Uzdrowienie nauczania

Obrazek użytkownika podpułkownik
Kraj

Uzdrowienie (czyli sanacja) nauczania zanim jeszcze nastąpiło, spotyka się z bezrozumną krytyką ludzi, którzy się na nauczaniu nie znają. Mam prawo tak powiedzieć, ponieważ mam duże praktyczne doświadczenie: uczyłem kilkanaście lat w szkołach podstawowych, kilkanaście lat w szkole średniej, kilka lat na uniwersytecie. Mam też wyższe wykształcenie pedagogiczne, dwa magisteria i doktorat. Znam wszystkie „nowoczesne” metody i pomysły,które doprowadziły do obecnego ataku zboczeńców na nasze szkoły.

              Jeden z dziennikarzy powiada, że chciałby „szkoły nowoczesnej”, a obawia się „modelu pruskiego”, Wiem, co on przez to rozumie: tradycyjną szkołę z systemem klasowo-lekcyjnym, w której panuje dyscyplina, a celem jest nauka i wychowanie. Taki sposób uczenia był np. w Galicji, a swoją doskonałą formę osiągnął w II Rzeczypospolitej. Jego resztki przetrwały też w Polsce po II wojnie, ale zostały skażone rusyfikacją i indoktrynacją komunistyczną.

              Aby polskie nauczanie uzdrowić, nie trzeba robić nic innego, jak właśnie utrzymać ten tradycyjny zdyscyplinowany system klasowo-lekcyjny czy też do niego powrócić, jeżeli został całkowicie zepsuty „nowoczesnością” metod. W tym systemie uczniowie podlegają nauczycielowi, nauczyciele podlegają dyrektorowi, dyrektor podlega kuratorowi, a kurator bezwzględnie podlega ministrowi.

Najważniejszą zmianą i właściwym celem uzdrowienia będzie najpierw nauka historii Polski we wszystkich klasach i szkołach (z wyjątkiem trzech pierwszych klas podstawówki, gdzie „propedeutyką” historii mogą być baśnie i legendy). Podstawą historii jest geografia, której miejsce musi być oczywiście zapewnione. Potrzebną ilość godzin z łatwością uzyska się poprzez likwidację języka rosyjskiego i nadmiaru godzin matematyki.

              Dla uzdrowienia nauczania potrzebne są więc tylko drobne zmiany w ilości przedmiotów nauczania w szkołach podstawowych i średnich ogólnokształcących. Całkowicie musi być zlikwidowany język rosyjski, niezrozumiały absurd i obelga dla Polski. Obcięty musi być potworny garb polskiej szkoły, jakim jest przerośnięta matematyka. Przedmioty w rodzaju fizyki i chemii muszą być połączone w jeden przedmiot, który po angielsku nazywa się science. Matematyka i przedmioty „ścisłe” są przydatne wyłącznie inżynierom.

              Taki podział przedmiotów był zawsze w szkołach amerykańskich i zawsze zdawał egzamin. Przedmioty specjalistyczne są nauczane w szkołach zawodowych czy na kursach zawodowych o bardzo wąskiej specjalizacji. Nie można chyba powiedzieć, że nauka amerykańska wlecze się w ogonie za nauką polską.

              Niepotrzebna jest żadna reforma nauczania czy „reforma szkolnictwa”. Byłaby wręcz szkodliwa. Wystarczy nauczanie

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.6 (głosów:10)

Komentarze

Patrząc z punktu widzenia władzy, Autor ma, oczywiście, rację. Już Bismarck mówił, że "Bitwę pod Sadową wygrał pruski nauczyciel". Nie jestem jednak pewien, czy proponowane "zmiany  bez zmian" zaaprobowaliby uczniowie, a zwłaszcza ich rodzice (którzy na ogół uważają, ze takie przedmioty jak matematyka czy chemia są bardziej przydatne niż historia, bo ułatwiają zdobycie dobrze płatnego zawodu inżyniera czy lekarza). Obecny program jest przeładowany i jego redukcja i modyfikacja na pewno wyszłyby wszystkim na zdrowie. Myślę, że dobrym pomysłem jest połączenie matematyki i fizyki w jeden przedmiot, dołączenie do tego zastosowań jednego i drugiego przedmiotu w realnie widocznych problemach (np. stanowienia i egzekwowania prawa, rozmaitych problemach "sieciowych", itp.) zamiast wydumanych "zadań na ..." (np. zastosowanie tw. sinusów). Chemii do tego bloku włączyć się dziś nie da, bo wypracowała sobie własne metody i sposób widzenia rzeczywistości. Co do nauczania historii (które Autor,  jak zrozumiałem, uważa za ważne). W moim odczuciu obecne nauczanie tego przedmiotu w postaci podawania, jednostronnych (z konieczności czy dal patriotyzmu?) informacji nie ma sensu (zob. krzywa zapominania) i nie jest akceptowane przez uczniów, którzy często konfrontują te informacje z zawartością Internetu czy innych mediów. Akurat tu można pokusić się o stosowanie takich pomocy jak gry komputerowe, niektóre filmy, a przede wszystkim otwarta dyskusję ucznia z nauczycielem np. kto wygrałby bitwę pod Kurskiem, gdyby Hitler nie nakazał przerwania ataku). W bazującej na autorytecie nauczyciela pedagogice Herbarta zrobić się tego nie da.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Waldemar Korczynski

#1671821

Proszę zauważyć, że podkreśliłem podstawowe dla takiego tradycyjnego modelu znaczenie dyscypliny. W szkole zdyscyplinowanej uczeń nie ma prawa niczego "aprobować" lub "nie aprobować". Również rodzice nie mają takiego prawa. Mogą swoje dziecko do tej szkoły posyłać lub nie.

W kontekście nauczania historii również mówi Pan o "akceptowaniu" przez uczniów jednostronnych informacji. Chodzi mi właśnie o to, że uczeń nie ma prawa "akceptować" faktów lub ich "nie akceptować". Fakty są jednostronne. I tylko to jest historią. Reszta to dyskusja o niej, która oczywiście jest bardzo potrzebna, ale drugorzędna. Najpierw trzeba się nauczyć dat. Wszystkie informacje można konfrontować, ale uczeń czasami nie potrafi ocenić wiarygodności źródeł. Tu znów pole do dyskusji.

Jestem przeciwnikiem "historii alternatywnej" bo nie jest ona historią, tylko fantazją, przeciwieństwem historii. Pozostałe metody, jak wycieczki, filmy, grupy rekonstrukcyjne, zbieractwo - jak najbardziej wskazane.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

ppłk

#1671879

Czy tez radzacych sobie dobrze na dzisiejszym rynku pracy i w zyciu.

Oczywiscie - sluszne jest nauczanie historii, ale tu lepiej nauczac mechanizmow dzialania, chronologii zdarzen niz wiedzy encyklopedycznej. Z moich osobistych doswiadczen (z marnym tytulem mgr inz.) z historia szkolna wynika, ze wystarczajaca jest dwugodzinowa historia w szkole podstawowej (od 4 klasy) i sredniej.  Czasu jest az za duzo - potrzeba tylko dobrych nauczycieli (nic nie pomoze zwiekszanie godzin bez dobrych programow i dobrych nauczycieli) i niekoniecznie "pruskiego drylu" ale nauka swiadomej samodyscypliny. Mimo, ze ukonczyle szkole srednia w klasie mat.-fiz. nie mam problemu z brakiem znajomosci historii - moze przez to, ze mialem dobrych nauczycieli, ktorzy nie wymagali "wkuwania dat - ale samodzielnego myslenia i wyciagania wnioskow.

Dzisiaj i w najblizszej przyszlosci najwieksze znaczenie dla poziomu zycia i pracy spoleczenstwa beda   mieli (niestety- dla autora) absolwenci studiow technicznych, medycznych i biotechnologii. Doskonala znajomosc historii nie wystarczy do odgrywania znaczacej roli bez matematyki, fizyki, chemii, biologii. Moze lepiej pomyclec, o specjalizacjach (czyli wiekszym ukierunkowaniu uczniow juz na oiziomie szkoly sredniej) niz o powszechnym obciazaniu uczniow dodatkowymi godzinami historii? Juz dzisiaj absolwenci historii, socjologii, politologii i kierunkow posrednich maja problemy ze znalezieniem pracy

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

mikolaj

#1671837

"Moze lepiej pomyclec, o specjalizacjach (czyli wiekszym ukierunkowaniu uczniow juz na oiziomie szkoly sredniej) niz o powszechnym obciazaniu uczniow dodatkowymi godzinami historii? Juz dzisiaj absolwenci historii, socjologii, politologii i kierunkow posrednich maja problemy ze znalezieniem pracy"

Kiedyś, na jednej z katechez usłyszałem, że wykształcenie potrzebne jest człowiekowi do pracy, mądrość zaś do życia.

Myślę, że z tą historią, szczególnie historią Polski, chodzi bardziej o kształtowanie patriotycznych postaw, niż o kształcenie przyszłych historyków.

Pozdrawiam.
dratwa3

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

http://ratujlasy.niepoprawni.pl/

#1671855

Zgadzamy się co do istoty sprawy. Miałem na myśli przede wszystkim szkołę podstawową i przede wszystkim naukę historii. Wszelka specjalizacja powinna mieć miejsce w szkołach ponadpodstawowych (a może jednak już w podstawówce - ale to oddzielny temat). Chodzi mi o to, że nauka historii nie może być zaniedbana na żadnym szczeblu ani w żadnym rodzaju szkoły, bo uczniowie kilkunastoletni są zdolni do pogłębionego studiowania historii, bardziej samodzielnego jej poznawania, a bez znajomości historii Polski nie będą Polakami godnymi tego imienia, choćby byli dobrymi technikami czy medykami. Z pracy polskich inżynierów i lekarzy na całym świecie Polska nie ma żadnego pożytku. Jest to wręcz niepowetowana strata dla Polski.

Dlatego nie mogę się zgodzić na myślenie o nauce historii jako o "obciążaniu" uczniów.

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

ppłk

#1671882

Nie zgadzam się z przedstawioną koncepcją! Nie podoba mi się redukcja jednych przedmiotów - tych "naukowych" żeby wprowadzić "humanistyczne".

Kiedyś dawno był w TVP film o chyba angielskim nauczycielu, który stosował własny program nauczania. Nie pamiętam w jakim wieku były dzieci, chyba jakoś takim gimnazjalnym. Organizował im wycieczki po różnych instytucjach, firmach, wszędzie tam, gdzie pracują ludzie, gdzie zarabiają, w gospodarstwach rolnych, różnych fabryczkach, warsztatach. Dzieciaki uświadamiały sobie swoje zainteresowania i wybierały wraz z nauczycielem dalszą drogę edukacji w kierunku, który je najbardziej interesował. Nie mieli problemów w późniejszym życiu ze znalezieniem utrzymania.

U nas takiego wyboru mogą dokonywać świadomie i samodzielnie dopiero studenci. Gdyby taki wybór był możliwy wcześniej, ci, którzy interesują się historią i geografią mogliby mieć więcej godzin historii, zamiast fizyki, chemii, czy matematyki.

 Niestety program ze zredukowaną liczbą godzin "naukowych" oznacza ogłupianie młodzieży. Liczenie, logika, matematyka, poznanie praw fizyki i chemii to podstawa poruszania się w świecie coraz wyższych technologii. Nie muszę chyba dodawać, że przy pędzących do przodu Japoniach, Turcjach, Koreach, Chinach, USA, jesteśmy jakby III światem, stajemy się nie tylko mentalnie, ale i technicznie kolonią, obozem koncentracyjnym siły roboczej. Czy ktoś dziś sobie wyobraża, że ZM Ursus produkowały w latch 80-tych XX wieku ok 230 ciągników DZIENNIE? Że podobnie dużo produkowanych było dużych fiatów i polonezów w FSO? Że robili to technicy i inżynierowie mechanicy i wielu specjalistów branż pokrewnych? Obie fabryki  zarżnęła podatkami gruntowymi Platforma Obywatelska. Potem sprzedała eskimoskim deweloperom ...

Wprawdzie język rosyjski nie jest już obowiązkowy, bo można sobie wybrać inne języki, to nie usuwałabym ze szkoły tego przedmiotu. W sumie języki wrogów trzeba znać.

Wprowadziłabym większy wachlarz języków do wyboru w szkołach podstawowych: czeski, słowacki, węgierski, chorwacki, słoweński, rumuński, bułgarski, szwedzki, litewski, białoruski. bo języki sąsiadów i przyjaciół jeszcze bardziej trzeba znać, żeby tworzyć razem mocarstwo nowego typu. Po to chyba budujemy tę "Via Carpatię"?

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-3

Alina

#1671861

Chodzi tylko o to, żeby historia Polski była nauczana powszechnie i porządnie. Niektórzy utyskują, że to dodatkowe obciążenie, dlatego podałem tylko jedną propozycję prostego zmniejszenia obciążenia ucznia. Można to zrobić wieloma sposobami, ale zawsze natrafia się na opór nauczycieli poszczególnych przedmiotów, bo każdy uważa swój przedmiot za najważniejszy. Dlatego potrzebna jest bezwzględna silna władza ministerstwa i kuratoriów.

Jeżeli chodzi o nauczaną obecnie matematykę, to normalnemu człowiekowi nie jest ona do niczego potrzebna. Tylko zawody techniczne jej potrzebują. Nauczanie logiki jak najbardziej popieram.

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

ppłk

#1671880

Z historią jest problem tego typu, że ocena faktów historycznych na poziomie 0-1, czyli dobre-złe, prawdziwe-fałszywe zależy od punktu widzenia historyka, czyli owo słynne "historię tworzy ten co zapisuje". Jeśli polskiej historii w polskiej szkole uczą mamusie Michników, to mamy kaszanę taką jak teraz. Tzn. do wiadomości uczniów podawane są tylko te fakty i oceny, które są zgodne z żydowską narracją. Ta zaś jest dość prosta, żeby nie powiedzieć prostacka: fakty nie mają znaczenia, grunt, żeby dorobić do tego taki scenariusz, czyli urojone związki przyczynowo-skutkowe, żeby ynteresy żydowskie były niezagrożone, szczególnie, żeby żydowscy zbrodniarze nigdy nie ponieśli kary za swoje zbrodnie. A na Polakach popełnili tyle zbrodni, że gdyby jakaś siła chciała dochodzić sprawiedliwości, to cała prawie "warszawska elyta" musiałaby się ewakuować z Polski, żeby ktoś nie wpadł na pomysł pomszczenia przodków na dzieciach zbrodniarzy.

Więc jestem za uczeniem polskiej wersji historii, bez znieczulenia i politpoprawności. Dotyczy to całej historii, państw ościennych i świata.

Co do matematyki, to wystarczy zmienić sposób uczenia, tak, żeby matematyka była zabawna i ciekawa, no i potrzebna w każdej dziedzinie codziennego życia, żeby każdy rodzic i każde dziecko chciało mieć matmę w szkole. Wówczas numer z pandemią i bezczelne manipulacje liczbowe nie byłyby możliwe.

Czy lekarze ustalający dawki leków nie potrzebują matematyki?  Sklepowa? Listonosz? Filozof, żeby chociaż sprawdzić rachunki za prąd, czy gaz?

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
-2

Alina

#1671890

Czy listonosz potrzebuje matematyki? Zależy, co nazywamy matematyką. Jeżeli rozumiemy przez to umiejętność odczytania numeru domu, to oczywiście potrzebuje. Jeżeli rozumiemy przez to różne algebry i trygonometrie, to oczywiście nie potrzebuje. Pisząc o nauczaniu historii w kontekście nauczania innych przedmiotów miałem na myśli przede wszystkim szkołę podstawową i szkołę średnią ogólnokształcącą. Uważam, że jest w nich nadmiar matematyki i o wiele za wysoki jej poziom. Takiej matematyki nikt normalny nie potrzebuje. Natomiast każdy normalny człowiek potrzebuje znajomości podstaw matematyki nauczanych w młodszych klasach szkoły podstawowej, aż do tabliczki mnożenia włącznie, chociaż tu już zaczynają się wątpliwości: przecież każdy ma smartfon z kalkulatorem, na którym każde działanie może wykonać. Może więc należałoby się ograniczyć do instrukcji obsługi smartfonu. Pewno to miała Pani na myśli, pisząc o "zmianie sposobu uczenia". Co prawda matematyka nie stanie się przez to "zabawna" ani "ciekawa", ale przynajmniej będzie potrzebna.

Sklepowa potrzebuje tyle matematyki, ile potrzeba, żeby czasem policzyć do dziesięciu. Resztę wykonują za nią te maszyny, co tam ma. Ona tylko przesuwa zakupy. Filozof? Co on miałby tam sprawdzać? Wystarczy zapłacić rachunek, co robi za niego komputer. W każdym wypadku chodzi tylko o znajomość cyfr (chyba jest ich 10?), a nie o żadną matematykę.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-2

ppłk

#1671939

Nie mam czasu się rozpisywać, więc tylko stwierdzę, że gdybym miała więcej czasu, to też przyznałby mi Pan rację, więc ustalmy od razu, że to ja mam rację i matematyki trzeba się uczyć i nauczyć im więcej tym lepiej.

W jednym Pana popieram: uczenie się całek powierzchniowych i objętościowych pomimo wielkiego wysiłku jaki wykonałam, żeby je pojąć i nawet kilka razy zastosować na zajęciach i na egzaminie, niestety okazało się stratą cennego czasu w młodości. Lepiej byłoby pójść pobalować na dyskotece! :)

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
-1

Alina

#1671955

ale uczenie się "ideologii" pojęcia całki sens już ma. Na Politechnikach tego jednak akurat brak. A szkoda, bo to (prawie) tak fajne jak dyskoteka (w miłym, oczywiście towarzystwie). Pozdrawiam i życzę pogłębienia nieudanego, jak zrozumiałem,  flirtu z całkami.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Waldemar Korczynski

#1671976

Flirt z całkami był udany, bo egzamin zdany, ale niepotrzebny. Tak jak zadawanie się z kimś, kto nie nadaje się na męża :)

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
-1

Alina

#1671981

Oczywiście ma Pani rację.

Jeżeli zaś chodzi o języki, to powiedzenie "język wrogów trzeba znać" jest starym sloganem i ma się nijak do nauki języków w szkole. W pewnych okolicznościach mniejsze lub większe grupy żołnierzy mogą potrzebować znajomości języka nieprzyjaciela w pewnym zakresie. Na przykład żołnierze niemieccy w 1939 roku dysponowali samouczkami języka polskiego, bo byli przygotowani do okupacji Polski. Wywiad wojskowy zawsze ma ludzi, którzy mówią językiem nieprzyjaciela.

W polskich szkołach podstawowych i średnich nie może być języka rosyjskiego, bo jest to obraza dla naszej historii (to samo dotyczy zresztą języka niemieckiego). Dla tych języków jest miejsce na studiach specjalistycznych i wyższych.

Pani sama zaczyna myśleć w tym kierunku, kiedy proponuje Pani naukę (oczywiście nadobowiązkową) języków narodów Międzymorza.

 

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1

ppłk

#1672010

Nie proponuję "nadobowiązkowej" nauki języków międzymorza. Chciałabym, żeby był taki wybór w ramach nauki obowiązkowej. Najlepiej jakby była pula przedmiotów obowiązkowych i obowiązkowa pula przedmiotów wybranych zgodnie z prywatnymi zainteresowaniami ucznia.

Jest już przecież precedens nawet w szkołach podstawowych, kiedy rodzice wybierają jaki przedmiot  religia, czy inny zamienny mają uczniowie w tym czasie. Co przeszkadza w przeorganizowaniu szkoły i dostosowaniu do zainteresowań i potrzeb uczniów? Nie mielibyśmy marnowania dziecięcego życia i aktywności na rzeczy, które ich nie interesują. Fajnie byłoby, żeby uczniowie z rodzicami sami wybierali czego i w jakiej fazie rozwoju się uczą.

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-1

Alina

#1672018

ale w obowiązującym paradygmacie nauczania wg. Herbarta, nie chodzi o rozwój dziecka/studenta, ale o zupełnie inne sprawy; (1) "formowanie obywatela", co to może i podatków nie płaci, ale za Ojczyznę z honorem umiera. Zamiast dla niej uczciwie żyć. (2) aby zapewnić by "..uczniowie z rodzicami sami wybierali czego i w jakiej fazie rozwoju się uczą." trzeba by zupełnie zmienić szkołę; dopuścić nieregularny podział na grupy, zrezygnować z budowania edukacji na autorytecie nauczyciela, zapewnić odpowiednio wykwalifikowana kadrę (nie wiadomo  skąd, bo potrzebujemy tez dobrych, uczciwych sędziów, lekarzy czy urzędników) i zainwestować w oświatę wielka kupę forsy. Ryzykując, że forsa się  ulotni, a kupa zostanie. Tu trzeba najpierw przekonać rodziców, ze szkoła to nie przechowalnia czy dobry wujek, który załatwi za nich wychowawcze problemy ich dzieci. Nie bardzo widzę, kto miałby to zrobić.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-1

Waldemar Korczynski

#1672040

Nie wiem czy Pan świadomie, czy nie, prezentuje postawę smerfa Marudy "to się nie da".

Nic się nie da zrobić przy takim jak Pan podejściu. Do takich reform trzeba ludzi z ..., którzy wiedzą jak się do tego zabrać, przede wszystkim co chce się osiągnąć. To co teraz jest, to wielka niemoc z jednej strony, z drugiej zaś dostęp młodzieży do największego na świecie źródła wiedzy prawdziwej i równie wielkiego źródła kłamstw, czyli internetu. Wiadomo, kiedy zmieni się system szkolnictwa - wówczas, kiedy większość nauczycieli będą stanowić ludzie wychowani w dobie internetu. U nas to roczniki od 1990. Wszyscy starsi boją się młodych, bo ci lepiej sobie radzą z komputerami niż oni, nauczyciele. Czyli zmiany systemu oświaty można się spodziewać za ok. 10-15 lat.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-2

Alina

#1672111

Nikt ani Autor, ani nikt z komentatorów nie poruszył kwestii podstawowej, a więc czemu szkoła ma służyć? Najogólniej, ma wykształcić naród i obywateli w taki sposób, aby mogli sprawnie poruszać się po dzisiejszym świecie. To niby oczywiste, ale jak wejdziemy w szczegóły, to zaczyna się bezsensowna kłótnia. W Polsce dochodzi jeszcze czynnik niezwykle istotny - zrozumienia siebie i rzeczywistości, w której żyjemy od 1000 lat (dziś pomiędzy Odrą a Bugiem) - po to, abyśmy mogli się wzajemnie rozumieć i współdziałać. Takimi kategoriami myśleli twórcy przedwojennej polskiej szkoły, która miała scalić świadomości z trzech zaborów. I o dziwo dokonała tego znakomicie - w ciągu jednego pokolenia, a więc w okresie 20 lat. Dziś Polacy są jeszcze bardziej podzieleni, niż wówczas, dodatkowo nie posiadamy inteligencji myślącej tradycyjnie kategoriami polskimi. Tradycyjnie, nie oznacza wstecznie.

Dopiero, gdy odpowiemy sobie na te pytania możemy przystąpić do reformy. Odnośnik amerykański przetestował już pierwszy minister - Handke, i co z tego wyszło. Mamy swój model, powinniśmy z niego skorzystać, a nie zamiast tego przerzucać się sloganami typu: sanacja, bieda galicyjska itd. Nauczanie powinno bazować na trzech wiodących przedmiotach: historii, języku polskim i matematyce. Reszta jest już pochodną. Powinny być też średnie szkoły specjalistyczne. W dzisiejszych czasach niezwykle ważnym jest wprowadzenie do szkół średnich nowego przedmiotu, jakim jest geopolityka, która robi porządek w głowach.

Najważniejszym więc zadaniem szkoły, powtarzam, jest doprowadzenie do procesu wzajemnego zrozumienia się i współdziałania. Do tego jest potrzebna odporność na manipulację i kłamstwa. Bez wykształcenie tej podstawowej dziś umiejętności nie może być mowy o jakimkolwiek budowaniu państwa i zgodnej przyszłości. Szkoła, którą mamy, prowadzi do destabilizacji wszystkiego. Wystarczy spojrzeć na poziom absolwentów. 

I jeszcze jedno, absolwenci szkół wyższych muszą mieć zapewnioną pracę w kraju. W tym celu ilość musi przejść w jakość.

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

Ryszard Surmacz

#1671870

bo absolwenci bardzo się różnią, a procent matołów z tzw. wyższym wykształceniem nie odbiega znacząco od ich procentowej obecności w całej populacji. Ale punktu widzenia społeczeństwa Pański pogląd, że "Najważniejszym więc zadaniem szkoły, powtarzam, jest doprowadzenie do procesu wzajemnego zrozumienia się i współdziałania." jest  bardzo sensowny. Choćby po to byśmy się nie pozabijali.

 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

Waldemar Korczynski

#1671978

@ Waldemar Kuczyński

Proszę Pana, myśli Pan kategoriami dania codziennego. Tak można do końca świata. Chodzi o to, aby sytuację zmienić. Z diagnozą co do poziomu absolwentów się zgadzamy... Gdy podniesiemy poziom i ograniczymy masowość, a także zracjonalizujemy gospodarkę i otworzymy bramy dla humanistyki, tj. przygotujemy stanowiska dla mgr. inżynierów, dr. i prof., sytuacja z czasem diametralnie się zmieni. To mechanizm. Brak zatrudnienia absolwentów szkół wyższych, to marnotrawstwo pieniędzy i własnych szans na rozwój, a przede wszystkim demoralizacja młodych ludzi: kończą studia i wyjeżdżają na zmywak, a w sytuacji konfliktowej wykrzykują, że kończyli w Polsce studia. To również osłabia powagę państwa.

Natomiast jeżeli chodzi o matematykę, nie zgadzam się z Panem diametralnie. Jestem humanistą z wykształcenia i usposobienia, ale matematyka uczy zasad, logiki i dyscypliny - ogólnie rozwija. Mówi się o niej, jako o królowej nauk. Moim zdaniem królową jest filozofia, ale nie będą oponował przeciwko matematyce.

Mój pogląd o istocie szkoły nie jest poglądem, lecz zasadą, która np. przed wojną pozwoliła zbudować tak sprawne i skuteczne szkolnictwo. Myślenia tymi kategoriami dziś nie widać. Reformy powojennego szkolnictwa, to jedna wielka porażka. 

Natomiast ciekawą propozycję był pomysł uczenia języków i historii sąsiadów - nie tylko naszych, ale jeżeli chcemy budować Międzymorze, musimy budować też podstawy intelektualne, a więc więzi pomiędzy państwami Międzymorza. Tu możemy uczyć się z UE, a więc wymiana młodzieży, wzajemne sesje naukowe, wspólne projekty itd. To długi proces, który musi zaistnieć.  Drogi i infrastruktura są tylko "pajęczyną" łączącą ten świat. Bez uaktywnienia tych czynników nie będzie nic.    

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Ryszard Surmacz

#1672007

i to nie tylko dla fizyki czy nauk(?) inżynieryjnych. A w szkole czy na wielu kierunkach politechnicznych praktycznie jej nie ma. Są za to rachunki, które wprawdzie "wychowują", bo wyrabiają  pewna  dyscyplinę, ale logiki ani jakiegoś ogólnego "obycia" w matematyce nie dają. I - jak napisała wyżej w tym wątku Pani Alina - zadawać się z nimi za długo (blisko?) nie warto. Podobnie jak z osobnikiem, który nie nadaje się na męża. Ja akurat jestem matematykiem i trochę mnie dzisiejsza sytuacja w szkole przeraża. Kształcimy "rachmistrzów", zapominając, że takich akurat "matematyków" z powodzeniem zastąpi komputer, który szybciej rozwiąże równanie kwadratowe, policzy całkę czy rozwiąże jakieś zagadnienie ekstremalne. Żaden komputer nie kuma jednak tego, że np. stosowanie i tworzenie prawa (np. w Sejmie) to dwie RÓŻNE strony tego samego medalu pt. "zasada abstrakcji". Matematyka, której "nie widać" w życiu codziennym jest bardzo  trudna. Nie ma właściwie żadnej motywacji do jej poznawania, więc uczeń/student "przyswaja" ją na zasadzie 4Z, tj. zakuj, zdaj, zapij, zapomnij. Zgadzam się z Panem, że filozofia (szczególnie ontologia i teoria poznania) mogłaby za tę "królową" robić lepiej niż matematyka, ale czarno to widzę, bo taka filozofia wymaga sporej wiedzy z "nauk podstawowych" i - moim zdaniem - jest zupełnie nieprzyswajalna dla nawet dobrego ucznia czy studenta. Łączę pozdrowienia.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Waldemar Korczynski

#1672039

@ Waldemar Kuczyński

Przyznam, że dziwię się, iż Pan jako matematyk zdaje się na elektroniczne liczydła (przecież można je wyłączyć w każdej chwili). Tu nie chodzi o liczenie, lecz poznanie zasad jej działania. Bardzo podoba mi się określenie, że matematyka, to język. Bo tak jest. Porównanie jej natomiast do osobnika, który nie nadaje się na męża jest tyle oryginalne, co niedorzeczne. Matematyka wyrabia głębię poznawczą. Ale ogólnie, za matematyką to chyba Pan nie przepada?

Natomiast sposób dzisiejszego nauczania jest jedną wielką kulą u nogi nas wszystkich, i dotyczy ono wszystkich przedmiotów i dziedzin. Moim zdaniem trzeba odwrócić samo podejście do nauki. I tu są dwa problemy: 1. problem nauczycieli, którzy powinni zarabiać dobrze, ale muszą wiedzieć za co państwo im płaci; szkoła nie jest przechowalnią polityczną i dla nieuków (świat nauczycielski poznałem dość dobrze), 2. problem uczniów, którzy muszą mieć świadomość, że uczą się dla siebie i jeżeli czegoś się nie nauczą, to od tego "czegoś" w życiu mocno oberwą po grzbiecie, a i nie dostaną promocji do kolejnej klasy lub na kolejny rok.

Ale podkreślam, zupełnie zagubiono rzecz podstawową - cel nauczania. 

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Ryszard Surmacz

#1672053

Zacznę od cytatu. Napisał Pan "Matematyka wyrabia głębię poznawczą. Ale ogólnie, za matematyką to chyba Pan nie przepada?". Ja otóż jestem matematykiem. Nie przesądza to, oczywiście, o tym czy matematykę lubię czy nie (akurat lubię), ale pozwala mi na trochę szersze niż przeciętne jej widzenie. My dyskutujemy tu o matematyce nauczanej w SZKOLE powszechnej (nie w sensie stopnia, lecz dosłownie, tzn takiej, którą zalicza każdy abiturient). I ta matematyka na pewno głębi poznawczej nie wyrabia, bo ogranicza się do rachunków. Głębie poznawczą wyrabia każde pytanie nietypowe, tj. takie, na które nie potrafimy znaleźć prostej odpowiedzi. Ja może niezbyt dokładnie znam obecny program nauczania matematyki w szkole (choć myślę, że znam go raczej dobrze) i żadnych takich pytań w nim nie dostrzegam. Przeciętny uczeń/student jest właśnie w sytuacji opisanej przez Panią Alinę; ma się po prostu czegoś nauczyć (np. całek powierzchniowych czy równań kwadratowych), zwykle jeszcze jakiejś typowej interpretacji i koniec. Idei, które za tymi pojęciami stoją już się nie nauczy. Nie zakuma, że jak umawia się z kumplem na piwo i każą mu to opisać prostym językiem, to ma taki sam problem jak w przypadku liczenia (z definicji) całki czy ekstremum. Nie wiem jak Pan rozumie "głębię", ale dla mnie najistotniejsze w poznaniu są analogie. które w matematyce przyjmują często postać procesów abstrahowania. I w szkole Pan tego nie spotka. My nauczamy RACHUNKÓW, nie matematyki. Co do istoty Pańskiej wypowiedzi, tj. celu nauczania. Jest to rzeczywiście pytanie podstawowe, które nauczony doświadczeniem staram się omijać. Problem w tym, że jak się temu dokładniej przyjrzeć, to dochodzi się m.in. do pytań o to DLA KOGO jest to nauczanie (tj. kto z niego będzie miał korzyść), kto ma za to zapłacić (niby dlaczego bezdzietny Kowalski ma finansować "bezpłatną" edukację syna Nowaka?), jakie treści (również w matematyce!) są przez aktualną wierchuszkę dobrze widziane i wielu podobnych. Pisałem o tym wielokrotnie zarówno w Internecie jak i mediach "papierowych" (nb. umieszczę dziś tekst o tegorocznej maturze z matematyki, jeśli będzie Pan miał czas i ochotę zachęcam do przeczytania. Będę wdzięczny za uwagi.). W mojej opinii głównym problemem jest brak motywacji do uczenia się matematyki. Być może zbliżenie jej do codziennego życia mogłoby ten stan zmienić. Jednak bez zainteresowania rodziców edukacja i wychowaniem swoich pociech nie zmieni się nic.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Waldemar Korczynski

#1672060

Przepraszam. Nakłamałem. Mój tekst o tegorocznej maturze, który pozwoliłem sobie Panu zareklamować,  już portalu jest. Proszę o wybaczenie mego gapiostwa.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Waldemar Korczynski

#1672062

@ Waldemar Kuczyński

"Głębię poznawczą|" rozumiem dokładnie tak, jak Pan. Natomiast cały problem i nieporozumienie w naszej rozmowie wychodzi z innego rozumienia nauczania. Pan aprobuje obecne, ja nie. Pisze Pan, że trzeba przekonać rodziców, uczniów traktuje Pan z pewną bojaźnią. Otóż ten system jest martwy i służy tylko do produkcji niewolników. Jeżeli chcemy traktować siebie poważnie, jeżeli chcemy w życiu i swoim państwie zajmować stanowiska wyższe niż robotnik i majster, to musimy postarać się  o diametralną zmianę systemu nauczania w Polsce. Wzory, bardzo dobre wzory, mamy, począwszy od Komisji Edukacji Narodowej na której wzorowała się system rosyjski i system pruski. Potem ten model, ze znakomitym skutkiem, wykorzystano w okresie II RP. I przestańmy się bać mówić o tym głośno. 

Dyskusja o jakiejś kosmetyce, a to mniej matematyki, a to mniej historii, a to dzieci przeładowane, a to zgadzam się, nie zgadzam się z panem, nie ma żadnego sensu, bo nasze dzieci już nie potrafią pisać i czytać - dzieje się dokładnie tak, jak chciał Goebbels. Ogłupiałym mamuśkom trzeba wytłumaczyć podstawowe fakty: jeżeli dziecko nie nauczy, będzie głąbem, jeżeli należy do zdolnych, będzie zdolnym głąbem. Nasze dzieci stają się analfabetami - i to w momencie, gdy chcemy sięgać gwiazd: domagamy się pozycji w UE, chcemy budować Międzymorze itd. Gdzie Rzym, gdzie Krym. Kolejnym problemem są nauczyciele. Nie wiem jaki procent, ale chyba dość znaczny nie nadaje się do tej profesji. Wystarczy zapytać absolwentów i poprosić ich o uzasadnienie. I tu akurat będzie to bardzo rzeczowa wypowiedź. 

Proszę Pana, to tyle, co mogę napisać i nie będę wchodził w jakieś dywagacje czego powinno być mniej a czego więcej? Należy zastanowić się nad tym jak podnieść nie pensje nauczycielom, lecz jak podnieść ogólny poziom nauczycieli, a potem ogólny poziom nauczania we wszystkich szkołach III RP. Im będziemy dłużej czekać, tym więcej wygenerujemy głąbów i strat najszerzej rozumianych. 

     

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Ryszard Surmacz

#1672106

.. problemem jest terapia. Nie wchodząc w szczegóły, ale po kolei :

(1) Skąd chce Pan brać tych kandydatów na dobrych nauczycieli? Ludzi inteligentnych, o dużej wiedzy (to coś innego niż inteligencja), odpornych psychicznie (niech Pan spróbuje "opanować  " dzisiejszĄ klasę), odpowiedzialnych etc.? A musi Pan przecież trochę tych ideałów zostawić na takie zawody jak sędziowie, prokuratorzy, lekarze, policaje i jeszcze parę innych społecznie ważnych. Przy tej ilości godzin programowych nie wykombinuje Pan nawet 20% tych najpotrzebniejszych. A jak Pan ich już znajdzie, to musi im Pan jeszcze wytłumaczyć, że ich  praca nie jest warta więcej niż ca 60% średniej krajowej, bo jakby  nauczycielom podnieść płace, to świat się pewnie zawali. Niech Pan spróbuje poszukać  takich chętnych wśród znajomych. Ten zawód rzeczywiście zszedł na psy, ale stało siĘ to na wyraźne życzenie społeczeństwa. I tylko zmiana stosunku tego społeczeństwa do nauczycieli - a głównie do własnych pociech - może tu coś zmienić.

(2) Poziom nauczycieli jest ściśle związany z poziomem społeczeństwa. Nie da się w Polsce mieć  nauczycieli fińskich ani singapurskich. Gdyby ich Pan do nas sprowadził, to rozłożyliby naszą szkołę zupełnie i okazaliby się znacznie gorsi od naszych, bo nie pasowaliby ani do środowiska uczniów czy ich rodziców, ani do naszej narodowej mentalności. Husaria może i dobra kiedyś była, ale szańców naukowych nie zdobywa się szarżą, a raczej połączeniem pracy z zabawą.

(3) Komisja Edukacji Narodowej nie wdrożyła żadnego systemu edukacji. System "pruski" \powstał w oparciu o pedagogikę Herbarta, którą zaimplementował specjalnie sprowadzony z Włoch przez Fryderyka Wilhelma III, Wilhelm v. Humboldt (ten od Kongresu Wiedeńskiego, gdzie reprezentował Prusy). I to na tym systemie bazowały prawie wszystkie kraje Europy.  Propozycje naszej KEN, moim zdaniem lepsze, inspirowane były oświeceniowymi pomysłami Rousseau, ale nigdy nie zostały nigdzie wdrożone.

(4) Pisze Pan ".. bo nasze dzieci już nie potrafią pisać i czytać - dzieje się dokładnie tak, jak chciał Goebbels. Ogłupiałym mamuśkom trzeba wytłumaczyć podstawowe fakty: jeżeli dziecko nie nauczy, będzie głąbem, jeżeli należy do zdolnych, będzie zdolnym głąbem. Nasze dzieci stają się analfabetami - i to w momencie, gdy chcemy sięgać gwiazd: domagamy się pozycji w UE, chcemy budować Międzymorze itd. ", co jest, oczywiście prawdą. NIE TYLKO U NAS. W USA jest znacznie gorzej, a parę lat temu w Niemczech proponowano znaczne obniżenie poziomu nauczania, bo dzieci imigrantów nie wyrabiają i nie dostają się na studia (lub szybko odpadają). Nie ma systemu, który "wyrównuje" poziom uczniów; "głąba" nie przerobi w geniusza żadna szkoła. Sięganie do gwiazd nieszczególnie nam w historii wychodziło, a wartość pomysłów na Grupę Wyszehradzką czy Trójmorze widać po dyskusji premiera naszego kraju z premierem Czech. Trzeba pogodzić się faktami i nie żądać rzeczy niemożliwych. Nie oznacza to, że jestem zwolennikiem tego co jest. Przeciwnie. I wielokrotnie o tym pisałem. Pisał Pan wcześniej o "celu nauczania". Ten cel jest dla każdego inny. Jedyny możliwy do zaakceptowania przez wszystkich, a przynajmniej przez większość, to przygotowanie do życia w społeczeństwie, do czego ani matematyka, ani historia czy inne "przedmioty nauczania" nie są w  tym wymiarze potrzebne. Warto byłoby jednak uczyć np. zdrowego życia, filozofii (na stosownym, oczywiście,  poziomie), o czym Pan pisał, prawa, czy choćby zasad organizacji (współ)pracy. Ale tego społeczeństwo nie zaakceptuje, bo przecięż każdy rodzic ma dziecko-geniusza, które swoje życiowe szanse traci tylko z winy szkoły, a nie debilnych programów nauczania, czy broń Boże niewydolnej wychowawczo rodziny.

TEGO SIĘ ŻADNYM DYSCYPLINOWANIEM ANI PODNOSZENIEM "POZIOMU" NIE ZMIENI.

Źródło: https://niepoprawni.pl/comment/reply/159813/1672106

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle - blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Waldemar Korczynski

#1672188