Dotknięci geniuszem, czyli sztuka oddychania pod wodą

Obrazek użytkownika MagdaF.
Kraj

Nie będzie dziś o stadionie, czy jak kto woli, basenie narodowym, bowiem tyle wody już się przelało, że bez trudu można by napisać na ten temat powieść-rzekę z gatunku CICHY DON-ek, która miałaby spore szanse na Nobla; tym samym na częściowe choć zasypanie dziury Vincenta, na którą żadne już nici z motka kłamstw nie są dostatecznie mocne. Podobnie było z dziurą w dachu, skonstruowaną za ogromne pieniądze, do której obsługi zapomniano dołączyć instrukcji. A gdyby nawet, wszyscy wiemy, jakim językiem pisane są wszelkie instrukcje, więc i tu marna nadzieja, że ktokolwiek by je nie tylko przeczytał i zrozumiał, ale i zastosował w praktyce. Bo jak nie pada, to dach musi być otwarty, a jak pada, to nie można go zasunąć. Głupota podniesiona do rangi absurdu, nie pierwsza i nie ostatnia w naszej republice bananowej, za którą premier Tusk, jak mówi, bierze pełną odpowiedzialność. Jaki więc sens miałaby
dymisja „ministry” Muchy, skoro powszechnie wiadomo, że od czasu serialu „Szpital na peryferiach”, powiedzenie: „Gdyby głupota umiała fruwać…” można z powodzeniem dokończyć: „…nie musiałaby uczyć się pływać”. Mimo jednak braku tej umiejętności pozostaje nadzieja, że kapok ratunkowy, w postaci szczodrości „ministry” i Janusza Jankowiaka na komitet wyborczy PO, spowoduje dalsze dryfowanie po niezmierzonym oceanie okołosportowej niekompetencji, choć nie może się równać z wpłatą żony i ojca aktualnego ministra zdrowia, którzy sypnęli prawie 40 tysięcy. Co, mimo ewidentnych wpadek w resorcie, jakimś immunitetem, w postaci bezpiecznej tratwy, jest.

Zostawmy jednak temat wiedzy i kompetencji czy raczej ewidentnego ich deficytu, którymi dotknięci są ministrowie Tuska. Wszak głupota wymaga bardziej współczucia niż objęcia kodeksem karnym, co wcześniej już orzekł sąd uzasadniając, że jeden z naszych „prywatyzatorów” narodowego majątku (obecnie komisarz UE), który naraził skarb państwa na straty, nie miał doświadczenia w prywatyzacji, czyli jest niewinny, bo nie wiedział co robi. Mamy więc swój osobisty wkład w rychły upadek Unii, więc nie wypada nam żądać za to zapłaty w postaci 300 mln euro, które notabene już w nowym budżecie wirtualnie rozdysponował Vincent Rostowski, kolejny raz przekraczając dopuszczalne kanony wystąpień kabaretowych. Choć w dłuższej perspektywie wywołują bardziej płacz niż śmiech. Czy pocieszeniem dla nas może być fakt, że część tych „geniuszy” z PO wyeksportowaliśmy do Brukseli? W ostatnim głosowaniu nad rezolucją ws. unijnego budżetu, eurodeputowani Platformy, mimo ściągawki w postaci maili od specjalisty ds. budżetu z MSZ, który nawet zamieścił kolorową tabelkę jak traktować każdą poprawkę, wstrzymali się od głosu, by potem zgłosić korektę i zagłosować, ze szkodą dla Polski, na tak. Widać, nie są w stanie zrozumieć nie tylko instrukcji, ale i prostej wiadomości, a tłumaczenie, że kierowali się autorytetem Danuty Hübner, córki powiatowego komendanta UB, która dawno już stwierdziła, że interes polski trudny jest do zdefiniowania, jest kuriozalne, choć przecież zrozumiałe. Kolejne „oburzenie” premiera Tuska, który żąda wyjaśnień w tej sprawie jest niczym nowym; każda wpadka czy afera odsłania oblicze Tuska frasobliwego, by po kilku dniach przekazać komunikat, że zawiódł system, urzędnicy niższego szczebla lub nikt nie zawiódł, „każdy wykonał swoje obowiązki, ale zabrakło wyobraźni.

I tu dochodzimy do sedna zagadnienia, czyli wyobraźni, która, jak pisał sam Albert Einstein, jest ważniejsza od wiedzy. Wiedzę bowiem można posiąść, a wyobraźnia dana jest nam w genach. Wprawdzie taką zdolnością obdarzone są wszystkie istoty ludzkie, a nawet niektóre zwierzęta, ale nie dana jest wszystkim po równo. Na pewno nie dana jest ministrowi spraw zagranicznych, którego kolejna wpadka, po sprawie z Alesiem Bialackim, wysłanie PIT-ów (w firmowej kopercie ministerstwa) do białoruskich opozycjonistów oraz wyciek do Internetu danych na temat finansowania projektów MSZ, łącznie z ich celami, personaliami, czy danymi analitycznymi, można uzasadnić albo brakiem wyobraźni, albo dilem z białoruskim reżimem Łukaszenki. I znowu brak reakcji premiera, co można tłumaczyć tylko jednym. Celowo wymyślił taki system z dyletantami ministrami, by sam, na ich tle jawił się „dotkniętym przez Pana Boga geniuszem”, którą to cechę potwierdził Sławomir Nowak, kolejny geniusz od zwijanych autostrad.

Wyobraźnia premiera w tworzeniu alternatywnego świata zjawisk i sytuacji, zgodnie z własną wolą, wcale nie Boską, ale Komorowską, bo „prezydent gdzieś poleci i sytuacja się zmieni”, nie wytrzymuje z faktami. Ciężar kłamstw, kpin, oszczerstw i gróźb „dorżnięcia watahy” zatopił Platformę i nawet dawni klakierzy, wobec listy kłamstw smoleńskich, fałszowania protokołów sekcji zwłok, skandali z ekshumacjami czy aferą z pochówkiem ofiar, nie są skorzy do podania ręki tonącym. Albo już moralnie zatopionym, którzy stworzyli sobie własny, bezpieczny świat, przyjazny im i swoim rodzinom, w którym perły, bursztyn i złoto są na wyciągnięcie ręki, a wymiar sprawiedliwości na wyciągnięcie komórki. Ten podwodny świat, w którym nie ma winnych, który chroni złodziei, mafiozów, przestępców i aferzystów, jest bezwzględny dla ludzi bezbronnych, słabych, biednych i chorych. Jest też okrutny dla tych, którzy walczą o prawdę; niewygodną, bo zaprzeczającą tezie, że państwo zdało egzamin. Nie przed Polakami, raczej przed Putinem, bo w imię „pojednania” oddało smoleńskie śledztwo, nie mówiąc o wraku czy czarnych skrzynkach, i do dziś godzi się na każde okrucieństwo, poniżenie i upodlenie Polaków, zrzucając najpierw winę na pilotów, prezydenta, generała, teraz na rodziny smoleńskie.

Licencja na kłamstwo, podbita pieczątką FSB, która ma zrzucić z rządu odpowiedzialność za katastrofę, dowodzi, że kłamią niewolnicy. Wolni mówią prawdę. Ale droga do tej prawdy jest długa i niebezpieczna. Często okupiona najwyższą ceną. Dlatego giną w tajemniczych okolicznościach jej dysponenci: dyrektor generalny kancelarii Tuska, archeolog, operator, ekspert ds. lotnictwa, pułkownik ABW czy chorąży, technik Jaka-40, bezpośredni świadek katastrofy. Nie możemy dopuścić, by ktokolwiek był następny, a premierowi i jego ministrom udawało się, jak dotąd, uprawiać sztukę oddychania pod wodą. Kiedyś musi nastąpić zatopienie.

Tekst opublikowny w nr.44/2012 Warszawskiej Gazety

Zapraszam do przeczytania mojej książki:

http://polskaksiegarnianarodowa.pl/pl/p/Hej-kto-Polak/152

Brak głosów