Moje potyczki w świecie literackim, na emigracji

Obrazek użytkownika Zygmunt Jan Prusiński
Kultura

Zygmunt Jan Prusiński

Moje potyczki w świecie literackim, na emigracji

Adama Lizakowskiego traktuję jak przyjaciela, choć się z nim nigdy nie spotkałem. Nie wiem, jak on rozumie moją poezję, czy w ogóle ją rozumie, ale kiedy przysłał mi swój tomik „Złodzieje czereśni” w dawnych czasach do Wiednia, nie miałem wątpliwości, że zostanie moim przyjacielem...

Oto historia z człowiekiem, z którym łączyła mnie tylko poezja i listy. Listy z Wiednia najpierw do San Francisco, później do Chicago - gdy się Adam tam przeprowadził, potem znowu do Austrii. Był to nasz pomost przyjaźni.

Inny wielki poeta Tadeusz Nowak (nazywałem go i nadal nazywam Królem polskich psalmów) prowadził w Tygodniku Kulturalnym dział literacki. 6 Grudnia 1981 roku opuściłem kraj, udając się autokarem do Austrii i trafiłem do Obozu dla Uchodźców w Traiskirchen. Trochę w innym czasie, ale w tym samym roku, trafił tam też Adam. Na pamiątkę tamtych zdarzeń mamy w jednej rubryce literackiej, obok siebie w tymże Tygodniku Kulturalnym, swoje wiersze!

W Wiedniu zorganizowałem środowisko literackie pod nazwą Korespondencyjny Klub Pisarzy Polskich „Metafora” i Polskie Centrum Haiku. Jako inicjator, pomysłodawca, organizator z czasem rozszerzyłem to działanie wprowadzając (pierwszy raz w historii życia polonijnego i emigracyjnego w Austrii) międzynarodowy konkurs o Wiedeńską Nagrodę Literacką im. Marka Hłaski. Choć odbyły się tylko dwie edycje tego konkursu na prozę i poezję, to warto przypomnieć, że w pierwszej swoje teksty w tamtym czasie nadesłało 882 autorów (!), w drugiej - 1074!

Przestraszyliśmy się tak dużej liczby nadesłanych prac. W drugiej edycji otrzymaliśmy blisko 1150 opowiadań (do 30 stron każde) i ponad 10 tysięcy wierszy! Nagradzaliśmy według podanych warunków, za zestaw liczący od pięciu do dziesięciu wierszy. Był to ogrom pracy. W jury było kilka osób, wszyscy pracowali społecznie. Jako przewodniczący tego przedsięwzięcia, nie sądziłem, że patron naszego konkursu Marek Hłasko spotka się z takim odzewem. Jego cioteczny brat, Andrzej Czyżewski - architekt, dziękował mi później za tę inicjatywę w listach z Polski.

Nie miałem żadnych sponsorów, pomocy finansowej. Całe przedsięwzięcie finansowałem ze swoich skromnych zasobów, jak to się mówi, z prywatnej kieszeni, oszukując i okradając rodzinny budżet. Przez to między innymi rozwiodła się ze mną moja emigracyjna żona. Ale dla mnie poezja była zawsze (i jest) najważniejsza w życiu. To jest mój narkotyk!

Nie był to mój prywatny konkurs, a nie pomogły mi wtedy żadne instytucje polonijne i krajowe. Nie pomogła poetka Ewa Lipska, którą doceniam za jej wiersze, a była wówczas wicedyrektorem Instytutu Polskiego na Am Gestade 7a przy Schwedenplaz. Nie pomógł mi też - o ironio! - pisarz literatury faktu, sam ambasador Rzeczypospolitej Polskiej w Austrii, Władysław Bartoszewski. Jego małżonka Zofia Bartoszewska była wtedy dyrektorką Państwowego Instytutu Wydawniczego w Warszawie.

Dziś, po wielu latach od tamtej działalności, zadaję sobie często pytanie: o co w ogóle chodzi w naszym ciasnym świecie? Kto miał wtedy i kto ma dziś dbać o to byśmy się nie wstydzili i nie zostawili polskiej literatury na obczyźnie w zapomnieniu? Jakim wielkim dramatem narodowym było opuszczenie Witolda Gombrowicza, Marka Hłaski i wielu innych? Istniały setki instytucji, setki najróżniejszych firm, a jakoś wielu pisarzy, poetów było lekceważonych, pozostawionych samym sobie. Nie byli potrzebni polskiej emigracji?

Choć napisałem kilkaset wierszy przez blisko trzynaście lat pobytu w Austrii, to nie wydałem tam żadnej książki. Udało mi się to w Monachium, u Ryszarda Antoniego Hajczuka, który prowadził wtedy Niezależny Związek Pisarzy Polskich „Feniks”. Wydał mi wówczas dwa zeszyty poetyckie: „Słowo” i „Oaza Polska”, zresztą w bardzo niskim nakładzie...

Pierwszą edycję naszego emigracyjnego konkursu w poezji wygrał przywołany na początku Adam Lizakowski z San Francisco (wówczas tam mieszkał). Został laureatem Wiedeńskiej Nagrody Literackiej im. Marka Hłaski za zestaw wierszy. W drugiej edycji zwyciężył Dariusz Muszer z Berlina. Muszę się w tym miejscu pochwalić, że po zwycięstwie Lizakowskiego pierwszy raz wystąpiłem wtedy w roli krytyka i przygotowałem coś w formie recenzji, eseju o jego twórczości. Był to mój debiut jako recenzenta. Tekst pod tym samym tytułem najpierw opublikował lubelski kwartalnik literacki „Akcent” (nr 1/1992), a niedługo po nim, też w Lublinie ukazał się on w kwartalniku „Kresy”, aczkolwiek ta redakcja wydrukowała tylko większy jego fragment. Sam Adam Lizakowski postarał się, aby został on opublikowany również w Chicago. Nie pamiętam dokładnie - ukazał się w „Gazecie Związkowej” czy w dzienniku „Zgoda”.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:3)

Komentarze

 

23 czerwca 2020

„Piękni dwudziestoletni” – po wielu dziesięcioleciach

Dopiero przy trzeciej lekturze „Pięknych dwudziestoletnich” Marka Hłasko uświadomiłem sobie, że ten słynny, legendarny, frazeologiczny tytuł mało ma wspólnego z treścią wyśmienicie skądinąd napisanej opowieści młodego pisarza. Co prawda sam autor w momencie jej wydania (1966) miał zaledwie 32 lata, ale o młodym polskim pokoleniu lat 50-tych i 60-tych w jego opowieści po prawdzie niewiele. Ten nieadekwatny tytuł nie jest jedynym wyrazem dezynwoltury i nonszalancji, jaka cechowała tego wybitnie utalentowanego prozaika. O „Pięknych dwudziestoletnich” sam Hłasko napisał przy okazji ich paryskiego pierwszego wydania, że są raczej „parodią niż autobiografią”. To kolejny sygnał jego nonszalancji, bo zawiera w sobie sugestię, że „Pięknych dwudziestoletnich” w ogóle można uznać za autobiografię, z którą również ta jego proza nie ma nic wspólnego. Hłasko nie opowiada w niej swojego życia od lat najwcześniejszych, jak na autobiografię przystało, lecz wchodzi, z miejsca, jak w filmowym scenariuszu, w sam początek największej i bardzo trudnej przygody jego życia, jaką była emigracja, z której nigdy do Polski nie wrócił: rozpoczyna opowieść od przylotu do Paryża w lutym 1958 roku.

Czym zatem są „Piękni dwudziestoletni”, skoro nie są ani opowieścią o pięknych polskich dwudziestoletnich (chyba, że uznać za nich, pars pro toto, samego Hłaskę i kilku jego kolegów), ani autobiografią, ani nawet parodią autobiografii. To zestaw opowieści, gawęd, barwnych opowiastek człowieka, który potrafił zajmująco, bardzo dowcipnie, choć z dodatkiem sporej dawki goryczy, opowiadać, stylem podszytym ironią, szyderstwem, nieco aranżowanym cynizmem, stylem pełnym błyskotliwych figur frazeologicznych, kapitalnie, przy użyciu prostych środków, zarysowanych sylwetek, łączącym w sobie felietonową lekkość z wartkością anegdotycznej narracji. Trzy pierwsze rozdziały są opowieścią o warszawskim głównie życiu Hłaski, od pracy szoferaka w bazie przy ulicy Sokołowskiej poprzez pierwsze próby dziennikarskie (nieudane z powodu nieposkromionego temperamentu młodego adepta), z dodatkiem soczystych i często przewrotnych w wymowie anegdot z życia ówczesnego stołecznego światka dziennikarsko-artystyczno-politycznego (n.p. pyszne anegdoty związane z Edwardem Bernsteinem-Żebrowskim, Bohdanem Czeszko, Władysławem Broniewskim, czy z pułkownikiem MBP Jackiem Różańskim) aż po pierwsze próby literackie. Trzy rozdziały ostatnie zawierają relacje z trudnego, nawet ciężkiego, tułaczego, pełnego rozczarowań i upokorzeń emigracyjnego życia Hłaski. Wszystko to przyprawione powtarzającymi się jak refren antykomunistycznymi diatrybami pisarza, które zresztą z literackiego punktu widzenia są najsłabszą warstwą jego rozwichrzonej, ale bardzo zajmującej opowieści. Fakt, że Marek Hłasko znany był, a nawet sławny ze swojej bujnej fantazji i nieposkromionej skłonności do zmyśleń oraz mitomanii sprawia, że już w momencie wydania „Pięknych” sceptycznie odnoszono się do prawdziwości jego relacji, a wielu wręcz ją całkowicie kwestionowało. Tym bardziej dziś, po 54 latach od wydania, „Piękni” są już tylko archiwalną fantasmagorią, jakąś opowieścią polskiego „barona Műnchhausena”, bladym cieniem świata, który nie istnieje już od kilku dziesięcioleci. Jednak nie dla dokumentalnej rzetelności warto przeczytać tę opowieść szalonego literackiego – nie bójmy się tego słowa – geniusza i trochę zmarnowanego, przez przedwczesną śmierć w wieku zaledwie 35 lat, pisarza, w którym „przez chwilę” wielu widziało największą powojenną nadzieję polskiej literatury. Jeśli najważniejszym kryterium wartości literatury jest zachowanie przez nią artystycznej i czytelniczej atrakcyjności mimo upływu czasu, to „Piękni dwudziestoletni” Marka Hłasko, choć są dziś już tylko opowieścią o świecie zaprzeszłych cieni, to zachowała ona swoje czytelnicze walory.

Marek Hłasko – „Piękni dwudziestoletni”, „Iskry”, Warszawa 2020, str. 240 , ISBN 978-83-244-1043-9

https://pisarze.pl/wp-content/uploads/2020/06/piekni-dwudziestoletni-181x300.jpg

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-1
#1640357

Poeci i krytycy starszego i średniego pokolenia:

Czesław Miłosz, Wacław Iwaniuk, Mieczysław Orski, Adriana Szymańska,
Kazimierz Braun, Anna Frajlich - Zając, Wojciech A. Wierzewski,
Marek Skwarnicki, Aleksander Nawrocki

Poeci i krytycy młodszego pokolenia:

Karol Maliszewski, Stanisław Dłuski, Jerzy Sikora, Zygmunt Jan Prusiński,
Andrzej Dudzinski, Aleksander Bilik, Wiesław Setlak, Janusz Drewnowski

- recenzja: Prusiński Zygmunt Jan: Złodzieje czereśni.
Akcent 1992 nr 1 s. 144-147

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1
#1640456

Witam Pana Zygmunta Jana Prusińskiego. Ciekawie opisane losy emigranta, który swego czasu zakochał się w poezji i jest wierny tej miłości. Duszy artystycznej niepodobna streścić w słowach, to jak nigdy niekończący się wyścig z czasem, z emocjami, z natchnieniami, z pragnieniami, to podróż bez taryfy ulgowej. Poetom, malarzom, artystom wszelkiej maści zawsze było ciężko, zawsze przymierali wszelakim głodem z tęsknoty za światem, który jest b. cząsto niewidoczny dla ludzi postronnych. Poeta, wielki artysta, geniusz jest skazany niemal z automatu na życie w jakimś sensie na marginesie niemal każdej społeczności. To jest paradoksalnie dar, jakoby owa tajemnica głębi, z któtrej każdorazowo wydobywa skarby duszy i serca. To powołanie ale i droga krzyżowa ludzi wrażliwych (oderwanych od rzeczwistości), zdolnych podążać, wzlatywać tam, gdzie inni zwyczajnie nie chcą lub nie mogą. Chętnie będe zaglądał do niektórych Pana wpisów, gdyż lubię poezję. Ona jest jak balsam na nasze skołatane, zmęczone, zatroskane serca, ona jak nikt inny koi, jest najpiękniejszym i najwonniejszym balsamem życia. Pozdrawiam b. serdecznie STRoch

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1640466