Master. 15

Obrazek użytkownika Leszek Smyrski
Idee
 
 
Straż pożarna była szybko na miejscu, policja zaraz za nimi. Najszybsi jednak byli dziennikarze. Jedna z ekip była przypadkowo w pobliżu, udało im się sfilmować przyjazd strażaków i akcję gaszenia pożaru. Podobnych podpaleń było kilkanaście. Wszystkie telewizje w porannych wiadomościach mówiły tylko o tym. Pokazywano mapę Brukseli z zaznaczonymi pożarami. 15 minut przed 5 rano rozpoczęły się bójki zorganizowanych grup. Na jakimś placyku spotykały się grupki młodych ludzi. Do zwarcia dochodziło natychmiast, trwało kilka minut i nagle wszystko się kończyło. Zwykle uszkodzeniu ulegało kilka samochodów i szyby w sklepach. Telewizje nie miały już tyle szczęścia, by sfilmować bójki, ale w sieci krążyło sporo filmików. Gi zebrał wszystkich wpół do szóstej. Michael przyszedł, bo chciał. Victor i Ezah opowiedzieli o wydarzeniach z nocy. Tom i Gerard słuchali, nie rozumiejąc połowy rzeczy, robili jednak zatroskane miny. Michael milczał zamyślony. Gi powiedział – jadę do Paryża, tam spotykam się z Billem i z Sześcioma. Sytuacja jest poważniejsza, niż się wydaje. Victor będzie kontynuował plan, wy wszyscy mu pomagajcie. Michael, ciebie proszę, abyś go wspierał. Wrócę prawdopodobnie wieczorem. Chen obudził się wcześnie. Spał na sofie, choć Vivien chciała oddać mu łóżko, sama przejść na sofę. W zasadzie chciała zostać z nim w tym łóżku, ale nie umiała tego wypowiedzieć. Jakaś dziecięca nieśmiałość odebrała jej odwagę. Nigdy wcześniej nic takiego nie przeżyła. Chen po prostu położył się na sofie, choć pewnie tak samo czułby się na podłodze. Był twardym facetem, ale w żaden sposób nie okazał cienia cwaniactwa czy wyższości. Zgodził się przyjść do niej po wysłuchaniu całej masy argumentów, że rano będzie bliżej na miejsce. Peter miał ubaw, obserwując te negocjacje. Na końcu Chen zgodził się na nocleg u Vivien, ale po obietnicy, że nie zada sobie żadnego kłopotu, związanego z nim. Vivien jeszcze spała, wypił przegotowaną wodę z liściem mięty i przy otwartym oknie rozpoczął codzienny rytuał ćwiczeń. Policja w Brukseli miała pełne ręce roboty. Co chwilę dzwonił telefon z zawiadomieniem o kolejnej bójce. Złapano wprawdzie kilku podejrzanych, ale trudno było cokolwiek udowodnić. Jednocześnie dzwonili zwykli mieszkańcy, zaniepokojeni sytuacją. Bali się wychodzić z domów, wysyłać dzieci do szkoły. Mer Brukseli wezwał posiłki, samochody jeździły coraz częściej, również nieoznakowane. Wpół do ósmej bójki ustały, oczywiście władze miasta ogłosiły, że to ich zwycięstwo. W tym czasie Gi wsiadał do wagonika podziemnej kolejki próżniowej, po dwudziestu minutach dotarł do celu, wsiadł do windy i wyjechał na górę, rezydencja położona tuż przy Placu de la Concorde zajmowała cały kwartał domów i należała do organizacji. Bill już na niego czekał. Miałeś dobrą podróż? Spytał. Rewelacja, wcale nie trzęsło, gdybym jechał dłużej, mógłbym zasnąć. A tobie jak przebiegł lot z Filadelfii? Leciałem F35, trzy godziny, ale o spaniu nie myślałem. Roześmiali się obaj, choć czuli powagę sytuacji. Sześciu mężczyzn po sześćdziesiątce siedziało w gabinecie, którego ściany obwieszono różnymi rodzajami broni. Elita światowej władzy. Każdy rząd musiał się z nimi liczyć. Ustawiają prezydentów, jak figury na szachownicy, wyznaczają trendy rozwoju gospodarczego, mogą wytworzyć każdą, dowolną sumę pieniędzy z niczego, ale robią to bardzo ostrożnie. Bill wprowadził Gi i od razu przeszli do rzeczy. Ten Chińczyk, który rozgromił bojówki, nazywa się Chen Young. Jest pilotem balonu z Jedwabnego Szlaku. Należy do kooperatywy z Polski. Oni opanowali światowy system transportowy. Są dla nas jak ciemna materia. Posługują się niezrozumiałym językiem. Nie mamy dostępu do ich struktury, dlatego utrwalił się stan zawieszenia. Oni nie mieszają się do naszych spraw, my nie atakujemy ich. Rozmawiamy na szczeblu korporacji, ale oni stworzyli swoją korporację tylko po to, żeby się z nami kontaktować. Ich organizacja składa się z sieci kooperatyw, które są równe w procesie decyzyjności. Każdy ma 1 głos i każdy ma dostęp do wszelkich informacji. U nich nie ma tajemnicy, ale my nie jesteśmy w stanie zrozumieć ich decyzji. Mają swój poziom logiki. Próbowaliśmy wysyłać do nich swoich ludzi, ale albo szybko się dekonspirowali, albo przechodzili na ich stronę. Przyjęliśmy zasadę unikania otwartej walki, oni też ją respektują, ale są dla nas bezustannym zagrożeniem. Z tego, co dowiedzieliśmy się od naszych informatorów ze sztabu demonstracji, Chen trafił tu przypadkiem, szuka przyjaciela, który zaginął. Martwi się o niego. Ten przyjaciel nazywa się Marek Sudacki, Polak. Kilka dni temu dotarł do bazy pod Brukselą i rozpłynął się w powietrzu. Podobno Chen najbardziej się boi, że Marek sprzedał duszę Szatanowi
Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:2)