Futurologia według MON. Część druga…

Obrazek użytkownika Gadający Grzyb
Kraj

…czyli horyzonty pola walki. Odlotów wizjonerów z MON ciąg dalszy.

 

W części pierwszej moich heroicznych zmagań z wiekopomnym dokumentem „Wizja Sił Zbrojnych RP 2030” opisałem, jak nasi futurolodzy z MON postrzegają ogólne uwarunkowania kwestii bezpieczeństwa narodowego Polski w dwudziestoletniej perspektywie czasowej. Dowiedzieliśmy się, że będziemy silnym, bogatym krajem i znaczącym graczem w ramach struktur międzynarodowych, a zagrażać nam może co najwyżej imigracja, grupki ekstremistów i hakerzy.

Teraz przyszła pora na upojne szczegóły dotyczące tego z kim, gdzie i w jaki sposób będziemy wojować. Trzymajcie się mocno – oto bowiem nadlatuje… „Przyszłe środowisko operacyjne sił zbrojnych RP” (rozdz. 4).

Pod tym tytułem kryje się analiza dotycząca przeciwnika (p.26 – 34), pola walki (p.35 – 39) i przyszłych operacji naszych sił zbrojnych (p. 40 – 52).

I. Futurystyczna partyzantka.

Z jakim to przeciwnikiem będziemy się borykać? (rozdz. 4.1)

Ano z takim, który istnieje już dziś, tylko około 2030 roku będzie istniał jakby bardziej. W telegraficznym skrócie będą to terroryści, najemnicy i rebelianci a la Irak czy Afganistan, prowadzący „działania asymetryczne”, czyli mówiąc po ludzku wojnę partyzancką, w tym tzw. „partyzantkę miejską”. Grupy te będą ponadnarodowe, silnie umotywowane ideologicznie, uzbrojone w lekki sprzęt, zdecentralizowane i posługiwać się będą nowoczesnymi technikami telekomunikacyjnymi. Cechować je będzie wysoka elastyczność działań, brak przestrzegania konwencji międzynarodowych, wysoka determinacja i płynność struktur. Mogą wejść w posiadanie jakichś rodzajów broni masowego rażenia, walkę przenosić będą do stref zaludnionych, a głównym ich celem będą elementy infrastruktury militarnej i gospodarczej. (p. 26 – 32)

Ataki będą dokonywane za pomocą całego asortymentu środków wybuchowych i broni typu przenośne wyrzutnie rakiet, granatniki itd. Do tego dochodzą ataki za pomocą uprowadzonych samolotów i różnego typu pojazdów a także ataki cybernetyczne na systemy informatyczne cywilne i wojskowe. W ograniczonym zakresie wchodzi w grę również broń biologiczna i chemiczna. (p. 33)

Osobnym aspektem będzie wojna propagandowa toczona za pomocą środków masowego przekazu mająca wpłynąć na morale opinii publicznej w krajach wysyłających wojska na misje i podsycić wolę oporu na terenach gdzie będą operowały oddziały międzynarodowe. (p 34)

Podsumowując, naszym wrogiem będzie taka futurystyczna cyber – partyzantka.

II. Wojna w czterech wymiarach.

Zerknijmy teraz na przyszłe pole walki (rozdz. 4.2).

Autorzy przytomnie zauważają, że prócz lądu, wody i powietrza, wojna będzie się toczyć również w sferze cybernetycznej i informacyjnej, tworząc w ten sposób nową jakość (p.35) bez podziału na klasyczne fronty (p.37). Odrobiwszy pilnie iracką i afgańską lekcję stwierdzają, że znaczna część działań będzie się toczyć w rejonach zurbanizowanych, gdzie pod nogami będą plątać się uchodźcy, dyplomaci i przedstawiciele organizacji humanitarnych. Uprzejmie nie wspomniano o dziennikarskich hienach uganiających się po ulicach z kamerą w nadziei na jakieś świeże zwłoki. Zwrócono za to uwagę na związane z tym trudności (np. rozróżnienie wroga od cywila czy łatwość organizowania w takim otoczeniu zamachów i zasadzek) (p.38).

Uwagi o górach, równinach i pustyniach z p. 36 drobiazgowi stratedzy mogli sobie darować, za to trafne jest podkreślenie znaczenia cyberprzestrzeni (czyli np. obrony przed hakerami mogącymi zakłócić działanie wojskowych systemów informatycznych) (p.39).

III. Myć ręce czy nogi?

Przejdźmy do czekających nasze wojska przyszłych operacji (rozdz. 4.3).

1) Kierunek – świat!

To, co rzuca się w oczy po prześledzeniu tego podrozdziału, to zupełne przeorientowanie priorytetów naszych sił zbrojnych z obrony kraju na udział w różnorakich misjach zagranicznych. Wprost jest stwierdzone, że operacje o charakterze narodowym będące jedynie reakcją na sytuację kryzysową mają posiadać charakter ograniczony i czasowy, zaś w przypadku „eskalacji zagrożenia” (dlaczego tak boją się użyć słowa „wojna”?) rola naszej armii sprowadzi się do stworzenia warunków umożliwiających wkroczenie sił międzynarodowych. (p. 40)

Czyli, krótko mówiąc, wyzbywamy się możliwości prowadzenia samodzielnej wojny obronnej, licząc na to, że sojusznicy wystarczająco szybko przyjdą nam z odsieczą. Zwracam uwagę, że w chwili obecnej NATO nie posiada nawet planów operacyjnych na taką ewentualność. Do 2030 roku może powstaną, ale co, jeśli przyjdzie nam się bronić wcześniej?

Nawet nie chcę myśleć o innym scenariuszu – oto w Polsce wybucha jakaś antyrządowa rebelia, a nasze siły zbrojne… „tworzą warunki” do wkroczenia interwencyjnego Eurokorpusu, w którym czystym przypadkiem trzon sił stanowią oddziały Bundeswehry…

2) Nowoczesność w domu i zagrodzie…

Dalej czytamy, w jakich to zagranicznych misjach będziemy uczestniczyli i ile świata zwiedzą nasze chłopaki. Jak to „modułowo” będziemy wkomponowywać się w międzynarodowe siły, struktury dowodzenia itd.

W szczegółach wygląda to tak:

- Zasadniczą formą aktywności naszych Sił Zbrojnych będzie udział w zagranicznych interwencjach zdeterminowanych sytuacją strategiczną (pp. 41 i 42).

- Siły interwencyjne będą tworzone doraźnie, w zależności od potrzeb danej misji (jak rozumiem, z „komponentów” – jednostek poszczególnych typów wojsk) (pp. 43 i 44).

- Będą pozostawały pod kontrolą i zwierzchnictwem organizacji przeprowadzających poszczególne przedsięwzięcia zbrojne (p.43), synchronizując swe poczynania z organizacjami rządowymi i pozarządowymi (czyli, działania zbrojne będą jedynie częścią przyszłych wszechstronnie ukierunkowanych operacji) (p.45).

- Istotną część obecnych zadań sił zbrojnych, głównie o charakterze policyjnym i szkoleniowym przejmą „komercyjne, ponadnarodowe siły paramilitarne” (nie prościej było napisać – najemnicy?) (p.46).

- Koncepcja dowodzenia ulegnie zmodyfikowaniu w myśl zasady „reach back” oznaczającej, że główna część procesu dowodzenia będzie realizowana z dala od obszaru operacyjnego (jak mniemam, dzięki postępowi w zakresie nowoczesnych środków łączności) (p. 47).

- Działania zbrojne będą przeprowadzane błyskawicznie i punktowo, przy wsparciu obezwładniającej propagandy, następnie zaś wojsko wspomagać będzie państwowotwórcze działania polityków na zdobytym obszarze (coś jak w Iraku, jak sądzę) (p. 48).

- Jeśli się da, to ograniczymy się do ostrzału z wody i powietrza (tzw. „stand off”) a jednostki lądowe wyślemy jedynie gdy zajdzie konieczność zwiększenia efektu bombardowań (zdaje się, że NATO przetrenowało ten wariant w 1999 roku na Serbii) (p. 49).

- Działania będą miały charakter „sieciocentryczny”, czyli wszystkie elementy zostaną włączone do jednej sieci informacyjnej, co stworzy nową jakość, swoistą wartość dodaną, większą niż prosta suma zaangażowanych sił (p.50).

- Czarną robotę odwalą za nas najróżniejsze maszyny i systemy satelitarne. (p. 51).

- Ponieważ w rejonach walk będą pałętali się dziennikarze nagłaśniający każdą wpadkę, trzeba będzie bardzo uważać, by nie walnąć jakiegoś babola. Najlepiej nikogo nie zabijać i możliwie najszerzej stosować tzw. „non – lethal weapon” („broń nieśmiercionośną”). (p.52)

Jednym słowem, będzie ultranowocześnie, technicznie, mobilnie, komponentowo, humanitarnie, super modnie i wygodnie. Brakuje tylko wyjaśnienia na ile takie siły zbrojne będą zdolne do obrony terytorium własnego kraju, bo coś mi się wydaje, że modernizowana według tego typu wzorców armia gruzińska została w 2008 roku przez Rosję kompletnie rozbita… Ach, zapomniałem, gapa ze mnie, przepraszam – przecież konflikt konwencjonalny nam nie grozi…

***

Żeby była jasność: nie lekceważę kwestii bezpieczeństwa międzynarodowego, dobrze wiem, że nie żyjemy w próżni i że nie ugaszone ognisko zapalne w odległym rejonie świata może kiedyś poskutkować bezpośrednim zagrożeniem dla nas. Również doświadczenie zdobywane przez wojsko w realnej walce jest nie do przecenienia w porównaniu z poligonowymi symulacjami. Niemniej, to demonstracyjne olewanie kwestii bezpośredniej obrony terytorium Polski nosi według mnie znamiona zbrodniczej lekkomyślności.

Generalnie, odnoszę wrażenie, że nasi stratedzy stanąwszy przed dylematem: myć ręce, czy nogi, uznali że należy myć ręce (misje zagraniczne), zakładając, że nogi (obrona kraju) i tak się nie pobrudzą, zaś na jedno i drugie po prostu nie starczy mydła.

IV. Podsumowanie części drugiej.

Podsumowując – można powiedzieć, że nasi analitycy solidnie odrobili lekcję po 11.09.2001. Nasuwają się jednak dwie słabości:

- pierwsza, to ograniczenie przewidywań do konstatacji, że będzie się działo z grubsza to co obecnie, tylko w bardziej zaawansowanej formie;

- druga, znacznie groźniejsza, to przede wszystkim beztroska marginalizacja możliwości konfliktu zbrojnego o „tradycyjnym” charakterze państwo – państwo.

Innymi słowy, o ile nauka płynąca z wojny z terroryzmem została zaabsorbowana, o tyle wnioski z rosyjskiej agresji na Gruzję i rosyjsko – białoruskich manewrów „Zapad 2009” wciąż czekają na „przepracowanie”, tym bardziej, że mamy pod bokiem silnie zmilitaryzowany Obwód Kaliningradzki. To uporczywe ignorowanie rosyjskiego zagrożenia więcej niż niepokoi, również w kontekście suwerenności gospodarczej i zacieśniania współpracy z Moskwą przez Niemcy i Francję (Nord Stream, sprzedaż okrętów wielozadaniowych klasy Mistral).

Uderzenie atomowe ze strony państw bandyckich również pomijane jest milczeniem, co w sumie nie dziwi, zważywszy jak „entuzjastycznie” ekipa Tuska była nastawiona do projektu tarczy antyrakietowej…

Jeszcze jedno. Wiem, że „Wizję…” opublikowano w maju 2008r., przed atakiem na Gruzję i manewrami „Zapad 2009”, ale w takim razie, powinna ona zostać odpowiednio zaktualizowana. Póki co, aktualizacji stosownych do wymienionych wyżej zagrożeń nie zauważyłem. Wymowa dokumentu uparcie ciąży w stronę, cyt.

„(…)przeorientowania dotychczasowej filozofii funkcjonowania sił zbrojnych z modelu statycznego, nastawionego głównie na obronę terytorium Polski przed atakiem sił konwencjonalnych, na elastyczny i nowoczesny, odpowiadający realiom XXI wieku, instrument polityki bezpieczeństwa” (Zakończenie, str. 34).

Elastyczność, nowoczesność - bardzo się to wizjonerom chwali, ale trochę „statycznych” sił, zorientowanych na obronę własnego terytorium, też by się przydało. Choćby po to, by przy okazji następnych manewrów sąsiad z którym właśnie tak hucznie się jednamy nad trumną Prezydenta, nie wjechał w nas niczym ciepły nóż w masło.

Generalnie jednak, mimo wymienionych słabości, omówiony tu rozdział jest bodaj jedynym, który da się czytać bez wybuchów rozpaczliwego chichotu przerywanego bezsilnym zgrzytaniem zębów.

Niemniej, w części następnej, przyjdzie pochylić się nad wizjonerskimi „snami o potędze” naszych Sił Zbrojnych A.D. 2030. To dopiero będzie jazda bez trzymanki zapodana z iście generalską fantazją i takimże rozmachem…

Ciąg dalszy nieuchronnie nastąpi.

Gadający Grzyb

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

O ile się nie mylę tak kiedyś wołano, redukując zresztą armię i upatrując ratunku w interwencji sąsiadów. Sąsiadów było oczywiście trzech (więc tylko do Niemiec chyba nie ma co się oganiczać), interwencja trwała 123 lata, choć osobiście twierdzę, że do dzisiaj się nie skończyła. I jak tu nie wierzyć, że historia lubi się powtarzać?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#56667