Master. 33

Obrazek użytkownika Leszek Smyrski
Idee

Doktor Gertruda Nguyen – Maes nie była medykiem, ale filozofem. Umiała opowiadać ciekawie i z pasją. W ministerstwie zdrowia zajmowała się planowaniem demograficznym i zdrowiem reprodukcyjnym. W programach telewizyjnych promowała aktywność zawodową kobiet i nowoczesne środki antykoncepcyjne. Dzisiejsza debata z aktywistką prolive była łatwa, bo prowadzący wybrali fanatyczkę cytującą ciągle biblię, kreacjonistkę młodej ziemi.
Doktor Gertruda, tak nazywały ją fanki, przedstawiała zwykle wizję szybkiej kariery, szczęśliwej młodości, wycieczek nad ciepłe morza, wesołej zabawy w klubie, przystojnych chłopaków. Kiedy Natalia zacytowała, co pismo mówi o powinnościach żony, Gertruda wiedziała, że wygrała debatę. Na idealistycznie moralne tezy Natalii odpowiadała pobłażliwym uśmiechem i przykładami pokazującymi jak ciężko jest użerać się z bahorem. Natalia, która sławę w środowisku zdobyła żarliwą wiarą i przemawianiem do i tak już przekonanych, nagle poczuła, że zderzyła się z pociągiem. W ułamku sekundy przeszły przez nią mocne emocje, nagle zrozumiała, że mówienie to jedna z najważniejszych spraw w ludzkim życiu. To umiejętność odnalezienia właściwych słów, które użyte w odpowiednim momencie, mają siłę rozbijania intelektualnych zatorów. Usłyszała własny głos, który mówił. Rozumiem wasze racje, chcecie wygody, spokoju i wolności. Macie takie prawo, ale przecież uważacie się za najbardziej zaawansowaną intelektualnie grupę na świecie. Dlaczego nie chcecie pomyśleć o tym, żeby dać tym ludziom szansę na życie. Nie muszą żyć razem z wami i na wasz koszt. Ktoś inny może się tym zająć. Nie musicie znosić ciężarów życia z odpowiedzialnością. Nie musicie cierpieć. Wystarczy tylko wystarczająco długo i wystarczająco intensywnie pomyśleć, rozwiązanie się znajdzie. Na razie jedynie co umiecie, to stosować lingwistyczne sztuczki, po to, żeby zawęzić zbiór istot należących do gatunku homo sapiens.
Przestała mówić, sama zdziwiona tym, że takie właśnie słowa wypowiedziała. Doktor Gertruda patrzyła ze zdziwieniem, uśmiech, który był naturalnym przejawem intelektualnej wyższości wydawał się sztuczny. W głowie miała mętlik, ta dziewczyna złamała reguły, odniosła się do czegoś, czego nie ma. Otworzyła usta, żeby wygłosić inteligentną i ciętą ripostę, zawsze tak robiła. Teraz jednak otwarcie ust nic nie dało. Siedziała tak sekundę, dwie, trzy. Po kilkunastu sekundach prowadzący program zakończył transmisję, puszczono reklamę.

Proliverzy i prochoicowcy spotkali się na ulicach. Początkowo padały wyzwiska, popychanie, szarpaniny. Potem wymiana ciosów. Bójki początkowo były pojedynkami, ale szybko się rozszerzały na całe grupy. Na razie nie używano broni, ale rozbite nosy, zadrapania i siniaki zaczęły pojawiać się coraz częściej. Pierwszym, po którego przyjechała karetka był chłopak, któremu rozbita butelka rozcięła tętnicę. Potem jeżdżono do ran kłutych zadanych nożami, uderzeń ciężkimi przedmiotami z utratą przytomności. Pół godziny później karetki jeździły tylko do naprawdę poważnych przypadków. Jeśli jakiś skopany człowiek leżał na ulicy, jego znajomym doradzano, aby go ocucić i doprowadzić do domu.

Bill rozmawiał z szefem policji. Kategorycznie zabraniał wyprowadzania oddziałów szturmowych, policyjnym patrolom zakazywano zbliżania się do miejsc bijatyk. Policjanci ochraniający zgłoszoną demonstrację zostali wycofani, nie mieli wystarczających środków i sił. Dopiero kiedy manifestanci zaczęli palić samochody, Bill uległ presji. Nakazał komendantowi działanie. Teraz jednak policjantów było za mało. Do Brukseli zaczęły zjeżdżać oddziały z całej Belgii, widać jednak było, że nawet tego będzie za mało. Premier rozmawiał telefonicznie z prezydentem Francji i poprosił o wsparcie. Zamieszki trwały jednak w najlepsze, kiedy zaczęto demolować i rabować sklepy, do manifestacji zaczęli dołączać zwykli przestępcy i całe gangi. Kilkudziesięciu ciężko rannych przebywało w szpitalu, siedem osób zabitych trafiło do kostnicy.

Komendant policji był przerażony, choć oczywiście nic nie mógł zrobić bez zgody Billa, który przejął od Gi zarządzanie miastem. Bill cierpliwie i po ojcowsku tłumaczył mu, że nawet jeśli będą musieli go poświęcić, żeby zrzucić na niego winę za całą sytuację, i tak finansowo będzie zabezpieczony on i jego rodzina, poza ewentualną dymisją włos mu z głowy nie spadnie. Zresztą nawet dymisja była mało prawdopodobna. Wszystkie telewizje tłumaczyły widzom, jak bardzo nie do przewidzenia były ekscesy, do których doszło w mieście i z jakim zaangażowaniem komendant zmagał się z kryzysem. Widzowie zmienili zdanie i cała społeczna złość wylała się na Natalię.

Chen słyszał o zamieszkach, Pierre relacjonował mu na bieżąco wydarzenia. Wszystkie jednak były dosyć daleko. Wiedzieli jednak, że lamborghini za sto milionów może przyciągnąć kłopoty.

 

Ps.

 

Co mówi Marta Lempart do bachora? - ***********!!!

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:4)