TEGO NIE ZOBACZYSZ W FILIŻANCE KAWY [7]

Obrazek użytkownika Zygmunt Korus
Gospodarka

 

 

Uprzednio: https://niepoprawni.pl/blog/zygmunt-korus/tego-nie-zobaczysz-w-filizance-kawy-6

 

 

Dwójnasób


[Wyjazd do Włoch po kawę w tak niebezpiecznym czasie był podyktowany wieloma względami. Salvin i Laura od kilku lat uzupełniali magazyn nowym towarem na początku roku, po bożonarodzeniowych, handlowych "żniwach", przy okazji korzystając z możliwości wzięcia udziału w Targach Gastronomicznych w Rimini, odbywających się zawsze pod koniec stycznia.

 

Ale już nie mogło tak być w 2020 roku. Tym razem ów plan różnił się od lat poprzednich. Dawniej wystawcy, znajome palarnie przekazywały im dwa gratisowe zaproszenia uprawniające do odwiedzenia ich stoisk, i to wystarczyło. Teraz do Włoch wybierała się czteroosobowa rodzina, więc nie wypadało, i nawet nie było jak prosić kogoś o taką ilość wejściówek. Korzystanie natomiast z okazji w mniejszej ilości osób w ogóle nie wchodziło w rachubę: po prostu rodzina z małymi dziećmi za granicą, z ostrożności, nie mogła się rozdzielać – albo wszyscy, albo nikt.

 

A ceny biletów wstępu na Targi Gastronomiczne w Rimini ustalono księżycowe: 40 euro dla dzieci i 80 dla dorosłych. Żeby za to móc pooglądać sobie oferty, stoiska, aranżacje boksów i ewentualnie skorzystać z poczęstunku czarnego ekstraktu w plastikowym naparstku (caffe ristretto)...!? "– Chyba ich pogięło!" – skomentowała ten cennik Laura.

 

Oboje mieli wypracowaną technikę "uczestnictwa" w tych prezentacjach. Umawiali się z prażalniami na odwiedziny ich boksów w ostatni dzień. Bo wtedy wykupywali po obniżonych cenach resztki, jakie firmom pozostawały z puli przeznaczonej na promocje, przeważnie nadmiarowej, zazwyczaj nie wykorzystywanej. Często sygnalizowali taki zamiar wcześniej, zwłaszcza wypalało to z wystawcami z Neapolu i Sycylii.

 

Teraz rodzina zrobiła sobie przerwę w podróży i zatrzymała się na trzy noclegi w Dolomitach. "Ciągle w pośpiechu, wpatrzeni w asfalt, dzieci rosną, są już ciekawe świata – tym razem zwiedzamy Alpy". Pogodę prognozowano piękną i faktycznie słońce grzało jak na wiosnę, więc Salvin odbył kilka pętli samochodem, zatrzymując się w miejscach widokowych, które znał z czasów, gdy był w tym regionie rezydentem obsługującym polskie grupy narciarskie.

 

Zapalili znicze na grobie syna właścicieli hotelu, z którego gościnności od dawna korzystali; nastolatek zginął na motorowerze na wirażu, roztrzaskany przez pędzącego z góry z przeciwka motocyklistę, który ściął zakręt. Salvin znał bardzo dobrze ofiarę – Giacomo, ostatni owoc miłości starszych już przecież gospodarzy, omal jego rówieśników.]

 

Chłopiec był młodzieżowym mistrzem Włoch w kategorii "skoki akrobatyczne", jego medale i fikołki zdobiły tableau obok recepcji hotelu. Miał wokół głowy czarne kędziory niby aureolę – małolatom z Polski na każde jego wejście na salę jadalną oczy stawały się maślane, a przy tym – mimo skupienia i wodzenia za nim – jakby tracące zmysł widzenia, bo łyżkami i widelcami owe "cielątka" nie umiały trafić sobie do ust. Przy rezerwacji terminów dla grup (ale i dla mnie samego) należało uwzględniać fakt, że dzięki Giacomo, kiedy odbywał się doroczny konkurs w akrobatyce narciarskiej, ośrodek zapełniał się po brzegi. Z tych względów któregoś razu, jadąc po kawę w pojedynkę bez możliwości przecież zmiany daty targów w Rimini, nocowałem w jego pokoiku na poddaszu wyklejonym plakatami idolów sportowych i muzycznych, gdy on w części mieszkalnej rodziców.

 

Na pobliskim cmentarzu-tarasie, usytuowanym na stoku, zapalałem świeczki zawsze dyskretnie, bo temat tej tragedii był w hotelu tabu (matka wróciła do domu po długim pobycie w zakładzie psychiatrycznym w Padwie), ale polskiej produkcji znicze zapewne swą odmiennością rzucały się w oczy włoskiej rodzinie od kogo się tam brały. Moja Laurka tłumaczyła synkom jak zginął chłopczyk widniejący na zdjęciu, którego krzyż z nart i wizerunek z czarną kokardką u dołu były udekorowane wotami koleżanek i kolegów z klasy. "– Teraz widzicie dlaczego tak o was drżę, gdy jeździcie na rowerkach. Żebyście czasem nie wyjechali na jezdnię wprost pod samochód...".

 

[Ich celem głównym, jako importerów, było wybrzeże adriatyckie, Rimini właśnie, wraz ze zwiedzaniem (to dla dzieci) malowniczego San Marino. Realizując to ominęli kwartał targowy szerokim łukiem, chociaż korki na wjeździe do miasta świadczyły, że dla zwiedzających 80 euro na osobę to cena biletu do zaakceptowania.

 

Prócz tego zaplanowali tym razem zwiedzić Modenę i odebrać kawę bezpośrednio z dwóch tamtejszych palarni. Gdy po paru dniach "plażowania" (spacerów po piasku i przeskakiwaniu stert badziewia, nawet w formie okorowanych przez fale, wielgachnych drzew z konarami, wyrzuconego po zimie przez morze) przybyli do jednej z nich i się zgadali o Targach (wiedzieli, że ta wróciła była z Rimini), kierowniczka z działu eksportu oznajmiła z przekonaniem: – Mogliście śmiało napisać, to te wejściówki bym wam skręciła... Typowa włoska gentilezza (uprzejmość), która przecież, gdy już jest po sprawie, nic nie kosztuje, a robi się miło.

 

W katedrze Salvin wszedł na piętro pod górny ołtarz i próbował sfotografować wzdłuż nawy wstecz witrażową rozetę nad wejściem do świątyni. Obok to samo zrobiła jakaś samotna turystka z plecakiem. "Ładna" – przemknęło mu przez głowę. Zapytał gestem, czy by nie cyknęła mu drugiego zdjęcia z nim w kadrze... Odpowiedziała po angielsku of corse i poprosiła o to samo. Spojrzeli równocześnie na ekrany swoich komórek i Salvin dostrzegł, że jej rozeta jest wyrazista, a jego mroczna. Pogratulował jej aparatu w telefonie, ona zaproponowała mu przekazanie swojego ujęcia, on podsunął, jako rozwiązanie tego transferu, dostrojenie bluetoothów. Zaciekawił się, skąd jest. – Z Ameryki. A ty? – Z Polski. – Moja babcia była Polką. Z Bytomia – ożywiła się. – Lola – wyciągnęła do niego rękę.

 

I w tym momencie wyrósł jak spod ziemi pomiędzy nimi starszy, Janek. "– Tato, mama prosiła ci przekazać, że będziemy przed katedrą". Odwrócił się na pięcie i "odfrunął". Wypadało coś tu wyjaśnić... Była nieco zdziwiona, czego nie kryła, że ma tak maleńkiego synka. Bluetoothy nie mogły się dostroić, więc wymienili adresy mejlowe. Gdy Salvin dochodził do swoich, wszedł mesydż ze zdjęciem witrażu i podpisem "Hi, Lola".

"– Ciebie tylko na chwilę zostawić... Nawet w świątyni atrakcyjną mniszkę byś wypatrzył..." – z udawanym sarkazmem skomentowała ten podpis Laura.

"– Czujna jesteś" – zrewanżował się Salvin, sugerując, że jest zazdrosna i że on może jeszcze kogoś zainteresować...

 

Usiedli na murku przy świątyni od strony centralnego placu, tonącego w upalnym słońcu. Życie w mieście toczyło się zwyczajnie – krzątanina miejscowych, rowerzyści, sporo turystów jak na tę porę roku. Posilali się kanapkami, popijali z butelek, przez dzieci indywidualnie oznakowanych, zakończonych "smoczkami"; niejadkom obierali gotowane jajka ze skorupek, bo tylko to jeszcze można było w nich wmusić. Chłopcom najbardziej podobało się okute drewniane wiaderko w ratuszu, odbite wrogom podczas wojny, w którym dawniej przechowywano skarby.

 

Potem urwisy niepostrzeżenie weszły dość wysoko na konary karłowatego dębu, gdy na jakimś skwerku Salvin przystanął i zgadał się z polskimi opiekunkami, które wykorzystywały czas wolny, by się spotkać z koleżankami podczas południowej przerwy. Wszyscy gremialnie pomagali urwipołciom zleźć na ziemię, jedna ze szczuplejszych badante zechciała nawet stanąć Salvinowi na ramionach, aby przyasekurować wystraszonego młodszego, gdy Filipek zaczął płakać. Laura, sądząc po jej niezbyt dobrze skrywanej minie, teraz, po drugim porodzie już jako kobieta "słuszna", odebrała tę przysługę "do siebie" – że był to  c e l o w y  wybór męża pomiędzy "wagą lekką a ciężką".

 

"Zaraz zacznie je edukować, żeby się popisać" – pomyślała. Wczoraj, gdy byli w Lagosanto (poszedł odwiedzić znajomego architekta, Oreste, w szpitalu) i chłopcy weszli na podobne drzewo, przepytał ją z włoskiej literatury na tę okoliczność; egzamin oblała. Niemniej teraz zawiodła się. Salvin wprawdzie pomyślał o Italo Calvino i jego Il barone rampante, ale ugryzł się w język: "Nie będzie Baronem drzewołazem rzucał pereł przed wieprze!" Ojciec opowiedział synkom, że Oreste zaprojektował turystyczną osadę na dębach, na wyspie Pantelleria, stąd ich takie nagłe zainteresowanie tymi wspinaczkami po gałęziach. Apartamenty wśród konarów były oferowane sławnym klientom, a za ich uprzednią zgodą, jako droższe last minute, bogatym snobom, by mogli skorzystać z blasku przebywania w sąsiedztwie gwiazd. Oreste podkreślał, że jego propozycja jest skierowana głównie do Amerykanów, gdzie jeszcze przed Calvino, który Drzewołaza na orzechu objawił światu w 1957 roku – i tu Salvin uważniej nadstawił ucha – dziecięce marzenie zamieszkiwania na cedrze rozpropagował w USA pisarz Truman Capote w powieści Harfa traw wydanej w 1951 roku. "Nomen omen napisanej podczas wakacji w Taorminie na Sycylii" – dodał był Oreste.

 

Gros towaru, żeby skompletować transportową pulę, zakupili w dużej hurtowni w Ferrarze. Galaxy było wypełnione kawą (i jej przenikliwym zapachem, omal duszącym) na full, a oplandekowana przyczepka wypiętrzona trochę ponad "optyczną miarę". Laura pilnowała, by wydane kwoty były na tyle duże, żeby z nich zyski dały satysfakcjonującą nadwyżkę nad kosztami podróży. Jakieś pomysły, by kupić do użytku własnego tanie, a ciężkie kilogramy semoliny oraz soli morskiej zamieniała na drogie, maleńkie słoiczki z truflami. Auto nie z gumy, a wyjazd miał być także pierwszy raz rodzinny, więc z tych względów miejsca w nim nie było za dużo.

 

W drodze powrotnej znów zanocowali przed austriacką granicą w tym samym znajomym hotelu we Friuli. Na terenie Czech Laura zmieniła za kierownicą zmęczonego męża i podciągnęła transport aż pod Ostrawę, za tunel do pamiętnego dla nich miejsca, które nazwali sobie "nieszczęścia chodzą parami" (będzie o tym dalej). Jadąc cały dzień prawie bez przerwy, późnym wieczorem byli już pod domem. Zaparkowali tak, żeby widać było ich zestaw przez okno. Rozładowywaniem kartonów postanowili zająć się nazajutrz. Mimo zmęczenia, jeszcze przed zaśnięciem, zrobili podsumowanie: byli zadowoleni, przywieźli mnóstwo pamiątkowych fotografii, dzieciaki zdały egzamin w tak "konwojowych" warunkach, wypad biznesowy z towarową przyczepką, w połączeniu z wycieczką krajoznawczą, okazał się owocny. Był koniec stycznia i nic jeszcze nie zapowiadało nadchodzącego kataklizmu spod znaku COVID-19.

 

Kiedy ogłoszono koronawirusowy powszechny areszt domowy, oboje nie wiedzieli, jak będzie wyglądał zwrot kapitału, jaki zainwestowali w towar, który miał określone terminy przydatności do spożycia. Ale z dnia na dzień internetowa sprzedaż wzrastała, tak że w efekcie opracowali ankietę i do każdego kupującego wysyłali między innymi pytanie, skąd się wziął, jako klient, u ich wirtualnej lady? Odpowiedzi były jednoznaczne: nie chodzimy teraz do supermarketów. Laura, która miała wgląd w zdefiniowane adresy wysyłkowe, policzyła, że na dwa tysiące wcześniej indeksowanych klientów, ma teraz nowych tyle samo.

 

Tym samym styczniowa dostawa malała z dnia na dzień. Cóż było robić? Ano rozważyć wyjazd po nowy towar nie bacząc na obostrzenia związane z pandemią, którą traktowali jako "administracyjny" dopust Boży, polegający na zarządzaniu strachem przez jakiś czynnik o charakterze globalistycznym. Oboje uważali, że nie należą do baranów z redyku.]

 

 

Ciąg dalszy nastąpi.

 

 

[By skosztować kawy włoskiej z pierwszej ręki zerknij na Allegro/italiAmo_caffe; po zakupie upomnij się – dorzucam moim czytelnikom jakąś książkę gratis.]

 

Tekst, na prawach pierwodruku prasowego, ukazał się na łamach kanadyjsko-amerykańskiego tygodnika polonijnego "Głos" nr 31/2020 (29.07-04.08) s.17.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:2)