Master. 37

Obrazek użytkownika Leszek Smyrski
Idee

Dietlaf miał 23 lata, był przystojny i szalony. Był też wystarczająco inteligentny, żeby rozumieć, że skoro ludzkie życie jest tylko tyle warte, ile zapłaci za nie rynek, to jego własne życie podlega pod to samo prawo. Chciał maksymalnie podbić stawkę i udawało mu się to. Kiedy zabijał, śmiał się. Widział, jak podnosi się cena za jego głowę, ostatnio doszła do trzech milionów. Nie proponowano takich pieniędzy za nikogo innego. Zabił wielu ludzi, zwykle przypadkowych. Teraz marzył o fortunie, która czekała na niego tuż obok. Nie musiał jechać do Afryki, Azji czy Ameryki. Życie to twarda gra, w której biorą udział twardzi gangsterzy. Pomiędzy graczami kręcą się frajerzy, można ich usuwać albo używać do własnych celów.
Siostra Aleksandra była Karmelitanką Bosą. Od dwunastu lat nie wyszła poza furtę. Kilka dni temu jednak miała widzenie. Skonsultowała je z przełożonymi, dyskusja trwała poza klasztorem. Kiedy widzenie powracało, przekazywała siostrze przełożonej. Dziś przyjechała z Berlina do Brukseli i szła ulicami zatopiona w różańcu. Miała siedemdziesiąt lat. W Karmelu spędziła młodość, ale nie złożyła ślubów wieczystych. Przełożona rozpoznała jej drogę i podjęła decyzję o tym, żeby odeszła do świata. Zrobiła karierę w internecie, zarobiła dużo pieniędzy i wyszła za mąż. Mężczyzna, z którym wzięła ślub, kochał ją, ona kochała jego. Zginął w przypadkowej strzelaninie. Wtedy wróciła do klasztoru. Teraz krążąc po ulicach, natrafiła na dziwny widok. Grupa ludzi stała przed budynkiem, siedzieli też na schodkach przed drzwiami. Mniejsze i większe grupki można było dostrzec dookoła. Wyglądało to na kilkaset osób, nie był to jednak jakiś typowy protest, raczej oczekiwanie na cos ciekawego. Poczuła, że to tutaj miała się zjawić. Podeszła do grupki na schodach i wtedy dostrzegła luksusowy samochód, otoczony wianuszkiem gapiów. Dowiedziała się, co się stało i dlaczego wszyscy tutaj stoją. Odeszła kilka kroków, uklękła na betonie i zaczęła modlić się o zbawienie dusz ludzkich.
Samochód z lawetą pojawił się zza zakrętu, piszcząc oponami. Nadjeżdżał, nabierając prędkości. Z okien wychylili się gangsterzy, w rękach pojawiły się karabiny maszynowe. Zaczęli strzelać w powietrze. Samochód szybko się rozpędzał, gangsterzy skierowali lufy w tłum.byli trzysta metrów od lamborghini, prędkość dochodziła do stu dwudziestu, silnik ryczał.
Mistrzowie ze swoimi uczniami stali po obu stronach uliczki, z zamkniętymi oczami trzymali swoje "dzbany". Energia pulsowała i wzmacniała siły ludzi. W pewnej chwili wytworzył się wir, do którego wjechał rozpędzony pojazd. Kiedy laweta znalazła się w środku, wir ustał, po całym zamieszaniu pozostał tylko opadający kurz.

Dietlaf prowadził auto, czuł się jak w cyberpunku, w który namiętnie grał, gdy przez dłuższy czas nikogo nie zabił. Gdy wjeżdżał w uliczkę, przepełniała go euforia. Widział sztabki złota i brylanty, trzymał je w dłoni, podrzucał do góry, układał jak klocki. Kiedy samochód przyspieszył do stu dwudziestu, przygotował się do hamowania. Chłopaki z tyłu skierowali broń w stronę gapiów. Kiedy niespodziewanie wjechał w tunel, przeraził się, usłyszał z tyłu krótkie serie z broni, a potem ciszę. Hamulce nie działały, auto pędziło przed siebie w absolutnej ciemności. Krzyknął z przerażenia, z tyłu nikt się nie odezwał. Pędził w ciemności, a przerażenie rosło. Marzył o tym, żeby w coś uderzyć i skończyć tę jazdę, nawet kosztem zakończenia życia. W pewnej chwili zobaczył twarz starej zakonnicy, która modliła się o jego duszę. Pierwszy raz w życiu pomyślał o Bogu, przestraszył się znowu, ale tym razem inaczej. W głowie mu zawirowało od myśli, których nigdy wcześniej nie myślał. Poczuł łzy na policzku, usłyszał własny głos, który krzyczał – Boże! Proszę, pomóż mi. Pęd samochodu jakby ustał, nie mógł być pewnym, bo przebywał w absolutnej ciemności. Trzymał ręce na kierownicy, oddychał ciężko. Bardzo chciał się modlić, ale nie umiał. Wyśmiewał zawsze religie i wierzących, najbardziej gardził modlącymi się ludźmi. Gdy w akcji widział, że ktoś się modli, zabijał go i potem chwalił się, że spełnił czyjeś marzenia o spotkaniu z Bogiem. Teraz gdy o tym myślał, groza mroziła jego mózg. Bardzo chciał znać jakąś modlitwę.
Powtarzał ciągle Boże, pomóż mi, proszę. Nagle usłyszał cichy głos i zaczął powtarzać za nim.
Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje...

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:5)