TEGO NIE ZOBACZYSZ... [34] Karabinierzy zakazali

Obrazek użytkownika Zygmunt Korus
Świat

[Książka na przedpłaty]

Uprzednio: https://niepoprawni.pl/blog/zygmunt-korus/tego-nie-zobaczysz-33-amik-drugi-przyjaciel

 

Część II Tam [Część I Do; Część III Z powrotem]

Rozdz. 34 Karabinierzy zakazali

 

[Zaraz po budziku, który zabrzęczał w komórce, odezwała się charakterystyczna melodyjka przypisana Laurze: – Witaj kochanie. No jak tam? Czy już się zbierasz do wyjścia?

Co miał odrzec? Że nie spał już od piątej, bijąc się z myślami co dalej...? Wyczuła, że zwleka z odpowiedzią, więc żeby pobudzić w nim entuzjazm do nadchodzącego dnia, zanuciła Kate Bush z duetu z Peterem Gabrielem „Don't Give Up”. Zaśmiał się, że nie zamierza się poddawać, a jej wsparcie to prawdziwy skarb. – No, takiego cię kocham – usłyszał jak zwykle, gdy postanawiał zakasać rękawy w jakiejkolwiek sprawie, zwłaszcza jeśli któraś wymagała pokonywania znacznych trudności... – To działaj! Czekam na wieści.

 

Zszedł na stołówkę nieco wcześniej, żeby go umówieni pracownicy przypadkiem nie odjechali. Do dyspozycji była tylko kawa z automatu, konfekcjonowane jogurty, napoje w butelkach z kartonu i owoce. Pieczywo, także dla rodziny, dostarczano później; mogło być dostępne, ale już po ich wyjeździe. Teraz wszystkich rezydentów hotelu, całej czwórki mającej prawo nocować, w myśl antypandemicznych zaostrzeń, tylko dlatego, że przebywali służbowo. Salvin, znając tutejsze zwyczaje współpracy z piekarnią, wrzucił wcześniej do podręcznej torby kilka suszonych kabanosów z Polski, żeby mieć coś przy sobie, gdy trzeba będzie potem tłumić uczucie głodu, owo bolesne ssanie żołądka, grożące w jego przypadku uciążliwym bólem głowy – trudnym do zahamowania, będącym chyba jakimś rodzajem powalającej migreny, która nawet już po posiłku potrafiła długo nie ustępować; ulga przychodziła zazwyczaj dopiero po przespaniu się, i to z wrażeniem jak po odbytym kacu.

 

Czekał więc przed hotelem na dowóz i żuł już odłamany kawałek kiełbaski. Kierowca nadszedł pierwszy i zaprosił go na przednie siedzenie swojej półblaszanki. Jego dwaj towarzysze w pośpiechu zmierzali do samochodu, by załadować z tyłu jakieś rzeczy nim ruszą. Salvin spostrzegł, że wiozą mnóstwo narzędzi, wiader i pojemników. – Czym się trudnicie? – zainteresował się, trochę z grzeczności, by podtrzymać konwersację, po tym jak im wytłumaczył, gdzie mają go po drodze wysadzić. – Konserwacją tuneli i wiaduktów na autostradzie.

 

Dojeżdżali do rozwidlenia, gdzie powinni skręcić, żeby znalazł się najbliżej pozostawionego samochodu z przyczepą na górnej drodze, pod jej nasypem, u stóp którego miał być ten warsztat naprawczy, rekomendowany przez Matteo. Nim opuścili trakt główny Salvin starał się dostrzec scudo przed sobą, wytężając wzrok, ale rozjazd był na zakręcie i odboczka szybko opadała w dół, więc zaparkowanego na poboczu zestawu pojazdów nie udało mu się zlokalizować.

 

Wysadzili go pod bramą dużego przedsiębiorstwa z napisem na budynku Autocarrozzeria & Servizio Ranzi, powiedzieli ciao, in boca al lupo! /1, zawrócili i odjechali. Podszedł do furtki, by zobaczyć, czy nie ma gdzieś informacji o godzinie otwarcia zakładu. I w tym momencie spostrzegł, że zaczęła się odsuwać w bok brama wjazdowa. Za jego plecami stał wypasiony czarny jeep, zdaje się z kimś ważnym, sądząc po wzroku eleganckiego kierowcy skierowanym w dal w taki sposób, żeby nie widzieć petenta „u drzwi” przed sobą; ten KTOŚ czekał na wystarczającą szerokość przepustu uwalnianego przez znikającą za bocznym murem zaporę.]

 

– Pan Ranzi? – zaryzykowałem domyślność. Dość głośno, bo zwracałem się przez szybę, w dodatku w maseczce. Nie usłyszałem odpowiedzi, tak czy nie, ale gość otworzył okno ze słowami: – Słucham pana...

Starałem się szybciutko wyjaśnić o co mi chodzi. Zapytałem, czy by mi nie pomogli zholować zestawu, który stoi na nasypie u góry – wskazałem ręką na główną drogę na wprost wjazdu do jego warsztatu.

– Oczywiście – odpowiedział uprzejmie. – Proszę tylko otworzyć zlecenie usługi – biuro będzie otwarte mniej więcej za kwadrans. Brama już się zdążyła odemknąć na całej szerokości, więc skinął uprzejmie głową w geście „do zobaczenia” i ruszył do środka.

 

Cóż, mam piętnaście minut czekania... Zacząłem się wspinać po nasypie pod górę w kierunku moich pojazdów. Nie przypuszczałem, że będzie to taka stromizna! Kilkakrotnie mi buty ujeżdżały na wilgotnej od rosy darni, a torba, przewieszona tylko przez ramię, spadała mi pod brzuch i przeszkadzała. Zdołałem się szybko, po paru takich nieoczekiwanych zjazdach w dół, solidnie ubabrać – ręce miałem czarne od kurczowego łapania się kępek trawy, a kolana ubłocone mokrą ziemią. W końcu, nie dając za wygraną, po wspinaczce na czworaka, z paskiem od torby przerzuconym przez głowę, by mieć ją na plecach, wychyliłem się nad asfalt... I co zobaczyłem? Ano nic. Ani śladu po moim zestawie trakcyjnym... Zero, nul!

 

Stałem za barierką z blachy poza jezdnią, samochody pędziły w obie strony, a mnie zakołatała w głowie przerażająca myśl, że może mi auto skradziono...? W końcu włoska marka z obcą rejestracją na terenie Italii – łakomy kąsek! Jak to mówią: „okazja czyni złodzieja”. A kradzieże w tym kraju, jak wiadomo, są na porządku dziennym. No i te włoskie sposoby ich dokonywania! Pomysłowość i malowniczość skoków na kasę dla cudzoziemców nie do wyobrażenia!

– Ale jak by mieli odjechać autem nie na chodzie? – starałem się uspokoić, uruchamiając rozsądek. – Ano właśnie... Jako ekipa udająca pomoc drogową... – wcale się nie pozbyłem owego niepokoju.

 

W tym czasie dodzwoniłem się już do hotelu, odebrał Matteo. – Zapytam karabinierów... Oddzwonię. I już po chwili („jak on to tak szybko zrobił?”): – Zdeponowali twój zestaw na placu pomocy drogowej po drugiej stronie drogi niż Carrozzeria Ranzi. Zakład nazywa się Motofriuli Più. Spojrzałem w tamtą stronę ponad drogą, ale zobaczyłem tylko same dachy.

– Dzięki – odezwałem się cicho, tonem grzecznościowym, ale zdaje się niezbyt pewnie, bo się domyślił, że mogę być zagubiony albo zdezorientowany. – Gdzie jesteś? – usłyszałem, zanim zdążyłem wyłączyć komórkę. – U góry, nad tym Ranzim. – To pójdź po nasypie za blachami w stronę, skąd rano przyjechaliście, a będzie tam poprzeczny tunel pod drogą, to zejdziesz w dól po schodkach przy jego krawędzi, żeby przejść na drugą stronę traktu do swojego auta. Kierownik Motofriuli to mój znajomy – fachman, on zna się na robocie. Widać chciał mi tym ostatnim zdaniem dorzucić od siebie odrobinę optymizmu.

 

I faktycznie już po paru minutach stałem przed wjazdem na rozległy plac owego warsztatu Più, ale nigdzie nie umiałem dostrzec moich pojazdów. Udałem się do biura – dwie panie na mój widok podciągnęły maseczki pod same oczy, więc szybko wdziałem swoją. Mając pozasłaniane usta porozumiewanie się nastręczało pewne trudności z uwagi na niewyraźność wymowy, w dodatku z mojej strony zapewne z włoskim kaleczonym przez cudzoziemca.

Scudo z przyczepą stoi z tyłu za budynkiem – sekretarka wskazała mi kierunek. – Zaraz tam przyjdzie kierownik warsztatu.

Gdy w końcu ujrzałem moje skarby na własne oczy i zacząłem się do nich zbliżać, z bocznych drzwi budynku wyszedł pracownik w jasnogranatowym kombinezonie, oczywiście jak wcześniejsze osoby w tym miejscu przepisowo zamaskowany. Żeby może coś zyskać, gdy się przedstawiałem, wspomniałem, że kwateruję u Matteo. Zauważyłem jednak, że zbył to napomknienie.

– Potrzebuję ekspertyzy dla ubezpieczyciela, czy auto da się naprawić... – zacząłem, przechodząc do konkretu, kiedy światła zamigotały i zamki w drzwiach wydały trzaski, jako znak, że scudo zareagowało na komendę pilota trzymanego przeze mnie w dłoni.

Proszę auta nie dotykać i czekać w biurze na przyjazd karabinierów – gwałtownie zjeżył się Włoch, zastawiając mi dojście do samochodu. – Rachunek za nocną usługę przygotuje panu sekretarka – wygłosił tonem służbowym.

 

Czekałem dość długo na kanapce w kąciku biura, poprawiałem co chwilę maskę, dając wtedy przyduszonym ustom trochę wytchnienia, w końcu wyszedłem na świeże powietrze pospacerować po placu. Kwota za zholowanie wydawała mi się kosmiczna – dwieście trzydzieści pięć euro!!! Za dystans... – maksimum dwa kilometry, licząc zjazdy i nawyrtki, by z odległości około stu metrów w linii prostej, gdzie stał unieruchomiony mój „zaprzęg”, znalazł się on na dziedzińcu Più aziendy. Zadzwoniłem do Axy, ale jej („mój” kontaktowy) przedstawiciel wcale nie był zaskoczony tą kwotą. – Takie tam mają stawki. Najważniejsze żeby orzekli, czy auto da się naprawić. Jeśli nie, to proszę poprosić, żeby panu stwierdzili to na piśmie. Po włosku, oczywiście. Mamy naszych różnojęzycznych tłumaczy – wyjaśnił.

 

Ponagliłem sekretarkę, że tracę czas, bo mam we Włoszech zezwolenie na ograniczony pobyt, limit czterdzieści osiem godzin, kilka interesów do załatwienia, wymagających środka transportu, a w Polsce czekają na wynik oględzin silnika przez waszego fachowca, żeby wiedzieć, czy mają mi uruchamiać międzynarodowy transport, by zepsuty samochód zwieźć na lawecie do kraju, a mnie dostarczyć auto zastępcze.

Wysłuchała mnie uprzejmie, sięgnęła po słuchawkę, piąte przez dziesiąte docierało do moich uszu, że powtarza zdaje się dobrze zapamiętaną argumentację, w końcu zakomunikowała: – Karabinierzy pozwolili naszemu pracownikowi dokonać oglądu i oceny stanu awarii w pojeździe, ale pan musi cierpliwie czekać, aż przyjedzie funkcjonariusz, żeby wypisać mandat.

 

Przyp. 1/ Pol.: Cześć, powodzenia!

 

Ciąg dalszy nastąpi

 

[By skosztować kawy włoskiej z pierwszej ręki zerknij na Allegro/italiAmo_caffe; po zakupie upomnij się – dorzucam moim Szanownym Klientom/Czytelnikom, z własnych zasobów bibliotecznych, wybraną losowo jakąś książkę gratis.]

 

Tekst, na prawach pierwodruku prasowego, ukazał się na łamach kanadyjsko-amerykańskiego tygodnika polonijnego "Głos" nr 8/2021 (24.02-02.03), s.16.

 

Możliwość nabycia ukończonej powieści w formie książkowej poprzez przedpłaty ratalne – patrz tutaj: https://allegro.pl/oferta/przedplata-powiesc-o-kawie-autor-zygmunt-korus-9664865441 lub kupon gratisowy: https://allegro.pl/oferta/dodatek-smart-bon-rabatowy-ksiazka-o-kawie-z-korus-10508980807

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.4 (głosów:4)