Dlaczego Polska jest ciągle pariasem Europy?

Obrazek użytkownika Marek Ciesielczyk
Kraj

O konieczności gruntownej zmiany na polskiej scenie politycznej

Jakie są przyczyny tego, iż po 30 latach przemian polityczno-ekonomicznych wynagrodzenia Polaków są w dalszym ciągu kilka razy niższe od tych w Europie Zachodniej? Dlaczego w znacznie krótszym czasie (5-10 lat) innym państwom udało się wyjść z podobnego ubóstwa i osiągnąć najwyższy na świecie standard życia swych obywateli (np. Irlandii, Nowej Zelandii czy Singapurowi)?

„Rząd próbował chyba wszystkiego, co nie działało.

Ruth Richardson

-współautorka cudu gospodarczego w Nowej Zelandii

 

Wystarczy pozbyć się z polskiej polityki 300 ludzi …

W ciągu ostatnich 30 lat kolejno rządzące lub współrządzące w Polsce ugrupowania (przede wszystkim SLD, PSL, AWS, UW, PO, PiS) wmawiają Polakom, iż nasz kraj osiągnął wielki ekonomiczny sukces. Prawda jednak jest taka, iż Polska nie wykorzystała właściwie tych 30 lat (by nie rzec zmarnowała je) i okupuje teraz najniższe miejsca na wszystkich możliwych listach rankingowych, obrazujących wynagrodzenia, ogólny standard życia czy wielkość PKB na głowę.

Jeśli weźmiemy pod uwagę np. wskaźnik rozwoju społecznego HDI, czyli miernik opisujący stopień rozwoju społeczno-ekonomicznego, uwzględniający nie tylko dochód narodowy per capita wg. parytetu siły nabywczej, ale także organizację systemu edukacji czy oczekiwaną długość życia obywateli w danym państwie, to np. w roku 2016 Polska znalazła się dopiero na 35. miejscu na świecie. Najlepiej rozwiniętym państwem okazała się wówczas Norwegia, Australia i Szwajcaria, biedny kiedyś, otrząsający się z kolonialnego zniewolenia w drugiej połowie lat 60-tych Singapur zajął 6. miejsce, zaś bardzo słabo rozwinięta gospodarczo jeszcze w latach 60-70-tych Irlandia - 8., a stojąca na skraju bankructwa na początku lat 80-tych Nowa Zelandia – 12.

Polskę wyprzedziły np. Słowenia, która jeszcze latem 1991 walczyła zbrojnie o swą niepodległość, Czechy, które musiały rozstać się ze Słowacją w 1993, a nawet była republika sowiecka – Estonia. Polsce udało się nieznacznie (tylko o jedno miejsce) wyprzedzić inną b. część ZSRS – Litwę.

W roku 2010 plasująca się na odległym miejscu na liście rankingowej, przedstawiającej PKB nominalne per capita (w cenach bieżących) Polska miała wynik aż ponad 12 razy gorszy niż lider tabeli, zaś w 2018 roku (czyli 8 lat później) sytuacja nie uległa znaczącej poprawie – Polska zajmując dopiero 62. miejsce, miała PKB per capita 11 razy gorszy niż lider tego rankingu. Nasz kraj wyprzedziły m.in. Słowenia, Czechy, Estonia, Słowacja, Litwa, Łotwa, Węgry. Polski PKB per capita był nieco większy tylko od chorwackiego, rumuńskiego i bułgarskiego.

W 2017 roku z kolei w rankingu biorącym pod uwagę wskaźnik wolności gospodarczej Polska znalazła się dopiero na 45. miejscu na świecie. Na najnowszej liście rankingowej Trading Economics, przedstawiającej wartość PKB per capita Polska uplasowała się dopiero na 46. miejscu. Najlepszy okazał się tu Luksemburg, Irlandia – 3, Singapur - 7, Nowa Zelandia – 24. Wyprzedziły nas w tym rankingu: Słowenia, Czechy, Słowacja, Estonia, Litwa i Węgry. Za nami były tylko Łotwa, Chorwacja, Rumunia i Bułgaria.

Mimo, iż PRL była w roku 1950 prawdopodobnie nieco bogatsza od wyniszczonej wojną domową i działaniami antyfrankistowskiej partyzantki Hiszpanii, to teraz Polska ma ok. 2 razy mniejszą od niej produkcję na osobę. Choć PRL miała nieco większe tempo wzrostu gospodarczego niż Irlandia w latach 50-tych, a nawet 70-tych (!), teraz Zielona Wyspa może być dla nas niedoścignionym wzorem.

Polska wypada fatalnie na tle zarówno Europy Zachodniej jak i byłych państw komunistycznych także w rankingu Legatum Prosperity Index opartym na takich czynnikach, jak zamożność, wzrost gospodarczy, poziom edukacji, ochrona zdrowia, samopoczucie i jakość życia obywateli danego państwa. W roku 2020 nasz kraj na tej liście rankingowej znalazł się dopiero na 36. miejscu. Pierwsze miejsce zajęła tu Dania, drugie – Norwegia, trzecie – Szwajcaria, siódme – Nowa Zelandia, dwunaste – Irlandia, piętnaste – Singapur.

Polskę znowu wyprzedziły Estonia, Słowenia, Czechy, Łotwa, Litwa, Słowacja, zaś za nami uplasowały się Chorwacja, Węgry, Rumunia i Bułgaria. Co ciekawe i przygnębiające zarazem, Polska spadła na to samo miejsce, które zajmowała już 10 lat wcześniej w tym rankingu, co oznacza, że nasz stan zamożności i wygody życia nie uległ poprawie w porównaniu z innymi państwami w ciągu tej dekady.

Na liście obrazującej średnie miesięczne wynagrodzenie netto w 31 europejskich państwach (patrz tabela), Polska zajmuje 6. miejsce od końca ! Mniej zarabiają tylko obywatele Łotwy, Słowacji, Węgier, Rumunii i Bułgarii (Litwa wyprzedziła nas niedawno). Zauważyć trzeba, że zarówno Łotwa jak i Słowacja niewiele tracą do Polski. Jeśli nasz kraj będzie w dalszym ciągu rozwijał się gospodarczo w tak wolnym tempie, nie można wykluczyć, iż już niedługo także Rumuni i Bułgarzy będą zarabiać więcej niż obywatele naszego kraju.

Polacy zarabiają prawie 6 razy mniej niż mieszkańcy Liechtensteinu, ponad 3 razy mniej niż Irlandczycy, prawie 2 razy mniej niż Hiszpanie, ok. półtora raza mniej niż Estończycy czy Słoweńcy!

Louis Dewis – Stary żebrak

_________________________________________________________

Przeciętne wynagrodzenie miesięczne netto w EURO (2019/2020)

na podstawie Wikipedia – List of European countries by average wage

----------------------------------------------------------------------------------------------------

1. Liechtenstein      4,887

2. Szwajcaria         4,588

3. Luksemburg       3,573

4. Dania                 3,562

5. Islandia              3,221

6. Norwegia            3,078

7. Austria               2,885

8. Irlandia               2,748

9. Szwecja             2,741

10. Finlandia           2,509

11. Niemcy             2,456

12. Francja             2,411

13. Belgia               2,262

14. Wielka Brytania 2,229

15. Holandia           2,152

16. Hiszpania         1,784

17. Włochy            1,729

18. Cypr                1,658

19. Estonia            1,214

20. Słowenia          1,175

21. Grecja              1,116

22. Czechy            1,084

23. Portugalia         1,004

24. Litwa                   928

25. Chorwacja           902

26. Polska                860

27. Łotwa                 844

28. Słowacja            836

29. Węgry               755

30. Rumunia            682

31. Bułgaria             554

________________________________________

Polska nie ma szans na powtórzenie tego, co zrobiły np. Irlandia, Nowa Zelandia czy Singapur, gdyż patologiczny system selekcji sprawujących władzę w państwie (m.in. „najgłupsza na świecie ordynacja wyborcza” czy nieuczciwe konkursy) sprawia, iż decyzyjne stanowiska (od kierownika wiejskiego domu kultury po posłów i ministrów) obejmują zazwyczaj ludzie mało inteligentni, nieuczciwi i tchórzliwi. Od 1989 roku Polską rządzi grupa ok.300 osób, którzy od czasu do czasu zmieniają sztandary polityczne, pod którymi kandydują (Tusk, Pawlak, Kaczyński, Miller są obecni na scenie politycznej cały ten czas).

Skoro przez 30 lat ludzie ci nie byli w stanie stworzyć warunków podwyższenia standardu życia Polaków do poziomu państw Europy Zachodniej, nie będą w stanie tego zrobić także w przyszłości. Dlatego Polakom opłaca się dokonanie gruntownych zmian na polskiej scenie politycznej.

Nie będzie to oczywiście proste, gdyż tragicznie niski poziom nauczania (co potwierdzają np. odległe miejsca nawet najlepszych polskich uniwersytetów na listach rankingowych uczelni) oraz ogłupianie społeczeństwa przez kolejne ekipy rządzące (m.in. przy pomocy prymitywnych mass mediów oraz plebejskiej rozrywki w stylu disco polo) doprowadziły do tego, iż Polacy po roku 1989 dokonują co 4 lata tak fatalnych wyborów, iż niemożliwym jest szybki rozwój gospodarczy kraju. W 100-tysięcznym mieście wyborcy głosowali na jednego z kandydatów na prezydenta tegoż grodu tylko dlatego, iż „ładnie śpiewał godzinki”, w tarnowskim okręgu wyborczym do Sejmu wybrany został 23-letni magazynier spod Wieliczki, (mimo, że był „ukryty” w środku listy wyborczej i nie powiesił ani jednego swego plakatu), tylko dlatego, że nazywał się Ziobro (nawiasem mówiąc, nie był spokrewniony ze Zbigniewem Ziobro).

Jeśli Polacy chcą za 5-10 lat zarabiać tyle, co obywatele Irlandii, Nowej Zelandii czy Singapuru, władzę w naszym kraju muszą przejąć zupełni inni ludzie, którzy będą w stanie przeprowadzić podobne reformy jak Irlandczycy, Nowozelandczycy czy Singapurczycy, o czym będzie mowa w dalszej części tego tekstu.

Na polskiej scenie potrzebna jest autentycznie nowa siła polityczna (nie w rodzaju Petru bis), spoza obecnego układu, która zmieni gruntowanie patologiczny system, sprawiający, że posłami, ministrami, prezesami spółek państwowych i samorządowych, ambasadorami, dyrektorami istotnych instytucji mianowani są wyłącznie ludzie związani z rządzącym w danej chwili ugrupowaniem (nowa nomenklatura), którzy otrzymane od kacyków partyjnych stanowiska traktują jako swego rodzaju zdobycz wojenną, a nie szansę na przeprowadzenie koniecznych reform.

Prowadzące od lat wojnę polsko-polską, wrogo nastawione do siebie plemiona polityczne nie mają żadnego pomysłu, by w ciągu kilku lub kilkunastu lat - podobnie jak to miało miejsce w przypadku Irlandii, Nowej Zelandii czy Singapuru - zapewnić Polakom standard życia, jakim się cieszą obywatele wymienionych tu państw.

Nie musimy wymyślać prochu. Wystarczy dostosować do polskich warunków reformy niżej opisane, by powtórzyć sukces Irlandii, Nowej Zelandii czy Singapuru.

 

Inteligentna niepodległość Irlandii źródłem jej sukcesu ekonomicznego

To, czego Polsce nie udało się osiągnąć w ciągu ostatnich 30 lat, zrobiła Irlandia w znacznie krótszym czasie, bo w ciągu ok. 10 lat.

Spektakularny sukces gospodarczy Irlandii nie był wyłącznie wynikiem – jak próbują sugerować niektórzy – pomocy finansowej ze strony EWG (poprzedniczki UE), po roku 1973, lecz późniejszej, przemyślanej, irlandzkiej strategii przyśpieszonego rozwoju ekonomicznego.

Liczne podobieństwa historyczne Polski i Irlandii sprawiają, iż porównanie skutków działań polityków tych państw ma szczególny sens. Polskę zniszczyły m.in. zabory, wojny, komunizm i emigracja wartościowej części społeczeństwa, Irlandię – wielki głód lat 1845 – 49 (gdy zmarło 20% Irlandczyków) skutkujący emigracją 2 milionów osób, brytyjska okupacja do początku lat 20-tych ub. wieku, zniewalająca zależność gospodarcza od Londynu (w praktyce do końca lat 70-tych). Jak słaba była pozycja Irlandii, pokazują dane z lat 1950-59, kiedy to średnie tempo wzrostu gospodarczego wynosiło w tym kraju tylko 1,8%, a w PRL-u - 2,6%, zaś latach 1970-79 – 3,2%, a w PRL-u – 3,4%. Czyli można powiedzieć, iż pozycja startowa Irlandii i Polski pod komuną była porównywalna. W ciągu ostatnich 40 lat Irlandia pozostawiła nas jednak daleko w tyle.

Gdy Irlandia wstępowała do EWG, była jednym z najbiedniejszych państw Wspólnoty. W pierwszej połowie lat 70-tych jej PKB na głowę mieszkańca wynosił zaledwie 60% średniego poziomu EWG. Dla porównania, po 25 latach przemian gospodarczych w Polsce i 11 latach członkostwa w Unii Europejskiej, w 2015 roku PKB per capita w parytecie siły nabywczej Polski wynosił zaledwie ok. 68% średniej UE, czyli mniej więcej tyle, co biednej Irlandii w chwili jej wstępowania do EWG.

Przez pierwsze 20 lat członkostwa w EWG Irlandia rozwijała się podobnie jak inne państwa Wspólnoty (np. w latach 1990-94 średnie tempo wzrostu wynosiło „tylko” 3,4%.). Przyśpieszony wzrost gospodarczy Zielonej Wyspy nastąpił dopiero w połowie lat 90-tych i był wynikiem rozumnych rządów irlandzkich, a nie pomocy unijnej. W roku 1995 tempo wzrostu wynosiło już 10%, a w 2000 roku – 11,5%. W tym właśnie roku irlandzki PKB na głowę wynosił już 114% średniego poziomu unijnego, zaś w 2007 – aż 148% ! Dla porównania w przypadku Wielkiej Brytanii czy Niemiec było to tylko 116%. W roku 2015 wzrost PKB wyniósł w Irlandii prawie 26%, co było absolutnym rekordem wśród krajów Zachodu w 21. wieku. Irlandzki PKB na głowę wzrósł aż do 178% średniej unijnej. W ostatnich latach średnia wzrostu gospodarczego Irlandii przekraczała dwu- trzykrotnie wskaźniki wzrostu gospodarczego krajów Unii Europejskiej.

Dlaczego Irlandia była w stanie odnieść tak wielki sukces gospodarczy w ciągu 5 (1995 – 2000) lub - jak niektórzy chcą – w ciągu 20 lat (1995 – 2015) ? Dlaczego nie dokonała tego Polska w ciągu 30 lat (1990 – 2020) czy Grecja, która otrzymała od Unii Europejskiej znaczną pomoc?

Jak już zauważyliśmy wcześniej, to nie wstąpienie Irlandii do EWG było przyczyną wyjścia tego kraju z ubóstwa, w jakim do dzisiaj tkwi Polska czy Grecja, lecz napływ inwestycji zagranicznych, których wartość była ponad 10 razy większa niż dotacje z Unii Europejskiej (!), stabilizacja finansów publicznych (w 2018 roku deficyt sektora rządowego i samorządowego wyniósł 0% PKB, a dług publiczny zmniejszył się z 104% w roku 2014 do ok. 60% w roku 2018), rozsądna polityka fiskalna, redukcja wydatków i stopy fiskalizmu, (CIT 12,5% był przez wiele lat najniższym w Europie Zachodniej), deregulacja, prywatyzacja, zmiany regulacyjne w gospodarce (ulgi inwestycyjne) skutkujące wyjątkową wolnością (w 2012 gospodarka Irlandii miała najlepszy wskaźnik wolności w Unii Europejskiej i była w pierwszej dziesiątce na świecie, dla porównania – Polska w 2017 uplasowała się dopiero na 45. miejscu) oraz gwałtownym wzrostem eksportu, innowacyjność gospodarcza (z poziomem wydatków na badania i rozwój ponad 1,2% PKB), uczynienie z przemysłu elektronicznego i informatycznego najważniejszych gałęzi gospodarki, znaczna poprawa systemu edukacji. Mówi się, że Irlandczycy wykorzystali w sposób niezwykle inteligentny niepodległość polityczną i ekonomiczną, jaką uzyskali na początku lat 20 i w latach 70-tych 20. wieku.

Jeśli weźmiemy pod uwagę HDI, czyli wskaźnik rozwoju społecznego, to np. w roku 2016 Irlandia znalazła się na 8. miejscu na świecie. Wyprzedził ją nieznacznie m.in. Singapur, a tuż za nią znalazła się Nowa Zelandia. Polska, o czym była już mowa wcześniej, zajęła dopiero 35. miejsce. Nasz kraj wyprzedziły m.in. Słowenia, Czechy, Estonia.

Jeszcze w 1980 roku Irlandia zajmowała 33. miejsce na świecie pod względem wielkości PKB per capita, który był ponad 8 razy mniejszy niż ówczesnego lidera na tej liście rankingowej, tj. Monako. 10 lat później dystans się zmniejszył i irlandzki PKB per capita był już tylko 6 razy mniejszy niż Monako. W roku 2000 Irlandia była już na 17. miejscu, a jej PKB per capita był już tylko 3 razy mniejszy od prowadzącego w dalszym ciągu Monako (dla porównania polski PKB per capita był wówczas 18 razy mniejszy niż Monako). W roku 2018 Irlandia znowu awansowała, tym razem na 6. miejsce, wyprzedzając m.in. USA. Polska na tej liście rankingowej (PKB nominalne per capita w cenach bieżących) znalazła się dopiero na 62. miejscu.

W rankingu Legatum Prosperity Index (z 2020 roku), uwzględniającym zamożność, wzrost gospodarczy, edukację, ochronę zdrowia, samopoczucie i jakość życia w różnych państwach, Irlandia zajęła 12. miejsce na świecie (Norwegia – 1, Szwajcaria – 2, Nowa Zelandia – 7, Singapur 15). Polska znalazła się dopiero na 36. miejscu.

Świetnie wypadła Irlandia także w rankingu Trading Economics (grudzień 2019). Pod względem wielkości PKB per capita zajęła 3. miejsce na świecie. Wyprzedziły ją tylko Luksemburg i Norwegia. Irlandia okazała się lepsza m.in. od Szwajcarii (4. miejsce), Singapuru (7.) czy Nowej Zelandii (24.). Polska zajęła dopiero 46 miejsce, a jej PKB per capita był wówczas mniejszy ponad 6 razy od lidera listy rankingowej.

W ciągu 30 lat Polsce nie udało się nawet trochę zbliżyć do sukcesu, jaki osiągnęła w ciągu 5-20 lat Irlandia (czy Singapur lub Nowa Zelandia).

 

Jak Nowa Zelandia powróciła do klubu najzamożniejszych na świecie?

Mało kto pamięta, iż w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku standard życia w Nowej Zelandii był wyższy zarówno od tego w Australii jak i Europie Zachodniej. W roku 1960 PKB per capita Nowej Zelandii plasowało ten kraj na drugim miejscu na świecie (za USA). Później było coraz gorzej. W 1970 roku Nowa Zelandia znalazła się dopiero na 23 miejscu, a w 1980 – na 32. Rządząca tym krajem od 1949 do 1984 roku – teoretycznie konserwatywna - Partia Narodowa doprowadziła Nową Zelandię swą socjalistyczną polityką ekonomiczną do katastrofy. Wzrost gospodarczy nieznacznie tylko przekraczał 0 lub był ujemny zaś dwucyfrowa inflacja (w 1982 roku – ponad 16%), astronomiczny dług publiczny, wysokie bezrobocie oraz ucieczka ludzi z kraju oznaczały na początku lat 80-tych, iż bez gruntownych reform systemu Nowej Zelandii grozi bankructwo.

Paradoksalnie reformy te – typowe dla ugrupowań konserwatywnych - rozpoczęła w 1984 roku lewicowa Partia Pracy. Co ciekawe, reformy znalazły poparcie politycznych adwersarzy - Partii Narodowej. To tak, jakby nagle z PO zaczęło współpracować PiS. To, co niemożliwe w Polsce, okazało się nie tylko realne, ale zbawienne dla gospodarki Nowej Zelandii po 1984 roku.

Strategię ekonomiczną, która nie tylko uratowała Nową Zelandię, ale wprowadziła ją ponownie do czołówki wszelkich ekonomicznych list rankingowych, opisał znakomicie Bill Frezza w swej książce „Jak uchronić demokrację przed… demokratycznie wybranymi politykami – czyli nowozelandzkie reformy antyetatystyczne”.

Po roku 1984 w Nowej Zelandii wprowadzono różne elementy systemu zarządzania zorientowanego na rezultat, zrezygnowano z dożywotniego zatrudniania urzędników służby cywilnej na rzecz indywidualnych umów o pracę i awansów zależnych od osiągnięć zawodowych, a nie od stażu pracy, podatek dochodowy wypierany był przez zrównoważoną kombinację podatków konsumpcyjnych, zaczęto prowadzić uczciwą politykę informacyjną – zwłaszcza dotyczącą sytuacji ekonomicznej. Scenę polityczną charakteryzować zaczęła uczciwość, transparentność, odpowiedzialność, skuteczność, gospodarność, rozwaga, elastyczność, wolność, dobre przywództwo i odwaga. Nowa Zelandia zaczęła odbijać się od dna.

W latach 1986 – 1989 parlament nowozelandzki przyjął kilka istotnych ustaw, dzięki którym Nowa Zelandia wydostała się z socjalistycznego chaosu gospodarczego i rozpoczęła marsz ku ponownemu dobrobytowi. Były to ustawa o spółkach skarbu państwa, o finansach publicznych i o Banku Rezerw.

Skomercjalizowano spółki skarbu państwa (np. państwowe linie lotnicze, spółkę kolejową, kanał telewizyjny, pocztę, przedsiębiorstwa energetyczne, banki, firmy ubezpieczeniowe, firmy przewozowe). Wprowadzono konkurencyjność, gdyż dotychczas wiele sfer było zmonopolizowane przez państwowe giganty, część spółek całkowicie sprywatyzowano. Wspomniany wyżej Bill Frezza tak opisuje reformy w Nowej Zelandii: „Nadrzędnym celem była opłacalność. Każde przedsiębiorstwo zamiast służyć za bazę nieporadnych synekur, które drenowały budżet kraju, świadcząc usługi na miernym poziomie, miało stanąć na własnych nogach, bez potrzeby ciągłych dopłat i subsydiów”.

Co ciekawe, także Partia Narodowa po wygranych wyborach w 1990 roku kontynuowała reformy Partii Pracy, redukując wydatki rządowe, uwalniając gospodarkę od wpływu rządu, likwidując obowiązkowe członkostwo pracowników w związkach zawodowych. Frezza zauważa: „Państwo miało być rządzone jak dobrze prosperujący biznes, a nie jak publiczna drukarka pieniędzy”.

Uchwalona w 1994 roku Ustawa o odpowiedzialności fiskalnej zakładała m.in., że całkowite wydatki operacyjne w każdym roku finansowym nie mogły przekraczać całkowitych dochodów operacyjnych w tym samym roku finansowym, zaś poziom i stabilność stawek podatkowych w kolejnych latach powinny być utrzymane „zgodnie z rozsądną zasadą przewidywalności”.

Na rezultaty tych reform nie trzeba było długo czekać. Już w 1994 roku Nowa Zelandia miała największy współczynnik wzrostu zatrudnienia wśród wszystkich państw OECD.

Reformy w Nowej Zelandii, początkowo bolesne, pokazują, iż opłaca się przekonać społeczeństwo do „ponoszenia krótkoterminowych ofiar w drodze do dalekosiężnych celów”. W rankingu Wskaźnika Dobrobytu Legatum (gdzie uwzględnia się wskaźniki gospodarcze, sytuację polityczną, edukację, ochronę zdrowia, bezpieczeństwo, wolność osobistą i kapitał społeczny) w 2014 roku Nowa Zelandia zajęła 3. miejsce, wyprzedzając USA. Świetnie wypadła też we Wskaźniku Rządów Prawa, Globalnym Raporcie Konkurencyjności Światowego Forum Ekonomicznego. W rankingu wskaźnika wolności gospodarczej z 2014 roku Nowa Zelandia zajęła 5. miejsce na świecie – za Honkongiem, Singapurem, Australią i Szwajcarią.

Przykład Nowej Zelandii pokazuje, iż w ciągu zaledwie 10 lat (1984 – 1994) rządzący roztropnie tym krajem – podobnie jak kierujący sprawami Irlandii - wprowadzili wcześniej zrujnowane państwo do czołówki ekonomicznej świata.

To niestety nie udaje się grupie zmieniających się u steru Polski 300 osób, które nieprzerwanie sprawują władzę w naszym kraju po 1989 roku, utrzymując go od 30 lat w pozycji pariasa Europy.

 

Singapur – także wolnorynkowa autokracja przynosi efekty gospodarcze

Singapur, fot. Wikipedia

Miasto – państwo Singapur uzyskało niepodległość dopiero w roku 1965. Do tego czasu Singapur był eksploatowany jako typowa kolonia brytyjska. Początek niepodległości nie zapowiadał więc późniejszego spektakularnego sukcesu gospodarczego tego państwa. Nikt raczej nie przypuszczał w latach 60-tych, że wkrótce mieszkańcy Singapuru cieszyć się będą najwyższym poziomem życia w Azji (obok mieszkańców Japonii i Brunei).

Mimo, że Singapur trudno nazwać demokracją (od początku jego istnienia rządzi nim ta sama partia) postawiono na hiper wolny rynek. Pewne znaczenie dla ekonomicznego rozwoju Singapuru ma fakt, iż pierwszy (długoletni premier) był absolwentem Harvardu.

Dzięki niskim podatkom dla firm w Singapurze działa ponad 3000 zagranicznych przedsiębiorstw, co jest jedną z przyczyn sukcesu gospodarczego Singapuru, podobnie jak wspieranie przez państwo rozwoju przemysłu wysokich technologii.

Już w latach 70-tych i 80-tych kraj rozwijał się na poziomie 8-9%, w 1993 roku Singapur osiągnął wzrost gospodarczy 10%, zaś w 2010 - 17,9%. Na początku lat 60. PKB na osobę wynosił ok. 600 dolarów, zaś w 2013 – już ponad 61 tys. dolarów. Inflacja wynosi przeważnie ok. 1%, zaś bezrobocie ok. 3%.

W roku 1970 pod względem wielkości PKB per capita Singapur zajmował dopiero 40. miejsce na świecie, a jego PKB per capita był ponad 13 razy mniejszy niż ówczesnego lidera – Monako, zaś w roku 2018 Singapur był już 9-ty, a jego PKB per capita - tylko ok. 2 razy mniejszy niż lidera tabeli.

Na liście rankingowej HDI (wskaźnik rozwoju społecznego) w 2016 roku Singapur znalazł się na 6. miejscu na świecie (m.in. przed Irlandią i Nową Zelandią). W rankingu Legatum Prosperity Index (z 2020 roku) Singapur zajął 15. miejsce na świecie (tutaj wyprzedziły go m.in. Nowa Zelandia i Irlandia).

Dzisiaj Singapur jest czwartym finansowym centrum świata po Londynie, Nowym Jorku i Tokio. Działa tutaj 170 banków. Port w Singapurze jest drugim co do wielkości portem na świecie (większy znajduje się w holenderskim Rotterdamie). Tu wytwarza się rocznie połowę światowej produkcji dysków twardych.. W 2018 Singapur był piątym najczęściej odwiedzanym miastem świata.

Już w ciągu pierwszych 20 - 30 lat po odzyskaniu niepodległości, uboga b. kolonia brytyjska stała się jednym z „azjatyckich tygrysów gospodarczych” dzięki swej wolnorynkowej strategii ekonomicznej.

Polacy mogą jedynie pomarzyć o takim tempie rozwoju gospodarczego po 30 latach funkcjonowania quasi wolnego rynku i quasi demokracji w naszym kraju.

Marek Ciesielczyk

O autorze:

doktor politologii Uniwersytetu w Monachium, profesor University of Illinois w Chicago, pracownik naukowy Forschungsinstitut fur sojetisze Gegewart w Bonn, Fellow w European University Institute we Florencji

tel. 601 255 849

dr.ciesielczyk@gmail.com

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.3 (głosów:4)

Komentarze

Jedna z nich ekstremalnie durna [link], choć w swoim nurcie powiązana z jedną z kwitnących na antypolskim ugorze partii politycznych. Być może należałoby zignorować tego typu świadectwa politycznej głupoty, ale ich istnienie jest skutkiem i zarazem częścią polskiej rzeczywistości, której już w żadnym przypadku zignorować nie można. Takie polityczne idiotyzmy są objawem rzeczywistych procesów niszczących Polskę. Są to zjawiska, które muszą być zdiagnozowane, by mogły być początkiem konkretnych działań terapeutycznych. O tych zjawiskach sporo prawdy napisał pan Marek Ciesielczyk w drugiej z przeczytanych opinii.

Druga opinia, zawarta w felietonie "Dlaczego Polska jest ciągle pariasem Europy?" [link], jest znakomita, zawiera solidny zbiór porządnie udokumentowanych faktów oraz prawdziwych opisów zjawisk polskiej rzeczywistości politycznej i ekonomicznej. Mimo porządnej roboty i dobrego udokumentowania, ta diagnoza zbudowana na faktach i wnioskowaniu z prawdy o rzeczywistych zjawiskach jest jednak błędna i prowadzi do fałszywych wniosków i może być uzasadnieniem procedur wyprowadzających Polskę na manowce.

A opinia pana Marka Ciesielczyka, tak jak każda porządna i uczciwa robota może, a nawet powinna być podstawą dalszej pracy, by mogła stać się podstawą do budowy efektywnego programu dalszego działania. Oczywiście nie jest łatwo przeprowadzić ad hoc dobrą dyskusję z tą diagnozą, chcę to zrobić nieco później, ale teraz, na gorąco chciałbym wskazać parę źródeł błędu - być może jako materiał do dalszej dyskusji.

Pierwsze źródło. Nazwijmy to pierwotnym grzechem przemiany polskiej gospodarki planowej w rynkową. Diagnoza pana Marka Ciesielczyka traktuje to przejście jako zdarzenie punktowe, tak jak to się zwykle opowiada. Komunizm w Polsce upadł, władzę przejęła nowa demokratyczna władza, która w późniejszej praktyce okazała się być taka i owaka, co stanowi istotna przyczynę aktualnego stanu rzeczy w Polsce. Otóż ten model tego przekształcenia nie odwzorowuje tego przekształcenia, rzeczywistość była i jest po prostu inna, a diagnoza genezy dalszych przekształceń jest niestety fałszywa. Co nie zmienia prawdy o faktach przytoczonych w tej diagnozie. Co do skutków, zgadzamy się, inna jest ścieżka dojścia do tego wyniku.

Zilustruję to zjawisko dygresją. Jestem fizykiem zajmującym się zastosowaniami matematyki w fizyce i kiedyś interesowałem się zjawiskami dziejącymi się na granicy faz. Na przykład wypolerowana powierzchnia półprzewod-nikowego kryształu stykającego się z elektrolitem. Niby nic prostszego. Ale ta czysta i lśniąca granica, jak się okazuje, oddziela dwa różne kwantowe społeczeństwa rządzące się innymi niż nasze regułami gry, obcymi naszemu zdrowemu rozsądkowi. Tam nie działają nasze reguły, tam nie sprawdzają się nasze intuicje. Ktoś opisał zjawisko diody tunelowej, opisał piękny model jej działania, do dzisiaj obecny w wielu encyklopediach [link]. Dlaczego tak jest?
Ponieważ opis działania diody tunelowej jest prosty, zrozumiały i idealnie pasuje do naszych intuicji. A diody tunelowe istnieją, działają i świetnie się sprawdzają w wielu konkretnych zastosowaniach. Ale nie mogą działać według reguł opisanych w tym modelu. Dokładne sprawdzenie konkretnych właściwości energetycznych zjawiska prowadzi do wniosku, że "efekt tunelowania" musi istnieć inaczej, inny jest jego mechanizm.

Problem przekształcenia gospodarki planowej socjalistycznego PRL w gospodarkę rynkową współczesnej Rzeczypospolitej Polskiej polega na tym, że takie przekształcenie nie nastąpiło i w polskiej rzeczywistości nie było żadnej "terapii szokowej". Stało się coś zupełnie innego. Przede wszystkim nie było żadnego skokowego przejścia czegokolwiek w cokolwiek. Proces tego przekształcenia był długotrwałym i ciągłym procesem "wrogiego przejęcia" polskiej gospodarki. Tak, to było "wrogie przejęcie", czyli zupełnie inne zjawisko niż na przykład "reforma gospodarcza". Traf chce, że teraz, dzisiaj na łamach portalu "niepoprawni" pojawiła się informacja Tezeusza [link] o wypowiedzi Reinharda Petzolda, który podobno powiedział, że Niemcy zbudowali sobie w Polsce kraj taniej siły roboczej. Może tak powiedział, a może to jest fake news. To nie jest ważne. Ten proces rzeczywiście tak przebiegał, na co istnieje bardzo obszerna dokumentacja, o której warto porozmawiać. Wystarczy powiedzieć, że ta rzekomo szokowa terapia wystartowała nie od tzw. planu Balcerowicza, ale od tzw reformy Mieczysława Wilczka w 1988 roku, a Fundacja Batorego finansowana przez George Sorosa rozpoczęła swoją działalność także od 1988 roku.

Drugie źródło - porównywanie stanu rzeczywistości w Polsce do przemian w Irlandii czy Nowej Zelandii zawiera w sobie wiele trafnych analogii, ale w sumie takie porównywanie prowadzi nie powinno być wykorzystywane, chociażby dlatego, że irlandzkie czy nowozelandzkie przemiany polegały na wewnętrznych przekształceniach dokonywanych w krajach gospodarki rynkowej.
Przemiany w Polsce polegały na procesie przekształcenia gospodarki planowej czyli absolutnie nie rynkowej w krainę podobno gospodarki rynkowej. Szczególne warunki "wrogiego przejęcia" dość często dowodziły, że tak zwana prywatyzacja w rzeczywistości była lipą. Czy na przykład sprzedanie polskiego państwowego przedsiębiorstwa "Telekomunikacja Polska" wtedy francuskiemu przedsiębiorstwu państwowemu "France Télécom" było prywatyzacją?
Czy prywatyzacją było przekształcenie osobowości prawnej "przedsiębiorstwa państwowego" w osobowość prawną "spółki kodeksu handlowego", której jedynym właścicielem było państwo? I tak dalej...

Szczegółowa analiza konkretnych strumieni przemian dowodzi, albo może tylko prowadzi do wniosku, że ówczesna prywatyzacja najczęściej wcale nie była prywatyzacją, a najprawdopodobniej neokolonialną gospodarką rabunkową, realizowaną w warunkach współuczestnictwa kompradorskiej współpracy polskiej administracji państwowej, czynnie uczestniczącej we wrogim przejęciu polskiej gospodarki. To może jest tylko hipoteza, a może już udokumentowany fakt, ale chyba można zaryzykować trochę falsyfikacji i weryfikacji, by stwierdzić jak jest.

Trzecia sprawato czas. Pan Marek Ciesielczyk mówi w swoim opracowaniu o tym, że irlandzka przebudowa gospodarki trwa już dziesięć lat. Moim zdaniem w ten sposób zgadzamy się co do chyba dla nas obu oczywistego faktu strategicznego horyzontu czasu reakcji rozległych systemów ekonomicznych. Dziesięcioletni strategiczny horyzont, to raczej minimum, a patrząc strategicznie, powinniśmy liczyć się ze skutkami, które mogą być istotne na przykład po upływie dwudziestu lat. To nie jest tylko polski problem. Zbyt krótki czas zasięgu państwowej wyobraźni, zwykle mierzony jest czasem trwania politycznej kadencji parlamentarnej, zwykle czteroletniej. Dwie kadencje, to osiem lat wyznaczających granicę "horyzontu strategicznej nieodpowiedzialności polityka", który może podejmować się realizacji każdego, nawet najbardziej idiotycznego projektu, byle tylko spodziewany rezultat następował poza tą granicą, czyli później niż po ośmiu latach. 

Tak można uzasadniać przeróżne programy ratowania planety, zielonej energii, globalnego ocieplenia. Nawet gdyby na chwilę założyć, że faktycznie teraz następuje globalne ocieplenie, to konieczną reakcją każdej gospodarki jest wzmocnienie lub powiększenie mocy zainstalowanej w energetyce, aby jakość ludzkiego życia mogła być dostosowana do zmieniających się warunków klimatycznych. Zajmowanie się ratowaniem planety, zamiast ratowaniem jej mieszkańców jest z pozoru absurdalnym programem. Ale zgodnie z "horyzontem strategicznej nieodpowiedzialności polityka", jakość proponowanego przez polityków programu jest bez znaczenia. Dlatego Angela Merkel może wprowadzać ograniczania emisji ditlenku węgla w Europie o każdy procent jaki jej przyjdzie do głowy, byle nastąpiło to po "cirka" więcej niż ośmiu latach.

Skutki techniczne, ekonomiczne, polityczne i społeczne takiej decyzji wtedy nie mają żadnego znaczenia. Jest to typowa strategia polityczna. Na przykład po katastrofie w Czernobylu zapanował polityczny szał likwidacji energetyki jądrowej. Kolejne rządy zabrały się ochoczo do likwidacji elektrowni atomowych. Wtedy rząd królestwa Szwecji zobowiązał się do likwidacji szwedzkiej energetyki atomowej, tyle, że ten plan miał być realizowany po 10 latach. I co?
Minęło trzydzieści lat, energetyka atomowa w Szwecji istnieje w najlepsze, a w roku 2020 w jednej ze szwedzkich elektrowni został zlikwidowany tylko jeden ze starszych reaktorów, co zmniejszyło moc tej elektrowni o 8%. Śmiech na sali, czy polityczna mądrość zarządzania horyzontem strategicznej nieodpowiedzialności politycznej?

I czwarte źródło - sprawa klasyfikacji politycznej. Z wielu przeróżnych dyskusji, oraz uważnej obserwacji faktów widzianych w portalu Blogmedia24  widać, że polska historia współczesna może być podzielona na dwa okresy:
1. Czas zniszczenia (1988 - 1915).
2. Czas odbudowy (po roku 2015)

Czas zniszczenia, to aktywne działanie kompradorskiej władzy polskich wykonawców wrogiego przejęcia polskiej gospodarki, którzy obecnie nadal realizują swoje zadania jako totalitarna opozycja. Celem tego ponurego okresu była likwidacja zdolności polskiej gospodarki do samodzielnego rozwoju. W czasie wykonywania zadań "Czasu Zniszczenia" w sposób planowy i systematyczny oni realizowali projekty likwidacji, dezintegracji lub rozproszenia aktywów polskiej gospodarki, pod różnymi pozorami i stosując rozmaite narzędzia, nie wyłączając pospolitej grabieży, oczywiście pod ochroną polskiego i międzynarodowego prawa. Na przykład ostatnim rzutem na taśmę rząd PO pani Ewy Kopacz podpisał międzynarodową umowę zawartą pomiędzy Niemcami a Polską, na mocy której rzeka Odra została wyłączona z systemu Europejskich Korytarzy Transportowych (TEN-T). Później rząd PiS musiał poświęcić trzy lata, by rzeka Odra mogła ponownie stać się zasobem infrastruktury transportowej zespołu portowego Szczecin - Świnoujście. Przytaczam bardzo mało znany przykład, a jest ich setki. Taki przykład jak kontrakt gazowy z Gazpromem nie jest ani wyjątkiem ani żadną efemerydą. Jest świadectwem metody zawartej we "współczesnej definicji komunizmu". Setki przykładów wskazuje na to, że to nie był ani przypadek, ani głupota, lecz świadomie realizowana zła wola.

Czas odbudowy, to lata, które nastąpiły po jesieni roku 2015, w którym to czasie zostało zrealizowanych kilkadziesiąt tysięcy konkretnych przedsięwzięć, których celem jest  prowadzona krok po kroku polityka odbudowy zdolności Polski do samodzielnego rozwoju. Celem tej polityki jest odbudowa Polski jako Państwa Poważnego, czyli państwa, które może skutecznie dbać o polskie nawet najambitniejsze interesy swoich obywateli.

Kilkadziesiąt tysięcy zrealizowanych przedsięwzięć mimo stałej wrogiej postawie wewnętrznego i zewnętrznego środowiska politycznego i ekonomicznego współczesnego europejskiego i nie tylko europejskiego totalitarnego kolonializmu politycznego i gospodarczego. Strategiczna przestrzeń konieczna do aktywnego opanowania stanowi odrębne zagadnienie.

I na koniec najnowszy wariant współczesnej definicji komunizmu [link] której pierwsze sformułowania pochodzi z 10 sierpnia 2007 [link]:

WSPÓŁCZESNA DEFINICJA KOMUNIZMU

Komunizm jest totalitaryzmem zorganizowanej grupy przestępczej, złożonej z ludzi interesu (świadomie i celowo posługujących się agenturą wpływu), realizujących plan zniszczenia systemów etycznych i społeczno-politycznych w państwach, dążąc do wrogiego przejęcia władzy politycznej, w stopniu umożliwiającym trwałą degenerację prawa państwowego, w sposób zapewniający tej grupie przejęcie kontroli nad gospodarką, w celu długotrwałej pasożytniczej eksploatacji jej zasobów materialnych i ludzkich, pod ochroną prawa państwowego i międzynarodowego. Ten cel zorganizowana grupa przestępcza realizuje wszelkimi dostępnymi, nawet zbrodniczymi środkami.

_________________________________________

Mam zamiar opublikować powyższy tekst komentarza, jako nieco zmodyfikowany samodzielny wpis w cyklu polskich strategii, jako akt III. Poprzedni odcinek, akt II [link]. Już teraz informuję o tym zamiarze pana Marka Ciesielczyka, delikatnie zwracając się z prośbą o akceptację tego zamiaru. 

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

michael

#1656816