CZY BĘDZIE POLSKA?
Strategia neomarksistów stale ewoluuje odkąd proletariat, czyli klasa robotnicza, na której poparciu opierali się klasyczni marksiści, po smutnych i tragicznych doświadczeniach zrozumiała, iż kolokwialnie mówiąc, została przez czerwonych spod sierpa i młota zwyczajnie wydymana. W poszukiwaniu „proletariatu zastępczego” padło na środowiska LGBT, które z racji marginalnego udziału w społeczeństwach mnożono wirtualnie bez żadnego umiaru. Neomarksiści i wysługujący się im pseudo naukowcy naliczyli już kilkadziesiąt płci i orientacji seksualnych więc do skrótu LGBT dodano znak „+”, bo trudno byłoby z pamięci wszystko wymienić. Jednak cała nadzieja marksizmu kulturowego pokładana jest dzisiaj w imigrantach i mniejszościach etnicznych. Ostatnio bardzo głośno było o szczerej do bólu wypowiedzi hiszpańskiej lewaczki i byłej minister ds. równouprawnienia z lewicowej partii Podemos, europosłanki Irene Montero, która wyznała: „Chcę prosić osoby imigranckie i należące do mniejszości etnicznych: nie zostawiajcie nas samych z tyloma faszystami. Oczywiście, że chcemy, żeby głosowali. Zdobyliśmy dla nich papiery, daliśmy im legalizację, a teraz idziemy po obywatelstwo lub zmianę prawa, żeby mogli głosować. Oby teoria podmiany populacji się ziściła! Obyśmy mogli pozbyć się faszystów i rasistów z tego kraju dzięki imigrantom".
Do czego potrzebni są lewactwu imigranci wiadomo było od dawna, jednak tak szczerej i publicznej wypowiedzi jeszcze nigdy nie byliśmy świadkami. Zwał jak zwał, „podmiana populacji”, czy „proletariat zastępczy”, bo chodzi przecież o kolejną grupę społeczną, którą neomarksiści chcą „wziąć pod opiekę”, i nie ukrywają, czego oczekują w zamian. Chodzi o wyborcze głosy, które zapewnią im władzę. Natychmiast Irene Montero poparło polskie lewactwo. Partner Roberta Biedronia, Krzysztof Śmiszek napisał na platformie X: „Widzę że skrajne prawactwo w furii, bo Hiszpania uregulowała status 500 tys. migrantów. Boją się jakiejś wyimaginowanej „Wielkiej Podmiany”. Ciągle się czegoś boją. W Polsce też przyszedł już czas na poważną rozmowę o szerszym włączeniu migrantów w życie społeczne i polityczne.” Jak więc widzimy hiszpański lewacki rząd jednym podpisem zatwierdził przepisy legalizujące pobyt pół miliona nielegalnych migrantów w nadziei, że ich wyborczy głos pomoże w pozbyciu się „rodzimych faszystów”. Śp. prof. Bogusław Wolniewicz mówił: „Lewactwo to jest próba poprawiania czy ulepszania świata nie licząca się z realiami natury ludzkiej. To są ludzie, którzy sobie wymyślili jak ten świat należy urządzić, jak nas należy uszczęśliwić, bo uważają, że jesteśmy niedostatecznie szczęśliwi, niedostatecznie wolni, niedostatecznie równi, niedostatecznie europejscy, niedostatecznie multikulturalni. Nas trzeba ulepszyć po prostu. Otóż lewactwo to jest taka próba nielicząca się z naturą ludzką i taką kwestią, czy my sobie życzymy być ulepszani.”
Przez niemal pół wieku trwania PRL-u Polakom udało się jakoś stawić opór komunistycznej dyktaturze i zachować swoją religię i chrześcijańską moralność. Obroniliśmy się przed marksistowską rewolucją polityczną, ale już po upadku komunizmu nie potrafiliśmy się obronić przed neomarksistowską rewolucją kulturową. Tylko ślepiec może nie zauważać szybkiej dechrystianizacji nie tylko Polski, ale innych europejskich katolickich krajów. Okazały się być one wyjątkowo nieodporne na lewacką rewolucję kulturową i inżynierię społeczną. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że celem neomarksistów było i jest uderzenie w wartości chrześcijańskie, rodzinę i wielowiekowe tradycje. Jeżeli uda się im ośmieszyć i podważyć te wartości, w których byliśmy przez wieki zakorzenieni to jak zagubione we mgle dzieci damy im się poprowadzić na koniec znanego nam dotąd świata. I niech nikt mi nie mówi, że istnieje w Polsce jakaś znacząca większość zupełnie odporna na tę postępującą rewolucję kulturową. Niestety jest tak, że jedni stawiają jej opór krócej, a inni dłużej. Na przestrzeni ostatnich lat sami przekonaliśmy się jak szybko armia LGBT+ zdobywała nasze terytorium. Na początku wybuchaliśmy śmiechem, później pukaliśmy się w czoło, a dzisiaj musimy krótkimi skokami od bramy do bramy umykać ze swoimi pociechami jeżeli nie chcemy narażać ich na widok maszerujących roznegliżowanych odmieńców w wyuzdanych pozach z bluźnierczymi hasłami na sztandarach. Dzisiaj już nawet część przedstawicieli środowisk prawicowych i konserwatywnych ze strachu usunęło ze swojego słownika takie określenia jak pederasta, zboczeniec czy odmieniec. Tak działa ta propaganda sprytnie wymuszająca wewnętrzną cenzurę. Co stanie się jeżeli już dzisiaj nie postawimy zdecydowanego oporu tej słabej liczebnie najemnej armii, za to obficie finansowanej i promowanej na okupowanych przez neomarksistów uniwersytetach, przejętych ośrodkach kultury i przez całe tabuny pseudo autorytetów?
To bardzo łatwo przewidzieć. Przez lata przećwiczyliśmy już, czym się kończą te z pozoru łagodne i niegroźne apele o tolerancję. Po mieleniu na wszystkie sposoby haseł mówiących o zapewnieniu środowiskom LGBT równości i tolerancji dożyliśmy czasów afirmowania „tęczowej zarazy” bo przecież jak się nam wmawia, są od nas bardziej wrażliwi, mają lepiej rozbudowane wewnętrzne poczucie piękna, są inteligentniejsi, a wiec suma summarum lepsi i bardziej wartościowi od nas. Co będzie dalej? Nie trzeba być wróżbitą czy wieszczem, aby przewidzieć, czemu służy to mozolne dłubanie przy tak zwanym katalogu „przestępstw z nienawiści” i próbie penalizacji „mowy nienawiści”. Jeżeli nadal będziemy tylko milczeli i wzruszali ramionami to już nie długo przestępstwem stanie się nauka Kościoła katolickiego na temat małżeństwa, rodziny i płciowości. To naprawdę tylko kwestia czasu, kiedy jakieś stado lewackich mędrców zawyrokuje, że głoszenie katolickiej nauki Kościoła jest „językiem nienawiści” uderzającym w godność tęczowych nadludzi, współczesnych kobiet-bohaterek dokonujących aborcji i islamskich migrantów. Jak pisze historyk i trener piłki nożnej Dariusz Rozwadowski w książce „Marksizm Kulturowy”: „Rewolucja kulturowa prowadzona przez marksistów od lat 60. XX wieku doprowadziła do dramatycznych spustoszeń w łonie cywilizacji zachodniej. Na naszych oczach odbywa się marsz w kierunku totalitaryzmu. Zdobycie kultury zgodnie z wytycznymi Antonia Gramsciego, a następnie przekształcenie jej przez zaaplikowanie destrukcyjnych treści stworzonych przez szkołę frankfurcką - okazało się strategią genialną. Marksiści kulturowi w sposób pokojowy niemal doszczętnie zniszczyli cywilizację łacińską. Skutecznie zanegowali istnienie prawa naturalnego i prawdy obiektywnej, co doprowadziło do zrównania dobra i zła, prawdy i kłamstwa, grzechu i cnoty. Wszystkie zachowania, postawy, wartości od wieków uznawane za gorszące, niemoralne i wyniszczające ludzką psychikę - zostały usankcjonowane prawnie. Z kolei obrońcy tradycyjnego porządku świata są piętnowani, skazywani na ostracyzm, a nawet poddawani szykanom w świetle prawa rzekomo zwalczającego tzw. mowę nienawiści”.
Zagrożenie jakie przyniosła Polsce ta neomarksistowska rewolucja kulturowa opisujemy i stawiamy bardziej lub mniej pesymistyczne prognozy na najbliższe lata. Zastanawiamy się czy wybuchnie wojna, a jeśli tak to kiedy? Nasze wyobrażenia o przyszłości nie sięgają zbyt daleko. A może warto zastanowić się co będzie za jakieś dwieście lat? Przecież Polski może już nie być z powodu braku Polaków. W ubiegłym roku ogłoszono alarm, który nie wywołał jakiegoś wielkiego narodowego niepokoju, nie mówiąc już o ogólnopolskim alarmie. Ogłoszono, że w 2024 r. w Polsce urodziło się 251,8 tys. dzieci, czyli według demografów najmniej od 200 lat. Dzisiaj znamy już wyniki za 2025 r., w którym na świat przyszło tylko 238 tysięcy dzieci, a zmarło 406 tys. osób. Mamy więc kolejny niechlubny rekord. W mojej rodzinnej Częstochowie liczącej niecałe 200 tys. mieszkańców 15 lat temu przyszło na świat 3651 dzieci, a w ubiegłym roku zaledwie 987. Żadne zachęty finansowe dla rodzin i matek nic tutaj nie pomogą, ponieważ głównym powodem tragedii demograficznej Polski są forsowane przez neomarksistów zmiany kulturowe. Ostatni imponujący wyż demograficzny miał miejsce w Polsce w trudnych latach powojennych. Różnica między dniem dzisiejszym polegała na tym, że w latach 50. ubiegłego wieku dominował jeszcze tradycyjny model rodziny i duża religijność Polaków. Jeszcze w latach 90. XX w. Polki rodziły pierwsze dziecko w wieku 23-24 lat. Dzisiaj średni wiek matki rodzącej pierwsze dziecko to lat 30. Oczywiście słyszymy, że jest to zjawisko jak najbardziej normalne, bo kobiety dbają o dobrą edukację, chcąc zdobyć stabilność finansową. Mają dzisiaj wyższe ambicje zawodowe, a dodatkowo dużo czasu zajmuje im znalezienie odpowiedniego partnera, z którym można stworzyć stabilny związek. No i kluczowym argumentem jest to, że o wiele wygodniej mieć przecież „psiecko” niż wymagające wielu wyrzeczeń, bardzo kłopotliwe dziecko. Urodzenie i wychowanie dwójki lub trójki dzieci nie mieści się już dzisiaj w kategoriach sukcesu. Bezdzietność z wyboru to zjawisko powszechne, a przecież patrząc historycznie, jeszcze całkiem niedawno było czymś naprawdę wyjątkowym i dla przytłaczającej większość kobiet niezrozumiałym.
Żeby powstrzymać zapaść demograficzną w Polsce trzeba radykalnych zmian kulturowych zmierzających w zupełnie przeciwną stronę niż podąża to dzisiaj. Póki co na takie zmiany się nie zanosi, a nawet gdyby w końcu do nich doszło, na efekty trzeba by czekać conajmniej dziesiątki lat. Zatrute ziarno zasiane przez naukowców ze szkoły frankfurckiej (w większości żydowskiego pochodzenia) wzeszło i przynosi śmiertelne dla ludzkości plony. Choć formalnie „szkoła frankfurcka” już nie istnieje to jednak roi się od wpływowych lewaków ukąszonych neomarksizmem Horkheimera, Adorno, Marcuse’a, Benjamina, Fromma i Pollocka. Niestety prężąc muskuły i bohatersko deklarując, że będziemy z neomarksizmem walczyć, ciągle przegrywamy. Jak tak dalej pójdzie to bez wojny, zarazy czy innego kataklizmu za 200 lat Polski już nie będzie. Koło północy 4 czerwca 1992 r., kiedy komunistyczna agentura obalała pierwszy po wojnie demokratyczny polski rząd na mównicę sejmową wszedł premier Jan Olszewski i w dramatycznym przemówieniu zapytał: „Czyja będzie Polska?” Dzisiaj trzeba zapytać: Czy będzie Polska?
Artykuł opublikowany w „Warszawskiej Gazecie”
- Blog
- Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz
- 196 odsłon


Komentarze
Komuna to akceptacja nikczemnego postępowania
24 Marca, 2026 - 14:06
Z refleksji AI nad Lukácsem, Scrutonem i Wieczorkiem
W historii idei rzadko zdarza się, by jedno zdanie oddawało całą istotę systemu, który przez dekady kształtował ludzkie sumienia i instytucje. Takim zdaniem – choć nie wprost wypowiedzianym, lecz wydobytym z ducha jego pism – jest przypisywana Györgyowi Lukácsowi formuła, że „najważniejszym obowiązkiem komunisty jest akceptacja etyki nikczemnego postępowania”.
Sformułowanie to, jak przypomina Roger Scruton w Fools, Frauds and Firebrands, nie jest złośliwym skrótem, lecz moralnym streszczeniem rewolucyjnej doktryny Lukácsa – rdzenia etyki, która usprawiedliwiała kłamstwo i zdradę w imię postępu.
1. Źródło i sens „etyki rewolucyjnej”
György Lukács – teoretyk literatury i komisarz ludowy w rządzie Béli Kuna w 1919 roku – w eseju Taktika és etika pisał, że rewolucjonista musi odrzucić wszelką moralność absolutną. Dobre jest to, co służy dziejowej konieczności, złe – to, co ją hamuje.
W tym ujęciu moralność staje się narzędziem – instrumentem rewolucji. Sumienie, prawo, prawda – wszystko podlega celowi. Tak powstaje etyka instrumentalna: etyka, która pozwala usprawiedliwić nikczemność w imię „postępu”.
Roger Scruton odczytuje tę myśl jako kwintesencję marksistowskiego nihilizmu: „Najważniejszym obowiązkiem komunisty jest akceptacja etyki nikczemnego postępowania.” Nie chodzi tu o zbrodnię jako przypadek, ale o zasadę – świadomą zgodę na zło, o ile to zło ma przyczynić się do historycznego dobra.
2. Od rewolucji do instytucji
To, co u Lukácsa było konstruktem filozoficznym, w państwach komunistycznych stało się regułą życia społecznego.
Etyka „nikczemnego postępowania” weszła w krew aparatu partyjnego, służb, środowisk akademickich i artystycznych. Cel – partia, naród, rewolucja – zawsze usprawiedliwiał środki. Kłamstwo mogło być „słuszne”, donos – „konieczny”, tchórzostwo – „rozsądne”.
Józef Wieczorek, niezależny publicysta i badacz patologii życia akademickiego, wielokrotnie pokazywał, że ta sama etyka przetrwała w mentalności instytucji. (...)
Za: TU
Przemoc nie jest konieczna, by zniszczyć cywilizację. Każda cywilizacja ginie z powodu obojętności wobec unikalnych wartości jakie ją stworzyły. — Nicolas Gomez Davila.
Źle Pan odczytał Scrutona
25 Marca, 2026 - 20:55
Nie chodziło raczej o "akceptacje etyki nikczemnego postępowania" ale o zanegowanie pojęcia nikczemności w tradycyjnym rozumieniu. Dobrem było realizowanie celu rewolucji / władzy. I podobnie jak u komunistów bywa w działaniu na szczytach biznesu. Ważne jest realizowanie wytyczonych celów. Ludzie czy prawda są niczem. Ważne są liczby / cele.
Dlatego w dobrych firmach powinno uwzględniać społeczną odpowiedzialność biznesu - alu tu też jest pułapka - bo tą odpowiedzialność próbują ustawiać marksiści - jawni, tajni i dwupłciowi. I wtedy mamy biznes realizujący wypaczoną etykę i wypaczone cele...