Od Dostojewskiego do Nobla

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Wielki zaszczyt nas spotkał. Literacką nagrodę Nobla dostała pani Olga Tokarczuk, czy jak tam się ta pisarka – feministka nazywa. Mamy kolejnego Nobla z literatury – pękają z dumy lewicowe a postępowe media. Prawicowe z kolei narzekają i wyrzekają, że nie ta osoba, że to nagroda polityczna, czy ideologiczna, że są lepsi pisarze, czy pisarki… a tu dostała ją ta, co nienawidzi Polski i Polaków. W najlepszym wypadku piszą, że pani Tokarczyk to świetna pisarka, ale nie lubi Polski. Ciekawe jest to rozróżnienie: pisarze i pisarki. Jakby mężczyźni i kobiety stanowiły odrębne plemiona, nie, więcej, jakbyśmy byli odrębnymi gatunkami człowieka. Kiedyś się pisało: pisarze, czy kolejarze i obejmowało to obie płcie. Dziś starannie się wyszczególnia: pisarz – on, ona – piaskarka, on – kolejarz, ona – kolejarka, on – froter, ona - froterka? Język tego nie ogarnia. I nie tylko język, mózg również. Ale język znajduje się blisko mózgu, więc to zrozumiałe.

   Poddaję świetny temat dla nowej powieści postępowej pisarki pani Olgi Tokarczuk: cierpienia młodego Wertera po nowemu. Temat ktoś już wymyślił, więc pisarka Olga nie musi się wysilać – i tak temu nie podoła, szczerze mówiąc pisarka Olga literackiego prochu nie wymyśli – w dodatku autor nie żyje od 200 lat, więc nie grozi proces o plagiat. Wystarczy ten temat tylko odkurzyć, opracować po nowemu a postępowo i sprzeda się jak… no prawie, jak ciepłe bułeczki. Młody Werter po zmianie płci: obciął sobie jajka i może fujarkę i został „prawie” kobietą. Ale stwierdził, że to nie to. Głupia sytuacja, prawda? Co się stało, już się nie odstanie: jajek już nie da się przyszyć, fujarka poszła w pi…u a sztuczna wagina to jednak tylko lateks dający tyle samo rozkoszy, co gumiaki na nogach. Nic tyko siąść i płakać. Więc nowoczesny Werter męczy się, i dręczy, i cierpi. I skarży i jęczy. Koniec musi być jednakowoż optymistyczny. Inaczej się nie godzi w postępowej literaturze. Literatura ma wychowywać i kształtować, ma formować nowego człowieka. Na koniec swych cierpień, młody Werter… Ważna uwaga: żadnego samobójstwa. O nie! Samobójstwo fatalne wygląda! Jeszcze gorzej się sprzedaje. Trup nie może przecież spółkować! A bzykanie się z nieboszczykiem jest niesmaczne i źle odbierane społecznie. Jeszcze źle odbierane. Powolutku, pomalutku Więc młody Werter na koniec swych cierpień zostaje Drag Queen! Cokolwiek to znaczy. Wybiera trzecią drogę, albo piąta płeć, czy płeć nr 33, bez znaczenia. Miast karmić sobą robaki, żywy i szczęśliwy, acz nieco zużyty, młody Werter sławny i bogaty jest celebrytą światowego formatu: ma willę w Hollywood, udziela wywiadów, kosi kasę równie łatwo i obficie, jak kombajn żyto na polu. W wolnych chwilach jeszcze młody Werter poucza młodzież jak żyć; że można i trzeba ujawnić swoje prawdziwe ja, nawet gdyby miało to boleć. Pointa musi mieć pozytywny wydźwięk: przez cierpienie osiąga się piękno i szczęście, i wielokrotny orgazm. Jakiż to wdzięczny i właściwy temat dla postępowej pisarki klasy Olgi Tokarczek. Sprzedaję go a właściwie daję za darmo. Może dostanie za to… Co? Nobla pani Tokarczuk już ma. Może francuską nagrodę Goncourtów? Albo nagrodę wydawców brytyjskich? Albo nagrodę wydawców z Nowej Yorku, jakieś ichniego Pulitzera, czy co innego? Taka nowoczesna opowieść o współczesnych problemach w dobie gender, czy wodnika na pewno nie przejdzie niezauważona.

    Wracając do tematu, czyli nagrody Nobla dla Olgi Tokarczyk… Szczerze mówiąc nie zgadzam się ani z lewicowymi epigonami postępu, co ścielą się pod stopami nowo narodzonej noblistki niczym czerwony dywan, ani z prawicowymi narzekaczami-wyrzekaczami, którym jak zwykle nic się nie podoba, nawet kolejny „tryumf” polskiej literatury. Mogę się na ten temat wypowiedzieć zupełnie otwarcie, bowiem nie przeczytałem żadnej z książek nowej noblistki. Jest to zatem zdanie całkowicie obiektywne, oczywiście pomijać zawiść, która toczy mnie i innych nieudanych literatów wobec wielkiego, światowego sukcesu pani Olgi.

   Uważam za z gruntu błędny pogląd, że na dany temat powinien wypowiadać się tylko ci co się znają, czyli tzw. wąsko skrojeni specjaliści. Gdyby przyjąć takie założenie, to z telewizji wszelakich, od prawa do lewa, winni zniknąć nie tylko dziennikarze – bo oni z definicji na niczym się nie znają i są z tego dumni – ale również tzw. eksperci, co pętają się po wszystkich telewizjach, jak te zbłąkane psy, tudzież autorytety rozmaite. Co by wówczas poczęli, ten nasze autorytety, ci mędrcy, ci błyskotliwi dziennikarze, gdyby nie mogli nas raczyć swymi głębokimi przemyśleniami, owocami swoich śledztw dziennikarskich, swoimi wspaniałymi metaforami i innym przejawami swego intelektu? Nie mówiąc o płacy, która w przypadku nieobecności na wizji znaczący by się im obniżyła. A zamiast gadających głów mielibyśmy tylko teksty na paskach. Lecz te teksty również ktoś musiałby napisać. I wracamy do początku. Nie, to niedopuszczane założenie, że trzeba się znać na tym, o czym się mówi, czy pisze. A nasze szanowne panie? One zawsze mają tyle do powiedzenia i to na każdy temat. Toż musiałyby zawiązać sobie języki na supeł. I milczeć jak zaklęte… Zgroza, więcej, to byłaby zbrodnia. Nasze piękne panie dostałyby pypcia na jeżyku z tego wstrzymywania się od wolnej wypowiedzi. Nie, nie, nie. Nie wolno naszych pań skazywać na takie cierpienie. Tak się nie godzi, to jest nieludzie i niehumanitarne podejście, że mówimy tylko o tym, na czym się znamy i mamy na to urzędowy papier – poświadczenie formalne i niepodważalne.

   Skoro inni mogą, ja też mogę. Tu jest temat o tyle łatwiejszy, że na literaturze, na książkach znają się wszyscy, jak na medycynie. Dlaczego nie przeczytałem żadnego z epokowych dzieł pisarki Olgi Tokarczyk? Przysięgam, naprawdę chciałem. Lata temu próbowałem. Byłem wówczas czytelnikiem gazety postępowej i zażartym zwolennikiem idei postępu, tudzież zaprzysięgłym wrogiem nietolerancji, ksenofobii, szowinizmu, i faszyzmu też. Wszystko przez smak. Albo ma się ten smak albo się go nie ma. Można go wyostrzyć, lub stępic, ale trzeba go mieć od urodzenia. Jeszcze jedna cecha wrodzona, jak, skłonność do tycia, czy łysienia, do nadciśnienia czy schizofrenii. I tutaj nic się nie poradzi. Inne zmysły można oszukać, umysł zwieść, rozum wykiwać, ale nie smak. Jak byś sobie nie tłumaczył, to niesmak w gębie nie jest przyjemny i nigdy nie będzie, choćbyś na głowie stawał. Trudno, darmo: piołun nigdy nie będzie smakował jak miód.

   Poza tym zwyczajnie szkoda mi czasu na czytanie bele czego. W księgarniach jest pełno książek w kolorowych okładkach. Na obwolucie każdej pisze, że ta powieść jest nadzwyczajna, niezwykła, a autor(ka) jest mistrzem narracji… Oczywiście, to tylko slogany reklamowe mające nas skłonić do wydania pieniędzy na tę właśnie powieść. Podobnie nie ufam temu, co piszą w gazetach tak zwani krytycy literaccy nawet a zwłaszcza w gazecie popularnej… Nie są to żadni niezależni krytycy, lecz propagatorzy i agitatorzy autorów z kręgu własnej adoracji. Dlatego stosuję prosta zasadę: zasadę trzech zdań. Otwieram książkę na chybił trafił i czytam trzy zdania. Praktycznie 100 % modnych a współczesnych powieści, czy zbirów opowiadań nie przechodzi tego testu. Dzięki temu zaoszczędzam sporo pieniędzy. Książka Olgi Tokarczyk także poległa na teście trzech zdań. Później przeczytałem, że podobny test trzech zdań wymyślił i stosował bodajże Julian Tuwim, jeszcze przed wojną. I wówczas ilość nie przechodziła w jakość, ani ilość wydawanych książek, ani ilość pochwał znanych i „niezależnych” krytyków literackich. Nie zawsze to działa. Niektóre książki przechodzą test trzech zdań, trzeba je przeczytać prawie w całości aby przekonać się, że nie były warta tego wysiłku. Kiedyś przeczytałem nawet jedną z powieści o czarodzieju Harrym Potterze angielskiej autorki, niejakiej J. K. Rowlings. Był to wówczas ogólnoświatowy hit, czy zręcznie napędzane szaleństwo. Boże, męczyłem się, ale dałem radę. I po co? Więcej bym zyskał, gdybym czas poświęcony na lekturę powieści J. K. Rowling poświęcił na przykład na haftowanie papierowych chusteczek do nosa. Żadnej z książek pani Tokarczyk nie przeczytałem, bowiem nie byłem w stanie przebrnąć dalej niż trzy zdania. Ostatnio wróciłem do jakiego opowiadania noblistki, nie żebym kupił, w Internecie. Skoro dostała Nobla to może warto? Przeczyłem może stronę, nie, mniej ze dwa akapity i dałem sobie spokój. Jedno przyznaje naszej noblistce. Tokarczuk przynajmniej umie pisać. Podstawowa umiejętność: umie sklecić zdanie a nawet połączyć je ze sobą w przeciwieństwie do takiej „sławy literatury”, jak J. K. Rowling, która w ogóle nie radzi sobie materią słowa. Co nie przeszkodziło J. K. Rowling zarobić z miliard funtów na swoim pisaniu. Ale gdyby wziąć tekst pani Tokarczuk wyżąć i wykręcić to nic by z niego nie zostało. U Rowling jest jakaś historia, głupia bo głupia ale coś jest. Tu nic. Pustka. W sumie takie… ble, ble, ble, bleblanie. I to w dodatku babskie bleblanie. Jest też męskie bleblanie, nieco inne, ale na to samo wychodzi. Teraz bardzo modne, nowoczesne bleblanie. W tekstach Tokarczyk uderza miałkość, ale też miałkość we właściwej tonacji, czyli postępowej tendencji. Są to utwory z teza, modną tezą,. Nic dziewnego, że pani Olga Tokarczyk dostała tego Nobla. Tam szukają takich powieści i takich autorów z egotycznych krajów, najlepiej autorek, piszących pod właściwą    postępową nutę.

   Niektórzy zarzucają noblistce Tokarczyk jej negatywne wypowiedzi o Polsce i Polakach. Uważam, że to bez znaczenia dla oceny jej pisaniny. Więcej, to wyraz kompleksów. Pse, pani, ona mnie nie lubi! Pse pani, pse pani, a on się wyraża! Jak dzieci, co się skarżą, że w klasie ich nie lubią. Nie ma żadnego obowiązku lubić, czy to Polaków, czy Niemców, czy Aborygenów. Jeden wyjątek. Trzeba lubić Żydów. Koniecznie trzeba ich lubić i podziwiać. A przynajmniej nie wrażać publicznie negatywnych opinii o narodzie wybranym, inaczej przegranym. Poza tym hulaj dusza… Żaden to żaden zarzut, że pani Tokarczyk negatywnie wyraża się o Polakach. Taki Fiodor Dostojewski. Wielki pisarz rosyjski. Właściwie pisarz. Są pisarze, jak Dostojewski i cała reszta, ta masa pracowicie zapełniająca literami puste stronnice, owi wyrobnicy pióra, jak Tokarczuk. Fiodor Dostojewski wielki pisarz rosyjski był… Polakiem. Jego dziad, był Polakiem z rodziny szlacheckiej w województwie pińskim, który po III rozbiorze tak gorliwie służył władzy rosyjskiej, iż dosłużył się stopnia carskiego generała. Za zasługi dla cara dostał mały majtek na Polesiu. Jeden z licznych majątków skonfiskowanych przez władze rosyjskie polskim patriotom po powstaniu kościuszkowskim. Zatłukli go jego właśni chłopi za to, co robił im i ich córkom. Ojciec, Michał Dostojewski, drugi w rodzie Polak wysługujący się Rosji, był pijakiem, rozpustnikiem i degeneratem. Mieszkał i pracował w Moskwie z żoną Marią, jako ordynator w szpitalu dla umysłowo chorych. Michał Dostojewski dręczył i bił żonę, dzieci, służbę. Na rosyjska modłę, każdego kogo mógł, kto stał niżej w hierarchii. Podobno zabił go własny służący wlewając pijanemu do gardła wódkę. Michał Dostojewski – pierwszy zruszczony Polak w rodzie, dziadka nie licząc, i ostatnia kanalia. Był też zdrajcą, ale tego akurat Fiodor – syn – ojcu nie zarzucał. Rodzina od pokoleń powiedziałbym… chorobliwie patologiczna. Fiodor Dostojewski dzieciństwo spędził w szpitalu psychiatrycznym i w domu gorszym od szpitala psychiatrycznego, co wiele tłumaczy. Swoim sześciorgu dzieciom Michał nadal imiona rosyjskie. I tak pojawia się to dziwne połączenie. Nazwisko – Dostojewski, czysto polskie i imię Fiodor – czysto rosyjskie. Jak skrzyżowanie psa z kotem. Takie hybrydy budzą żywą niechęć, wręcz nienawiść. Fiodor Dostojewski niemało się nacierpiał w korpusie kadetów od kolegów, którzy prześladowali go za to, że był Polakiem. Fiodor Dostojewski z gorliwością neofity, nowego i przyszywanego Rosjanina, nienawidził Polaków. Kiedyś powiedział, że gdyby wiedział, że ma choć kroplę polskie krwi to wypuściłby ją sobie z żył. Prawdę mówiąc, aby się pozbyć polskiej krwi Fiodor Dostojewski powinien całkiem się wykrwawić, do ostatniej kropli krwi. W powieściach Dostojewskiego Polacy, o ile się pojawiają, to są oszustami, krętaczami, kanaliami. Cóż, pisząc o Polakach Fiodor wracał pewnie myślą do rodzinny, do ojca. Jednak ważne jest, co człowiek wynosi z rodzinnego domu. Ale o Fiodorze Dostojewskim kiedy indziej. Jedno jest pewne. Fiodor Dostojewski, wielki, genialny pisarz, gdyby ożył, nie dostałaby literackiej nagrody Nobla. Jego powieści mają… niewłaściwą wymowę. Całkowicie sprzeczną z nowoczesnym tendencjami. Co innego pani Tokarczyk. Ta wpasowuje się do nowoczesnej mody jak ręka do rękawiczki. 

   Porównywanie Olgi Tokarczuk do innej, naszej noblistki Wisławy Szymborskiej jest z gruntu niesprawiedliwe dla Szymborskiej. To jak niebo i ziemia. Wiesława Szymborska była poetą w pełni znaczeniu tego słowa. Rodzaj żeński: poetka brzmi dla mnie nieco śmiesznie, więc tego babskiego terminu nie używam. Po Szymborskiej zostało co najmniej kilka pięknych, przejmujących wierszy. Że pisała też rzeczy gorsze, teksty komuś nie pasujące, czy go obrażające? I co z tego? Daj panie Boże, żeby po innych pisarzach, czy poetach, zostało bodaj kilka dobrych wierszy. Jak zauważył Ignacy Krasicki: czasem i Homerowi zdrzymać się przygodzi. Czyli i Homerowi trafiają się słabsze momenty. Fiodor Dostojewski, syn swego ojca, ten zruszczony Polak, to też nie był człowiek, jak bukiet fiołków. O, nie. Nie był. Zresztą, jeśli ktoś chce być lubiany przez wszystkich i wszystkim się podobać, nie powinien pisać, lecz wybrać inne zajęcie, dajmy na to cukiernika. Wszyscy lubią ciastka: kremówki, pączki, drożdżówki, eklerki, inne. Zamiast pisać lepiej robić torty, wszyscy lubią torty. Diabetycy nie lubią? Nieprawda. Chorzy na cukrzyce też kochają torty tylko nie mogę ich jeść.  

   Przechodząc od słodkości do smaku w innym sensie. Pisał o tym Zbigniew Herbert w jednym z wierszy, że smak jest najważniejszy. Miał rację. Ale Herbert nagrody Nobla nie dostał. Wiersze Herberta nie smakowały odpowiednio szwedzkiemu komitetowi. Za to twórczość pani Tokarczyk noblowskiemu komitetowi złożonemu z postępowych krytyków i znawców literatury smakuje wybornie. Trudno się dziwić. Razem z panią Tokarczuk nagrodę Nobla dostał niejaki Peter Handke, Austriak, czyli Niemiec. Tu naprawdę nic nie wiem co pisze, o czym i w jakim języku. Chyba pisze po niemiecku, jak to Austriak. Peter Handke dostał nagrodę, za „wpływową pracę, która z językową pomysłowością bada peryferie i specyfikę ludzkiego doświadczenia.”. Nazywa się to ezopowy język. Każdy czyta to jak chce i rozumie jak mu się podoba. Wszystko pasuje, nie ma złych interpretacji. Pani Tokarczuk dostała nagrodę Nobla za… „wyobraźnie narracyjną, która z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia”. Fajna to rzecz dostać nagrodę Nobla za wyobraźnię, i to narracyjną wyobraźnię! Inna austriacka pisarka Elfriede Jedlinek dostała nagrodę Nobla w 2004 roku. W uzasadnieniu komitet noblowski pisze, że dostała ją za… „demaskowanie absurdalności stereotypów społecznych w powieściach i dramatach”. Przekładając to szwedzkie gadanie na nasze można powiedzieć, że pani Jedlinek dostała nagrodę Nobla za pisanie pół-pornograficznych powieści, lub lepiej - powieścideł. Inny noblista z 2000 roku, chińczyk Gao Xingjian – za Chiny nie wiem jak to się czyta – dostał nagrodę za „dzieło o uniwersalnej istotności oraz geniusz językowy, który otworzył nowe ścieżki przed chińskim powieściopisarstwem i dramatem.” Ciekawe, kto z Akademii Szwedzkiej przyznającej nagrody literackie Nobla zna chiński i potrafi przeczytać dzieła niejakiego Gao Xingjian’ga, by docenić jego językowy geniusz wyrażony w narzeczu kantońskim? A może mandaryńskim? Typowa mowa trawa, jak kiedyś mawiały dzieci. Ale dobrze brzmią takie słowne bańki mydlane. Nikt się nie przyczepi. Nie sposób się przyczepić do słów bez znaczenia, a gęstych jak mleczna mgła. Nawet nie wiedziałem, że Chińczyk dostał literackiego Nobla. Ale, co szósty człowiek to Chińczyk, Chiny to już supermocarstwo, więc Chińczykom należała się nagroda Nobla i padło na Gao Xingjian’ga. Kto zaprzeczy, kto sprawdzi jego geniusz językowy wrażony w narzeczu kantońskim? Którym mówi, bagatela, ze 300 milionów ludzi.

    Ach, ten język szwedzkich, postępowych akademików! Powiedzieć ezopowy to za mało. Następną nagrodę Nobla z literatury w następnym roku komitet Noblowski powinien przyznać komitetowi Noblowskiemu, za… „niezwykłą językową wyobraźnię w tworzeniu abstrakcyjnych przestrzeni językowych jedynie bardzo luźno związanych z rzeczywistością”.

    Sto lat temu szwedzki komitet uparcie nie chciał przyznać nagrody Nobla z fizyki Albertowi Einsteinowi, co roku nominowanemu do tejże nagrody. Mimo corocznego, wściekłego wycia lewicowej prasy ci uparci szwedzcy profesorowie tej nagrody nie przyznali Einsteinowi ani za Szczególną, ani za Ogólną Teorię Względności. Nie przyznali jej nikomu: po prostu nie wiedzieli kto stoi za wielkimi odkryciami rzekomo Alberta Einsteina – geniusza wszech czasów. Albert Einstein dostał nagrodę Nobla z fizyk w 1921 roku za wyjaśnienie efektu fotoelektrycznego, swoje jedyne, własne odkrycie. Dziś, gdyby żył Albert Einstein dostałby nagrodę Nobla za Ogólna Teorię Względności, i za Szczególną Teorię Względności i za odkrycie prawa powszechnego ciążenia. I za rewelacje, że Ziemia jest okrągła Albert Einstein też dostałby nagrodę Nobla.

   Czy zatem nagroda Nobla nic nie znaczy? Nic takiego nie powiedziałem. Pani Olga Tokarczyk dostanie trzy i pół miliona złotych w gotówce i to bez podatku. Minister finansów wyda specjalne rozporządzenie, aby fiskus nie uszczknął ani złotówki z nagrody Nobila. Mieć trzy i pół miliona, bez podatku, a nie mieć to jest różnica, tu każdy się zgodzi. J. K. Rowling zarobiła miliard funtów na swoich powieścidłach, jej nie zależy na marnych trzech milionach i to złotych. Dla biednej Polki, pani Tokarczuk – przepraszam ją od razu za nazwanie jej Polką – zatem dla biednej pani Tokarczyk to bardzo poważna suma. No a ten splendor? Te honory? Te wywiady? Skacząca sprzedaż książek?! To też się liczy. Olga Tokarczyk laureatka literackiej nagrody Nobla będzie odtąd najważniejsza we własnym kręgu wzajemnej adoracji. Nikt jej nie wyprzedzi. Nikt nie przerwie wypowiedzi niewczesnymi uwagami. Pani Tokarczuk zajmie pierwsze miejsce przy stole literackiego postępu, miejsce u samego szczytu. Młodzi adepci literackiego kunsztu będą spijać słowa z jej warg skąpo kapiące… niby perły mądrości. Czy to mało? Zostać literacką wyrocznią? Ble, ble, bleblanie też docenią, o ile jest to właściwe, postępowe bleblanie. Taki Dostojewski nagrody Nobla nie dostał. Ani Lew Tołstoj. A pani Tokarczuk dostała! Kto jest lepszym pisarzem, pisarką? Olga Tokarczuk ma ich wszystkich pod sobą. Lub za sobą.

   Jakie mamy czasy, takich mamy twórców, pisarzy, czy poetów. Jaki komitet noblowski, takich laureatów nagrody Nobla. O tempora, o mores! – jak narzekał ten stary pierdoła Cyceron.

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:5)

Komentarze

jak pączkowi w maśle

 

w ruch idzie kadzidło

chochlą będę słodzić

jak paczkowi w maśle

będzie mi się powodzić!

 

PS Znakomity tekst, no i te bezcenne rady, których nie sposób nie wziąć sobie głęboko do serca. 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-1

jan patmo

#1607691

Dziękuję za miłe słowa i pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1607693

gdyby żył Tołstoj i Dostojewski, zapewniam Pana, że nie usłyszałby Pan nawet o ich istnieniu, ponieważ za to, co pojawia się na rynku literackim odpowiadają wydawcy. 

Nie Tokarczuk, lecz wydawcy.

To oni narzucają trendy. A trendy są takie, jakie spotykamy w mediach i popkulturze, a teraz nawet te same trendy w Kościele Katolickim papieża Franciszka.

Talent nie ma żadnego znaczenia.

Więc Tołstoj i Dostojewski mogą mówić o szczęściu, że ktokolwiek o nich jeszcze pamięta i że w ogóle zostali wydrukowani.

Może mieliby cień szansy, gdyby zeszliby do poziomu współczesnego rynsztoku literackiego, który propagują propagandyści, zwani wydawcami, lecz naprawdę są złodziejami, nazywającymi się i siebie wydawcami.

Czy mogę to udowodnić, że tak jest?

Oczywiście, ale dla innych ewidentne dowody są objawem...frustracji.

Niech Pan spróbuje np. udowodnić korupcję wśród sportowców i działaczy sportowych. 

90% kibiców swojej drużyny, dziennikarzy umaczanych w sprawę, działaczy środowiskowych, od razu nazwie takiego kogoś odpowiednim epitetem.

 

 

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Hoyt

#1607712

Myślę, że nie jest tak źle jak pan pisze. Trzeba zrozumieć i wydawców, oni też maja własne racje i swój biznes. Muszą starać się, by nie zbankrutować. Drukują to, co ich zdaniem się sprzeda. Nie ich wina, że ludzie nie  chcą czytać Tołstoja, czy Dostojewskiego, a wola sagi o upiorach, wampirach, albo kryminały, seryjnie produkowane przez amerykańskie automaty piszące, zwanym dla niepoznaki autorami hitów. Jest to raczej przyczynek do upadku intelektualnego. Kiedyś ludzie czytali Dostojewskiego, czy Sienkiewicza dziś czytają, jeśli coś czytają, amerykąńską sieczkę do umysłowo niepełnosprawnych. 

Ja nie mam z tym kłopotu. Po prostu piszę i publikuję w Internecie. Czyta, kto chce i komu się podoba. Nie mam z tego co prawda, ani pieniędzy, ani sławy, ale za to mogę pisać, co chcę. To też coś warte. 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1607877

wszak do wszystkiego można się przyczepić (na ten przykład do noblistów). Żartuję.

Ja o czymś innym, chociaż z podobnej beczki. Często oglądam na "jutubie" odczyty, konferencje, wypowiedzi w telewizjach, monologi różnej materii specjalsów i szlak (już mnie nie ) trafia gdy słyszę dziennikarzy, doktorów, a nawet profesorów różnej maści, którzy nie potrafią powiedzieć "ą" i skutecznie i stale (to nie pomyłka oni tak mają) zamiast owej zgłoski  mawiają "om". Tak już mają. Niby nic, wszak nikomu ni wadzi, ale gdzie ci ludzie dostali dyplomy uczelni? Wychodzi pan autorytet np w "Klubie Ronina" i nawija "om", "om", "om". Albo dyskusja z p. dr Jackiem Banasiakiem, no tam to stanęła elita uczelniana i podobnie gaworzą, a może należałoby powiedzieć; "gaworzom".

Ludzie, wykształciuchy!  Nauczcie się po polsku mówić, zwłaszcza publicznie, albo siedźcie w domu i nie zawracajcie gitary!

Jeszcze raz dziękuję za felieton i przepraszam za mój wtręt.

Pozdrawiam serdecznie.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Apoloniusz

#1608404