Orzełek

Obrazek użytkownika matka trzech córek
Historia

  Którejś zimowej nocy 1947 roku, podczas silnej śnieżycy, załomotały do drzwi domu kolby karabinów.

 Sposób ”pukania” zdradzał gości.Wtedy matka krzyknęła do syna: Ubieraj się! Przyszli po ciebie!

 

 Czy można żyć z człowiekiem przez pięćdziesiąt lat i nie poznać go do na wylot?

 Nie odkryć tajemnicy, która odcisnęła się piętnem na całym jego życiu?

 Jak bardzo trzeba być zaślepionym, by nie dostrzec skrywanej prawdy?

Albo inaczej…

 Jak silna może być obawa przed zdemaskowaniem, żeby nigdy, nawet w sytuacjach opartych o przysłowiowy kieliszek, który zwykle rozwiązuje ludziom języki, nie zdradzić się choćby półsłówkiem, choćby westchnieniem?

 

 Ona.

 Córka bogatego gospodarza. Siostra zamordowanego przez reakcyjne bandy milicjanta.

 Stasiek był komendantem w pobliskim miasteczku. Zginął zastrzelony w zasadzce zorganizowanej przez umundurowanych leśnych ,,bandziorów", kiedy poniedziałkowym wczesnym rankiem jechał do Białegostoku z miasteczka, gdzie służył.

 Zszokowana rodzina nie była w stanie uwierzyć, że ktoś mógł chcieć zabić człowieka, który z nikim nigdy nie szukał zwady, a w nowym ustroju upatrywał odmianę losu dla ludzi, których nędza przerażała go od dawna.

 Wykształcony w przedwojennym Grodnie widział i wiedział wiele, i rozumiał potrzebę zmian w Polsce.

 Miał świadomość szans na przemiany społeczne, które rysowały się przed jego narodem. Wierzył w ideały socjalizmu i jedyne co go niepokoiło, to fakt, że wraz z nadzieją na lepsze, rozwijała się groźba utraty suwerenności, co było w jego pojęciu zbyt wysoką ceną za równość społeczną.

 Jego śmierć sprawiła, że wszyscy w rodzinie skierowali pełen żalu i niechęci wzrok na tych, co w zielonych rogatywkach z orzełkiem w koronie, trwali w zaciekłej nienawiści przeciwko nowemu ładowi, sojuszom i ich propagatorom.

 Kryjąc się w leśnych ostępach, atakowali znienacka jak wilki, a ujęci, hardo bronili swoich racji. Skazywani na śmierć przyjmowali wyroki z podniesionym czołem, nie wyrażając wcale żalu za swoje dotychczasowe działania.

 Chodziła na te pokazowe procesy, zaglądając w twarze „złoczyńcom”, bo w każdym z nich widziała zabójcę swojego brata. Z satysfakcją przyjmowała surowe werdykty i nie miała cienia wątpliwości, że były sprawiedliwe.

 Ona z prawej, z koleżanką

 Wkrótce objęła posadę kierownika przedszkola w dosyć odległej miejscowości i tam poznała chłopaka, który od razu przypadł jej do serca.

 Wyróżniał się swoim obyciem, wrażliwością, schludnym i eleganckim wyglądem. Oczarował wizją fantastycznych marzeń, pięknym barytonem i błyskotliwym umysłem.

 

 On.

 Wychowany w rodzinie, o dużym poczuciu patriotyzmu, wikłanej w przeszłości w niepodległościowe zrywy.

 Był otwarty na każdą inicjatywę dla dobra ojczyzny.

 Przekazywane z pokolenia na pokolenie opowieści, miały ogromny wpływ na kształtowanie się światopoglądu jego i wszystkich członków rozległej rodziny.

 Kiedy rozpętało się piekło wojny, naturalne stały się reakcje sprzeciwu. Wyzwań było wiele i każdy na swój sposób wywiązywał się z odczuwanej potrzeby działania.

 Zbudowany tuż przed wybuchem wojny dom, usytuowany był na tak zwanej kolonii.

 Tuż za podwórzem wznosiła się porośnięta lasem góra, za którą roztaczała się ogromna puszcza, idealne miejsce do działań partyzanckich.

 Oddziały wyrastały jak grzyby po deszczu, bo takich rodzin jak opisywana, było na tych terenach całe mnóstwo.

 Nie zmurszały jeszcze krzyże na grobach Powstańców Styczniowych, a prawie każda rodzina poniosła swój ofiarny wkład i żywe były wspomnienia tamtej gehenny, płynące z ust świadków tamtych wydarzeń.

 Wciąż żywe były jeszcze wspomnienia wojny z 1920 roku. 

 

 Partyzanci spędzali sen z powiek okupanta, a ich akcje skutecznie osłabiały siły wroga.

 Kiedy wybuchło Powstanie, zwane też Akcją „Burza”, powołano kolejne zastępy młodzieży, by rozprawić się ze znienawidzonym hitlerowskim najeźdźcą.

 Nasz bohater, który w 1939 roku skończył zaledwie dziesięć lat, dotąd mógł jedynie wspierać walczących partyzantów, przenosząc meldunki i wykonując proste zadania, głównie informacyjne.

 Na tym terenie działał oddział „Szarego”. Lata mijały i z dziecka, chłopak wyrósł na sprawnego, dzielnego młodzieńca, który z niemałą dumą przywdział zielony mundur, a na głowę włożył rogatywkę z orzełkiem w koronie.

 On i jego rówieśnicy z racji młodego wieku i dobrze zakonspirowanej działalności, nie dołączali do stacjonarnych obozów leśnych oddziałów, a tylko sporadycznie, przy okazji akcji, stawali wraz z innymi.

 Często o ich działalności nie wiedziały najbliższe im osoby, bo obawa przed ich reakcją, bywała większa niż zagrożenie jakie niosła walka. Używał więc wyobraźni, by uniknąć zdekonspirowania, chociaż przychodziło mu to coraz trudniej.

 Goszczący często w jego domu partyzanci nie przynosili optymistycznych wieści rodzinie. Cofające się przed Rosjanami oddziały Armii Krajowej niosły ze sobą przerażającą prawdę o masowych wywózkach na Wschód, mordach, grabieżach, podstępnych działaniach Armii Czerwonej wobec polskich oddziałów partyzanckich, które rozbrajano i unicestwiano poprzez przymusowe wcielanie żołnierzy do Ludowego Wojska Polskiego, gdzie poddawani ostrej propagandzie i surowym karom, zmuszani byli do zaprzeczania ideałom, o które dotąd walczyli.

 Wielu nie wytrzymywało presji i dezerterowało, wracając z powrotem do lasu. Los ich dowódców był znacznie gorszy, a po wielu z nich ślad ginął z chwilą kontaktu z Rosjanami.

 Kiedy wyzwolenie dotarło w końcu i tutaj, ludzie z przerażeniem i zgrozą obserwowali rozwój wypadków. Sowietów poznali już dobrze po 17 września i żadna zwodnicza propaganda nie robiła na nich wrażenia.

 Wiedzieli swoje i zamarli w oczekiwaniu na najgorsze. Jedyną nadzieją były wieści rozchodzące się wśród ludności, że stan jest tymczasowy, a wojsko trwające w lasach oczekuje na działania zachodnich aliantów w celu przywrócenia Polsce niezależności od moskiewskich wyzwolicieli, utrzymując swoją bojową gotowość, regulowaną rozkazami Rządu Londyńskiego.

 Niesione poprzez kanały konspiracyjne decyzje były jednoznaczne. Walka z nowym wrogiem jest celem nadrzędnym, a złożona przysięga nie traci na aktualności.

 Rozwiązanie Armii Krajowej, nie miało większego wpływu na stan rzeczy, bo po aresztowaniu przez Sowietów jej naczelnego dowództwa i podstępnego wywiezienia jego członków do Moskwy, by poddać ich haniebnemu procesowi, utracono wiarę w dobre intencje władz.

 Wielu ujawniających się po amnestii partyzantów skazywano na wieloletnie kary więzienia. Ich i rodziny nękano rewizjami, zbrodniczymi przesłuchaniami i obarczając sfingowanymi obciążeniami, stawiano przed Trybunałem.

 By dać odpór terrorowi, Powstała Armia Krajowa Obywatelska, a wkrótce Wolność i Niezawisłość.

 Lasy na powrót zaroiły się od zielonych mundurów. Walka na śmierć i życie stawała się coraz bardziej zażarta i brutalna.

 Znowu płonęły pacyfikowane przez UB zagrody, które dawały schronienie i wspierały leśnych bojowników. W odwecie strzelano do funkcjonariuszy znienawidzonych formacji, a ofiary po obu stronach wywoływały coraz większą zaciekłość i determinację.

 Siły rządowe nie przebierały w środkach i coraz skuteczniej, za pośrednictwem przekupionych, zastraszonych, bądź zaszantażowanych osób, przenikały do podziemnych struktur przeciwnika, by rozbijając je od środka, rozproszyć, zdezinformować i zlikwidować Ruch Oporu.

 Nie gardzono formą zniesławiania poprzez kompromitowanie poszczególnych dowódców, a nawet całych oddziałów posługując się podstawianymi w tym celu prowokatorami odzianymi na te okazje w partyzanckie mundury.

 Masowe akcje Korpusu Bezpieczeństwa Publicznego i sił Urzędu Bezpieczeństwa wspierane przez „bratnie” oddziały NKWD siały spustoszenie, terror, grozę i śmierć na „kułackim” Podlasiu.

 Jego północna część zamieszkiwana w ogromnej przewadze przez niechętnych sowieckiej wizji państwa potomków polskiej szlachty zagrodowej, z ogromnym uporem i zajadłością walczyła o każdy dzień.

 Nasz młody partyzant z przerażeniem obserwował rozwój wypadków. Przyszło mu pożegnać zastrzelonego podczas akcji osłonowej dla referendum w 1946, „Wilka” - dowódcę sekcji. Skosiła go seria z karabinu maszynowego.

 Daremna była ta śmierć, bo wyniki, jak dziś wiadomo i tak sfałszowano. Odchodzili w walce koledzy i przyjaciele, a ukochany cioteczny brat kilkakrotnie ranny, irytował swoją nadmierną brawurą.

 Ciągle jednak udawało mu się utrzymać opinię niezaangażowanego, chociaż pomysłów na tłumaczenie matce swoich nocnych zniknięć zaczynało brakować.

 W sukurs przyszło mu miano poszukującego wrażeń kawalera.

 Czy jednak rzeczywiście w domu niczego nie podejrzewano?

 Którejś zimowej nocy, podczas silnej śnieżycy, załomotały do drzwi domu kolby karabinów. Sposób ”pukania” zdradzał gości.

 Wtedy matka krzyknęła do syna: Ubieraj się! Przyszli po ciebie!

 Szykował się na najgorsze, bo nie miał wątpliwości, że UB, które pojawiło się w ich domu, wiedziało kim jest.

 Kazano mu wsiąść do auta i wskazywać drogę ku pobliskiej wsi, której w zamieci, ubowcy nie potrafili odnaleźć.

 Wyrzucono go z wozu na wiejskiej ulicy i pozostawiono samemu sobie, chociaż wokół szalała śnieżyca, a on udając fajtłapę, wyrażał obawę, że ,,w drodze powrotnej zjedzą go wilki”, czym wywołał ogólną wesołość i bezpieczne zlekceważenie.

 Na skraju wsi znajdował się dom jego kolegów z oddziału. Dwaj bracia byli kompletnie ubrani, kiedy zapukał do okna.

 Obserwowali wjeżdżający do wsi ubecki samochód i pozostawionego na drodze człowieka.

 Nawet nie zdawał sobie sprawy, że kierując kroki ku domowi kolegów, uratował sobie życie.

 Obserwowany przez nich z okna, zapewne rozpoznany zostałby podczas mijania domu, a przyjazd do wsi w towarzystwie UB, nie dawałby mu żadnych szans.

 Jako potencjalna „wtyczka” zginąłby z rąk swoich.

 Innym razem omal nie wsypał go pięcioletni wówczas brat.

 Kiedy „wizytujący” obejście ubowiec dopytywał małego, czy widział, taki jak jego pistolet, u swojego starszego brata, ten odpowiedział twierdząco.

 Zmienił zdanie natychmiast po kontakcie wzrokowym z innym członkiem rodziny. Ubek wyraźnie nie bardzo przystawał do swojej formacji, bo tylko nakazał, by dopilnować dzieciaka, aby na przyszłość „trzymał język za zębami”.

 Nadzieja, że pojawi się generał Anders z wojskowym wsparciem i ofiary nie pójdą na marne, malała wraz z upływem czasu.

 Rodziło się zwątpienie w sens umierania za ojczyznę, bo okazało się, że hasła propagandy robiły swoje i miliony Polaków z chęcią przystąpiły do budowy socjalistycznej Polski, odwracając się z obojętnością od walczących partyzantów.

 Szeroko niosła się propagandowa fala potępienia dla Zaplutych Karłów Reakcji, przedstawianych opinii publicznej w karykaturalnym, zdeformowanym i oszczerczym świetle.

 W efekcie rosła niechęć i brak wsparcia, co rodziło w sercach ostatnich bojowników gorycz i ogólny żal do rodaków.

 Równocześnie postępowały mediacje z najwyższymi dowódcami poszczególnych formacji partyzanckich, które przynosiły kolejne amnestie i chociaż z niechęcią i brakiem zaufania do zwycięzców, to ostatnie oddziały zdyscyplinowane rozkazem, poddawały się tej formie kapitulacji.

 Najmłodsi, nie zdekonspirowani żołnierze, pozostali w utajnieniu. Mieli szanse na normalne życie i wielu z niej skorzystało. Nie trafili do aresztów, więzień, karnych kompanii, hufców pracy w kamieniołomach i kopalniach.

 On, w środku, z kolegami.

 Pozakładali rodziny, uzupełniali wykształcenie, pracowali i nie rzucając się zbytnio w oczy, by nie kusić losu, doczekiwali starości.

 

Ona i on.

 Stanowili parę, która przeszła ramię w ramię przez wszystkie możliwe małżeńskie kryzysy. Dochowali się potomstwa, wychowując je zgodnie z własnymi ideałami. Ideały były różne, więc i efekt okazał się wielce niejednolity.

 Pewnie dlatego ich dzieci od najmłodszych lat nabierały szerszego niż inne poglądu na otaczającą rzeczywistość.

 Wyłapując podśpiewywane półgłosem przez ojca słowa partyzanckich piosenek, uczyły się z nich losów tamtych leśnych straceńców, a dopytując o bardziej szczegółową wiedzę, otrzymywały ją wraz z komentarzem - zawsze innym w zależności od tego, kto tłumaczył.

 Wzruszając się opowieściami o wuju milicjancie, którego banda zabiła, złorzeczyły mordercom, a współczuły matce.

 Szybko nauczyły się rozpoznawać sympatie polityczne rodziców, wyczuwając, kiedy należy uciąć dyskusję, by nie przerodziła się w kolejną ideologiczną awanturę, po której następowały ciche dni.

 Mijały lata i wraz z nastaniem zmiany ustroju politycznego, media zdominował temat przemilczanej dotąd historii.

 Zasłuchany i zapatrzony w ekran telewizora ojciec z zapartym tchem śledził wszystko, co było związane z tematem pierwszych powojennych lat, a w szczególności, losy Żołnierzy Wyklętych.

 Kiedy rozwinął się internet, często prosił, by poszukać w nim informacji na temat różnych, nieznanych jego dzieciom wydarzeń i ludzi.

 Zaczęły padać pseudonimy, które sieć linkami prowadziła wprost ku stronom Żołnierzy Wyklętych. Nie sposób było nie zauważyć nadmiernego wręcz zainteresowania, lecz jego sprytne wyjaśnienia o „łącznikowaniu” za czasów niemieckiej okupacji, rozwiewały podejrzenia.

 Tamta partyzantka, była wszak powszechnie akceptowana społecznie.

 Tak to się dziwnie składa w życiu, że to, co tajemnicze i ukryte, nagle wypływa wzorem oliwy i świeci światłem prawdy.

 Szkoda, że zwykle zbyt późno.

 Tak było i w tym przypadku. Jedyna fotografia z tamtego czasu, na której ustawił się do pamiątkowego ujęcia obok bliskiego jego sercu kuzyna, trafiła do rąk tych, którzy go na niej rozpoznali i dotarli do ludzi, co niegdyś razem z nim walczyli, świadcząc o tym dzisiaj swoim słowem.

 Nie mógł już dłużej zaprzeczać.

 Ujawnił się wobec zszokowanej żony: „pięćdziesiąt lat mnie okłamywałeś, że nie byłeś w bandzie!”, dzieci i wnuków.

 Wstrząśnięty wydarzeniem i nadzwyczaj wzruszony sytuacją, przyjął ich słowa uznania, kwitując je krótko: ,,Ku chwale Ojczyzny”.

 Wkrótce odszedł, ale jeszcze przed śmiercią wskazał miejsce na strychu rodzinnego domu, w którym ukrył orzełka ze swojej rogatywki - „Szukajcie pod krokwią, on tam jest!”

 

                                                         

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Nie podda się nikt kłamstwu z proporcami
Wielu naiwnych było wierząc w ich propagandę
Dzisiaj mamy podobnie stosowaną i podobną bandę
Celem ich to mamona choćby przez zdradę
Bo pragną iść na elitarną złego paradę
Pozdrawiam

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1

"Z głupim się nie dyskutuje bo się zniża do jego poziomu"

"Skąd głupi ma wiedzieć że jest głupi?"

#356136

Wtedy, podobnie jak teraz, ludzie dawali się otumanić, często zastraszyć, nieraz kupić.
Ten młody, ale już nie chłopiec, milicjant, wspomniany w tekście,niedługo przed swoją śmiercią,powiedział do ojca:to jeszcze nie jest TA Polska.
W IPN są jego akta.UB już po paru miesiącach umorzyło śledztwo. Stanowczo zbyt wcześnie jak na ówczesne standardy. Woźnica, który ocalał,nie został w żaden sposób szykanowany przez znane z nadgorliwości bolszewickie władze.
Wiadomo również (IPN), że z tamtego terenu, a mowa o północnej części okręgu Bielsk Podlaski, poszło do lasu około trzydziestu milicjantów. Ze służbową bronią dołączyli do działających w okolicy partyzanckich oddziałów.
Nigdy już pewnie nie poznamy prawdy.Chociaż...ja, swoim zwyczajem, ciągle na nią czekam.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1
#356151

Bo zło w kłamstwie brodzi
Czasami poznajemy po drugiej stronie
Ale wtedy chodzimy w koronie
Ubeckich mordów było bardzo wiele
Przekonali się ludzi mający cele
W PSL-u prawdziwym ,zamordowali krocie
Nawet zostawiali zamordowanych w błocie
Pozdrawiam

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1

"Z głupim się nie dyskutuje bo się zniża do jego poziomu"

"Skąd głupi ma wiedzieć że jest głupi?"

#356358

.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1
#376542