielił się tą wiadomością jedynie z gronem najbliższych mu działaczy RMP (początkowo Hall poinformował o tym prawdopodobnie tylko Matyldę Sobieską i Macieja Grzywaczewskiego), a kwestia ta nigdy nie wyszła poza krąg „młodopolaków”. W donosach agenturalnych Sobieska sugeruje, że zdemaskowanie Załuskiego pociągnęłoby za sobą ujawnienie Hodysza. W jednym z raportów pisała: „Człowiek ten [Załuski] nie może zostać skompromitowany w środowisku gdańskiej opozycji, gdyż ujawniłoby to natychmiast źródło informacji”. O sprawie St. Załuskiego wie z całą pewnością Maciek Grzywaczewski i Matylda Sobieska. Istnieje natomiast olbrzymie grono osób niedoinformowanych jak np. Tadeusz Szczudłowski. A. Hallowi w szczególny sposób zależy na nie ujawnianiu jego możliwości przechwytywania informacji bezpośrednio z SB – skomplikowałoby to nie tylko jego działalność polityczną, ale poważnie zaważyłoby na jego życiu prywatnym – można odnieść wrażenie, iż osoba przekazująca Hallowi informacje jest z nim zaprzyjaźniona czy też spokrewniona. Może oczywiście dotyczyć to nie samego A. Halla, ale kogoś z kręgu jego gdańskich przyjaciół”. Czytając artykuł Halla miałem nadzieję, że właśnie tę sprawę potraktuje on priorytetowo i będzie się starał ją wyjaśnić. Żałuję, że stało się inaczej.

Hall jako świadek historii

Czytając artykuł w „Gazecie Wyborczej” można dojść do przekonania, że autor książki Oczami bezpieki dopuścił się zaniedbania i nie spotkał się osobiście z Hallem jako świadkiem historii. Nic bardziej mylnego. O trójmiejskiej opozycji i dziejach RMP, w tym również o Hodyszu, Sobieskiej i Załuskim, rozmawiałem z Hallem (a także z innymi „młodopolakami”) wielokrotnie, o czym łatwo przekonać się przeglądając chociażby zamieszczone w książce przypisy. W ramach cyklu wykładów otwartych organizowanych przez gdański IPN w historycznej sali BHP, Hall wystąpił nawet swego czasu jako świadek historii, którego prosiłem o refleksje na temat prowadzonych przeze mnie badań nad walką SB z trójmiejską opozycją antykomunistyczną. Hall musi o tym pamiętać, a mimo to, niczym nauczyciel karcący niezdyscyplinowanego ucznia, pisze, że „obowiązkiem Cenckiewicza” było „dotrzeć do świadka, który żyje i nie jest znany z nieprawdomówności”.

Nie moją rzeczą jest w tym kontekście rozliczać Halla z prawdomówności. Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że cechą charakterystyczną Halla jako świadka historii jest to, że jego relacje są zdawkowe, niechętnie udzielane, nieprecyzyjne, a nawet mylące i nie wiele nowego wnoszą do pracy historyka dziejów opozycji w PRL. Praktycznie zawsze odsyłany byłem do hagiograficznej i napisanej na zamówienie książki Piotra Zaremby Młodopolacy. Pytany o kpt. Hodysza Hall odpowiadał zawsze to samo: że to „nasz człowiek” świetnie zakonspirowany w SB, dzięki któremu wybrzeżowa opozycja mogła usuwać agentów ze swoich szeregów. O Sobieskiej natomiast dowiedziałem się tyle, że w ogóle istniała, związana była z domem Moczulskich, a swego czasu bywała w Gdańsku. Wiele pytań, jak przykładowo te dotyczące roli Pawła Mikłasza w środowisku RMP i powodów, dla których zaniechano dekonspiracji Stanisława Załuskiego, zawisło w próżni. Niemal zawsze odnosiłem wrażenie, że pytania związane z SB i jej agenturą należą do najmniej oczekiwanych. Nie zapomnę, kiedy w 2002 r. po raz pierwszy spotkałem się z Hallem i zapowiedziałem napisanie artykułu na temat metod zwalczania RMP przez SB. Usłyszałem wówczas: „Przecież nie zachowały się żadne teczki o RMP. Powiedział mi o tym mój kolega z rządu gen. Czesław Kiszczak”. Na szczęście zapewnienia Kiszczaka okazały się nieprawdziwe. Wiele z tych materiałów przetrwało do naszych czasów, dzięki czemu historyk nieuprzedzony, ale i nie ulegający atmosferze jednostronnej legendy, mógł dokonać naukowej analizy.

***

Na zakończenie swojego artykułu Aleksander Hall napisał: „Nie zamierzałem zaglądać do materiałów gromadzonych na mój temat przez SB. Pod wpływem lektury książki Cenckiewicza poczułem się do tego zobowiązany. Będę musiał zmierzyć się z historią. Jest to jednak nie tylko problem dla represjonowanych i inwigilowanych, którzy muszą w swym sumieniu rozważyć, co uczynią z uzyskaną, często bardzo bolesną wiedzą. Jest to także trudne zadanie dla odpowiedzialnych historyków”. Cieszę się, że swą pracą skłoniłem wybitnego polityka do zainteresowania się drugą stroną medalu i wytworzeniu u niego poczucia zobowiązania do tego, co, jak mniemam, od chwili powstania IPN było wręcz jego obowiązkiem jak przywódcy ważnego i licznego środowiska antykomunistycznego. W moim przekonaniu, w przypadku działaczy o wysokiej pozycji społecznej i przywódców grup czy środowisk, złożenie wniosków do IPN o udostępnienie materiałów SB, zapoznanie się z tymi materiałami, a następnie lojalna współpraca z historykami opracowującymi odpowiednie tematy badawcze, jest wręcz ich powinnością, bezpośrednio wynikającą z zobowiązań, jakie na siebie przyjęli zachęcając niegdyś innych do czynnego wystąpienia przeciw totalitaryzmowi, a więc nakłaniając ich do podjęcia ryzyka stania się ofiarą represji. Mam poczucie, że dawni przywódcy podziemia mają wobec swych towarzyszy walki i całego społeczeństwa, obowiązek rozliczenia się ze swego przywództwa. Podobnie historycy, którzy mają dostęp do materiałów aparatu bezpieczeństwa, mają prawo badać, jak bezpieka widziała kraj i ruch niepodległościowy. Ich obowiązkiem jest jednak pokazywanie całej prawdy o czasach komunistycznej dyktatury. Prawda o czasach PRL jest tak samo potrzebna i oczyszczająca, jak prawda o postawach niektórych Polaków w okresie II wojny światowej. Piętnując postawy jednych, nie zapominajmy o podłości drugich.

Warto w tym miejscu przypomnieć słowa wypowiedziane przez wielkiego polskiego dziejopisa – gen. Mariana Kukiela – o tym, że historyk „nie poświęciłby nic ze swego naukowego sumienia, by dogodzić samopoczuciu współczesnych”. Natomiast, co do mojej metody pracy, mogę jedynie powtórzyć za Stanisławem Kutrzebą, który już w roku 1922 podjął trud opisania wydarzeń z lat 1914-1922: „Trudno już dziś z historycznego punktu widzenia omawiać sprawy tak bliskie czasem, tak bliskie uczuciem. Przebieg wielu z tych kwestyj nie może być jeszcze rozświetlony należycie z powodu niedostępności materiałów; niejedno zdanie trzeba będzie poprawić, gdy się lepiej pozna przebieg wypadków, dziś jeszcze zakryty. Starałem się przynajmniej – w miarę możności – o sąd obiektywny, o spokojne ocenianie ludzi w ich działalności, o ile o nich mówić musiałem; starałem się wmyśleć w ich dążenia i cele, by je należycie wytłumaczyć i zrozumieć, a nie, by sąd o nich wydawać. Zwróciłem też uwagę raczej na zasadnicze czyny i dążności, niż na czyny poszczególnych jednostek, na uwypuklenie głównie znaczenia zwłaszcza decydujących zdarzeń w zakresie polityki zewnętrznej i wewnętrznej Polski w tych wielkich ostatnich sześciu latach. Czytelnik osądzi, o ile potrafiłem sprostać zadaniu, i – mam nadzieję – wybaczy nieuniknione wady i błędy, a kiedyś je zapewne sprostuje tej epoki historyk, który będzie mógł oprzeć się na pełniejszym materiale” (S. Kutrzeba, Polska odrodzona 1914-1922, Kraków 1922, s. III-IV).

Sławomir Cenckiewicz

Dr Sławomir Cenckiewicz – historyk, pracownik Uniwersytetu Gdańskiego i Instytutu Pamięci Narodowej, ostatnio opublikował Oczami bezpieki. Szkice i materiały z dziejów aparatu bezpieczeństwa PRL (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2004) oraz biografię polityczną Tadeusza Katelbacha (Wydawnictwo LTW, Warszawa 2005).

http://www.glos.com.pl/Archiwum_nowe/Rok%202005/010/strona/cenckiewicz.html

--------
Obibok na własny koszt

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Obibok na własny koszt

#416020

I wyczyny braciszka Jerzego Halla, który postanowił już w roku 1990 poszedł PO swój pierwszy milion.

picasaweb.google.com/108910137865025242278/2Wrzesnia2013

Kolesie z gdańskiej ferajny.

Po lewej Borskuk po prawej Dariusz Śmiałkowski poszukiwany do dziś listem gończym.

picasaweb.google.com/108910137865025242278/2Wrzesnia2013

Obibok na własny koszt

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Obibok na własny koszt

#416025

Piękna obrona (przed)procesowa Bożeny Dykiel.

A ja wiem Panie jedno. Każdy aktor z lat 1950-2013 dostający role w spektaklach TV publicznej i reklamach wiadomych telewizji, to tajny współpracownik a w najlepszym przypadku ich człowiek.

Z aktoreczką komunistyczną B.D. nie jest inaczej.

NIEPOPRAWNY INACZEJ

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

NIEPOPRAWNY INACZEJ

#416024