Master. 6

Obrazek użytkownika Leszek Smyrski
Idee

Pierre Malerois był odważny. Prowadził niszowy portal śledczy. Pisał o łapówkach, przyznawaniu dotacji, naruszaniu norm jakości żywności. Powoli dochodził do spraw kryminalnych. Przyzwyczaił się do hejtu. Sprawa, którą podjął ostatnio, zaczynała go przerażać. Do Brukseli przyjechał z Polski Czeczen. Jego 13-letnia córka zaginęła, policja nie znalazła żadnych śladów mimo zastosowania "child alert". Policjanci zrobili, co mogli, przejrzano tysiące godzin monitoringu. Ostatnie nagranie pokazywało, że dziewczynka wchodziła do parku. Niestety, przy tym parku działała tylko jedna kamera. Dwie inne były zepsute. Ślad się urwał. Policjanci byli w kontakcie z rodzicami dziewczynki, ale telefon został wyłączony. Kiedy policyjny informatyk wszedł na konto dziewczynki, znalazł korespondencję z młodym chłopakiem. Ostatnia wiadomość to było wyznaczenie spotkania w tamtym parku. Śledztwo utknęło, bo konto było już nieaktywne, założone w kawiarence internetowej w Ghanie. Policjanci analizowali ruch samochodów wokół parku, ale było ich tysiące tego dnia. Prokurator poganiał, bo inne sprawy czekały, chłopaki zaangażowali się w sprawę, siedzieli nawet po godzinach. Wreszcie w pewnym nagraniu mignęła podobna twarz w samochodzie wyjeżdżającym na wylotówkę na Warszawę. Samochód miał Belgijskie numery, siedziało w nim trzech mężczyzn i dziewczynka. Na to zdjęcie policjanci natrafili po tygodniu od zaginięcia, jakość była bardzo słaba, nie nadawało się na dowód. Prokurator nie chciał się na tym oprzeć, bo było to za słabe dla sądu. W tym samym czasie policjanci zostali wymienieni, dostali nowe zadania i masę papierowej roboty. Jeden z policjantów widząc, co się szykuje, nieoficjalnie przekazał zdjęcie ojcu dziewczynki.

Przez czeczeńskie środowiska imigracyjne Ajman, ojciec porwanej Sukhaymy dotarł do Julesa Mareta, kolegi Pierra. Obaj należeli do nieformalnej grupy samopomocowej. Prowadzili portal "nous sommes tous ensemble". Kwestia porywanych dzieci i kobiet wypłynęła nagle. Najpierw opisali jedną sprawę i zostali zasypani zgłoszeniami. Zaczynali pisać, a jednocześnie czuli, że tracą kontrolę nad sytuacją. Kiedy Ajman przyszedł ze zdjęciem, pomogli mu zidentyfikować samochód i kierowcę. Czeczen był porywczy, przed klatką schodową zaatakował mężczyznę, zaczął go szarpać i wypytywać o córkę, w końcu go pobił. Policja zabrała go do aresztu i wciąż tam siedzi, za zgodą sądu. Kiedy napisali o tym na portalu, strona została zaatakowana i wygasła. Żaden dziennikarz nie chciał z nimi rozmawiać. Kiedy odchodził, zwykle słyszał słowo "szur".

Teraz Pierre siedział na tylnym siedzeniu jeepa, przykuty kajdankami do rurki. Dwóch rosłych mężczyzn siedziało po bokach, obok niego drzemał Jules, też skuty kajdankami, czuć było od niego alkohol, od czasu do czasu podnosił głowę i usiłował zrozumieć, gdzie jest, ale był zbyt pijany. Pierre zamknął oczy i tkwił w bezruchu, udawał nieprzytomnego.
Mężczyzna obok niego otworzył drzwi i wysiadł, szarpnął ramieniem Pierra, ale nie doczekawszy się reakcji, zamknął auto. Drugi z mężczyzn uderzył Julesa kilka razy w twarz, Jules zamamrotał coś i chciał podnieść rękę, Mężczyzna odpiął kajdanki, otworzył drzwi od swojej strony i wyciągnął go z samochodu, w międzyczasie drugi z mężczyzn obszedł samochód. We dwóch zaprowadzili go do płonącego kilka metrów dalej ogniska, wokół którego stało już kilkunastu innych mężczyzn. Wszyscy mieli na głowach czarne kaptury, dwaj mężczyźni, którzy prowadzili Julesa, również założyli kaptury sobie i jemu. Z jednego z samochodów inni zakapturzeni mężczyźni przyprowadzili nagą kobietę, była chyba naćpana, bo szła, nie stawiając oporu. Inny mężczyzna wbił w ziemię kij i nadział na niego głowę kozła. Dwaj mężczyźni przywiązali kobietę do palików wbitych w ziemię, wokół jej rąk i nóg nakreślili pentagram, sypiąc czarny proszek. Pierre był przerażony, ale miał pełną świadomość sytuacji. Był przykuty za jedną rękę, siedział bez ruchu. Na razie nikt nie zwracał na niego uwagi. Wolną dłonią uchwycił obejmę kajdanek i bardzo powoli zaczął ciągnąć drugą rękę.
Mężczyźni zaczęli śpiewać ponurą pieśń, w której przewijało się słowo Lucifer i Master. Mistrz ceremonii trzymał w ręku sztylet. Dwaj z nich wzięli łopaty i zaczęli kopać dół.
Ręka Pierra zaczęła się pocić i milimetr po milimetrze przesuwać wewnątrz obręczy, ale przed nim była jeszcze najgrubsza część. Zaczął się modlić.
Uczestnicy obrzędu śpiewali i deklamowali na przemian, dookoła była pusta łąka, tylko z daleka dochodził szum autostrady. Zmierzchało, więc modlący się mężczyźni zapalili pochodnie. W czarnych ubraniach i kapturach, z pochodniami w rękach wyglądali strasznie. Pierre ciągnął powoli, pot pokrył jego dłoń i pomagał przesuwać obręcz, ale ból był coraz silniejszy. Poczuł całą grozę, pot wystąpił też na czoło i plecy. Myślał o swoim życiu. Możliwe, że dziś się skończy. Kiedy usłyszał historię Najmana, mógł jak inni dziennikarze odwrócić się, uznać go za szaleńca opętanego zemstą. Mógł też uwierzyć, ale zaakceptować fakt, że tutaj nic się nie da zrobić, przeciwnik jest zbyt potężny. Wiele razy przychodzili do niego ludzie z różnych fundacji, proponując współpracę. Opowiadali, jak łatwo jest dostać grant, trzeba tylko być rozsądnym. Raz się zdecydował. Dostali kilka tysięcy euro i dopłatę do czynszu na prowadzenie biura. To mu się wtedy spodobało. Kiedy zobaczył przelew na koncie, ucieszył się jak dziecko. Kiedy jednak drugi raz napisał o dotację, przyszedł do niego doradca. Opowiedział, jak to wszystko wygląda, jak najlepiej opisać problem do rozwiązania, jak rozłożyć w czasie inwestycje i uzyskane korzyści społeczne. Na koniec, kiedy już bardzo dobrze im się rozmawiało i Pierre uznał, że tamten człowiek jest mu coraz bliższy, usłyszał, że najlepsze granty są wtedy, gdy podzielisz się, z kim trzeba. Luźna atmosfera natychmiast zgęstniała, doradca sam wyczuł, że coś zepsuł, możliwe, że za szybko opowiedział o rzeczach, które potrzebują czasu, aby dojrzeć. Później jeszcze czasami dzwonił. Kiedy Pierre odmawiał, sam siebie przeklinał, zastanawiał się, po co mu ten dziwaczny styl. Wieczorami szedł ulicami i widział szczęśliwych, rozbawionych ludzi. Piękne kobiety wysiadały z luksusowych samochodów i rzadko kiedy którakolwiek spojrzała na niego, a przecież był przystojniejszy od tych, którzy je przywozili pod kluby i odwozili później w jakieś inne szczęśliwe miejsca. Jedak nawet, teraz kiedy już wszystko się kończyło, Pierre czuł, że nie chciałby niczego zmienić. Pamiętał swoją babcię, pochodziła z czasów, gdy ludzie chodzili do kościoła. Przeszła wiele w życiu, ale była pogodna, odchodziła spokojnie, z pewną radością.
Śpiew przybrał na sile. Mistrz ceremonii wlał Julesowi do gardła jakiś płyn, który ten przełknął, po chwili zaczął coś bełkotać i się szamotać. Wtedy mistrz złapał go za włosy, dwaj pomocnicy trzymali go za ręce, jeden podszedł z miseczką. Mistrz sztyletem przeciągnął przez gardło, polała się krew do miseczki. Jules osunął się na ziemię.
Pierre szarpnął, poczuł straszliwy ból, ale ręka była wolna.
Robiło się coraz ciemniej. Pomocnik podał mistrzowi miseczkę z krwią, ten zbliżył się do kobiety i mamrocząc coś, wylewał zawartość miseczki na jej ciało. Mężczyźni zgromadzeni wokoło wpadli w ekstazę, co chwilę wykrzykiwali Lucifer i jakieś wezwania w dziwnym języku. Dwaj mężczyźni, którzy wykopali dół, wrzucili tam ciało Julesa i zaczęli przysypywać. Mężczyźni odprawiający misterium byli w amoku, krzyczeli i wzywali Lucyfera. Pierre nacisnął klamkę, drzwi się otworzyły. Wysiadł ostrożnie z samochodu, najpierw odczołgał się kilka metrów, potem zaczął iść na czworakach, w końcu, gdy uznał, że jest wystarczająco daleko, zaczął biec. W pewnym momencie ekstatyczne wołania zmieniły się we wściekłość, Pierre zrozumiał, że odkryli jego ucieczkę. Pędził przed siebie w stronę jakiegoś lasu, słyszał odgłosy odpalania samochodów, pędził najszybciej jak mógł. Był na pewno kilkaset metrów przed ścigającymi, kiedy dopadł do pierwszych drzew, poczuł zadyszkę, biegł nieco wolniej, ale nie ustawał. Po piętnastu minutach przykucnął, by odpocząć. Pogoń była już w lesie, słyszał trzaski gałęzi i nawoływania, na szczęście robiło się coraz ciemniej.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:6)

Komentarze

Powiedz, że to nie prawda. Powiedz, że to fikcja literacka, że fragment jakiejś beletrystyki...

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-1

"Izraelitcy doktorkowie,
Wiednia, żydowskiej Mekki, flance,
Co w Bochni, Stryju i Krakowie
Szerzycie kulturalną francę;
Którzy chlipiecie z „Naje Fraje”
Swą intelektualną zupę,
Mądrale, oczytane faje,
Całujcie mnie wszyscy w dupę."

#1632133