TEGO NIE ZOBACZYSZ... [27] Już witał się z gąską...

Obrazek użytkownika Zygmunt Korus
Świat

[Książka na przedpłaty]

Uprzednio: https://niepoprawni.pl/blog/zygmunt-korus/tego-nie-zobaczysz-26-epizody-na-zamkniecie-watku

 

Część II Tam [Część I Do; Część III Z powrotem]

Rozdz. 27 Już witał się z gąską...

 

Wysyłam do domu plenerowe selfie z granicy na dowód, że przy wjeździe do Włoch nie ma antypandemicznej kontroli i ruszam ku wlotowi pierwszego tunelu uradowany. Pilnuję przy tym, pokonując owe podziemne „dyskoteki świateł” (właśnie to miganie lamp najbardziej męczy oczy kierowców), że zaraz za wylotem drugiego tunelu muszę opuścić autostradę, bo potem są bramki i będę musiał zapłacić dodatkowe „osiowe” za ciągnioną czterokołową przyczepkę.

 

A nie ma takiej potrzeby. Po przejeździe przez Tarvisio dalej na południe drogą lokalną wzdłuż autostrady leci się pięćdziesiąt kilometrów w dół i w dół, na wolnych obrotach, czyli za darmo, naciskając od czasu do czasu na hamulec. Kiedy staczam się po wiaduktowym łuku nad doliną ku rogatkom miasta spostrzegam przed sobą patrol karabinierów. – A jednak! Policjanci, płci mieszanej (wiadomo, parytety) wskazują, gdzie mam się zatrzymać. Ciasno, muszę stanąć jak najbliżej prawej barierki, żeby pomiędzy moim scudo z ogromną przyczepą a ich radiowozem był wolny przejazd.

 

Mocuję „szmatkę” na twarzy, otwieram okno i podaję „koszulkę” z zestawem „papierów” włoskich przygotowanych przez Moją Laurkę.

– Buon pomeriggio! – mówię, bo to ja przybywam tutaj, a poza tym chcę dać sygnał, że gadam po włosku.

Buonasera – uśmiecha się policjant przeglądając formularze. Wyjaśniam, że jestem importerem kawy, pojutrze wracam z towarem, hotel i magazyn mam nieopodal, przed Udine. Funkcjonariusz odchodzi ku pozostałym, po chwili wraca i podaje mi te druki z długopisem na tacce, prosząc o ich podpisanie; na oryginale przybija pieczątkę, kopię zabiera. – Zezwolenie jest na czterdzieści osiem godzin, choć można je w razie potrzeby przedłużyć, tylko trzeba nas o tym powiadomić. – Wskazuje palcem na kopii, którą trzyma w ręce, na co mam zerknąć. Widzę na moim dokumencie osobny stempel z numerem kontaktowym pod pieczątką pograniczników. – Buon viaggio! – rzuca pogodnie.

– Grazie. Arrivederci – odwzajemniam się uśmiechem zadowolony, że tak to szybko poszło.

 

Zapewne patrol jest zdziwiony, że ruszam i od razu skręcam w prawo, nie podług drogowskazu. Znam tu jednak taki myk, że można wąziutką drogą przebić się do głównej arterii miasta. Jest tam w głębi dziewięćdziesięciostopniowy zakręt pomiędzy poobijanymi przez pojazdy narożami budynków, mimo że mają półkoliste betonowe odbojnice w przyziemiach, z lustrzanym udogodnieniem dla polepszenia widoczności dla kierowców, ale przejazd tamtędy autokarem, choć dopuszczalny i możliwy, to prawdziwy koszmar i zarazem majstersztyk szoferski, ponieważ bierze się ten wiraż na kilka razy, gdy tymczasem inni uczestnicy ruchu drogowego cierpliwie czekają.

 

Ale od strony patrolu wjazd w ten zaułek jest prosty, uliczką jednokierunkową i potem do centrum na wprost. Na wszelki wypadek, gdyby się chcieli czepiać (chociaż widzę w bocznym lusterku, że nie ruszają za mną), zaraz za tym „śluzowym” skrzyżowaniem skręcam w prawo, żeby ewentualnej pogoni zniknąć z oczu i dostać się pod mostem nieczynnej kolei na taras górny: chcę zobaczyć jak się ma gigant w drewnie, znajomy hotel Nevada – obiekt ogromny (trzysta łóżek, sto pokoi), jedyny w swoim rodzaju (chociaż w Zachodnich Alpach ma bliźniaka), architektonicznie przepiękny, ale od jakiegoś czasu niemożliwy do samosfinasowania się. Sypiałem w nim z grupami kilkakrotnie, za każdym razem u innych gospodarzy, ale żaden nie dawał rady się utrzymać – wszyscy po roku najmu od gminy plajtowali. Mijam wolniutko „Nevadę” – jest maj – obiekt ma podjazdy pozamykane taśmami w zakazowe prążki. „ – A może to tylko pustka wskutek pandemii...?” – próbuję dopuścić i taką myśl, choć z praktyki wiem jak od dłuższego już czasu kulała tu turystyka przyjazdowa.

 

[Po przedostaniu się przez centrum Tarvisio na najwyższy kraniec miasta, droga ku Udine spada stale w dół. Trasa wiedzie wzdłuż koryta rzeki, szerokiego, pełnego wapiennych otoczaków z wąską strużką wody, ale rozmach każdego jaru, szerokość i wygląd brzegów, często z opuszczonymi domostwami, świadczą o tym, co się na tym górskim odcinku dzieje, gdy przychodzą wiosenne roztopy lub jakieś długie, powodziowe ulewy!!!

 

Salvin znał ten region od podszewki. Bywał tu w sezonach narciarskich rezydentem. W warunkach zimowych jego czujność i wiedza polegały na tym, żeby tygdniowe pobyty maksymalnie wykorzystać przez sześć dni na stokach, na łączony karnet narciarski obejmujący wiele szczytów zjazdowych – bo przecież za to się słono płaciło. Salvin układał harmonogram z dnia na dzień wedle aktualizowanych prognoz pogody, uwzględniając alpejskie pasma-zapory, nim nadchodząca z którejkolwiek strony śnieżyca przez jakieś się przebiła, uniemożliwiając korzystanie ze skipassu wskutek braku widoczności. Krył się za górami uciekając przed zadymkami przez tunele przejazdowe na drugą stronę wysokich turni, z północy na południe albo odwrotnie, bo i tak bywało. Choć najczęściej wiało z zachodu na wschód. Należało uprzedzać atak zawiei, a potem, robiąc użytek z tuneli przebitych pod pasmami gór, wypiętrzonych pod różnymi kątami, chować się za nimi, zanim śnieżna zadymka przedostała się ponad którymś atakując stok, który Salvin ze swoją grupą właśnie był zaliczył.

 

Kiedy zapowiadano śnieżną wichurę od wschodu lub północy, zaczynał od tras zjazdowych z Monte Lussari nad Tarvisio. Następnego dnia wspinał się z grupą malowniczymi serpentynami ku granicy ze Słowenią, do ogromniastego zimowego kurortu (straszącego już mnóstwem opustoszałych obiektów) znanego jako Sella Nevea, skąd w razie szybkiego ataku zimy z tyłu, od strony Tarvisio, można było zjechać inną drogą ku głównej arterii drogowej przez Chiusaforte. Potem w kolejne dni należało przemieszczać się coraz dalej na południe, najpierw korzystając z dwustronnego stoku bardzo dobrze zagospodarowanego – Zoncolan, a potem jeszcze dalej, uciekając przed goniącym go śnieżnym wiatrem, na trasy zjazdowe ze szczytu Forni di Sopra. Miejsce noclegów w Dolomitach nie miało znaczenia, bo wszędzie było blisko, a autostrady odśnieżano.

 

Teraz Salvin sunął wiosennie w dół bez biegów. Co i rusz spoglądał na malowniczą trasę rowerową wijącą się obok i nad głową, oddaną do użytku nie tak dawno z wykorzystaniem nieczynnego torowiska, udostępnioną turystom na półkach skalnych, akweduktowych mostach i tarasach, także z własnymi tunelami, wzdłuż lokalnej drogi biegnącej nad rzeką na dnie wąwozu (obie nitki, samochodowa i rowerowa, przeplatające się także z autostradą, którą był opuścił). Pod stacją wyciągową na Monte Lussari można było wynająć rowery i zjechać nimi bez wysiłku tym szlakiem z Tarvisio aż do Udine, skąd grupę odbierał autokar, a wypożyczalnia wwoziła rowery do góry z powrotem.

 

Salvin zorganizował kiedyś taki rowerowy rajd, wiosenny turnus w Dolomitach (bo dla kolarzy jest tam więcej podobnych, atrakcyjnych górskich propozycji). Pomagał mu w tym dziennikarz z Kielc, prowadzący tam w oddziałach radia i telewizji audycje o tematyce sportowej. Specjalizował się w kolarstwie, które sam amatorsko uprawiał. Poznali się na wczasach na kempingu nad Adriatykiem, gdzie redaktor ze swą rodziną wynajął przyczepę u Salvina, co zaowocowało w następnym roku przedsezonowym (a więc po przystępnej cenie) pobytem w Dolomitach grupy ze świętokrzyskiego klubu rowerzystów.

 

Od pierwszego pobytu w tym kraju, nieprzytomnie zauroczony Italią, nie dopuszczał żadnej myśli o swoim zagrożeniu, mimo że zapuszczał się w paszczę lewiatana zwanego Covidem – w okresie nasilenia pandemii, z jej centrum w Europie właśnie na północy Włoskiego Buta.]

 

Jechałem wyluzowany, napawając się pamiętnymi skojarzeniami z tym, co mijałem. Jest pięknie, ruch zerowy, drogi ubywa. Minąłem Pontebbę, gdzie kiedyś nieoczekiwanie nocowałem (naprawiano mi awarię skrzyni biegów w mitsubishi) – miasteczko wtedy odbudowywano po straszliwym trzęsieniu ziemi. Gdzie nie spojrzeć, to jakieś wspomnienia, zdarzenia, ludzie z tableau pamięci...

 

Italia jest „połykana” pod kołami mojego pojazdu toczącego się na wolnych obrotach, wskaźnik komputera wyświetla coraz to większy zasięg na paliwie pozostającym w baku – coś niebywałego – już tylko trzydzieści kilometrów do hotelu, a tu czytam, że mogę, przy takim sposobie spalania, przejechać jeszcze prawie tysiąc czterysta.

 

Oczywiście to probabilistyka złudna, zwyczajna mrzonka, takie obiecanki-cacanki, gdy pojazd siłą własnej bezwładności toczy się w dół, jeszcze popychany przez ciężką przyczepę. Gdyż w drodze powrotnej trzeba będzie się wspinać, w dodatku jako zestaw załadowany, więc bilans będzie się musiał wyrównać – nic za nic, coś za coś – jak w życiu.

 

[Podkręcił Marco Mazziniego „Ci vorebbe il mare” i zaczął w myślach podkładać swój tekst pod tytuł i refren – jakoś bezwiednie przypasowało mu sylabotonicznie:„Tu potrzeba miłości”.

 

Ci vorebbe il mare che accarezza i piedi
[Potrzeba by morze pogłaskało twoje stopy]

Tu trzeba miłości zewsząd jak powietrza

mentre si cammina verso un punto che non vedi

[Idąc w kierunku punktu, którego nie widzisz]
żeby to jak oddech złapać, żagle co na wietrze
 

Ci vorrebbe il mare su questo cemento
[Potrzeba morza na tym betonie]
Tu trzeba miłości od krańca do krańca

Ci vorrebbe il sole col suo oro e col suo argento
[Potrzeba słońca z jego złotem i srebrem]
aby poszum morza hen, także w górach tańczył

 

[Nucąc i fałszując straszliwie, powtórzył szlagwort kilka razy na głos, żeby tę improwizację zapamiętać, ponieważ dawała mu taką możliwość interpretacja piosenkarza w oryginale.

 

Nic nie zapowiadało wielkich perypetii, które miały nastąpić za moment...]

 

Ciąg dalszy nastąpi

 

[By skosztować kawy włoskiej z pierwszej ręki zerknij na Allegro/italiAmo_caffe; po zakupie upomnij się – dorzucam moim Szanownym Klientom/Czytelnikom, z własnych zasobów bibliotecznych, wybraną losowo jakąś książkę gratis.]

 

Tekst, na prawach pierwodruku prasowego, ukazał się na łamach kanadyjsko-amerykańskiego tygodnika polonijnego "Głos" nr 52/2020 (23.12.20-05.01.21), s.16.

 

Możliwość nabycia ukończonej powieści w formie książkowej poprzez przedpłaty ratalne – patrz tutaj: https://allegro.pl/oferta/przedplata-powiesc-o-kawie-autor-zygmunt-korus-9664865441

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.6 (głosów:7)