Co dalej z Donaldem T.?

Obrazek użytkownika Anonymous
Historia

O mentalności metasarmackiej i do czego służą sejmowe komisje śledcze.


Jakiś czas temu Gadający Grzyb zastanawiał się, skąd pochodzi owa dziwna społeczna „wajcha”, która długo tkwi w bezruchu, toleruje afery, aby nagle przechylić się na drugą stronę. Mam swoją teorię, która nie przeczy innym, mniej lub bardziej spiskowym. Odpowiedź moim zdaniem tkwi w metasarmackiej mentalności naszego społeczeństwa, dławionej przez fasadowe instytucje demokracji proceduralnej.


O Pierwszej Solidarności możemy powiedzieć bez dwóch zdań, że była parafrazą Pierwszej Rzeczypospolitej, co próbowałem wykazać w tekście Otium dla mas. Instytucje Solidarności zostały stworzone dokładnie tak, jakby sobie tego Sarmaci życzyli. Inaczej się ma rzecz z instytucjami 3RP, które od początku ewoluowały w stronę rozproszenia demosu i rozproszenia jego woli politycznej. W dodatku na wolę tę nałożony został gorset fasadowych instytucji żywcem zmałpowanych ze świata Zachodu. Nie zmieniły one zachowań demosu, ale metasarmacką mentalność wypaczyły, zepsuły. W przeciwieństwie do I RP, w 3RP głowa państwa nie ma realnej władzy (choć wyborcy nie przyjmują tego do wiadomości). Na domiar złego przywódca sejmowej większości – premier - uzurpuje sobie jego rolę. Wiem, że podobne zjawisko występuje w wielu krajach zachodnich, ale u nas doszła jeszcze jedna, oryginalna instytucja ustrojowa, której cele są zgoła inne, niż jej nazwa. Mam na myśli oczywiście sejmową komisję śledczą.


Gdy nasi przodkowie chcieli króla przeczołgać i upokorzyć, starali się o specjalne posiedzenie izby poselskiej i senatorskiej in absente rege (pod nieobecność króla)1. Zasadniczo udział króla w obradach był nieodzowny (chyba że król był chory – ale musiał przebywać w odpowiedniej bliskości od miejsca obrad). Wobec tego o zgodę na kolokwium obu izb pod nieobecność króla musiano wystąpić... do króla!


Tak, to paradoks sarmackiej mentalności. W demokracji amerykańskiej prezydenta o nic nie trzeba prosić, w brytyjskiej królowa i tak nie ma nic do gadania, natomiast w sarmackiej – żeby upokorzyć głowę państwa – należało ją grzecznie poprosić, aby dała się upokorzyć.


Rozliczenie króla z niepopularnych lub bezprawnych decyzji było więc elementem politycznego przetargu. Monarcha musiał wykalkulować, czy bardziej opłaca się tkwić w wyżynach majestatu, ryzykując rosnące niezadowolenie, czy też ukorzyć się, przetrwać burzę i rozładować napięcie na swoją korzyść. I korzyść dynastii, oczywiście... Bo przecież królewską dziatwę trzeba było odpowiednio opatrzyć, wydać za mąż, ożenić, a może i tron przekazać... I nie lada jaką władzę, bo król w Rzeczypospolitej nie był królem malowanym...


Jak przebiegało takie kolokwium? Ponieważ procedurę regulował zwyczaj i potrzeba chwili, bardzo różnie. Jeśli ciężar gatunkowy zarzutów wobec króla był wysoki, rytuał przebiegać mógł tak jak w roku 1646: gdy król dał już zgodę na jego odbycie, senatorowie zebrali się przy pustym tronie w oczekiwaniu na posłów. W tym czasie posłowie uzgadniali między sobą kto będzie przemawiał w ich imieniu i o czym mówić wolno, a o czym mówić nie wolno. Jeżeli potem, na kolokwium, ktoś mówił nie na temat albo niezgodnie ze wspólnym stanowiskiem izby poselskiej, zagłuszano go. Po uzgodnieniu wspólnego stanowiska, posłowie udawali się do izby senatorskiej, gdzie jako pierwszy przemawiał marszałek poselski, następnie posłowie cieszący się największym autorytetem. Posłowie wytaczali szereg zarzutów pod adresem senatorów o „nieupilnowanie” króla lub „złe rady”, a senatorowie starali się odwrócić od siebie wszelkie podejrzenia. Cel tego rytuału był dość oczywisty: chodziło o wykazanie, że winę ponosi nie kto inny, tylko sam król, czego oczywiście nikt głośno nie mówił z szacunku dla Majestatu Rzeczypospolitej.


Jeśli wszystko szło dobrze, przywódcy izby poselskiej dążyli do wyegzekwowania efektów kolokwium, czyli do kolejnego specjalnego posiedzenia obu izb – tym razem z udziałem króla – na którym głos w imieniu posłów i senatorów zabrać miał prymas. Wystąpienie prymasa polegało przede wszystkim na upomnieniu króla i prośbie, aby naprawił wyrządzone przez siebie szkody. Teraz piłeczka była znów po stronie króla. Odmowa spełnienia prośby prymasa oznaczała, że poddani mają prawo wypowiedzenia posłuszeństwa, przy czym nigdy dokładnie nie sprecyzowano co to właściwie znaczy. Uznawano, że król jest pomazańcem bożym – a więc nie można go zdetronizować – ale jako grzeszna istota może popełniać błędy i należy dać mu szansę poprawy. Na przykład z chwilą ujawnienia, że król Zygmunt August jest żonaty z Barbarą Radziwiłłówną i bynajmniej nie chce jej od siebie oddalić, czasowo odmówiono królowi prawa do sprawowania sądów (wówczas nie było jeszcze instytucji trybunałów). Innym „biczem na króla” była gremialna odmowa uchwalenia podatków – rzecz naprawdę rzadko spotykana w staropolskim parlamentaryźmie (bo zazwyczaj jednak jakieś podatki uchwalano). Natomiast otwarty bunt uznawano za największe nieszczęście i unikano go tak długo, jak tylko się dało.


Do czasów Jana Kazimierza, kolokwiów absente rege odbyło się zapewne około dziesięciu, choć chyba nikt z historyków dokładnie ich nie policzył. Najwięcej niewątpliwie „zaliczył” ich Zygmunt III Waza, może dlatego, że dość długo panował i nauczył się skutecznie wykorzystywać grę parlamentarną dla interesów państwa, czego nie można niestety powiedzieć o jego synach. Władysława Czwartego kochali wszyscy, ale nikt go nie szanował. Król przeputał cały autorytet odziedziczony po ojcu i zyskał sobie opinię monarchy chwiejnego, skrytego, pełnego fantastycznych i nieodpowiedzialnych pomysłów. Czarę goryczy przelał królewski projekt wojny tureckiej z 1646 roku. Na sejmie król został przeczołgany przez posłów i senatorów, którzy wyraźnie sugerowali, że gra toczy się o następstwo tronu dla jego syna – Kazimierza Zygmunta. Rok później (w 1647 roku) młodociany następca tronu umarł niespodziewanie, a król mógł sobie tylko pluć w brodę że pozwolił opozycji na tak wielkie prestiżowe zwycięstwo rok wcześniej. Jego brat i następca odziedziczył kraj w stanie chaosu, a na domiar złego nie mógł się doczekać potomka. Nie dysponował więc istotnym atutem negocjacyjnym i nie znalazł w sobie dość odwagi, by – wzorem Zygmunta Augusta – przyczynić się do rzeczywistej reformy państwa. Strzegł swego majestatu jak źrenicy oka i jak ognia wystrzegał się kolokwiów absente rege. W rezultacie rok po roku tracił zaufanie poddanych i stopniowo doprowadził do demoralizacji i serii klęsk Potopu. Zaś po triumfalnym powrocie do kraju usiłował forsować elekcję vivente rege, czym spowodował zbrojny bunt Jerzego Lubomirskiego.


Czy czegoś nam to nie przypomina? Donald T. nie dał zgody na sejmową komisję śledczą, strzegąc swego „majestatu” jak źrenicy oka. Leszek Miller swego czasu taką zgodę dał i zdaje się, że włos mu z głowy nie spadnie. Propozycja PiS powołania komisji śledczej to był dla Donalda T. ostatni moment, aby stracić poparcie, ale uratować głowę. Donald T. nie przyjął oferty, może się wahał. W każdym razie po śmierci chorążego Musia nie ma już odwrotu. Musi brnąć dalej, aż niestety doczeka się prawdziwego buntu. Oby Polska ten bunt przetrwała!


Jakub Brodacki

1W czasach Zygmunta Augusta takie obrady nazywano colloquium amoto rege lub semoto rege; później pojawia się też termin kolokwium absente principe (co jest najbliższe zasadom klasycznej łaciny).

0
Brak głosów

Komentarze

10.

Bardzo trafnie i ładnie pokazany "pijar" (czy też takowego brak) naszych Wazów, na konkretnym przykładzie. :))

Od troszkę innej strony. Jest taka reguła, ze im bardziej próbujemy nasz autorytet wzmacniać nie poddając się osądowi, ze względu na możliwe niebezpieczeństwa wyciągnięcia na światło dzienne różnych niefajnych rzeczy - tym bardziej, stosując konsekwentnie tę taktykę - tracimy.

Egzemplifikacja - uproszczona.
Można powiedzieć raz, dwa, cztery razy osobom nam bliskim, żonie, przyjaciołom - "zamknij się, zrobimy jak ja uważam". To może zadziałać, zwłaszcza jeśli ten autorytet początkowo posiadamy. Tylko ze jest jeden problem - przy każdej takiej zagrywce ubywa go wykładniczo.
I w końcu mamy "bunt na Bounty".

#303042

Otóż to. Cały sekret rządzenia tkwi w odpowiedniej narracji i budowaniu autorytetu, a następnie w spijaniu miodu wypływajacego z tego autorytetu. Jeżeli "król" staje się zbyt pyszny i niedostępny, daje tym tylko argumenty do rąk opozycji. Zwłaszcza, gdy ponosi klęski.

Moja obawa dotyczy tylko tego co faktycznie nastąpi w wyniku buntu. Sytuacja jest całkowicie nieprzewidywalna. Bądźmy więc odważni! Dextera Domini fecit virtutem - motto wiktorii kłuszyńskiej 1610. Prawica Pańska uczyniła męstwo.

alchymista
===
Obywatel, który wybiera królów i obala tyranów
Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart

#303047

Tylko, że istnieje jeszcze jedna droga.
Ewolucji w stronę monarchii "oświeconej" albo, jak wolimy, fasadowej, bananowej demokracji. Takiej gdzie "zaczynają toczyć się głowy". Realnie bądź "wizerunkowo".
Początki tego już mamy tutaj i teraz. Na każdego kto krytykuje J.O. Rząd III RP sypią się gromy, trwają ataki mające na celu odsadzenie go od czci i wiary. Na początek - ad personam, zróbmy z niego psychopatę, głupca, oszołoma.

Jeszcze bardziej niepokojące są (a to już kwestia ostatnich lat) sankcje w stosunku do szeregowych obywateli, absolutnie amedialnych - vide casus antykomor.pl czy Staruch.

Władza przeszłą kolejny Rubikon. Piorun nie powinien trafiać w doliny, a jeśli jednak trafia, to...

#303057

Niepokojace? Są po prostu skandaliczne. Do tej pory obywatelami Polski, którzy prosili o azyl w innych krajach były żony pijaków, bite przez mężów. Podobno, bo takie słuichy do mnie opare lat temu dochodziły. Że rząd RP nie umie zadbać o ich interesy i pod tym pretekstem dostawały azyl. Teraz o azyl będa prosić polityczni. Na miejscu Starucha - jesli go wypuszczą na przepustkę - tak bym zrobił. Najlepiej od razu jazda do Szwecji (chyba jedyny rząd w Europie nastawiony antyrosyjsko?) i prośba o azyl.

alchymista
===
Obywatel, który wybiera królów i obala tyranów
Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart

#303061

Fajny tekst.

Gdybym ja jeszcze wiedział, co to jest ten metasarmatyzm... ;-)

Pozdrawiam

#303071