TEGO NIE ZOBACZYSZ... [33] Amik Drugi przyjaciel

Obrazek użytkownika Zygmunt Korus
Historia

 

 

 

[Książka na przedpłaty]

Uprzednio: https://niepoprawni.pl/blog/zygmunt-korus/tego-nie-zobaczysz-32-o-podzielnosci-uwagi

 

Część II Tam [Część I Do; Część III Z powrotem]

Rozdz. 33 Amik Drugi przyjaciel

 

 

[– Laura, a co z Amikiem numer dwa?

– Historię Amika Drugiego znam piąte przez dziesiąte z jakichś wspomnień Salvina. Więc lepiej ją usłyszeć z pierwszej ręki.]

 

Amika Pierwszego przejechał pociąg, bo mieszkaliśmy przy kolei, gdzie ojciec był nastawniczym, więc pies w sposób naturalny często tam się pałętał w poszukiwaniu swojego pana... Bardzo przeżyłem jego pochówek w sadzie pod jabłonią. Można powiedzieć, że był to pierwszy „prawdziwy” pogrzeb w moim życiu.

 

No i teraz jak by Wam o Amiku Drugim opowiedzieć...? Małym czarnym kundelku, który u mojego boku wyrósł na dorodnego obrońcę-agresora. Trzeba zacząć od tego, że w jakimś sensie rośliśmy razem, dojrzewaliśmy jako przyjaciele: najpierw zabawy, psoty, potem już poważnienie... Stąd pewna trudność w opowiadaniu, bo chcę przytoczyć jeden przełomowy moment, wymagający rozeznania w faktach, który bardzo emocjonalnie odcisnął się w mojej pamięci: jako siedmio-ośmioletnie dziecko (a pies, Amik Drugi, miał wtedy około trzech lat) nie wszystko zauważałem, ponieważ nie rozumiałem „podszewki” tamtejszego życia. Stąd ta relacja będzie wymagała pewnej uwspółcześnionej konfabulacji w oparciu o historyczną wiedzę, zresztą koniecznej na potrzebę konwencji stylistycznej tej książki.

 

Zacznijmy od tego, że przyglądałem się z ciekawością, jak ojciec zabrał się do budowania wędzarni. Zaczął od wykopania prostokątnego wgłębienia, przechodzącego w niby rowek odwodniający, za oborą i stodołą, w miejscu niewidocznym od ulicy. Jak zachodziła potrzeba rozpalenia ognia, nakładało się na ten dołek prostokąt grubej blachy, tworzącej palenisko. Cug w jego domknięciu dawał kawałek rury uszczelnionej darnią, zakończonej kolankiem wystającym spod nasypanej ziemi jak peryskop. Na niego stawiało się pionowo prostopadłościan otwarty z dołu i z góry, złożony z czterech ruchomych drewnianych ścianek montowanych szczelnie, domykanych bokami na zaginane haczyki, od środka wybity do połowy wysokości blachą, żeby deski blisko paleniska się nie zapaliły. Była to komora wędząca, sięgająca ojcu pod brodę, żeby bez trudu mógł zaglądać do wnętrza. W środku ścianki miały zawieszki i mocowania dla drążków poprzecznych, na których zawieszało się produkty z uboju. Dym dusiło się poprzez nakrycie górnego wylotu mokrą płachtą.

 

Tata wyjaśnił mi, że miejsce to wybrał jako ustronne i dlatego, że jest na stałym przeciągu, bo wiatry wieją z zachodu na wschód, w kierunku podmokłych łąk i lasu, czyli odludzia, a nie ku wsi, gdzie dym mógłby poczuć ktoś niepożądany. Wędzenie odbywało się zawsze podczas wieczornej mgły, jesienią, by wyroby masarskie, takie jak wędliny, szynki, słonina i boczek zakonserwować na zimę, żeby mieć jedzenie własne aż do przednówka. Przed tą czynnością mi przypominał, żebym trzymał korzystanie z wędzarni w ścisłej tajemnicy, nie wspominał o niej nikomu, „ani mru-mru!, to nasz sekret, pamiętaj!. Dlaczego?” Bo ubój świń na użytek własny jest zabroniony – należy je oddawać państwu zgodnie z wymogami kontraktacji, tak zwanych obowiązkowych dostaw. Zdaje się niewiele z tego rozumiałem, ale czułem, że jakiś wróg czai się za naszym płotem. Ojciec stale chwalił Amika za czujność, gdy ten ostrzegał, że ktoś zbliża się do naszego obejścia. Gdy głaskał mojego przyjaciela miałem wrażenie jakby to po mojej głowie przesuwała się delikatnie jego mocna, męska dłoń. Na drugi dzień rano po takiej konspiracyjnej akcji elementy wędzarni znikały, popiół był rozsypywany pod drzewami w sadzie, a rowek wyglądał jakby tylko czekał na deszcz...

 

Któregoś wieczoru pies zjeżył sierść i zawarczał, ponieważ ktoś cicho wszedł do sieni i zapukał do drzwi, a po „proszę wejść!”, w progu ostrożnie, z czapką w ręce, rozglądając się, gdzie jest to groźne zwierzę, stanął jakiś pan w niebieskim mundurze. Usiadłem na podłodze w drugim końcu kuchni obejmując mojego ulubieńca, żeby się zachowywał spokojnie. Czułem, że cały drży i spostrzegłem, jak bojaźliwie i groźnie łypie na przybysza. Jak tłumi pomruki.

 

Ojciec zaprosił nieoczekiwanego gościa do stołu, był to komendant miejscowego posterunku. Mama zaproponowała herbatę, mundurowy przytaknął, że napije się chętnie, był miły i rozluźniony, dawał gospodarzom do zrozumienia, że zjawił się nie w niecnym zamiarze. Ale nie zaczął z miejsca od tego, po co przyszedł. Rozglądał się po wnętrzu, uśmiechał tajemniczo i milczał. Udawał, że czeka na kubek z napojem. Ojciec, bardziej czułem, niż kapowałem, był zdaje się spięty. Siedzieli naprzeciw siebie nie kwapiąc się do ożywienia spotkania. Mama w tym czasie położyła na stole talerz z faworkami: – Proszę się częstować... – zachęciła milicjanta. Siorbnęli w końcu po łyku parzącego płynu. I wtedy komendant, widać przygotowany na to, że będzie u nas intruzem, nagle wyjął zza pazuchy pół litra wódki i oświadczył: – Poproszę o kieliszki, napijmy się!

 

Wychylili je powoli, niby smakując i oceniając „moc uderzeniową” ich zawartości, i wtedy przybyły zaczął ściszonym głosem, opłotkami... Czułem, że umknie mi coś ważnego, więc przytuliłem się wzdłuż do ciała Amika, by być bliżej stołu i rozmówców...

– Doszły mnie słuchy, że wasz pies zaatakował dzika i tak nim zakręcił, że go ze zmęczenia unieruchomił, to znaczy osadził na zadku, pozującego do odstrzału... – spojrzał na tatę uważniej, wyraźnie oczekując potwierdzenia, nie zaprzeczenia; chciał dać znak wyrazem twarzy, że wie, co mówi, bo ma informację z pewnego źródła. Ojciec skinął głową; w ciszy... Wypadło to potulnie. A to, nie wiem do teraz czemu, jak grom nagle załomotało mi równocześnie w głowie i w sercu.

– Odważna bestia! Szybka, wytrzymała i sprytna, tak mówią – ciągnął komendant z nieudawanym podziwem; sięgnął po butelkę i nalał „na drugą nogę”. Tata przyglądał mu się teraz ostentacyjnie, badawczo, jakby czekał na niebezpieczną konkluzję: trzymał kieliszek na razie nad stołem nie podnosząc dłoni ku ustom, gdy tymczasem tamten wychylił swój zdecydowanym haustem. – Bo widzisz, mamy w naszym kole łowieckim sporo problemów z zabitymi dzikimi zwierzętami, zagryzanymi przez jakiegoś psa: sarenki, zające, lisy... Nie, nie chcę powiedzieć, że ten wasz, jak mu tam...? (– Amik – chciałem podpowiedzieć, ale jakoś bezwiednie ugryzłem się w język), to robi, ale rozumiecie – zwrócił się teraz do wszystkich domowników – dobrze jest wiedzieć, że wasz nie hasa po okolicy samopas... Bo ludzie różnie gadają, mogą oczerniać...

– Paaanie komendancie Stancel! – dało się słyszeć, jak ojciec rozpędzał się w mocniejszym tonie wypowiedzi; zawiesił głos, wypił szybko wódkę i dokończył: – mów pan, po coś przyszedł!

– Kupić dla naszego Koła Łowieckiego waszego psa.

Oniemiałem. Zerwałem się na równe nogi i stanąłem przy ojcu patrząc mu prosto w oczy. Tata to zauważył i wskazał na mnie ręką: – To jego zwierzę.

– Jego, jego...? Takie gadanie... – odezwał się z przekąsem przewodniczący miejscowego stowarzyszenia myśliwych. – Podwórzowy pies, którego będziesz zmuszony trzymać przy budzie na łańcuchu – wyraźnie miała to być zawoalowana pogróżka, że bestia jest groźna dla otoczenia, a obejście nieszczelnie ogrodzone – choć taki bojowy, z łowczą potencją, tylko się zmarnuje. A tak to damy go na szkolenie i będziecie z niego dumni.

Omijał mnie wzrokiem, patrzył zachęcająco na gospodarza domu. Ojciec pochylił się w jego stronę, nalał po kolei do kieliszków, zachęcił do wypicia i powiedział krótko: – Nie mogę. Amik to nasz domownik.

– Zastanów się – zabrał się do wyjścia Stancel. Pies zawarczał. – Co wy myślicie, że nie wiemy o waszej wędzarni...? Że nie oddajecie państwu całego żywca...? – już chciał zrobić pierwszy krok ku drzwiom, gdy Amik jednym susem zastawił mu drogę, jeżąc się i groźnie warcząc. Chyba potraktowałem to jako zachętę do obrony albo ataku, diabli wiedzą. W każdym razie wpadłem w szał, zawyłem dziko, zanosząc się od spazmatycznego płaczu, przerywanego co i rusz zadławiającym szlochem, wyrażającego prawdziwy dramat dziecięcego zagrożenia, i rzuciłem się z pięściami na milicjanta, gotów go gryźć, na co ojciec skoczył ku nam i złapał psa, by ten nie poszedł mi w sukurs. Komendant cofnął się, oganiając się od moich piąstek i pazurków przy jego twarzy. Usiadł i sięgnął po resztę w butelce, rozlał i z najwyższą powagą, omal uroczyście oznajmił: – Dajmy temu już spokój. Nie możemy chłopcu odebrać jego przyjaciela, bo by z rozpaczy zwariował, tak go kocha!!!

 

Ciąg dalszy nastąpi

 

[By skosztować kawy włoskiej z pierwszej ręki zerknij na Allegro/italiAmo_caffe; po zakupie upomnij się – dorzucam moim Szanownym Klientom/Czytelnikom, z własnych zasobów bibliotecznych, wybraną losowo jakąś książkę gratis.]

Tekst, na prawach pierwodruku prasowego, ukazał się na łamach kanadyjsko-amerykańskiego tygodnika polonijnego "Głos" nr 7/2021, (17-23.02), s.16.

Możliwość nabycia ukończonej powieści w formie książkowej poprzez przedpłaty ratalne – patrz tutaj: https://allegro.pl/oferta/przedplata-powiesc-o-kawie-autor-zygmunt-korus-9664865441 lub kupon gratisowy: https://allegro.pl/oferta/dodatek-smart-bon-rabatowy-ksiazka-o-kawie-z-korus-10508980807


 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:3)