Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa (31.08.2012)

Obrazek użytkownika Zygmunt Jan Prusiński
Kultura

31 sierpnia 2012, 23:51


@Zygmunt Jan Prusiński

Panie Zygmuncie jestem winien Panu komentarz, nt. Bitwy Warszawskiej 15 sierpnia 1920 r. i w ogóle cudu nad Wisłą etc. Cudu nie było, bo go nie było potrzeba do przepędzenia czerwonoarmistów. Ostatnie dwa lata przesiedziałem nad listami, archiwaliami i dokumentami z epoki końca XIX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem działań Dmowskiego i Piłsudskiego. Oczywiście, jako o politykach, można powiedzieć o nich obydwóch: kłamcy, ponieważ każdy polityk to kłamca i zwodziciel. Na kłamliwych obietnicach buduje ład społeczny i porządek, jeśli mu się uda dojść do władzy. Więc w stosunku do nich obu epitet kłamcy jest na miejscu i nie jest niczym obraźliwym. To po prostu tak, jakbyśmy powiedzieli, że obydwaj byli rasowymi politykami. Z tym, że w opiniach obserwatorów epoki Piłsudski był trzeźwiejszym i bezwzględniejszym politykiem niż Dmowski (i chwała mu za to)! Ja bym dodał, że Dmowski pozował na rzymskiego kunktatora, natomiast Piłsudski był rasowym politykiem-straceńcem o romantycznych rysach charakteru. Nawet potrafił się zdobyć na odruchy uczciwej szczerości i tak „mówić, żeby nic nie powiedzieć”.

Zapytywany przez Korwina-Milewskiego, jako oficjalnego wysłannika kresowych ziemian, Piłsudski, w 1919 r., jako naczelnik państwa, dał taką pokrętną odpowiedź (jak sfinks), że wysłannicy zrozumieli jedno, iż Litwa etniczna i Kresy bronione przez koroniarzy (czyli przez Polskę) nie będą, o ile nie potrafią obronić się same! Piłsudski nie miał złudzeń, że nie ma co liczyć na to, że Polacy z centralnej Polski będą umierać za Lwów, Kijów i Wilno. Jeśli Kresowiacy chcą utrzymać swą niepodległość przy Koronie, to muszą się solidnie zmobilizować i zawalczyć. Taki był sens rozumowania Piłsudskiego i później taka była jego polityka w 1920 r.

Owszem, wyprawa kijowska była dla Piłsudskiego rekonesansem i sprawdzianem, jak daleko może pójść na Wschód i co wyjdzie z jego współpracy z Petlurą. Poza tym, w tym czasie bolszewicy mieli na karku białych generałów, Kołczaka i Denikina, którzy się odgrażali, że nie uznają niepodległości Polski i że po restytucji caratu znów nią zawładną, więc byli gorszym niebezpieczeństwem od Lenina. Wyprawa kijowska była więc wyznaniem odważnej dziewicy: „chciałabym, lecz boję się”, czyli pójdę na Kijów, ale właściwie tylko po to, żeby dać do zrozumienia Kołczakom i Denikinom, że jestem uzbrojony na Ukrainie i czuwam! Była to bardziej demonstracja przeciwko Kołczakom i Ungerom niż bolszewikom. Granica państwa polsko-sowiecka była nieustalona i właściwie miała przebiegać po linii Curzona, a koniec końców był taki, że zachodni alianci, Francja i Anglia bezradnie wsadziły głowy w piasek, mówiąc: my się na tym nie znamy i wtrącać się nie będziemy, a wy „róbta co chceta”. Poza tym, Francja i Anglia ciągle jeszcze miały nadzieję na powrót białego cara nad Newę i odzyskanie swoich wpływów. Więc i pewnie wraz z powrotem Romanowych, Londyn i Paryż zgodziłyby się na likwidację polskiego państewka sezonowego. Dlatego na wyprawę kijowską Piłsudskiego i jego przyjaźń z Petlurą (katem polskiego ziemiaństwa na Ukrainie) patrzyły jak na egzotyczne tańce rajskiego ptaka. Wyprawa kijowska, według mego podejrzenia, odbyła się w umyśle Ziuka po linii rozumowania, jakiego udzielił ziemianom litewskim z Hipolitem Korwin-Milewskim na czele. Czyli rozumował tak:, „ja Piłsudski pójdę z moimi koroniarzami na Kresy, na Ukrainę i Kijów i wybadam, zobaczę, czy kresowiacy się zbudzą ze snu, czy się zorganizują zbrojnie i wystąpią przy moich legionistach ramię w ramię w celu obrony polskości i niepodległości tych ziem”.

Niestety nic takiego się nie stało. Kresowiacy, ziemiaństwo ani chłopstwo kresowe nie ruszyło wraz z Piłsudskim do boju! Mieszczanie z miast kresowych też się nie ruszyli, bo to byli żydzi! Tu, w tych rachubach, trafnie, Piłsudski okazał się rasowym, pozbawionym sentymentów, zimnym politykiem.

Potwierdzają to świadectwa z epoki. W maju, czerwcu i lipcu 1920 r. legioniści Piłsudskiego, koroniarze, wycofywali się pod naporem bolszewików w miarę w sposób zorganizowany, bez paniki, zamierzając dopiero bronić się w koronie, natomiast nie przelewać niepotrzebnie krwi za Kresowiaków, skoro oni woleli liczyć nie wiadomo na co, robić sianokosy, sprzedawać czereśnie etc. Z opisów zachowań społecznych polskiego chłopstwa i ziemiaństwa na Kresach wynika jakiś dziwny partykularyzm, że „to co nasze, kresowe, to ważne, tak ważne, że koroniarze powinni nas ochraniać i bronić, a my w tym czasie będziemy zadawać szyku – bo jesteśmy ozdobą Polski, bo jesteśmy piękni i gładcy!”.

To „zadawanie szyku”, to ja rozumiem, jako krzewienie polskości poprzez oddawanie się dewocji (takie pokojowe antemurele). Bernardyni, dominikanie i jezuici za bardzo nauczyli Kresowian liczyć na pomoc boską i na ochronę Matki Boskiej, niż na własne szable i pięści. Szable były używane tylko jako ozdoby podczas procesji maryjnych w kościele. Zresztą tego ich uczył carat w niewoli: macie swoją religię, macie swoją Matkę Boską, to do niej się udajcie pod obronę, skoro nie chcecie prosić o nią dobrego cara. W Galicji Zachodniej tego samego uczyli Austriacy. Tam najwyżej zachęcano do obronnego organizowania się arystokracji przez zrewoltowanymi chłopami.

Więc chłopcy Piłsudskiego wracali spokojnie bez paniki (takie są przekazy) spod Kijowa i dopiero ich rodzice i opinia społeczna, gdy Rosjanie byli pod Warszawą, wezwali swych młodych wojaków do boju: „Do roboty chłopcy!”. I chłopcy pogonili bolszewików aż za Mińsk. Pogonili ich dopiero wtedy, gdy interesy królewiackiej burżuazji i ziemiaństwa tego wymagały, nie wcześniej.

To zachowanie legionowych wojaków w sierpniu 1920 r. pod Warszawą było, takie niezdecydowane i wahliwe, bo w owej chwili zgodne z pepesowską tendencją i tradycją obozu Piłsudskiego, który wykazywał mimo wszystko ambiwalencję wobec bolszewików, którzy jeszcze do niedawna byli towarzyszami broni dla wielu legionistów w okopach pierwszej wojny światowej. Jakoś niemiło było Piłsudskiemu bić bosonogiego „kacapa” dopóki nie pozwolił sobie za dużo i podszedł pod Warszawę. Dlatego też zaniepokojeni (prosowiecką postawą Piłsudskiego Francuzi, przylecieli z Fochem do Warszawy bronić „demokracyji”. Chcieli we władzy wsadzić swego pupila Dmowskiego, ale im się nie udało, bo Dmowski był z innej bajki.

O ile Piłsudski flirtował z wywiadami Austrii i Niemiec, miał tam jakieś zobowiązania i tajne konszachty, to Dmowski był zupełnie jawnym, carsko-francuskim figurantem. Najpierw jako poseł do rosyjskiej Dumy, najpierw carskiej później kadeckiej, potem zaś przewodniczącym PKN przy ulicy Kleber w Paryżu, za rosyjsko-francuskie pieniądze. Ba, rosyjska proweniencja powstania Błękitnej Armii gen. Hallera we Francji jest tak wyraźna, że Bajończycy zostali uzbrojeni w karabiny, które zostały po rozbrojonych oddziałach rosyjskich carskiego gen. Leszyckiego, które się zbolszewizowały za czasów Kiereńskiego. Akt powołania polskich oddziałów wojskowych, w miejsce rozbrojonych rosyjskich (pod Werdun) powstał w ambasadzie rosyjskiej w Paryżu i został napisany po rosyjsku. Minister wojny i prezydent republiki francuskiej ten „pomysł” tylko przyklepał. Przypuszczam, że przyklepał z lekkim sercem, bez głębszego przekonania, że coś istotnego z tego będzie, bo było to parę miesięcy przed reelekcją prezydenta Wilsona i jego czternastu punktów (napisanych po reelekcji), oraz jego zgody, żeby do błękitnej armii Hallera zgłaszali się amerykańscy ochotnicy, bo we Francji Polaków zdatnych do wojaczki było tyle, co kot napłakał.

Korwin-Milewski pisze, że w owym czasie kolonia polska w Paryżu wynosiła około 10 tysięcy osób, z czego większość mężczyzn (Polaków) już na początku wojny poszła walczyć do armii francuskiej. Pisałem już, że do błękitnej armii pchali się sami żydzi. Natomiast błękitna armia stała się prawdziwą armią, gdy jej trzon stworzyli przywiezieni z Rosji legioniści gen. Hallera. Otóż nie uciekł on (wraz z legionem) z terenów cesarstwa rosyjskiego, jak podają historycy filofrancuscy, a został przywieziony w ramach francusko-rosyjskiego porozumienia w tej sprawie. Chodziło o uzupełnienie (wyszczerbionego pociskami niemieckimi we francuskich okopach) menschenmaterial, którego wszystkim stronom wojującym brakowało. Natomiast stronie rosyjskiej nigdy nie brakowało i nie zabraknie. W tym zaś czasie Dmowski i jego prawa ręka, dr. Piltz, byli politykami gabinetowymi i tak niezorientowanymi w posunięciach ministerstwa wojny w sprawie Halerczyków, że właściwie nie wiedzieli co się dzieje.

Można powiedzieć, że Dmowski był figurantem, trzymanym na okazję rozmów rozejmowych i pokojowych po wojnie. Jest nawet mapa z tego okresu we francuskim gabinecie ministerstwa wojny, na której ręką Dmowskiego jest narysowana granica wschodnia i zachodnia projektowanej Polski. Wynika z niej, że pierwsze przymiarki Dmowskiego były tak skromne, że sięgały od Częstochowy i Kalisza na Zachodzie, do linii Bugu i Lublina na Wschodzie. Sam Dmowski się tłumaczył, że początkowo musiał „wykrawać” przyszłe terytorium Polski z terenów państw zaborczych bardzo skromnie, żeby nie budzić protestów Francuzów i Anglików, dopiero potem w miarę „jedzenia” miał wzrosnąć apetyt zarówno jego, jak i jego rywala, Piłsudskiego.

Co do zasadniczych różnic charakterologicznych Dmowskiego i Piłsudskiego, to jest prawdą, to co mówił pan Roman o Piłsudskim, że jest człowiekiem jakby niespełna rozumu, z którym nie idzie się dogadać. To wszystko prawda, że Piłsudski nie chciał gadać o kresowych fantazmach, z gabinetowym molem i czarusiem, jakim był Domowski, który teoretyzował, nie mają pojęcia o realnych zawikłaniach polityki dziejącej się na gorąco w terenie, którego dotyczy „polityka”. Sprawa dotyczyła, bronić, czy nie bronić Kresów Rzeczpospolitej. Dmowski upierał się, żeby bronić i „wcielać” (siłą) oraz polonizować co się tylko da i ile tylko się da (nie brać więcej Kresów niż można „połknąć” – w myśl zasady: mierz siły na zamiary, w tym rozpatrywanym modelu: federacja czy autonomia), natomiast Piłsudski nie chciał z nim gadać, bo wiedział, że Polska będzie mieć przy sobie Kresów tylko tyle ile zdoła wywalczyć „koroniarskim” żołnierzem z centralnej Polski, przy bardzo mizernym wsparciu żywiołów kresowych. Pod tym względem Piłsudski się okazał realnym politykiem, a Dmowski fantastą.

To się również sprawdziło podczas bitwy warszawskiej 15 sierpnia 1920 r. Foch pilnował żeby Piłsudski nie dogadał się z Marchlewskim, Dzierżyńskim i Trockim, tymczasem gdzie przebywał Dmowski? Dmowski w tym czasie wyjechał z Warszawy do Poznania i tam mieszkał przez cały ten okres w hotelu, jako osoba prywatna, spacerując, rozmyślając i pisząc (są na to świadkowie!). Udziału w walkach nie brał, bo oświadczył, że już jest na to za stary.

PS. Co do roli jaką Dmowski odegrał na Kongresie Wersalskim, to należy mu się dozgonna wdzięczność Polaków do siedemdziesiątego siódmego pokolenia włącznie.

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:4)