Truizmy na odwieczny temat

Obrazek użytkownika Marek Jastrząb
Blog

 

Zacznę od powiedzenia  Bernarda Shawa: „Jeśli mój sąsiad codziennie bije swoją żonę, ja zaś nie biję jej nigdy, to w świetle statystyki obaj bijemy je co drugi dzień.” W tym sensie należałoby rozumieć wypośrodkowane umowy i sojusze zawierane pomiędzy politycznymi ugrupowaniami. Mówiąc prościej: kiedy jedna partia składa się z szubrawców, a druga z nieprzekupnych, to stworzona przez nich koalicja działa w połowie  słusznie.

*

Założenia i solenne obietnice są wtedy jak najbardziej wzniosłe i sensowne, gdy występują oddzielnie. Kiedy zaś partie zmuszone są rządzić razem, ich polityka jest  wypadkową  sprzecznych poglądów. 

*

Doszedłem do wniosku, że obejrzana debata dziesięciorga kandydatów na prezydenta byłaby ciekawsza, gdyby z każdego wydobyć tylko to, co pasuje do demokratycznego obrazka, a resztę mniemań potraktować jako ewidentne bzdury. Lecz w następnym momencie moja komasacyjna wizja rozwiała się, ponieważ zrozumiałem, że nie da rady wykonać pomysłu.

*

Zrealizować w praktyce najlepsze rozwiązania może by się i dało, ale nie u nas, nie w naszym wielkomocarstwowym grajdołku. Nie w kraju zmierzającym do katastrofy. W państwie ludzi miłujących wrogość. W państwie nieufniaków i podejrzliwców zajętym sporami o pietruszkę i dzieleniem włosa siekierą na cudzej głowie. Wytykanym oburzonymi palcami jako zaściankowa kraina ziejąca wzajemną nienawiścią i kłótliwym sortowaniem swoich obywateli.

*

Sejmowe kłótnie pomiędzy rządzącymi a opozycją; strony dyskutują na niby. Pro forma. Polemizują w taki sposób, by się NIE POROZUMIEĆ; urządzając wyścigi na prawidłowość głoszonych argumentów. I te krasomówcze igrzyska trwają od lat: jedni i drudzy posługują się odmiennym stylem, a jedni i drudzy są niewidomymi  głuszcami kwękającymi na migi.

*

Pomimo świadomości, że argumenty partii krytycznych wobec władzy są hurtowo ignorowane, to nadal, z uporem maniaka, toczą się w naszym sejmie zażarte boje o miedzę. O swoje na wierzchu. O zaprezentowanie  (w trakcie telewizyjnej transmisji) swojego garnituru.  

*

Choć konserwa i wrogie ugrupowania usiłują wzajemnie przekonać się w kwestii praw do swoich poczynań, to żadna frakcja nie jest zdolna do nawrócenia przeciwnej; jakkolwiek uczestnicy  obrad zaklinają się, iż przyświeca im głęboka troska o kraj. Przysięgają na bum cyk cyk, że ich zamiarem jest doprowadzenie państwa do normalności.

 *

Nikt jako tako rozsądny nie wierzy w deklaracje pod publiczkę. Coraz więcej ludzi zaczyna zdawać sobie sprawę, że tak jak rządzący, tak większość opozycji, weszli do polityki w celu finansowego poprawienia zawartości swojej kieszonki, że patriotyzm i honor, szlachetność i cnota, polegają (dla wielu z nich) na rozdrapywaniu Polski.  

*

Kiedy wracam do książek Henryka Sienkiewicza, słyszę w pamięci słowa o Polsce, która, kiedy kona, trzeba jej wyszarpnąć poduszkę spod głowy, iżby się nie męczyła. A kiedy zaglądam do historycznych przekazów, prześladuje mnie myśl, że traktowanie Polski jako źródła  grabieży zaczęło się na grubo przed zaborami.

*

Żeby zmiarkować, w czym rzecz z tą sienkiewiczowską poduszką, wystarczy porównanie skąpej ilości szlachty we Francji z rozdętą ilością szlachty w Polsce. Z tym, że szlachetnie urodzony we Francji, to był Wielki Pan, a urodzony w Polsce był to (przeważnie) Wielki Kurdupel siedzący na zakutej wioszczynie i uważający się za równego Wojewodzie.

*

Obyczajowe prerogatywy były to specjalne zezwolenia na dokonywanie legalnego bezprawia. Przywileje nadawane szlachcie utwierdzały ją w przekonaniu o swojej moralnej wyższości nad postponowanym chłopem. Na przykład mikry szlachetka różnił się tym od statystycznego kmiecia, że dysponował uprawnieniem: mógł go bezkarnie zabić. Sortowanie ludzi nie jest więc odkryciem najświeższej daty, a pogarda wobec innego – wynalazkiem PiS-u, ale kontynuacją .

Z tego powodu Wojewoda lub chudopachołek, odznaczali się pychą i zarozumialstwem, a od tych nagannych cech dzielił ich tylko krok do warcholstwa, pieniactwa i niestannego żądania coraz to nowszych plenipotencji.  Wyegzekwowania ich od króla. Władcy zniewolonego do znoszenia ich roszczeniowych fanaberii. Najjaśniejszego figuranta zależnego od faktycznych panów Rzeczpospolitej: od szaraczkowej szlachty.

*

O zgubnym wpływie liberum veto i złotej wolności płakano tak często i tak nadaremnie,  że nie widzę sensu w powtarzaniu tego, co zostało już nabazgrane. Choć podobno po ówczesnych etycznych rozpasaniach przygasły  wszelkie ślady, to mogę powiedzieć że co prawda szlachty już nie ma, za to w dalszym ciągu istnieje złota wolność.

    

Ocena wpisu: 
2
Twoja ocena: Brak Średnio: 1.5 (głosów:10)

Komentarze

Przykro jest zgodzić się z diagnozą zawartą w tej publikacji.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-2

"Izraelitcy doktorkowie,
Wiednia, żydowskiej Mekki, flance,
Co w Bochni, Stryju i Krakowie
Szerzycie kulturalną francę;
Którzy chlipiecie z „Naje Fraje”
Swą intelektualną zupę,
Mądrale, oczytane faje,
Całujcie mnie wszyscy w dupę."

#1630146