Bóg, honor, ojczyzna

Obrazek użytkownika coryllus
Kraj

W naszej klasie, w podstawówce był kolega Adam. Posiadał ów chłopiec kilka specyficznych cech, które odróżniały go od reszty dzieci i czyniły postacią barwną i godną zapamiętania. Był straszliwym dyslektykiem, co wyrażało się tym, że nie potrafił napisać ani jednego zdania po polsku. Nikt jednak nie rozumiał jego ograniczeń i Adam obrywał po głowie od nauczycieli, którzy nie potrafili nauczyć go pisać, czytać poprawnie i śpiewać do rytmu. Śpiew był drugą cechą, która wyróżniała Adama. Oczywiste jest, że nie potrafił niczego zaśpiewać w sposób zadowalający nawet najmniej wybrednych melomanów. Początkowo pan od muzyki, człowiek srogi, uważający się za niedocenianego geniusza i nie mający serca do dzieci, za każdym razem gdy wysłuchał śpiewu Adama mówił – synu, ty nic nie rozumiesz, to jest melodeklamacja. To nie jest śpiew. Po wygłoszeniu tej kwestii stawiał mu dwóję do dziennika. Adam stresował się swoją sytuacją mocno, a objawiało się to tym, że zawsze starał się zwrócić na siebie uwagę. Wygłupiał się, był nieposłuszny, czasem złośliwy i wyrobił sobie szybko dość opinię przygłupa, z którym nie wiadomo co zrobić. Dawało mu to poczucie bezpieczeństwa. Pan od muzyki nie znał się jednak na żartach i Adam nie mógł z nim pogrywać tak jak z nauczycielkami, które wzruszały się jego losem i postawą. Żeby jakoś przetrwać lekcje muzyki, co nie było w naszej szkole wcale proste i wymagało dużej odporności, Adam przyswoił sobie jakoś rytm i melodię hymnu państwowego i wszystkie piosenki jakie śpiewaliśmy na lekcji muzyki wykonywał według tego schematu. Odniósł wielki sukces, bo pan od muzyki, mimo że był człowiekiem życiowo doświadczonym i na swój sposób mądrym, nie spodziewał się, że takie rzeczy w ogóle są możliwe. Słuchał Adama wyjącego w niebogłosy pieśń amerykańskich Murzynów uciskanych przez białych oprawców, której słowa nasz kolega sobie tylko znanym sposobem wtłoczył w skoczną melodię Mazurka Dąbrowskiego, a jego oczy robiły się coraz większe, usta zaś otwierały się coraz szerzej. Po skończonym występie cała klasa tarzała się ze śmiechu trzymając się za brzuchy, Adam uśmiechał się jak zwykle głupkowato, a pan od muzyki mówił – no dobrze synu, jakoś to brzmiało, trzy z minusem. W końcu Adam wychował pana od muzyki, który był jednak człowiekiem wrażliwym i nie mógł znieść pieśni o Murzynach śpiewanych na melodię hymnu państwowego. W pewnej chwili okazało się, że Adam w ogóle nie musi nic śpiewać, z muzyki ma trzy bez minusa i może właściwie spać na lekcji. Tym prostym sposobem Adam ocalił swoją godność, na której obronę miał w naszej szkole szanse mizerne, będąc dzieckiem z wielodzietnej rodziny, które nie potrafi pisać, czyta z trudem, a jego myśli krążą bez przerwy wokół kwestii – jak tu wdrapać się na drzewo, albo na dach po piorunochronie. Posiadał bowiem Adam jeszcze jedną cechę, która w literaturze dla dzieci i młodzieży nazywano kiedyś małpią zręcznością. Dzięki melodii Mazurka Dąbrowskiego udało mu się jednak poukładać jakoś stosunki z panem od muzyki, co – podkreślam – nie było łatwe. I ja choć śpiewałem lepiej niż Adam, a nawet potrafiłem wystukać ręką na kolanie prosty rytm, sztuki tej nie umiałem dokazać.

Kiedy byłem dzieckiem religii uczyły nas panie katechetki i ja to raczej wspominam miło, a to ze względu na gęstość prowadzonych przez nie wykładów. Dowiadywaliśmy się dużo o postaciach z Biblii i to było najlepsze, dostawaliśmy również książeczki, w których Jezus wyobrażony był jako ładny chłopczyk z dłuższymi trochę włosami. Muszę przyznać, że dziś wydaje mi się to dziwne – cała podstawowa wiedza dotycząca Biblii spłynęła na mnie w klasach od 1 do 3. I ja sobie tę wiedzę dobrze przyswoiłem. Tak dobrze, że później, studiując historię sztuki, nie miałem na pierwszy roku kłopotu ze zdaniem egzaminu z ikonografii średniowiecznej, choć ni cholery się do niego nie uczyłem.
Później religii uczyli nas księża. Najpierw ksiądz Czesław, który używał kosmetyków w ilości takiej, że ich zapach zwalał z nóg. Pamiętam, że dusiłem się kiedy stałem przy biurku księdza Czesława i deklamowałem wierszyki. Później katechezy prowadził ksiądz Antoni, sympatyczny nerwus, który lubił mnie bardzo i stawiał mi piątki za jakieś przypadkowo wygłaszane kwestie. Jeszcze później wyjechałem do innego miasta, do szkoły i moje relacje z Kościołem rozluźniły się bardzo. Koledzy moi z rocznika niżej przeżyli jednak coś tak traumatycznego, że opowiadają o tym do dziś. Oto w pewnej chwili, zamiast księdza, religii zaczął uczyć ich katecheta. Trzeba dokładnie wyczuć tę różnicę, bo ktoś może nie zrozumieć o co mi chodzi. Otóż 15 – 16 letni chłopcy, zmagający się z burzami hormonalnymi, mogą od biedy pożartować z brzydką katechetką, która szuka męża, mogą pograć z piłkę z księdzem lub posłuchać co on mówi, jeśli jest na tyle charyzmatyczny, że potrafi ich przytrzymać w jednym miejscu przez 45 minut. Nigdy w życiu jednak nie będą traktować poważnie katechety starszego od nich o 5 lat, których próbuje ich nauczyć piosenki zaczynającej się od słów: kto stworzył fruwające ptaszki, która to pieśń jest w dodatku wzbogacona o choreografię polegającą na gwałtownym wymachiwaniu ramionami i kiwaniu głową raz w lewo, raz w prawo. Sytuacja taka jest nie do zniesienia, jest wręcz hańbiąca i cierpi na tym przede wszystkim powaga Kościoła, bo chłopcy jakoś sobie z tym poradzą.
Całe szczęście mnie to ponure misterium późnej katechezy ominęło, a w naszej diecezji i w naszym mieście, jakieś ważne czynniki zdecydowały, że religię dla młodzieży prowadzić jednak będzie ksiądz. Dzięki temu prostemu zabiegowi udało się wielu dorosłych dziś i poważnych ludzi zatrzymać we wspólnocie wiernych. Czasem bowiem bywa tak, że coś co z pozoru jest zupełnie nieważne, nietrwałe i przemijające kładzie się cieniem na całym życiu i wywołuje konflikty, których załagodzić nie sposób. Nawet po wielu latach. Jak choćby ta głupia piosenka: kto stworzył fruwające ptaszki „zapodana” dorastającym bykom, w czasie kiedy oni oczekiwali czegoś zupełnie innego.

Moje młodsze dziecko chodzi do grupy pszczółek w przedszkolu położonym niedaleko naszej ulicy. Czasy są dziś całkiem inne, nie wiem czy lepsze, bo lubimy sobie przecież na nie ponarzekać. Przedszkole jest płatne, bo w naszym mieście nie ma dostatecznej liczby placówek oświatowych dla małych dzieci finansowanych przez gminę. Płacimy więc, bo nasze państwo, nie zapewnia nam tego podstawowego komfortu, jakim jest pomoc w wychowaniu dzieci. Nie to co dawniej. W tym płatnym przedszkolu, całkiem prywatnym, w gminie, gdzie płaci się jedne z najwyższych w kraju podatków, moje młodsze dziecko nauczyło się śpiewać hymn państwowy. Idzie jej to dużo lepiej niż Adamowi, a melodia i słowa spodobały się jej tak, że muszę śpiewać ten hymn codziennie przed snem, kiedy już przeczytamy trzy książeczki z grubego tomu dzieł zebranych w serii „Poczytaj mi mamo”. Ona sama zaś każe go sobie puszczać na YT, siedzi przed komputerem ze słuchawkami na uszach i ryczy ile sił w płucach: jak Czarniecki do Poznania, po szwedzkim zaborze! Dla ojczyzny ratowania, wrócim się przez morze! I tak codziennie od dwóch miesięcy.
Przed świętami zaczęła się także uczyć kolęd i nie ma w ogóle mowy, by jakoś ją od tych kolęd oderwać. Śpiewa i śpiewa. I wychodzi jej to naprawdę nieźle, lepiej niż Adamowi i lepiej niż tym chłopakom co im katecheta kazał machać rękami i kiwać głową. Naprawdę dużo, dużo lepiej. Ostatnio przyszła do mnie, tutaj pod komputer i mówi:
Tatusiu zaśpiewać ci kolędę?
A jaką?
O spaniu.
Pewnie „Lulajże Jezuniu”?
Nie, nie tą, inną.
No to śpiewaj
No i zaczęła śpiewać słowa następujące:

Spała na wysokości, spała na wysokości, na boku, na ziemi.
Spała na wysokości, spała na wysokości, na boku, na ziemi.

Ucieszyłem się jak nie wiem co, bo pomyślałem, że duch w narodzie jednak nie gaśnie i nie zgaśnie. Choćby wszystkie przedszkola były płatne, podatki wysokie, a zamiast księży religii zaczęli uczyć niedorobieni katecheci z deficytami emocjonalnymi. I z tym was Kochani zostawiam na święta. Wszystkiego dobrego, zdrowia, szczęścia i nieustającej prosperity.

Na koniec wiadomość: do końca roku „Baśń jak niedźwiedź” sprzedawana będzie w pakiecie pod dwa tomy, w cenie 60 złotych plus koszta przesyłki. Taka świąteczna promocja, a do końca roku dlatego, żeby prawosławni też mogli sobie kupić pod choinkę tę piękną i potrzebną książkę. W promocyjnej cenie jest również „Atrapia” - 15 złotych plus koszta wysyłki. Zapraszam www.coryllus.pl
Czytelnikom z miasta Łodzi pragnę przypomnieć, że wszystkie książki w tym „Dzieci peerelu”, których nakład już się wyczerpał są dostępne w księgarni wojskowej w Łodzi, przy ulicy Tuwima 33. Dokonanie zakupów tam właśnie jest dużo łatwiejsze niż zamawianie książek przez mój sklep. Zapraszam. 

Brak głosów

Komentarze

Sympatyczna opowieść wigilijna.

#316520

Dzięki, wesołych świąt.

coryllus

#316558