Tako rzecze Kłopotowski

Obrazek użytkownika Free Your Mind
Idee

Człowiek popija kawę poranną, zaglądając do Sieci i dowiaduje się nagle, nie tylko, iż Nietzsche (syn pastora) miał rację, bredząc „Bóg umarł”, ale że i chrześcijaństwo przeżywa agonię. To wszystko głosi nasz nieoceniony red. K. Kłopotowski, który po raz n-ty podsuwa nam spuściznę C. G. Junga (syna innego pastora) jako wyjście z tej nie za wesołej sytuacji. Oczywiście niektórzy Nietzschego bronią w taki sposób, że choremu psychicznie myślicielowi chodziło o „Boga” jako swego rodzaju fundament kultury, jako pewną ideę przyświecającą budowie europejskiego systemu wartości, ci, co jednak nieco więcej o Nietzschem wiedzą, pamiętają też, że rewolucyjne poglądy autora „Antychrysta” zaprowadziły go do majaczenia o „przewartościowaniu wszystkich wartości” i formułowania „etyki panów”, która potem - jak twierdzą co zagorzalsi zwolennicy Nietzschego, wbrew jego woli - znalazła zastosowanie w ideologii narodowego socjalizmu. Oczywiście nie można winić chorego psychicznie za los jego koncepcji – z drugiej jednak strony ktoś jednak w ciągu kilkudziesięciu lat nadał rozgłos obłąkanej myśli Nietzschego i nie byli to pacjenci szpitali psychiatrycznych.

Mniejsza jednak o autora „Woli mocy”, którego ze zrozumiałych względów na klęczkach czytają dziś postmoderniści, a więc ludzie mający poważne problemy z racjonalnym, zdrowym myśleniem. Oto przecież Kłopotowski zaleca nam irracjonalizm Junga jako receptę na ciężkie czasy powolnego i bolesnego końca chrześcijaństwa (którego szczerze nienawidził Nietzsche):

„Starzenie chrześcijaństwa zaczęło się w Renesansie, nasiliło w Oświeceniu, agonia nastąpiła w XIX wieku, co Nietzsche wyraził słowami "Bóg umarł", ale jeszcze trwa. Nie warto przyspieszać zgonu, dopóki nie nastąpi nowe objawienie, na którym będzie można oprzeć ład świata. Właśnie czytam "Aiona" Carla Gustaw Junga, w którym autor wyjaśnia, w jaki sposób Chrystus jest symbolem Jaźni, a więc pełni psychicznej obejmującej nasze "ja" świadome oraz nieświadomość indywidualną i zbiorową. Od Jaźni nie wolno się odcinać pod groźbą uwiądu. W naszej kulturze krzyż jest także - symbolem Jaźni. Wprawdzie dla niewielu jest czytelny w tej roli ale na wszystkich działa podświadomie.”

I za chwilę Kłopotowski profetycznie dodaje:

„Wielu chrześcijanom a zwłaszcza polskim katolikom myśl o nowym objawieniu wyda się bluźniercza. Jakby nie chcieli pamiętać, że stale następują nowe objawienia, część nawet uznawana przez Kościół. Wśród tych nowych może pojawić się owo zasadnicze, które doprowadzi do odrzucenia skostniałej tradycji religijnej aby znowu nas podłączyć do źródła duchowej pełni. Byłby to najlepszy dowód, że wbrew wielkiemu Nietzschemu, nędznym komunistom i nudnej biurokracji Unii Europejskiej - Bóg żyje, cokolwiek byśmy przez to rozumieli.”

Osobiście zaliczam się do ludzi, którzy do psychoanalizy (oraz „psychologii głębi”) mają taki stosunek jak K. Popper, który uważał ją wraz z marksizmem za coś, co nie może pretendować do miana teorii naukowych, nie tylko ze względu na ich (marksizmu i psychoanalizy) „spekulatywność”, ale na ich „odporność” na jakąkolwiek krytykę. Nie chcę tu więc wchodzić w dzielenie na czworo sensów wytwarzanych przez takich myślicieli jak Jung, w to opowiadanie o „nieświadomości zbiorowej” czy „Jaźni”, gdyż zwyczajnie uważam to za banialuki, do głoszenia których właściwie każdy ma prawo, dopóki nie każe mi w nie wierzyć. Z dwojga skrajności psychologii XX-wiecznej, a więc psychoanalizy i behawioryzmu, wolę już ten ostatni, bo mimo że wylewa dziecko (czyli ludzką świadomość) z kąpielą, to przynajmniej nie zajmuje się „analizą marzeń sennych” czy wyjaśnianiem wszystkiego za pomocą „wydobywania ukrytych pragnień seksualnych”, zgłębiania „traumy dzieciństwa” i szukania tego, co zostało zepchnięte przez nas do „podświadomości”.

Jak wiemy, chrześcijaństwo umiera już od wielu wieków i umrzeć nie może, a co jeden prorok wieszczy pogrzeb wiary Chrystusowej, to jakoś na złość prorokom, trwa ona i trwa. Nie zmienia to jednak faktu, że zwłaszcza w XX w. hasło „Bóg umarł” potraktowano w reżimach totalitarnych nie tyle opisowo, co postulatywnie i zaczęto je realizować poprzez systematyczne niszczenie świątyń, ksiąg i przedmiotów religijnego kultu, jak też, o czym warto pamiętać, eksterminacyjne praktyki skierowane właśnie przeciwko duchowieństwu oraz samym ludziom wierzącym w Chrystusa – co w niektórych krajach, jak komunistyczne Chiny, jak Indie czy Sudan, trwa do dziś, przy całkowitej obojętności cywilizowanego świata, który potrafi roztkliwiać się nad tybetańskimi mnichami czy zwierzętami futerkowymi, ale już niekoniecznie nad męczeństwem chrześcijan. Fakt, że ani religii, ani religijności, ani też ludzi religijnych nie udało się wytłuc bolszewikom – nic nie zmienił w antyreligijnym podejściu rozmaitych ludzi oświeconych (nie wiem, czy do nich zaliczałby się sam Kłopotowski – piszę o szerszym zjawisku). Uważają oni, iż należy podjąć walkę z religią i religijnością ponownie, z większą determinacją, choć może już nie za pomocą praktyk ludobójczych, a poprzez spychanie sfery wiary do ludzkiej prywatności, delegalizowanie symboliki religijnej i podtrzymywanie antyreligijnego mitu, że religia i religijność to zjawiska z pogranicza zaburzeń psychiki lub też elementy archaicznego folkloru. W zależności od tego, czy daną osobę religijną zakwalifikuje się do pierwszej czy drugiej grupy rozpoznania, stosuje się odmienną „terapię”, tudzież widzi się odmienne „drogi wyjścia” dla takiego religijnego nieszczęśnika. Człowiek wykształcony i oczytany nie daje się łatwo wrzucić do wora z „psychologią ludową”, więc uważa się go za niepełnosprawnego psychicznie i cierpliwie tłumaczy się mu, jak bardzo – jako ktoś, „który tyle wie” - się myli, wierząc w „jakiegoś Boga”. Niewykształcony człowiek religijny zaś traktowany jest przez oświeconych jako relikt „terenów wiejskich” i „wiejskiej kultury”, która, prawda, otacza ciemnym kultem drzewa, zwierzęta i zjawiska przyrodnicze, ale która stopniowo zaniknie pod presją „nowoczesnego świata”. Niewykształconego więc zbywa się machnięciem ręki, tak jak kogoś, co rzekę kijem chce sobie pozawracać.

Z czasem jednak, jak wiemy, same diagnozy i terapie przestają oświeconym wystarczać i „biorą sprawy w swoje ręce”, widząc, że ludzie dalej wieszają se krzyże, żegnają się, łażą na pielgrzymki, „klepią różańce”, chrzczą, jakieś „Boże Narodzenie” obchodzą, odprawiają „drogi krzyżowe” etc., słowem dalej w tej potwornej ciemnocie tkwią mimo postępu cywilizacji. Oświeceni więc nie mogą pojąć, że ciemni „Boga się boją”, jakby nie dotarło do tych ostatnich, że „Boga nie ma”. Nie wystarczy więc zapewniać „w naukowy sposób”, z łamów prasy, z książek, z katedr uniwersyteckich, z anten radiowych i telewizyjnych, że nie ma żadnego Boga, trzeba to ludziom wbić do głowy w jakiś bardziej zdecydowany sposób. No i tu, jak wspomniałem, jest albo droga niszczenia tego, co związane z religijnością,

Jest jednak pewien szkopuł. To antyreligijne nastawienie jest antychrześcijańskie ze szczególnym uwzględnieniem antykatolicyzmu. Oświeceni zwykle nie urządzają sobie takich intelektualnych wycieczek pod adresem muzułmanów, a jeśli już próbują, jak choćby S. Rushdie w przypadku Koranu, to potem trzęsąc portkami siedzą w chałupie z wynajętą ochroną i dziwują się strasznie, że ktoś za „zabijanie Boga” chce naprawdę zabijać. Oświecenie bowiem nie w każdym kręgu kulturowym przynosi oczekiwaną przez oświeconych reakcję.

Kłopotowski jednak postuluje drogę miękkie wypieranie katolicyzmu poprzez, jak sam twierdzi, „nowe objawienie”: „zasadnicze, które doprowadzi do odrzucenia skostniałej tradycji religijnej aby znowu nas podłączyć do źródła duchowej pełni”. W ten sposób mimowolnie dołącza do tych oświeceniowców, co kwestionują sensowność praktyk religijnych, skąd już bardzo blisko jest do głoszenia starej, marksistowskiej prawdy o „opium dla mas”, a więc traktowania chrześcijaństwa jako swego rodzaju zbiorowego otumaniania (hipnotyzowania?) ludzi przez ohydny kler (Marks jako satanista, co opisywał P. Johnson w książce „Intelektualiści” (Warszawa 1988) był przynajmniej w tym względzie konsekwentny). W tym podejściu ludzie wierzący są jak automaty programowane przez chytrych i przebiegłych duchownych, nie zaś jak wolne i racjonalnie myślące jednostki, które kwestię swojej religijności łączą z rozpoznaniem struktury świata i struktury człowieka. Oświeceniowcy właściwie mają jedno przesłanie: „nas posłuchajcie, ludzie, a nie ich”, zakładając w ten sposób, iż np. katolicy wciąż czegoś „nie doczytali”, czy w coś się „nie zagłębili”, a gdy już to zrobią, to otworzą im się oczy, tak jak kiedyś otworzyły się oświeconym.

Tego typu myślenie dowodzi, jak niewiele oświeceni wiedzą i o człowieku, i o rzeczywistości, a jak wiele z tego, co sami skonstruują na gruncie jakiejś ideologii, rzutują na swoje otoczenie. Najśmieszniejsze jednak jest to, że oświeceni nie są w stanie chyba sobie uzmysłowić, że nietzscheańskie hasło wcale dla katolików nie stanowi jakiegoś bluźnierstwa, albowiem wiara Chrystusowa, to właśnie, że Bóg umarł, między innymi głosi. Na coniedzielnej Eucharystii wierni powtarzają: Chrystus umarł, Chrystus zmartwychwstał, Chrystus powróci.

I dopowiedzmy tę historię z oświeconymi do końca. Im nie chodzi o to, że Bóg umarł, lecz właśnie o to, że zmartwychwstał. To właśnie tej dobrej nowiny nie przyjmują do wiadomości. Św. Pawłowi na Areopagu myśliciele powiedzieli: „posłuchamy cię kiedy indziej”. To samo mówią nam w gruncie rzeczy wszyscy oświeceni. Tym samym lekceważącym tonem.

http://klopotowski.salon24.pl/136155,po-co-krzyz
http://miroslaw.zelazny.webpark.pl/smiercbo.htm
http://plato.stanford.edu/entries/nietzsche/

Brak głosów

Komentarze

6 miliardów okien w Domu Pana.
Większość oświetlonych ,gdzieś blask większy .
Ciemno w oknie u niektórych (wyszli - wrócą?).
Wszystko to i tak jest- Dom Pana .

-myśliciele ,zdaje się na dachu -głoszą chwałe swoich myśli.
Oczekują,zapraszają .

#36155

... niejako "stan faktyczny", a nie, że zamachnął się na Boga czy coś w tym stylu. Choć oczywiście chrześcijaństwo mu się nie podobało, ale to trochę inny problem.
Dostrzegł on duchową pustkę człowieka (która z cała mocą objawiał się później i objawia teraz), a "przewartościowanie wartości" miało go z tego nihilizmu wydobyć.

Związki Nietzschego z nazizmem też wydają mi się nikłe, oprócz oczywiście przejętej przez nazistów terminologii, ale przecież to nie Nietzschego wina. Pytanie czy poparł by nazizm pozostaje pytaniem otwartym, ale wydaje mi się, że poparło by go w tamtym momencie i w tamtych okolicznościach wielu z tych, którzy dzisiaj go słusznie krytykują.
Ale co ciekawe, za idealny ustrój Nietzsche uważał polską demokrację szlachecką, w której to idea nadczłowieka miała się najpełniej realizować.

#36164

Hitler wiele rzeczy zwulgaryzował i przekabacił, np. swastyke i rzymskie pozdrowienie.

#36170

co tam rzymskie - mamy swoje

Jak się komu podoba rzymskie -do Rzymu :))))

Ta karczma Rzym się nazywa - Mystki-Rzym PL.

#36171