Sztuka fugi, sztuka życia i umierania cz. I

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Jan Sebastian Bach: Die Kunst der Fuge – będę używał niemieckiej nazwy, bo taka jest w oryginale – po naszemu: Sztuka Fugi, BWV 1080. Ostatni utwór mistrza. Ośmielę się powiedzieć, iż jest to najbardziej niezwykły utwór w dziejach muzyki. Jan Sebastian Bach rozpoczął prace nad tym dziełem na rok przed śmiercią w 1749 roku, będąc poważnie chory. Bach chorował na oczy, miał zaćmę, zwaną inaczej kataraktą i był już praktycznie ślepy. Zaćma to choroba częsta u osób starszych, która rozwija się przez wiele lat, chory stopniowo traci wzrok. Pod koniec swego życia Jan Sebastian Bach nic, albo bardzo niewiele widział. Ślepota to jedno z najstraszniejszych ułomności, wyklucza z aktywnego życia, szczególnie ciężka dla takich aktywnych osób jak Bach, który całe życie pisał, grał, komponował, pracował, zarabiał i utrzymywał liczną rodzinę. Teraz stał się ciężarem dla innych. Nawet gdy ci inni, to najbliżsi: żona, czy dzieci, jest to sytuacja trudna do zniesienia. Tak więc Jan Sebastian próbował się leczyć, czyli zdecydował się na operację zaćmy. Już starożytni greccy lekarza operowali zaćmę, tworząc specjalne narzędzia, które praktycznie nie zmieniły się do dzisiaj, oczywiście w kształcie, nie materiałach. Ah, ci Grecy! Jedyny prawdziwe genialny naród w dziejach. Gdzie nie spojrzysz, zawsze się na nich natkniesz. Mowa o starożytnych Grekach. Z tych współczesnych przebierańców, bezczelnych samozwańców nie ma żadnego pożytku.

Choroba

Operację wykonał jakiś angielski lekarz; angielski, czyli obcy, znaczy drogi lekarz. Ani Bach, ani jego rodzina nie szczędzili pieniędzy w nieszczęściu. Wybrali z pewności najlepszego specjalistę do tej trudnej i niebezpiecznej operacji. Jak to musi być straszny ból – skrobanie nożem soczewki oka! Bez znieczulenia. Nie znam się na tym, ale wydaje mi się, że musiało być jakieś znieczulenie. Nie wyobrażam sobie, aby mogło być inaczej. Żaden człowiek nie wytrzyma takiego bólu. Oczy to najmocniej unerwiona część naszego ciała. Oczy, te nasze zwierciadło duszy, to źródło straszliwego bólu przy urazie. Tu oczy są cięte i czyszczone, skrobane nożem. Alkohol to za słaby środek znieczulający. Znano wówczas mak, czy opium. Tak więc myślę, mam nadzieję, że Jana Sebastian Bacha znieczulono np. opium do operacji i po operacji też. W tym czasie nie znano nie tylko środków znieczulających, ale nie wiedziano również nic o mikrobach, o bakteriach. Chirurg nawet nie myjąc rak wyciągał przyrządy z torby i przystępował do operacji. Ryzyko infekcji, zakażenia rany było bardzo wysokie. Infekcja oczu, przy braku antybiotyków, oznacza śmierć pacjenta. Operacja zaćmy była bardzo ryzykowna, i bardzo, bardzo bolesna, lecz Bach o tym wiedział, gdy się na to zdecydował i zapłacił ciężkie pieniądze angielskiemu chirurgowi. Dziś wieszają psy na tym angielskim lekarzu, bo jego pacjent umarł, ale prawdę mówiąc, nawet jakby był mistrzem skalpela to taka operacja w tamtych czasach była loterią. Pół na pół, mniej więcej: życie, albo śmierć. Operacja się udała, jak to zwykle bywa z lekarzami i wtedy i dzisiaj, lecz już po kilku dniach chirurg musiał robić drugą, co oznacza, że nie wszystko poszło tak, jak należy. Co może, ale nie musi być winą chirurga. Skutkiem operacji – pierwszej czy drugiej, bez znaczenia – w oczy Bacha wdała się infekcja, nie do wyleczenia w tamtych czasach. Bach miał pecha, jak wielu innych. W kilka miesięcy później Bach umarł. Infekcja spowodował udar – wylew krwi do mozgi i całkowity paraliż, oraz w rezultacie śmierć geniusza muzyki wszech czasów. Właściwie to dziwne, że Jan Sebastian Bach wytrzymał tyle miesięcy choroby i cierpienia. Musiał mieć bardzo silny i zdrowy organizm, i serce jak dzwon, rzecz jasna pomijając oczy.

   Oślepły, z gorączka, nękany przeraźliwym bólem Jan Sebastian Bach pracował na swoim ostatnim dziełem: Die Kunst der Fuge. I to się czuje w tej muzyce. Ciekawe, że na swoje ostanie dzieło Bach wybrał fugę, sztukę fugi. Die Kunst der Fuge - Sztuka Fugi: tytuł nie pochodzi od Bacha, chociaż wydaje się, że go akceptował, ale w jego stanie nie bardzo mógł się kłócić. Ale przyjmijmy, że przynajmniej go zaaprobował. Prawie trzydzieści lat wcześniej w 1722 roku J. S. Bach skomponował swe cudowne Das Wohltemperierte Klavier (Dobrze nastrojone klawisze), dokładnie I księgę (BWV 846 – 869). Drugą księgę Das Wohltemperierte Klavier Bach skomponował w 1742 roku, na osiem lat przed śmiercią (BWV 870 – 893). Każda księga Das Wohltemperierte Klavier zawiera 24 pary preludia i fuga, każda para w innej tonacji, każda oparta na innym motywie muzycznym stanowiącym zarazem część całości. Die Kunst der Fuge to następny krok na tej karkołomnej muzycznie drodze. Trudno wyobrazić sobie trudniejsze muzycznie zadanie. Sztuka Fugi oparta jest na jednym muzycznym temacie i napisana jest w jednej tonacji. Wielkie dzieło muzyczne oparte na jednym temacie, temacie przepięknym, ale przecież tylko jednym! Dodatkowo jest to muzyka polifoniczna, gdzie w poszczególnych częściach Kontrapunktach i Kanonach występują po dwa, trzy głosy! Nikt dziwnego że nikt, żaden muzyk, ani przed, ani po Bachu nie podjął się takiego zadania. I Bach wykonał go! Temat powraca, ale nigdy się nie powtarza, za każdym razem jest ten sam, ale inny. Żadnej nudy, żadnej monotonni, żadnych powtórzeń, ani jednej niechcianej nuty!

   Pracę nad Sztuka Fugi przerwała śmierć Bacha 28 lipca 1750 roku, a pracował nad nią do samej śmierci, o ile rzecz jasna mógł, na ile był w stanie. Jest to utwór niedokończony, ale to nie znaczy, że niepełny, że zły, czy nieudany. Przeciwnie, to jedna z najwspanialszej spisanej muzyki. Die Kunst der Fuge przypomina strzelistą górę, choć góra to złe porównanie. Góra przecież to wielka, ale zimna i martwa skała. Nie martwa, lecz żywa góra – wulkan o stromych brzegach wyrastający z morza ponad ocean pospolitości, to jest zwykłej, popularnej muzyki, z wierzchołkiem ukrytym w pierzastych chmurach, zda się umarły, wygasły, lecz żywy, raz za razem strzelający dymem i plujący pióropuszami płonącej lawy. Bach wykonywał dwa zawody: pracował jako organista, oraz jako nauczyciel muzyki, W zamierzeniu Bacha to utwór dydaktyczny, jak kunsztowne wypracowanie profesora dla uczniów, jak należy uprawiać sztukę fugi, jak powinna brzmieć i jak pisać muzykę polifoniczną. Nie będę się wymądrzał i cytował muzycznych terminów, dość, iż zdaniem uczonych muzykologów w dziele Bacha zawarte jest wszystko, wszystkie muzyczne środki jakie winna zwierać muzyka polifoniczna, czyli wielogłosowa. W swym ostatnim dziele Jan Sebastian Bach chciał przekazać następcom to umiał najlepiej. Jest to w pewnym sensie jego muzyczny testament. Lecz Bach nie stworzył suchego podręcznika muzyki; to muzyka żywa, cudowna i porywająca.

   Jest takie powiedzenie: ograniczenia czynią mistrza. Jan Sebastian Bach i jego Sztuka Fugi to najlepsze potwierdzenie prawdziwości tego zdania. Dla mistrza ograniczenia są odskocznią do stworzenia wielkiego dzieła, dla partacza… wymówką. Cóż, złej tanecznicy przeszkadza rąbek spódnicy. I to też prawda. Niestety, gdy Bach umierał sztuka polifonicznej muzyka odchodziła w niebyt, zaczynało się panowanie nowej muzyki, zaś jego spuścizna, jego Sztuka Fugi niewielu zainteresowała. Wkrótce nikogo. Przyszło zapomnienie. W tym sensie Sztuka Fugo to wołanie na puszczy chorego i starego, prowincjonalnego organisty piszącego niemodną muzykę. Powrót, odkrycie muzyki Bacha to XX wiek, dwieście lat później.

   Niestety, dziś jest jeszcze gorzej niż w czasie tuż o Bachu. Następcy Bacha w tym jego syn Karol Filip Emanuel Bach (Carl Philip Emanuel Bach, albo C.P.E. Bach 1714 - 1788) odrzucili muzykę polifoniczną, ale przynajmniej trzymali się harmonii. Współczesna muzyka tak zwana poważna odrzuciła również harmonię. Słusznie. Po co się męczyć? Precz z ograniczeniami! Po co nam jakieś ograniczenia? Gdy są ograniczenia, jakieś wymogi formalne, to słychać, kto pisze dobrą, kto złą muzykę. A tak hulaj dusza. Wystarczy nagrać pracę młota pneumatycznego, albo zgniatarki śmieci i już jest muzyka. Każdy może pisać muzykę, nie trzeba nawet znać nut. Są przecież komputery, syntezatory, tajemne algorytmy. Wystarczy chcieć i zainwestować niewielka sumę pieniędzy. Każdy jest muzykiem, prawie takim jak Bach. Wszystko jest muzyką. Wszystko jest sztuką, nawet sedes w klozecie. Sedes w kiblu, nawet w ubikacji w muzeum to tylko sedes, wiadomo do czego służący, ale ten sam sedes ustawiony w sali wystawowej muzeum to sztuka! Żyjemy w cudownych czasach dla artystów. Wystarczy wypchać zdechłego konia i postawić go w muzeum, albo jeszcze lepiej na zdechłym koniu postawić zdechłego psa, albo nagrać jak się je się banana, albo się wypróżnić publicznie. I już jest sztuka i są ARTYŚCI, koniecznie pisani z wielkiej litery. Nigdy w dziejach nie było tylu artystów, co obecnie, tylko… sztuki nie ma. Żadnych dzieł sztuki nie uświadczysz. Nie ma czego słuchać, czego oglądać, ani czego czytać. Ale to drobiazg. Ważne, że artyści mają dobre życie i lekka pracę. I bardzo są z siebie zadowoleni, no może poza pieniędzmi – te ustawiczne narzekania, że za mało im płacą za ich SZTUKĘ. Ale to inny temat. Gdy nie ma reguł, norm, ograniczeń, to wszystko jest sztuką i każdy jest artystą. Tylko nie ma wielkich dzieł. Tylko Bachów nie ma i nie będzie.

Idzie nowe

Parafrazując znane zdanie, można by rzec: na początku był głos. Początkiem, źródłem muzyki był i jest ludzki głos. Później wspomagany przez instrumenty, na początku prymitywne, jakieś fujarki, bębenki, liry, itp. Wszystkie instrumenty, jakie stworzył człowiek, są tylko uzupełnieniem, czy wzmocnienie najwspanialszego naszego instrumentu – ludzkiego głosu. Oczywiście nie każdy potrafi śpiewać, prawdę mówiąc tylko nieliczni mają skalę głosu śpiewaka, czy śpiewaczki operowej. Ale ci, co potrafią, otrzymali od Boga wielki dar. Kiedy nie ma instrumentów, kiedy ma się tylko piękne głosy… tu rodzi się polifonia, czyli wielogłosowość, ujęta w żelazne rygory. Głos ludzki potrafi brzmieć bardzo nieprzyjemnie, szczególnie głos osiągający wysokie c. Śpiew łatwo zamienia się w szarpiące wszystkie nerwy wycie, budzący iście mordercze instynkty. Potrzebne są normy, twarde reguły. Tak powstały chorały gregoriańskie, madrygały i kantaty, wielka dziedzictwo muzyki, której Jan Sebastian Bach był najwspanialszym, ale jednym z wielkich przedstawicieli. Muzyka panująca niepodzielnie od co najmniej średniowiecza po koniec XVII wieku. Ale czas płynie.

   W 1737 roku, za życia Bacha, roku umarł Antonio Stradivari, jeden z najwybitniejszych budowniczych instrumentów w historii lutnictwa. Dziś skrzypce Stradivariusa osiągają niebotyczne ceny na aukcjach, jeśli na nie trafiają, co zdarza się bardzo rzadko. Stradivarius i inni współcześni mu lutnicy doprowadzili budowę skrzypiec do ideału, niedościgłego po dziś dzień. Podobnie inne instrumenty smyczkowe. Za czasów życia Bacha praktycznie wszystkie instrumenty osiągnęły obecny kształt i brzmienie. Nie było tylko fortepianu, były ograny i klawesyn. No i gitary nie znał Bach, współcześnie gitara to najpopularniejszy instrument muzyczny. Lepiej nie pytać Bacha co sądzi o gitarze i muzyce gitarowej. Organy to wielki wydatek, mało kto temu podoła. Na skrzypce stać wielu, choć nie na skrzypce Stradivariusa, czy Amati. Poza największymi cała plejada innych, znacznie gorszych budowniczych produkowała masowo dobrej jakości instrumenty, sprzedawane w przystępnych cenach. Jak nigdy wcześniej dobre jakościowo instrumenty można było nabyć w przystępnej cenie. Szło nowe, nowa muzyka. Hasłem stało się: więcej! Mocniej! Głośniej! Orkiestry rosły i rosły. Od kilku muzykantów przez kilkunastu, do kilkudziesięciu, by osiągnąć w XIX wieku stan stu muzyków, współczesny skład orkiestry symfonicznej.

   Weźmy Ludwiga von Beethovena i jego IX symfonię napisane w nieco ponad pól wieku po śmierci Bacha. W sumie nie są to tak odległe czasy, Beethoven urodził się w dwadzieścia lat po śmierci Bacha. Najsławniejsze dzieło najsławniejszego przedstawiciela nowej muzyki. Oda do radości – finał IX-tej symfonii. Policzmy: ze stu muzyków orkiestry, do tego chór – też ze stu ludzi, plus soliści. W sumie dwieście – dwieście pięćdziesięciu muzyków potrzebnych, aby wykonać jeden utwór. Można oczywiście skromniej, ale mówię tu o wersji full wypas. Osobiście mam mieszane uczucia co do Ody do radości. Od czasu kiedy stała się oficjalnym – nieoficjalnym hymnem Unii Europejskiej, naszej nowej wspólnoty bratnich państw i słychać ją przy lada okazji, albo i bez okazji, lubię ją coraz mniej. Podobne podzielone uczucia żywię do muzyki Beethovena. Potrafił pisać wspaniałą muzykę, jak jego sonaty fortepianowe, czy utwory kameralne. Ale te wielkie i tak głośne symfonie… Ktoś powiedział, że Beethoven miał wspaniale momenty i straszliwe kwadranse i… tu bym się chyba zgodził. Do Beethovena zraża mnie jego rozchwianie emocjonalne, jego rozbuchana i niczym nie hamowana uczuciowość. W muzyce bardziej mi się podoba matematyczna precyzja bachowskiej muzyki, choć też nie pozbawiona ładunku ludzkich emocji, lecz nie na pierwszym miejscu. Kwestia gustu. Jedno jest pewne, w czasach Bacha IX symfonia Beethovena brzmiałoby groteskowo i niedorzecznie, jak niedorzecznie zabrzmiałoby żądanie zatrudnienia dwustu muzyków do wykonania jednego utworu.

   Król Prus Fryderyk Wielki, muzyk amator, zadowalał się orkiestrą dworska złożoną z kilku, góra kilkunastu muzyków. W głowie by mu nie postało, aby utrzymywać orkiestrę złożoną ze stu muzyków – darmozjadów. W cenie takiej orkiestry: pensje muzyków, koszt instrumentów, siedziby, mógł mieć z… pułk grenadierów. Fryderyk Wielki kochał muzykę, lecz bardziej kochał żołnierzy. Lecz wkrótce właśnie takie orkiestry stały się normą. Lecz nowa muzyka nie znosiła polifonii. Więcej nie znaczy lepiej. Ilość nie przechodzi w jakość. Nowe instrumenty, nowe większe orkiestry wymagały nowej muzyki. I ta muzyka powstała: Haydn, Mozart, Beethoven, czy Brahms, Mahler… i wielu innym mniejszego kalibru kompozytorów. Do nich należała przyszłość.

Kiedy Jan Sebastian Bach umierał w 1750 roku, muzyka polifoniczna odchodziła w przeszłość. Poetycko mówiąc: wiał wiatr zmian w muzyce, i nie tylko w muzyce. Bach na swój ostatni utwór wybrał Sztukę Fugi – muzykę której był niedościgłym mistrzem, a której już nie chciano słuchać. Wybór Bacha był przemyślany, był konsekwencją i ukoronowaniem całego jego wypełnionego pracą życia, ale też był straszliwie niepraktyczny, jak rozpaczliwa i skazana na klęskę jest obrona ginącego plemienia, czy umierającego języka. Nie uczyniłby tego żaden kompozytor, muzyk zainteresowany zarabianiem pieniędzy na swoich utworach. Kiedy Bach umierając komponował swoją Sztukę Fugi był starym, schorowanym, prowincjonalnym organistą, upartym dziwakiem, kompozytorem niemodnych utworów, których nie chciano grać, ani słuchać. I które wkrótce zostaną zapomniane na długo… A przecież nie nawrócił się na nową modę. Robił swoje, po swojemu, jak potrafił najlepiej choćby to była ostania rzecz jaką napisał. Die Kunst der Fuge – opublikowano w 1752 roku pierwszy raz w całości z okazji Targów Lipskich i w ciągu 4 lat sprzedano oszałamiającą liczbę 30 egzemplarzy! Zaiste, wielki sukces wydawniczy. Ale może dzięki tej publikacji Sztuka Fugi przetrwała lata zapomnienia i dotrwała do naszych czasów? Chwała Bachowi za to. Że nie popłynął z nurtem. Że podarował nam tą… cudowną muzykę! Bo to jest dar, boski dar, prezent od człowieka, ale godny boga. Jego syn Karol Filip Emanuel Bach wyczuł te nowe trendy, wskoczył na fale i dał się nieś nowej muzyce. C.P.E Bach to dobry, dworski kompozytor, autor utworów wykonywanych po dziś dzień. Najsłynniejszy z synów Bacha, którego sam prześcignął sławą i karierą.

 Die Kunst der Fuge składa się z piętnastu fug (Contrapunktus) i czterech kanonów (Canon). Fugi są trzy- i czterogłosowe, kanony dwugłosowe. Kanony dodano po śmierci Bacha. Tak naprawdę 14 fug zostało skończonych przez Bacha, ostatnia i najpiękniejsza jest niedokończona (Contrapunktus XIX). Śmierć kompozytora przerwała pracę nad tą fugą. Ale o tym szerzej później. Żaden z kompozytorów przed ani po Bachu nie wzbił się na takie wyżyny polifonicznego mistrzostwa jak Jan Sebastian. I daleko im do niego. Ze Sztuki Fugi muzyk może się uczyć, jak z podręcznika, jak pisze się muzykę, muzykę polifoniczną. Nie chcę się wdawać w cytowanie muzykologicznych terminów, powiem tylko jedno, najważniejsze: Sztuka Fugi to cudowna muzyka. Bez znaczenia są analizy muzykologów. To muzyka żywa, radosna lub smutna, mieniąca się barwami, muzycznymi barwami rzecz jasna. Niedawno słyszałem w radio muzykę jednego z niemieckich kompozytorów, mniej więcej rówieśnika Bacha i też mistrza polifonii. Nie znam się na niuansach muzycznych, ale ta fuga, zapewne poprawna formalnie, czy muzycznie, była martwa, zimna, pusta. Zupełne przeciwieństwo muzyki Bacha. Właśnie na tym polega geniusz muzyka. Czas nie ima się jego muzyki. Podobnie jest z innymi twórcami: pisarzami, czy malarzami. Czas jest jednym probierzem wielkości.

    Zatem mniejsza o muzykologiczne terminy, o jakieś inwersje, czy dyminucje, o fugi lustrzane. Najważniejsza jest muzyka. Ucho decyduje, nie uczone rozważania, ani dziwne terminy. Ja dzielę Sztukę Fugi na dwie, nieformalne części. Jedenaście fug (Contrapunktus I – XI) zostały skończone i poprawione przez Bacha. Pozostałe utwory zostały włączone do zbioru po śmierci kompozytora. Są w postaci surowej, nie zostały ani sprawdzone, ani poprawione przez Bacha. Dlatego mają różna numerację, zależną od wydawcy, ostania fuga, może mieć numer XIX, albo XIV. Tematycznie zgodność została zachowana, ale widać, czuć odmienię zabarwienie. To tak jak z księżycem. Księżyc jest jeden, ale jest jasna strona księżyca i ciemna strona księżyca. Pierwszych jedenaście fug to jasna strona muzyki; pozostałe, a szczególnie ostania, niekończona fuga to jakby ciemna strona, brzemienna bólem, cierpieniem, chorobą i śmiercią.

    Gdy Bach przystępował do pracy nad Sztuką Fugi, był praktycznie ślepy. Niewidomy muzyk może komponować, Bach pewnie dyktował dzieciom, albo żonie, oni wszyscy znali nuty. Problemem jest korekta. Bach zlecił wykonanie miedziorytów i dokonał korekty wyczuwając palcami nuty wyryte przez rzemieślnika na miedzianych płytach i dyktując poprawki. Potem przyszła operacja, choroba i cierpienie. Bach nie zdołał ani poprawić, ani ukończyć ostatnich fug. Ciekawa jest tu liczba 11. Obie księgi Das Wohltemperierte Klavier (Dobrze nastrojone klawisze) składają się z 24 części. Być może i Sztuka Fugi miała zamknąć się w 24 utworach. Ale postęp choroby zmusił Bacha do redukcji ich liczby i po skończeniu 11 fug być może uznał, że to połowa, tyle wystarczy i skierował je do wydawcy. Zatem według zamierzeń Bacha miałoby być 22 części. Jeśli tak było, to śmierć nie pozwoliła na wykonie planu. Sztuka Fugi składa się w sumie z 19 części: fug i kanonów.

   Ciekawe, że po klęsce wydawniczej, jaka było wydanie Die Kunst der Fuge w 1752 roku, C. P. E. Bach sprzedał płyty miedziane z wyrytymi fugami ojca po cenie złomu. Kolejny, co sprzedał ojcowiznę za miskę soczewicy. Czuć tu zadawniony uraz syna do ojca. Nie chodziło ty chyba tylko o pieniądze, bo ile jest wart miedziany złom? Synowie rywalizują z ojcami, co szczególnie widać, gdy uprawiają ten sam zawód. Karol Filip Emanuel pozornie wygrał rywalizacje z ojcem. Zdobył o wiele większą sławę, popularność i majątek na swojej muzyce niż ojciec. Przez cale dziesięciolecia, gdy mawiano Bach, myślano właśnie o C.P.E. Bachu. Jan Sebastian, i jego muzyka, zostali zapomniani. Czy C. P. E. Bach oddał te bezcenne, miedziane płyty z utworami Jana Sebastiana na złom, gdyż miał zadawniony żal do ojca? Nie mógł wybaczyć ojcu jego uporu, jego bezkompromisowość i jego… muzyki? Że pisał tak wiele, tak cudownej muzyki pozornie bez wysiłku…? Różnie to bywa w rodzinie.

Wykonawcy

Jan Sebastian Bach nie zaznaczył w manuskrypcie Sztuki Fugi na jakie instrumenty jest on przeznaczony. Jest to niezwykłe, ponieważ kompozytorzy pisząc, tworząc muzykę już wiedzą, słyszą, i wymuszają, jak ma być ona wykonywana jasno zaznaczając to w tekście. Jan Sebastian również konsekwentnie pisał muzykę pod konkretne instrumenty, a tu takie niedopatrzenie. Czy to istotnie przeoczenie Bacha? Prawda, był ciężko chory komponując swe ostanie dzieło, ale miał czas i możliwość korekty 11 fug, dlaczego tego nie napisał? Myślę, że Bach celowo nie znaczył przeznaczenia (dedykacji) instrumentalnej. Muzyk z takim doświadczeniem i genialnym „czuciem” muzyki nie pominąłby tak istotnej kwestii. Może chciał stworzyć muzykę absolutną, niejako abstrakcyjną, to jest oderwaną od konkretnego instrumentu, czy grupy instrumentów. Swego rodzaju meta-muzykę? Każda muzyka jest abstrakcyjna w formie, a fizyczna w treści. Tu mamy abstrakcję muzyczna posuniętą do granic. Najczystsza forma muzyki. Toteż Sztuka Fugi wykonywana jest na wielu instrumentach., o ile muzycy mają dość śmiałości by sięgnąć po to dzieło. Instrumenty klawiszowe: organy, fortepian, klawesyn, instrumenty smyczkowe: skrzypce, czy wiolonczela, wreszcie orkiestry kameralne, czy kwartety, inne małe grupy świetnych muzyków. Bowiem wykonacie Sztuki Fugi – niezależnie od instrumentu, na którym gra muzyk – to wyczyn nie lada, wymagający najwyższych umiejętności wirtuozerskich. Każdy muzyk, który wykonuje Sztukę Fugi daje tym samym świadectwo najwyższego muzycznego kunsztu, Bach nigdy nie oszczędzał muzyków, nie tolerował osobników leniwych, czy bez talentu, którym nie chce się, czy nie potrafią zmusić się do ćwiczeń, i wymagał od nich tego samego co od siebie: najwyższych umiejętności muzycznych. Ale Sztuka Fugi dla mnie, laika muzycznego, wydaje się nie błyszczeć takim wyżynami wirtuozerskim, jak inne jego, wcześniejsze kompozycje, jak przykładowo Das Wohltemperierte Klavier (Dobrze nastrojone klawisze), księga I i II, czy Toccata C-mol (BWV 911). Co nie znaczy, że są technicznie łatwe, bo nie są. W Sztuce Fugi problemem jest interpretacja. Muzycy, sięgający po to dzieło, mają problemy wykonawcze za sobą. Problemy techniczne to kłopoty palców, problem interpretacji to problem duszy. Najważniejszą częścią muzyką, wykonującego jakikolwiek utwór, a zwłaszcza Sztukę Fugi, nie są jego dłonie, którymi gra, a jest ten organ, którego nie widać, jego umysł, czyli dusza. Wyszkolić palce, dłonie, tak aby umiały wszystko zagrać to ciężka, katorżnicza praca, ale nie da się wyszkolić duszy, jeśli nie masz w niej jakiegoś zarodka prawdy. To tak jak z rośliną: wyhodujesz piękną roślinę, jeśli będziesz o nią dbał umiejętnie i z miłością, ale na początku musi być ziarno. Ilu było muzyków pod względem technicznym bez zarzutu, którzy przeminęli, bo nie mieli tego ziarna, gdyż nie dawali sobie rady z interpretacją? Utwór muzyczny, zapis nutowy to tylko jakby skomplikowany, bardzo długi wzór matematyczny, albo duch unoszący się gdzieś w zaświatach, muzyk ma go wskrzesić, przywrócić, nadać mu życie. Alby dać, trzeba mieć. Pewnie w większości utworów ten problem interpretacji można ukryć, coś zamarkować, przykryć sprytnie a umiejętnie, ale nie da się tego uczynić w Sztuce Fugi. Ten utwór wyjątkowo jest odporny na techniczne sztuczki i duchową pustkę. Bach znał wszystkie muzyczne niuanse.

   Sztuka Fugi wykonywana jest albo samodzielnie przez wybitnych wirtuozów, np. pianistów, przez grupy kilku muzyków, np. kwartety smyczkowe, albo przez małe orkiestry kameralne. Sztuka Fugi nie nadaje się do wykonywania przez orkiestrę symfoniczne. W takim wielkim, głośnym wykonaniu ginie ta cudowna wielogłosowość, zostaje tylko… jeśli nie hałas, to coś odległego od muzyki Bacha. Wydaje się że to jest zgodne z zamierzeniem Bacha. Był naprawdę bardzo upartym i nieskłonnym do kompromisów człowiekiem. Zresztą, czemu ma się nie dać? Słyszałem kiedyś Contrapunctus XIX w wykonaniu włoskiej orkiestry symfonicznej. Ta przejmująca, głęboka fuga w tym wykonaniu brzmiała pogodnie i sympatycznie, jak muzyka, którą orkiestra przygrywa w restauracji do kotleta. Można spokojnie zjeść obiad i popić winem. Ach, ci Włosi! Nawet na pogrzebie własnej matki stanie taki Włoch w wystudiowanej pozie: stopę oprze na sąsiednim nagrobku, wypnie pierś do przodu, ściśnie półdupki i zaśpiewa ile ma tchu w płucach:

'O Sole Mio'

Che bella cosa na jurnata 'e sole,

n'aria serena doppo na tempesta!

Pe' ll'aria fresca pare gia' na festa...

Che bella cosa na jurnata 'e sole.

(O, moje słońce!

Jakże piękną rzeczą jest słoneczny dzień

Powietrze jest spokojne po burzy

Powietrze jest tak świeże, że czuję się jak w święto

Jakże piękną rzeczą jest słoneczny dzień…)

   Tacy są, ci Włosi. Pomijając ten przypadek nie spotkałem się z wykonaniem Sztuki Fugi przez orkiestrę symfoniczną… Ta muzyka organicznie nie pasuje, kłóci się z muzyką symfoniczną. Zatem wykonawcy Sztuki Fugi to orkiestry kameralne, zespoły smyczkowe, skrzypce i wiolonczela z i ich przeciągłymi, płaczliwymi tonami szczególnie dobrze brzmią w tym utworze.

   Kiedyś natrafiłem przypadkiem na wykonalne wykonanie Contrapunctus XIX rozpisane na osiem głosów, i to jest wspaniałe wykonanie. Aranżacja wokalna fugi XIX dokonana przez Harry van der Kamp, interpretacja wcale nie oczywista, można powiedzieć naciągana, bo przecież Bach nie napisał utworu wokalnego, ale w rezultacie powstała muzyka niezwykle piękna. Osiem głosów męskich i kobiecych razem śpiewających ostatnią fugę Bacha. Doskonały pomysł i cudowne wykonanie. Wspaniałe głosy, świetnie zharmonizowane, piękna, czysta i dosłowna polifonia, czyli wielogłosowość uświadamiająca, z czego Bach czerpał inspiracje do swojej muzyki.

    Ale najsłynniejsi wykonawcy to pianiści. Sztuka Fugi wykonywana jest na organach, klawesynie i fortepianie. Kiedy mowa o pianistach grających Bacha, nie można pominąć Glenna Goulda. Nie jestem admiratorem gry Glenna Goulda. Moim zdaniem jest ten pianista przereklamowany w porównaniu do innych pianistów. Jego interpretacja Das Wohltemperierte Klavier była powierzchowna i zdecydowanie zbyt pośpieszna. Glenn Gould był Kanadyjczykiem, prawie amerykaninem, więc jego postać i grę była propagandowo pompowana jako przeciwwagę dla znakomitych sowieckich pianistów, na zasadzie, my, amerykanie, też mamy genialnych pianistów. Lecz Goulda interpretacja Sztuki Fugi jest… zdumiewająca i porywająca. Na jednym z serwisów filmowych łatwo można zobaczyć wykonanie Contrapunctus XIX (tu oznaczone jako Contrapunctus XIV, lub XV) przez Glenna Goulda.

   Łysiejący, reszta włosów rudawa, w okularach o grubych szkłach, chudy i zgarbiony, o plecach w łuk wygiętych nie przypomina w niczym Maestro, wielkiego mistrza fortepianu, lecz jakiegoś szarego księgowego z małej, prowincjonalnej spółdzielni z branży mleczarskiej, drzewnej, czy innej w tym rodzaju, być może na zasłużonej emeryturze. Nawet ubrany jest nieodpowiednio. Wielcy wirtuozi fortepianu to zazwyczaj postawni mężczyźni w średnim, lub starszym wieku, nienagannie ubrani w czarny frak, z marsem geniuszu na twarzy, surowym spojrzeniem i staranie trefioną fryzurą. Lub panie w kunsztownych i kosztownych kreacjach, zazwyczaj w czarnej tonacji, ubrane jak na bal u króla. Idąc na koncert idziemy nie tylko na ucztę dla uszu, ale i dla oczu. Zwłaszcza dla pań ma duże znaczenie, i nie tylko dla nich, jak kto wygląda, jak się kto ubiera, gustownie, stosownie do okoliczności czy też nie? A tu zamiast Maestro mamy zgarbionego, starszego gościa w grubych okularach, w zwyczajnych spodniach i niebieskiej koszuli, czystej wprawdzie i niewymiętej, ale jakoś tak niepasującej do koncertu, zupełnie jakby jakiś zbłąkany przechodzień wszedł z ulicy i ot, tak usiadł sobie przy fortepianie. Lecz wszystko to się zmienia, gdy Gould zaczyna grać. Na początku gra jedną dłonią, a druga, lewa, jakby nie mogąc się doczekać zakreśla do taktu fale w powietrzu, by po chwili dotknąć klawiszy fortepianu… I już grają obie dłonie. To znaczy nie tylko dłonie grają: palce uderzają w klawisze instrumentu, ale Gould gra całą swoją postacią, pochylony, zgarbiony, z nosem tuż nad klawiaturą, w tych grubych okularach, i już nie ma znaczenia ani jego niebieska koszula, ani zgarbiona postać emerytowanego księgowego. Liczy się tylko muzyka.

   Nagranie telewizyjne jest marnej jakości, obraz jest nieostry i rozmyty, realizator dźwięku również się nie spisał, choć niby powinni wybrać najlepszego specjalistę od dźwięku do rejestracji muzyki fortepianowej… Zbyt blisko i źle ustawione mikrofony rejestrują, jak Gould nuci sobie pod nosem grając, dodatkowo na ścieżce dźwiękowej słychać trzaski. W sumie to fatalne nagranie, lecz zarazem wspaniałe… przez pianistę i jego muzykę. Palce Goulda sprawiają wrażenie jakby były niezwykłej długości, niespotykanej u ludzi. Nie da się powiedzieć, że u niego grają tylko dłonie, czy palce. On jest sam muzyką. Gould nie gra dla publiczności. Publiczność nic go nie obchodzi. Glenn Gould gra dla muzyki. Dla Bacha. Tylko muzyka ma dla niego znaczenie. Pochylony, zgarbiony, chudy, z przymkniętymi oczami jakby zapadnięty, czy zasłuchany w sobie, kiwa się i nuci, czy mruczy, jak dziwaczny, niebieski pająk o dziesięciu odnóżach a z jego palców namiętnie uderzających w klawisze fortepianu rozwija się misternie tkana pajęczyna cudownej muzyki Bacha. Pianista i fortepian… Tutaj człowiek i instrument tworzą jedno. Razem grają bachowską muzykę. Palce i stopy są tylko łącznikiem między pianistą a fortepianem. Przedłużeniem palców są drgające struny, częścią jego ciała jest czarne pudło rezonansowe, pozornie tak masywne, niezgrabne i ciężkie a przecież lekkie, wzmacniające i modelujące dźwięk. Oboje: on i fortepian grają w cudownej harmonii. Ale aby taką harmonię osiągnąć trzeba muzyki Bacha, potrzeba jego ostatniej najwspanialszej fugi. A gdy muzyka nagle się urywa, dłonie muzyka odskakują od klawiatury jak oparzone, nagle już niepotrzebne. Nie ma więcej nut. Nie ma już co grać. Nie ma już nic. Koniec muzyki. Gdy człowiek umiera, to jakby cały świat umierał…

    Wiele jest równie dobrych, a może i lepszych wykonań tej fugi Bacha, ale właśnie to Glenna Goulda zapada w pamięć. Nie chodzi tu tylko o jego interpretację bachowskiego arcydzieła. Glen Gould dał doprawdy niezwykły, jedyny w swoim rodzaju i pełne dramatyzmu spektakl. Muzyka i przedstawienie w jednym.

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.5 (głosów:14)

Komentarze


https://www.youtube.com/watch?v=ySq76KD1gZA

 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

michael

#1598112

z wykrzyknikiem.

Czuje Pan Bacha!

A "Oda do radości" mnie też przyprawia o niemiłe sensacje. Choć nie jest to raczej "zasługą" Beethovena.

O ile mnie pamięć nie myli - "Ody" użył w scenografii "Pokuty" Tengiz Abuładze - w symbolice lokalnego "Urzędu Miłości" (orwellowskiego MinMił). A może to tylko moje, podświadome skojarzenie.

Bach jest nieśmiertelny, natomiast Unia nie przetrwa, nawet z pomocą Beethovena i "Ody".

Serdecznie pozdrawiam,

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-1

_________________________________________________________

Nemo me impune lacessit - nie ujdzie bezkarnie ten, kto ze mną zacznie

katarzyna.tarnawska

#1598113

Dziękuję Pani za miłe słowa, czasami zbyt częste i nachalne wykonania potrafią zniszczyć, albo zbrukać muzykę. Nie trzeba winić Beethovena za nie jego grzechy. Taka Międzynarodówka, to piękna pieśń, ale wywołuje dreszcze. 

 

Pozdrawiam serdecznie

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1598121

...doprowadza mnie do rozpaczy; taka Unia - jakie to nagminnie niechlujne wykonanie. Ale Bach nie ma z tym nic wspólnego. Pozdrawiam Autora i dziękuję za znakomity tekst. Idealny na weekend :-)

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Bóg - Honor - Ojczyzna!

#1598127

Unia Europejska rzeczywiście nie przetrwa, przynajmniej w takiej postaci w jakiej teraz jest. Ale to nie ma żadnego bezpośredniego związku z muzyką. 

Znacznie poważniejszą przyczyną jest zbiorowa utrata ciągłości więzi człowieczeństwa z rozumem. A gdy ludzkie myśli, poglądy i działania, a nawet spontaniczne zachowania nie są skutkiem rozumnej analizy rzeczywistości, a ludzkie przekonania i źródła decyzji nie trzymają się żadnej logiki i nie odnoszą się do pojęcie prawdy, która zamienia się w postprawdę relatywizmu - dopiero wtedy skutki słyszymy w muzyce. 

I o tym pisał autor przy okazji opisu dzieła J. S. Bacha. Muzyka nie stawiająca żadnych wymagań swemu twórcy, jest jak działalność polityczna, która nie żąda od polityka żadnej odpowiedzialności ani żadnych wymagań programowych, strategicznych ani w ogóle żadnych. 

Wtedy muzyka staje się bezrozumna kakofonią, a polityka prowadzi nawet tak wielkie twory jak Unia Europejska do katastrofy. Na początku był rozum, a zwiastunem końca jest ideologia. 

 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

michael

#1598123

Trza tu podziękować Kol. Bielińskiemu, że cywilizuje brać blogerską, pisząc nam sugestywnie o sztuce muzycznej. Bacha i polifonie można kojarzyć z melodyjek na telefony, a fugę z fugas chrustas albo obsikiwaniem murków ale żeby się lepiej wyznawać, to trzeba być bardziej kulturnym. Dziś trochę i strach, bo artyści- dziwni tacy, jak nie zboczeńcy to przynajmniej ćpają i się bezbożnie performersują. Ciekawe więc, kim dziś byłby taki Bach. Czy melodyjne techno by walił, czy tylko na YT łapki zbierał. A może dżezz jakiś by improwizował w zapomnianej knajpce?

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-5

„Od rewolucji światowej dzieli nas tylko Chrystus” J. Stalin

#1598136

...ale jeszcze takie bagatelki jak preludia i fugi, gdzie każdy dźwięk jest tak dokładnie przemyślany, że wymiana jednej nuty burzy całą konstrukcję utworu.

Mikael-abakus podlinkował doskonałe wykonanie Glena Goulda, ja natomiast chciałbym Wam przypomnieć sztukę teatralną "Kolacja na cztery ręce" w znakomitym wykonaniu Janusza Gajosa, Romana Wilhelmiego i Jerzego Treli. Jeśli ktoś nie oglądał - zarezerwujcie sobie trochę czasu wieczorem i wyszperajcie w necie, bo naprawdę warto. Niestety na YT spektakl jest "pocięty" na części i trochę trudno znaleźć całość, ale póki co Google nie zawłaszczyło całego internetu i "Kolacja" jest do znalezienia także w innych serwisach.

pozdr...

/benjamin

PS: Byłbym zapomniał napisać - świetny tekst, przeczytałem z ogromną przyjemnością. Dzięki :-)

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0
#1598157

Historia nieskończonej fugi Bacha nieodparcie przywołuje na myśl całkowicie inny utwór muzyczny, zupełnie innego kompozytora.

Jedną z najbardziej ekscytujących zagadek muzyki klasycznej było „od zawsze” pytanie, dlaczego Franz Schubert nigdy nie skończył swojej Niedokończonej Symfonii. Jestem zwolenniczką teorii, że Schubert oddał za wygraną, bo w ciągu sześciu lat (aż do swojej śmierci na syfilis w 1828) jego próby dokomponowania trzeciej części Ósmej nie dorównywały oryginalnym, zapierającym dech w piersiach, dwóm pierwszym częściom utworu. Schubert zdołał jeszcze dopisać w trzeciej około 130 taktów, po czym „wypalił się” ...

W sprawie Bacha nieskończonej Contrapunctus XIV opinie są podzielone. Ostatnio pojawiły się nowe teorie próbujące tłumaczyć raptowne kończenie tej fugi. Jedną z nich jest to, że ponieważ główny motyw jest tam nieobecny, Contrapunctus XIV nie należy do Die Kunst der Fuge. Słabym punktem jest tutaj możliwość, że Bach mógłby użyć główny motyw w dalszej, nienapisanej jeszcze części fugi.

Inną opinią jest ta, że Bach de facto dokończył Contrapunctus XIV , ale jej manuskrypt został zagubiony. Wreszcie coraz bardziej popularne staje się przypuszczenie, że Bach celowo zostawił Contrapunctus XIV w „nieskończonej” formie, zapraszając przyszłych kompozytorów, aby zgadując jego intencje, pokazali sami kunszt swoich rozwiązań ...

Trzeba tutaj dodać, że Bach i Schubert nie są bynajmniej jedynymi słynnymi kompozytorami, którzy zostawili po sobie niedokończone symfonie. Przychodzi tutaj na myśl Symfonia No. 10 Beethovena, Brucknera Symfonia No. 9, czy Mahlera Symfonia No. 10. Nawet przywoływany tutaj Schubert pozostawił po sobie także inne, niedokończone symfonie: Symfonię No. 7 oraz Symfonię No. 10.

Pozdrawiam klasycznie

P.S. Z dużą przyjemnością czytałam Autora jakże dynamiczną oraz prawdziwą psychologicznie - i przez to bardzo osobistą - obserwację kreowania muzyki przez jej wirtuozów. Gdy raczej za sprawą ducha, niż ciała ... O pełnej zgodzie z Autorem w ocenie współczesnej nam awangardy „muzycznej” (i nie tylko) nie muszę chyba pisać.

Podoba mi się!
9
Nie podoba mi się!
0

kassandra

#1598158

„Pójdę na piękny koncert do filharmonii – to jest wartościowe miejsce, ładne, ludzie są bardzo pięknie ubrani, ładnie ze sobą rozmawiają, nie słyszałem, żeby ktoś w filharmonii przeklinał. Jest to wartościowe miejsce, uszlachetnia mnie”.

Doświadczenie przyjaźni dotyka najbardziej pierwotnego i najgłębszego pragnienia człowieka. Nikt nie będzie spokojny, szczęśliwy i spełniony, jeśli nie dotrze do celu, jakim jest przyjaźń.

Duchowość chrześcijańska jest duchowością przyjaźni z Bogiem, z ludźmi i sobą samym..

Tego mi brakuje u Bacha.

(z tekstów  ś.p. ks. Krzysztofa Grzywocza , Zeszyty Farmacji Duchowej)

https://www.youtube.com/watch?v=4HFuttJLBHA

 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-1

Verita

#1598172

Witam Panią, dawno Pani nie było. Ale tu się Pani myli. Nie ma i nie było chyba bardziej chrześcijańskiego kompozytora niż Jan Sebastian Bach. Ze 9/10 jego muzyki to utwory, to muzyka kościelna, jak  msze, kantaty, oratoria.... Bach był kościelnym, chrześcijańskim muzykiem, jak nikt inny. Te wątki duchowe czuć nawet w jego Sztuce Fugi. Co prawda był luteraninem, protestantem, ale nie wolno odbierać mu miana chrześcijańskiego muzyka. 

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1598181

...bo bywam często,  jestem i będę bywać...póki  jeszcze całkiem Polska nie zginęła  ....tylko Pana dawno nie było.

A jak Pana..brakuje...to rzadko warto cokolwiek tu czytać i komentować:-)

Co do Bacha...no ...jakby to powiedzieć...a, niech tam...

Te kościoły protestanckie to nie są prawdziwe kościoły tylko jakieś wymyślone zamienniki, by nie powiedzieć "ersatzce"...

...a ta ichniejsza "wiara" to zwyczajna herezja. Trudno zatem doszukać się prawdziwego ducha Bożego w tej muzyce.

Różne duchy buszują po takich budowlach..   Teraz  i na weselach katolickich  różne  grajki  wygrywają  "Alleluja" .

Mam jednak nadzieję , że Pan się na mnie  nie gniewa  za to , że  wołam za Andersenem "król jest nagi".

Serdecznie z szacunkiem Pana pozdrawiam.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Verita

#1598186

Widzę, że jest Pani jak zawsze... nieprzejednana. Cóż, o chrześcijaństwie i katolicyzmie można by duuużo mówić. Bardzo szeroki temat. Powiem tylko, że ja osobiście, kiedyś, dawno temu, bardzo zraziłem się do katolicyzmu. Ale nigdy do chrześcijaństwa. Biblia to była i jest moja ulubiona lektura. Teraz, gdy stare rany się zabliźniły, gdy gniew z wolna gaśnie, szczególnie wobec obecnego zalewu plugastw spod znaku LGTBQZN i innych liter, katolicyzm jest mi coraz sympatyczniejszy. Ale znowu to inny temat. 

W sobotę, niedzielę opublikuję drugą, lepszą część szkicu o muzyce i życiu. Albo o życiu i umieraniu. I będziemy się mogli znowu posprzeczać. Bowiem to temat, który dotyczy każdego: katolika i protestanta, i geja też.

 

Pozdrawiam serdecznie

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1598306

O chrześcijaństwie i katolicyzmie nie potrzeba duuuużo mówić, bo temat wcale nie  jest szeroooooki.

Jest konkretny , jednoznaczny, nie budzący wątpliwości, nie pozostawiający wyboru ,wręcz punktowy. Tak, tak - nie, nie. 

Można rozmawiać o gniewie, o plugastwach, o różnych zboczeniach...ale  właściwie nie o chrześcijaństwie i katolicyzmie ...bo stoją do siebie w wyraźnej sprzeczności.

Bardzo współczuję z powodu starych, zabliźnionych  ran...ale czy nie warto ich mimo wszystko otworzyć i wyczyścić....?

Więc teraz  będzie  ostro, jazda bez trzymanki. ;-)

Każdy katolik jest chrześcijaninem....ale odwrotnie...to już nie działa.

Chrześcijanin, który odrzuca katolicyzm jest sprzeczny sam w sobie, w swojej osobowości, staje się wierzącym ateistą, ideologiem, Bóg jeden wie kim...

Biblia jako ulubiona lektura?...Hmm  ...to może być różnie  i groźnie, bo tam jest wszystko...dobro i zło, niemal w każdej postaci. ..i właściwie brak  jednoznacznego drogowskazu.

Dlatego Europa zach. tak wygląda , jak wgląda. ...razem ze swoimi chrześcijańskimi partiami i chrześcijańską demokracją.

Przepraszam...ale inaczej się nie da.

A tu właśnie taka jazda bez trzymanki i bez konduktora...jaką nam zafundował Kefas...(nomen omen?)

https://www.youtube.com/watch?v=9-HBxeKYwGw

Serdecznie pozdrawiam

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1

Verita

#1598328

Podobnie Penderecki. Geniusz, bo żyd. (Chyba nie dziwota, że był kontaktem operacyjnym służb PRL.)
Powiem więcej. To, że był to „Jeden z najbardziej znanych i utytułowanych polskich współczesnych kompozytorów i dyrygentów” wynika wprost z tego, że był żydem (i kapusiem).
Ta jego muzyka to zwykły badziew przy takim Fryderyku Chopinie, Ferencu Liszcie, Stanisławie Moniuszce i Krzysztofie Klenczonie. Takie żydowskie plucie w okarynę.

Jedyny prawdziwy i niepowtarzalny wirtuoz to niewątpliwie Fryderyk Chopin.

Jego utwory nawet Japoniec zagra pięknie.
Bo to już taka przecudna muzyka jest ;-)

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
-3

panMarek

#1598176

Kocham Pana coraz bardziej:-)

Myślę, że moglibyśmy  sIę  nawet  zaprzyjaźnić.....Bo  kochać  należy  wszystkich,  bez wyjątku ,...nawet  wrogów,  nawet huskich... a przyjaźnić  się można  tylko z  niektórymi, tylko  z  nielicznymi, tylko  z  wybranymi.

https://gloria.tv/video/WjDryzvERHMU2St4hn1Xej8WR

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
-2

Verita

#1598177

Pokłony

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-1

panMarek

#1598245

...ale  żart  się udał.

Natomiast zapamiętale  Pana pozdrawiam :-)

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-1

Verita

#1598247

Jacek Kaczmarski - "Przyjaciele"
https://www.youtube.com/watch?v=wdvtAFWQusY

Żyło raz przyjaciół dwóch,
Jeden mieli smak i słuch
I na świat patrzyli takim samym wzrokiem.
A na świecie wojna trwała,
Wojna ludzi rozdzielała.
Oni cało szli przed siebie równym krokiem.

Razem naciskali spust,
Razem brali chleb do ust
I do domów list pisali w jednej chwili.
Walczyć wspólnie było raźniej,
Gdy wokoło krwawe łaźnie,
A po łaźniach raźniej, kiedy razem pili.

W tym ich mały dramat tkwił:
Jeden pił i drugi pił;
Lali w gardła co popadło równocześnie.
Lecz choć razem zakąszali,
W jednej chwili przechylali –
Jeden później się upijał, drugi wcześniej.

Któryś z nich zobaczył raz
Słup, na który zaraz wlazł –
Milczą dzieje czy był trzeźwy czy pijany.
Wtem krzyk straszny przyjaciela:
Złaź! Zobaczą i zestrzelą!
Gdzie i po co?! Na dół złaź! Na boskie rany!

Czemu zaraz mam być trup?
To jest bardzo dobry słup,
Żeby móc poszerzyć sobie horyzonty!
Patrzę w górę i na boki
I niekiepskie mam widoki,
A poza tym sięgam wzrokiem ponad fronty!

Ale ja o ciebie drżę!
Złaź tu do mnie, błagam cię!
Krzyczy druh i odbezpiecza broń w rozpaczy.
Dla twojego dobra przecież
Towarzyszę ci po świecie!
Dla mnie przyjaźń zawsze przyjaźń będzie znaczyć!

Palca spust posłuchał i
Spod chmur ciężkich w barwie krwi
Spadł jak worek ten, co szukał śladu gwiazd.
Nikt się nigdy nie dowiedział,
Co zobaczył, gdy tam siedział –
Słup jak słup – a przyjaciela ma się raz!

Jacek Kaczmarski
29.1.1982

Gintrowski - Przyjaciele, których nie miałem
https://www.youtube.com/watch?v=WtW7x3jBGm4

do tekstu Sieniawskiego...

Przyjaciele, których nie miałem
Których w biedzie sobie zmyśliłem
Opowiedzą wam, że kochałem
A to przecież znaczy, że żyłem

Oni każdy dzień wam powtórzą
O powrotach znikąd powiedzą
Zaufali ptasim podróżom
A to przecież znaczy, że wiedzą

Nie gniewajcie się, że nie chciałem
Żyć wśród was bo nie siebie zniszczyłem
Przyjaciele, których nie miałem
Mogą przysiąc, że kiedyś byłem

Najgorsze, że trzeba nie wierzyć
Gdy deszcze, gdy słońce, gdy Bóg
Stratował mój sen święty Jerzy
Jak wrócę do ciebie bez nóg

Najgorsze, że porwie od nowa
Jak wczoraj fatalny nasz krąg
Gdy dżungla szydercza i płowa
Jak ciebie powitam bez rąk

Najgorsze, że jesteś, że jesteś
Że czas wciąż ten sam choć nie nasz
A oto i życia sylwester
Makijaż z witriolu na twarz

I kto mnie, kto mnie ograbił
Nie wróci Gerdo twój Kaj
Najgorsze, że trzeba się zabić
Gdy drzewa, gdy morze, gdy maj

Nie gniewajcie się, że nie chciałem
Żyć wśród was bo nie siebie zniszczyłem
Przyjaciele, których nie miałem
Mogą przysiąc, że kiedyś byłem .

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

panMarek

#1598295

Słupy jednak dość niebezpieczne. Czy nie lepiej twardo stąpać po ziemi?

https://www.youtube.com/watch?v=Gcxv7i02lXc

https://www.youtube.com/watch?v=F2zTd_YwTvo

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-1

Verita

#1598303

Co do Krzysztofa Pe - w pełni się zgadzam - to pusty, nadęty dyzma muzyczny. O jego komerażach z bezpieką nie wiedziałam, ale zagadka kariery tego beztalencia może mieć jedynie takie rozwiązanie.

Co do wykonań Chopina - na mnie największe wrażenie zrobiła gra Kate Liu. Słyszałam na żywo prawie wszystkich laureatów Konkursów Chopinowskich, ale tylko ona mnie urzekła. Myślę, że tak subtelnie mógł grać sam Fryderyk.

 

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
0

Bóg - Honor - Ojczyzna!

#1598184

Podjął się tego m. in. Ferrucio Busoni utworem pt. Fantasia Contrappuntistica. Potężny, 40 minutowy utwór na 2 fortepiany, który miałem okazję wykonywać w duecie fortepianowym na jednym z Festiwali Pianistyki Polskiej w Słupsku. Co do Bacha - z pewnością był to utwór niedokończony urywający się w pięknym momencie, gdy w basie pojawia się zapowiedź głównego tematu, a ostatnich kilka nut zostało tylko w jednym głosie (bez uzupełnienia pozostałych głosów), co wyklucza np. zgubienie dalszych kartek. Koniec wykorzystuje temat B-A-C-H. Byłem tek zafascynowany tym dziełem, że nagrałem sobie na syntezatorze przy pomocy tzw. sekwencera (urządzenia już kompletnie wypartego przez komputery) całość trwającą ponad godzinę. Szkoda, że w komentarzu nie można załączyć plików MP3 z fragmentami utworu.

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

Leopold

#1598302

"Jeśli być szczęśliw chcesz, to się nieszczęścia strzeż,

 szanuj zdrowie należycie, bo gdy umrzesz - stracisz życie,

a gdy je stracisz raz - to już na wieczny czas!

 NUTKI UROCZEGO KANONU: https://www.lieder-archiv.de/c_a_f_f_e_e-notenblatt_100150.html

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Bóg - Honor - Ojczyzna!

#1598960