Czy obywatel powinien politykę rozumieć, czy tylko akceptować?

Obrazek użytkownika Waldemar Korczynski
Kraj

 

Motto
Polityka bywa różna

I poprzeczna i podłużna.

To je moje

 

Co „poprzeczne”, co „podłużne”?

Ta „podłużna”, to polityka w jakimś sensie „długoterminowa”, rozmaite plany strategiczne, umowy społeczne/międzypaństwowe, sposoby widzenia kultury, polityka oświatowa i mnóstwo podobnych w miarę stabilnych procesów/struktur. Polityka „poprzeczna”, to przeróżne działania bez ambicji bycia stabilnymi, podatki (ale nie system podatkowy widziany jako część polityki „podłużnej”!), „linie orzecznicze” w sądach”, zalecenia dla władz lokalnych i wiele podobnych działań (nigdy struktur, w których przez dłuższy czas przebiegać maja jakieś społeczne procesy). Ideałem byłoby, gdyby pierwsza (tj. „poprzeczna”) polityka wpisywała się w drugą (tę „podłużną”) w ten sposób, by można było powiedzieć, że ta „podłużna” składa się z punktów/odcinków będących „politykami poprzecznymi”, tzn., że wszystkie one (te „poprzeczne”) zostały jakoś (w tej „podłuznej”) przewidziane. Tak dobrze nie jest chyba nigdzie i nigdy być nie może, bo podmiotów politycznych jest wiele i każdy z nic dostosowuje się do polityki innych na swój własny, zalezny od jego konkretnych cech (kultury, możliwości finansowych/technologicznych/gospodrczych/etc.). Te reakcje uczestników społeczno politycznej ewolucji zbioru takich politycznych podmiotów pozwalają jakoś (zwykle kiepsko) zsynchronizować przebiegające w, obejmującej je wszystkie jako jedna całość, procesy. Jak to wygląda w będącej taką, składająca się z 27 suwerennych(?) krajów, „całością” pt. Unia Europejska widzimy wszyscy. I w większości przypadków na to pomstujemy. Każdy inaczej, ale generalnie „jedziemy po Unii” jak po burej suce.

 

Jak to wygląda „poprzecznie”?

W „sprawach unijnych” wypowiadało się ostatnio tak wielu mężów (i niewiast) uczonych, że ja mogę sobie chwilowo odpuścić. I ponarzekać (w ogólnym nurcie trzeba się przecież utrzymać!) na „politykę poprzeczną”. A chodzi o dwa projekty;

   pomysł na nowe mandaty za przestępstwa/wykroczenia drogowe i

   akcyzę na alkohol i papierosy.

To jest dla obu wspólne, to troska o nasze zdrowie. W pierwszym przypadku głównie „ortopedyczne”, w drugim „gastryczno/metaboliczne”. No i tu podobieństwa chyba się kończą (jeśli jest inaczej, będę wdzięczny za korektę). Wysokość akcyzy wyrażono w procentach. Tu w zasadzie wszystko jest jasne, bo liniowość (proporcjonalność jak kto woli) przyjemności i jej ceny jest powszechnie akceptowana i prosta; za dwa piwa/kawy po 8 PLN zapłacisz 16 złotych i kropka. W przypadku mandatów mamy już zupełnie inną zależność. Nieważne czy zamiast np. dozwolonych 10 km/h jechałeś czterdziestką czy zamiast 90 zasuwałeś 120, w obu przekroczyłeś dopuszczalną szybkość o 30 km/h i – przynajmniej teoretycznie – ukarany zostaniesz takim samym mandatem. Może się oczywiście przydarzyć, że trafisz na rozsądnego policaja (ja ostatnio trafiłem), ale gwarancji nie masz i jak masz pecha, bo ktoś zapomniał usunąć znak ograniczający dopuszczalną szybkość, to zabulisz jak za zboże i żadnego „zmiłuj się” nie będzie. To trochę tak, jakby oceniać zamożność/zdolność_kredytową wyłącznie na podstawie salda konta, jak masz np. ujemne toś biedny, a jak dodatnie to bogaty. Bez względu na dochody, długi czy np. „koszty/wydatki stałe”. Nie znam banku, który tak by rachował. Pojęcia nie mam skąd taka różnica podejścia do kar za chlanie i nieostrożną jazdę się bierze. Jak ktoś wie to niech napisze.

 

Gdzie wyjątek, gdzie reguła?

Sprawa byłaby duperelna, gdyby nie używanie instrumentów finansowych w manipulacjach politycznych. Ja daleki jestem od namawiania kogokolwiek do przyjmowania jakiegoś uniwersalnego standardu dla wszystkich finansowych obciążeń obywatela czy firmy. Nie o to chodzi. Rzecz w tym, by finanse konstruowane były w jakiś (najlepiej łatwo) przewidywalny i rozsądny sposób. Wspomniana wyżej liniowość nie musi być rozsądna. Sam się na to nabrałem godząc się na rozstrzygnięcie sądowe zamiast mandatu; zapłaciłem nie stówę, lecz znacznie (chyba trzy razy) więcej, bo uwierzyłem policjantkom, że finansowo mandat i wyrok na jedno wyjdzie. Takich nabranych jest w skali kraju pewnie kilkadziesiąt/kilkaset tysięcy, co przekłada się na kilka czy kilkanaście milionów złociszów. Jednak rąbane siekierą 500 plus, to strata/zysk (zależy kto i jak liczy) rzędu miliardów. Jedynym rozsądnym(?) powodem równego obdzielania rodzin o dochodzie np. 600 złotych na osobę i takich gdzie jest np. 2000, jest „prowyborcze” działanie tego zabiegu. Aby było jasne; ja rozumiem, że jak się chce cokolwiek – również coś bardzo potrzebnego i pozytywnego - w polityce zrobić, to trzeba wybory wygrać. Do wprowadzania 500 plus w zasadzie zastrzeżeń nie miałem. Do jego uzasadniania miałem i mam zasadnicze, bo nikomu jeszcze na świecie nie udało się zwiększyć tzw. dzietności kobiet instrumentami finansowymi. Nie wiem dlaczego miało się udać akurat nam. Drugim zarzutem była konstrukcja świadczenia. W moim odczuciu byłoby lepiej przyjąć propozycję (chyba kilku partii, ale pamiętam tylko PSL) ustalenia jakiegoś „pułapu dochodów” i płacenia na zasadzie „złotówka za złotówkę” (wyjątkowo mętne sformułowanie, ale chyba wszyscy wiedzą o czym mowa). Argumenty o kosztach przeliczeń nie bardzo mnie przekonują. Może nie mam racji i np. ktoś potrafi wykazać, że z powodu dynamiki zmian dochodów rozwiązanie takie było zbyt kosztowne. Tak, oczywiście mogło być (choć nie wiem dlaczego opłaca się to w innych przypadkach, np. rozmaitych dodatków czy wspomnianych wyżej kar). I można to było wyraźnie powiedzieć. Zamiast tego Premier RP stwierdził, że 500+ wprawdzie zamierzonego celu nie osiągnęło (dzietność kobiet chyba nawet spadła), ale zmniejszyła się w kraju skala ubóstwa. Aby było jasne; zmniejszenie skali ubóstwa to rzeczywiście sukces. Duży. Ale wciskanie suwerenowi poglądu, że 500+ mogło być jako „środek prokreacyjny” skuteczne to traktowanie tego suwerena jako zbiorowego idioty. Czy było to naprawdę uzasadnione?

PostScriptum. Dziś usłyszałem w telewizorni, że czekaja nas nowe wydatki na wojsko. Wobec sytuacji na granicy z Białorusia jestem "za". Z tego co zrozumiałem podtekst decyzji o nowej ustawie ws. obronności kraju jest własnie taki. No i nie kumam dlaczego rozwijać mamy tylko wojsko, które w przypadku chronienia granic w czasie pokoju ma funkcje pomocniczą. Dlaczego rząd nic nie mówi o Strazy Granicznej? Czy okaże sie wkrótce, że wprawdzie mamy lepszą/większą armię, ale granica dalej przypomina sito (zob. opinie Niemców, którzy migrantów z Polski "witają" u siebie)?

Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (4 głosy)