Poszły konie kampanijne! Mistrzostwo Prezesa i główna linia frontu

Obrazek użytkownika wawel24
Kraj

 

I

Nie ma wątpliwości. Konie poszły! Lokomotywa ruszyła. 

A skądże to, jakże to, czemu tak gna? / A co to to, co to to, kto to tak pcha, / Że pędzi, że wali, że bucha buch, buch? 

Trzeba przyjrzeć się temu, dokąd pędzi. 

Jak przebiega linia frontu, gdzie położone są umocnienia i wykopane okopy? Wszystko to już stało się jasne po liście Prezesa i ostatnich wystąpieniach prezydenta Dudy. Do wyborów są już tylko 2 tygodnie, więc ustalenia sztabów wojennych nie zmienią się. Sztandary, proporce zostały już wyhaftowane. Hasła powiewają. 

Przejdźmy teraz do tytułowego mistrzostwa Prezesa. W czym ono się przejawiło? W kilku sprawach. 

1. Zaskakujący przebłysk samoświadomości polegający na tym, że Prezes zrozumiał, dotarło do niego, że jedno z dwóch:

a) albo że on i jego ekipa nie są w stanie niczego realnego dokonać, zrobić (zaprojektować metody i środki oraz etapy i finalizację) w zakresie niezbędnych, faktycznych reform państwowości (sądownictwa, prawa, konstytucji) i istotnych posunięć w polityce gospodarczej (podatkowej, antybiurokratycznej, proprzedsiębiorczej, inwestycyjnej) ani polityce kulturalnej, czy polityce regionalnej (Trójmorze, mądra polityka zagraniczna, etc.) czy też w  zapoczątkowaniu długiej drogi tworzenia świadomego i silnego narodu z indyferentnej ludności,

b) albo, że jeśli ogłoszą, że chcą te wszystkie, powyższe rzeczy zrealizować, to pies z kulawą nogą im w możliwość tego nie uwierzy, gdyż raz już (przed 5 laty) to ogłaszali i z każdego najdrobniejszego punktu szumnych, reformatorskich zapowiedzi zmuszeni byli wycofać się z podkulonym ogonem pośród salw śmiechu zwolenników i przeciwników. 

Przyznam się, że zaskoczył mnie geniusz Prezesa w zrozumieniu swej i swoich ludzi niemocy, znikomości i małości. W genialnym, równym mężowi stanu sekundowym błysku świadomości Prezes wreszcie pojął, że jemu, jego planom i jego ludziom przeznaczony jest pełen wstydu krach, los wiecznych impotentów zapowiadających podboje najbardziej atrakcyjnych niewiast w okolicy. Podczas pierwszych biesiad w karczmie - tradycyjnie prowadzonej przez "przyjaciół" ;) - znajduje się jeszcze sporo "wolnych słuchaczy" pół wierzących, pół zaciekawionych buńczucznością zapowiedzi. Z biegiem czasu jednak hałaśliwa grupa konfabulantów traci widzów i zostaje sama ze sobą przy stoliku. Zostaje im opowiadać w swoim kręgu, samym sobie, pod gradem kpiących spojrzeń otoczenia o minionych, zmyślonych podbojach i sukcesach i o planach kolejnych "podbojów", w które już masy partyjne przestają wierzyć a wierchuszka najprawdopodobniej nigdy nie wierzyła. Genialnie prezes zrozumiał, że "jeśli klacz zdechła, to złaź z niej, bo na niej nie dojedziesz do zwycięstwa". 

II

Wyciągnęli więc inny proporzec, zamiast reform - ostatni szaniec, okopy i krzyk. Za tym krzykiem przeciw LGBT , wrzaskiem nic się jednak nie kryje - żadne moce sprawcze, ani - podejrzewam - żadna wiara w możliwość realizacji systemowej obrony konserwatywnych postulatów. To pusty wrzask. Wrzaskowski kontra Trzaskowski... Tarabanienie w bębny i w bębenki naszych uszu. Niektórzy komentatorzy życia politycznego w Polsce mówią, że ta tam-tamowa, tromtadracka mowa i zwoje waty werbalnej krucjaty  Prezesa, prezydenta i partii przeciw LGBT to "trucie klimatu społecznego w Polsce". Kiedyś bym przeciw takiej konstatacji oponował, dziś dostrzegam, że może jest w tym racja. Cóż komu daje ten klangor, ten jazgot podniesiony przez hufce po Liście Prezesa, który wyznaczył swym humorystycznym wojownikom i popieraczom medialnym i nakazał wznosić go pod niebiosa wniebogłosy?

Prezes w swej genialności wymyślił sobie, że zaczną walić w LGBT przedstawiając to tarabanienie jako... kontrrewolucję, kontrreformację nieledwie, w walce z "rewolucją kulturową", jako ostatnie koło ratunkowe po które przyjdą do kandydata Dudy miliony przestraszonych rodaków i może z połowa chrześcijańskiej Europy. Oczywiste jest, że te wrzaski mają zerową, o ile nie ujemną siłę sprawczą. Nic nie dają. Stwarzają pozór ruchu, pozór walki, pozór działań i czynów a są nic nie kosztującym kłapaniem. Dają złe, a nie dobre. Rozdrażniają środowiska LGBT i ich patronów, aktywizują je i mobilizują, wprowadzają podział w społeczeństwie na szczeblu obywateli, miast przenieść spór i projekt ideologiczny na płaszczyznę sporu ekspertów, prawników i wypracowywania prawa gwarantującego pożądany profil kulturowy państwa. Pusta demagogia prowokująca bezproduktywne podziały, sprzeczki i  ruchawki - tym jest ów genialny pomysł na kampanię. Tak na marginesie, to na miano "demagogia prowokująca bezproduktywne podziały, sprzeczki i ruchawki" zasługują wszelkie szarpaniny podejmowane przez prezesa podczas dwukrotnych rządów jego partii w RP a nazywane przez niego 'reformowaniem państwa" .  

Cały kompleks zagadnień powiązanych z bojem z marksizmem kulturowym sprowadził prezes do LGBT, a całą walkę z LGBT do warczenia "Warrra od naszych dzieci!". Warczą tak już od 5 lat a drag queen  zdobywają kolejne przedszkola. Wyjście na barykady przeciw marksizmowi kulturowemu to złożone zadanie, wymagające kompetencji wysokich do prowadzenia długiej, systemowej walki na dziesiątkach frontów. Nie ma owych kompetencji  nikt w Partii i - co gorsza - nie chce mieć ani pytać tych, co je mają.  Mieć zaś nie chce, gdyż "dał im przykład Bonaparte, jak przegrywać mają", czyli pokazał w owej głośnej, nagranej z ukrycia wypowiedzi Prezes, że "on nic nie może, bo mu sądy w Polsce i Unia nie dają." A ponieważ sądów "reforma" (szumna nazwa wymiany ichnich kadr na swoje) ugrzęzła na bagnach podolskich, Unię kochamy jak matkę, a Fundacje typu Smolara-Sorosa oraz AJC, czyli proroków LGBT kochamy jak ojca fartuszkowego - to w ogóle dziwię się, że opozycja i środowiska LGBT podejmują tę widmową rękawicę prezesa i traktują ja poważnie, bo wiadomo, że to li tylko granat hukowo-odłamkowy z konfetti walecznych emocji sypiących się na tłumy zachwyconych i ogłuszonych wyborców.

J.Wróbel powiedział, że prezes "niechętnie" rzuca swojemu elektoratowi hasła "walki z LGBT" - i trafił w dziesiątkę. Udając przed patriotycznym targetem walkę z seksualizacją prezes ustawia się częściowo wbrew swoim mentorom (i sponsorom), bo przecież seksualizacja to prymarne hobby (sekretne lub jawne) i socjalistów (vide: Aleksandra Kołłontaj) i fartuszkowych (vide: Hartman) i 1000-letnich przyjaciół (vide: Talmud i Freud). Jednak sponsorzy i mentorzy nie obawiają się niczego, bo wiedzą, że słoń mięsa nie jada, a Kaczyński nic nie zrobi, tylko hucznie gada. Zresztą nad tym, by prezes w jakimś amoku czasem nie ruszył dogmatu czerwonej seksualizacji społeczeństw (zwanego gender) czuwa niezastąpiony Gowin-Rejtan, więc morze słownej piany będzie nas zalewać nie zagrażając podstawom porządku z którym walka jest przed nami po prostacku odgrywana. Kołłontaj, Freud, Gramsci i Soros mogą spać - po tej, lub tamtej stronie - spokojnie. Ten pies nie gryzie, tylko szczeka i wyje do księżyca. Nie lękajcie się!

III 

Ci, po tej stronie barykady, nie róbcie sobie nadziei, to tylko lunatyczne peregrynacje. Ci, po tamtej - niczego się nie bójcie. To tylko erotyczna gra. 

Gdy w mediach "na godziny" (tzw. publicznych) pojawia się temat "walki z LGBT" (tak jak dzisiaj w emitowanym w godzinach "Studio Polska" programie kryptowyborczym pod inną nazwą), to przezornie zaprasza się tam tylko jednego reprezentanta Konfederacji, o ile w ogóle, przerywa się mu za pomocą chóru partyjnego, gdyż z tej strony rozlec by się mogły słowa prawdy, że Partia od 5 lat sama hoduje i nagłaśnia rzekomo zwalczane środowiska, represjonuje kontrmanifestacje przeciwko nim, a realnych działań kontrujących i blokujących seksualizację (zmiana prawa, usunięcie pseudonauki 'gender" z uczelni wyższych, wypowiedzenie Konwencji Stambulskiej etc.) - unika jak ognia.

Już 10 lat temu partie to z tej, to z tamtej strony chwytały się w chwilach posuchy, desperacji lub wiadomości o odpływającym elektoracie - tematów gejów, aborcji, in vitro. Lud rezonował zbieraniem podpisów pod petycjami, apelami, projektami lub wychodził na marsze, protesty. Ożywiało to trochę otumanione piwem masy, najczęściej było tematem zastępczym, ale i też realizowało małymi kroczkami inny plan. Ponieważ zgodnie z założycielską umową prawica prawie nie istniała w  "okrągłostołowej III RP" (która dopiero dzisiaj zaczyna dogorywać), to nawet jeśli tematy okołoseksualne podejmowała strona nibyprawa,  to wahadło prawne państwa przesuwało się po tym, metodą okna Overtona, na lewo, (w parentezie można dodać, że już wtedy  powinna nam zapalić się czerwona lampka sygnalizująca, iż te "prawice" są podstawiane metodą "na V Komendę WiN"). Czasem bezustanne i bezpłodne międlenie w mediach  tematów 'zagrożeń" i "walki z"  alkoholizmem, pedofilią, seksualizacją i narkomanią - robi tym odchyleniom niechcianą reklamę. Natura człowieka jest przekorna a zakazany owoc nie opuszczający mediów (chociaż werbalnie potępiany) zaczyna pełnić wobec jednostek młodych lub niedojrzałych rolę silnego atraktora.

Na co wskazuje, czego dowodzi i jaki cel ma więc owa pisowsko-neobolszewicka zabawa w wojnę papierowymi karabinami z identycznymi na głowie durszlakami ukradzionymi wolnomularskiej mamie z dogmatycznej lodówki? Jarosław Kaczyński w swej młodości zapewne czytał "Sztukę kochania" Michaliny Wisłockiej". I tam znaleźć możemy odpowiedź na pytanie o istotę tej odgrywanej hałaśliwie przed nami walki. Gdy atrakcyjność erotyczna wygasa, napięcie maleje stare, dobre małżeństwo (dwa środowiska PC-PIS i UW-KLD-PO-KO) by wskrzesić wzajemną atrakcję i pobudzić poczucie bycia niezbędnym dla drugiej strony rozpoczyna W ŁÓŻKU bitwę... na poduszki. I uczucie wraca odnowione. Porada Michaliny działa. Odnowione symboliczną bitwą poduszkową elektoraty szorują do urn "jak ta lala". Poduszki fruwają, pierze się sypie, miłość-walka kwitnie. Żaden obcy (czyli gospodarz) do sypialni (polityki polskiej) nie wejdzie. I o to właśnie chodzi... A na poduszce można wszystko wyhaftować na zamówienie wiejskich gospodyń... 

Wybór słownej, widmowej li tylko wojny z LGBT jako głównej linii frontu wyborczego jest tak z innej planety wzięty, że niektórzy zastanawiają się na poważnie, czy prezes czasem nie chce po prostu oddać władzy czyniąc to w oparach dymów bitewnych...  Nie sądzę, by tak było. Po prostu jest to ostatnia deska ratunku. Zostało tylko wziąć deskę i napisać na niej "Na pohybel LGBT!"  

A cóż innego ma przyciągnąć patriotów w realiach partyjnych zbrojowni opróżnionych z dział i wiarygodnej  amunicji? Przecież tylko jakiś odeski kabaret szabasowych szmoncesów zdecydowałby się na zapowiadanie "reformy" sądownictwa, "kontynuacji reformy" sądownictwa lub na prezentację na "mateuszowym stoliczku nakryj się" przeróżnych mechanicznych, nakręcanych zabawek. Prezes - w rzeczy samej - pogardza elektoratem swoim, rzecz to znana, ale aż tak nie pogardza, by te spalone szmoncesy reduplikować... Ostał się więc  ino na LGBT głośny szczek

Wydawałoby się, że wszystko już jest jasne, ale przekonujemy siebie, że jeszcze jest nadzieja. Bijemy klacz mocniej. Mówimy, że przecież zawsze na niej jeździliśmy. Organizujemy sympozja na temat wskrzeszania zdechłych klaczy. Tłumaczymy, że nasza zdechła klacz jest najlepsza, najszybsza i najtańsza. Organizujemy konkursy różnych zdechłych klaczy. Siadamy koło padłej klaczy i namawiamy ją, by nie była zdechła. Za państwowe pieniądze kupujemy środki, które mają pomóc nam innowacyjnie skakać szybciej na zdechłych klaczach. Zmieniamy kryteria rozpoznawania zdechłych klaczy. Odwiedzamy inne miejsca i państwa, żeby popatrzeć jak tam skaczą na zdechłych klaczach. Wynajmujemy fachowców od zdechłych klaczy. Zwołujemy komisję do przeanalizowania tej zdechłej klaczy. Sprowadzamy wszystkie dostępne klacze w nadziei, że razem będą skakać szybciej.

 

Stara ludowa, wschodnia mądrość mówi: Jeśli klacz zdechła - złaź z niej.

 

 

 

 

 

 

Ocena wpisu: 
2
Twoja ocena: Brak Średnio: 1.8 (głosów:5)