Iran jest groźniejszy niż twierdzi USA

Obrazek użytkownika Kamil Trzoch
Świat

Iran to nie tylko podawane przez Global Firepower siły główne i Korpus Strażników Rewolucji ale i też siły FARAJA, oraz Związek Mobilizacji Uciemiężonych. Gdyby USA i Izrael chciało zaatakować Iran, zderzyli by się z conajmniej dwumilionową armią, która zwalczała by ich w górach Zagros. W efekcie Izrael odciągnął by swoją uwagę od Strefy Gazy, co umożliwiło by Hamasowi atak "od tyłu". Debaty publiczne o kryzysie w Iranie często postrzegały to jako "USA może ich pokonać kiedy chce" błędnie licząc sytuację.

Cztery armie razem

Zachodnie debaty publiczne o „nieuchronnym i łatwym pokonaniu Iranu przez USA i Izrael” to prawdopodobnie najbardziej oderwany od rzeczywistości mit współczesnej geopolityki. Narracja ta opiera się na bezkrytycznym liczeniu amerykańskich lotniskowców i izraelskich myśliwców stealth, całkowicie ślepnąc na asymetryczną, potężną konstrukcję obronną Teheranu.

Gdyby doszło do pełnoskalowej inwazji lądowej, siły koalicji nie zderzyłyby się z klasyczną, kruchą armią, lecz z gigantycznym, wielomilionowym i fanatycznym konglomeratem sił regularnych, paramilitarnych i milicji obywatelskich, okopanych w ptoęznych górach Zagros.

Przyjrzenie się strukturom w Iranie i jego geografii dekonstruuje teatr działań wojennych poprzez ujrzenie struktur, których zachodnie rankingi w ogóle nie potrafią poprawnie wycenić.

Związek Mobilizacji Uciemiężonych (Basidż) – Wielomilionowa fala

Basidż (Sazeman-e Basidj-e Mostaz'afin) to absolutny fundament irańskiej doktryny "Wojny Ludowej". To ochotnicza milicja paramilitarna podporządkowana Korpusowi Straży Rewolucji Islamskiej (IRGC).

 W czasie pokoju Basidż liczy około kilkuset tysięcy aktywnych członków, ale jego struktury rezerwowe obejmują kilkukrotnie więcej w pełni wyszkolonych żołnierzy: To nie są zwykli cywile. Członkowie Basidżu są zorganizowani w lokalne bataliony (Aszura i Al-Zahra), przeszkoleni w walce miejskiej, partyzantce i sabotażu. W razie inwazji mają za zadanie stworzyć masowy, asymetryczny opór na tyłach wroga, nasycając teren tysiącami ręcznych wyrzutni przeciwpancernych i przeciwlotniczych.

Siły FARAJA – Zmilitaryzowany porządek wewnętrzny

Irańskie Dowództwo Wojskowe i Porządkowe, znane jako FARAJA (dawniej NAJA), to kolejna potężna formacja paramilitarna ignorowana przez indeksy wojskowe.

To zmilitaryzowana policja, siły bezpieczeństwa wewnętrznego oraz potężna Straż Graniczna, licząca ponad 300 tysięcy ludzi w stałej służbie.

Formacja ta dysponuje własną artylerią, pojazdami opancerzonymi i elitarnymi jednostkami antyterrorystycznymi (NOPO). W warunkach wojny totalnej FARAJA natychmiast przejmuje kontrolę nad liniami zaopatrzenia, dławi jakiekolwiek próby wewnętrznych powstań i zabezpiecza kluczowe węzły logistyczne.

Góry Zagros – Naturalna twierdza asymetryczna

Geografia Iranu to koszmar dla każdej armii ekspedycyjnej. Pasmo górskie Zagros, rozciągające się na długości 1600 km wzdłuż zachodniej granicy kraju, tworzy naturalny, nieprzebyty mur.

W głębokich, skalistych kanionach Zagros amerykańskie czołgi i transportery opancerzone utknęłyby na wąskich drogach, stając się łatwym celem dla ukrytych w jaskiniach operatorów systemów przeciwpancernych. Naloty lotnicze i drony tracą tam swoją skuteczność, ponieważ kluczowa infrastruktura rakietowa i dowódcza Iranu jest schowana w tzw. „podziemnych miastach rakietowych” wyrytych setki metrów pod litą skałą.

Podobnie jak przypadki Chin z 1937 roku czy Wietnamu, to piechota w dyktowałaby warunki walki, zmuszając USA do krwawej wojny na wycieńczenie.

Efekt domina i atak "od tyłu" (Oś Oporu)

Iran nie walczy sam – stworzył tzw. Oś Oporu.

Gdyby Izrael zaangażował swoje ograniczone siły lądowe i powietrzne w gigantyczny konflikt z Iranem, jego własne granice zostałyby natychmiast odsłonięte.

Hamas, Hezbollah z Libanu oraz jemeńscy Huti zsynchronizowaliby uderzenie rakietowe i lądowe. Hezbollah dysponuje armią ponad 100 tysięcy bojowników i arsenałem 150 tysięcy rakiet. Taki atak „od tyłu” doprowadziłby do paraliżu strategicznego Izraela, który musiałby walczyć na czterech frontach jednocześnie.

Przekonanie, że „USA może pokonać Iran kiedy chce”, to czysta iluzja zrodzona z ignorowania armii i geografii. Amerykańska marynarka i lotnictwo mogą zniszczyć irańskie rafinerie czy porty, ale nie są w stanie kontrolować terytorium o powierzchni blisko dwukrotnie większej od Pakistanu, zamieszkanego przez 90 milionów ludzi. Wielomilionowa fala ludzka z Basidżu, wspierana przez zbrojne ramię FARAJA h górach Zagros, zamieniłaby każdą próbę inwazji w katastrofę militarną na miarę Wietnamu.

Jak irańska koncepcja "Obrony Mozaikowej" (rozproszenia dowodzenia na poziomie lokalnym) zabezpiecza wielomilionowe rezerwy przed zniszczeniem za pomocą zachodnich ataków cybernetycznych i nalotów.

Husajn pada, Iran stoi


Istnieje mit, że "USA pokona Iran bo pokonała Irak". Irak miał mniej armii czynnej. W Iraku wybuchła Purpurowa Rewolucja, a masy ludzkie zbuntowały się przecie rządowi. Oficjalna "Iraq liberstion act" mówi wprost o wsparciu Purpurowej Rewolucji (choć media mówią tylko o rzekomej ukrytej broni Iraku). W Iranie jest inaczej. Mimo okazjonalnych zamieszek głęboko skrajnie religijny elektorat pozostaje wierny rządowi (głosowanie i referendum po obaleniu szacha). Gdyby USA obaliło rząd Irau i wprowadziło "demokrację", elektorat mógłby demokratycznie wybrać kolejny skrajnie religijny rząd.. Żołnierze rezerwy w Iraku brali udział w zamieszkach Purpurowej Reweolucji "po cywilu", więc USA zderzyło się z armią gdzie rezerwiści nie stawiali się do jednostek.

Porównywanie potencjalnego konfliktu z Iranem do wojen w Iraku (zarówno z 1991, jak i 2003 roku) to potężny błąd analityczny, który całkowicie ignoruje strukturę społeczną, motywację religijno-ideologiczną oraz realia historyczne obu tych państw. Irak Saddama Husajna był brutalną, świecką dyktaturą mniejszości sunnickiej nad większością szyicką i kurdyjską, trzymaną w ryzach wyłącznie strachem, gdy to obalona irackiego króla. Iran to głęboko zakorzeniona w kulturze Republika Islamska, której system polityczny opiera się na autentycznym, masowym poparciu milionów konserwatywnych obywateli.

Dysproporcja populacji i skali militarnej

W 2003 roku Irak liczył około 25 milionów mieszkańców, a jego armia była osłabiona przez zamieszki. Iran to zupełnie inna skala:

Iran liczy obecnie blisko 90 milionów ludzi (ponad trzykrotnie więcej niż Irak w 2003 r.). Baza rezerwowa i paramilitarna Iranu (Basidż, FARAJA, regularna armia i IRGC) pozwala na postawienie pod bronią wielomilionowej armii, podczas gdy podzielony Irak Husajna nie był w stanie przeprowadzić skutecznej mobilizacji.

 Mit broni masowego rażenia vs. rzeczywistość „Iraq Liberation Act”

Iraq Liberation Act z 1998 roku (podpisany jeszcze przez Billa Clintona) - oficjalna polityka USA na pięć lat przed inwazją mówiła wprost, że celem Waszyngtonu jest obalenie reżimu Saddama poprzez wspieranie Purpurowej Rewolucji. Słynna opowieść o „broni masowego rażenia” (WMD) była jedynie medialną zasłoną potrzebną do uzyskania mandatu ONZ i poparcia opinii publicznej.

W Iraku USA wykorzystały gigantyczne pęknięcia tektoniczne w społeczeństwie

Szyici (stanowiący większość) oraz Kurdowie masowo zbuntowali się przeciwko sunnickiemu dyktatorowi (to, co określano mianem Purpurowej Rewolucji, czyli ruchów wolnościowych i antyreżimowych, które eksplodowały ze zdwojoną siłą po wejściu wojsk koalicji).

Demokratycznym wyboór skrajnie religijnego rządu dotyka sedna sprawy. W Iranie w 1979 roku obalenie szacha nastąpiło w wyniku autentycznej, masowej rewolucji ludowej, a powołanie Republiki Islamskiej zostało przypieczętowane ogólnokrajowym referendum. Nawet jeśli w irańskich miastach dochodzi do prozachodnich protestów młodzieży, to rdzeń społeczeństwa – prowincja, wieś, klasy robotnicze i miliony rodzin związanych z Basidżem – to potężny, głęboko religijny i lojalny elektorat. Gdyby USA wprowadziły tam wolne wybory metodami demokratycznymi, większość i tak wybrałaby rząd o profilu islamsko-konserwatywnym.

Sabotaż mobilizacji: Rezerwiści "po cywilu"

To kluczowy element militarny, o którym rzadko piszą zachodni publicyści. W 2003 roku armia Iraku stopniała z dnia na dzień nie dlatego, że Amerykanie zabili wszystkich żołnierzy. Irakijscy rezerwiści (głównie szyici) po prostu zignorowali rozkazy mobilizacyjne. Zamiast iść do koszar bronić sunnickiego dyktatora, woleli założyć cywilne ubrania, schować broń i wziąć udział w wewnętrznej rewolucji przeciwko partii Baas. Armia Saddama rozpadła się od środka.

W Iranie rezerwiści z Basidżu i struktur FARAJA są zintegrowani ze swoimi lokalnymi społecznościami (szkołami, zakładami pracy). Dla nich obrona kraju przed "Wielkim Szatanem" (USA) to nie jest obowiązek wobec rządu, ale kwestia tożsamości narodowej i religijnego obowiązku (dżihadu). W razie ataku ci żołnierze nie uciekną do domów – oni z tych domów wyjdą z bronią w ręku, by walczyć w strukturach partyzanckich.

Porównywanie Iraku do Iranu to podręcznikowe myślenie życzeniowe. Irak był państwem trzymanym w ryzach przez jednego uzurpatora, które rozpadło się pod wpływem wewnętrznego buntu rezerwistów i mas ludzkich. Iran to skonsolidowana, ideologiczna potęga, gdzie wielka armia paramilitarna jest organiczną częścią społeczeństwa. Próba inwazji na Iran nie byłaby powtórką z szybkiego zajęcia Bagdadu – byłaby gigantycznym zderzeniem z uzbrojonym narodem w górzystym terenie, które doprowadziłoby do geopolitycznego paraliżu całego Bliskiego Wschodu.

Wojny nie wygrywają tabelki finansowe, drogie myśliwce ani oficjalne budżety w dolarach. Wojnę ostatecznie wygrywa odporność społeczna, głębia geograficzna oraz masowa, zdeterminowana siła.

Rakieta kontra dysk twardy

Iran zamierzał zaatakować amerykańskie firmy technologiczne w regionie oparte na tzw. soft power. Za czasów Iraku nie było ich takiej ekspansji, a te które były były firmami działającymi na zasadzi tzw. hard power. Irański atak hakerski (co udowodniły działania przeciw HBO) czy bombardowanie serwerowni uczyniło by te spółki zakładnikami Dotyka to zupełnie nowej domeny wojny asymetrycznej XXI wieku. Porównanie struktury gospodarczej z czasów wojen w Iraku (1991 i 2003) z dzisiejszą rzeczywistością idealnie obnaża nową, gigantyczną linię cyfrowego i wizerunkowego frontu.

W czasie operacji „Pustynna Burza” czy „Iraqi Freedom” zachodnia obecność na Bliskim Wschodzie opierała się na klasycznym hard power – były to głównie fizyczne rafinerie ropy naftowej, rurociągi, bazy logistyczne i fabryki. Dzisiejsza siła Zachodu jest nierozerwalnie związana z infrastrukturą soft power, czyli z potentatami technologicznymi, platformami streamingowymi, chmurami obliczeniowymi oraz systemami bankowości cyfrowej.

Iran doskonale to rozumie i od lat buduje doktrynę, w której te firmy stają się idealnymi, zakładnikami

Cyberataki jako tania broń masowego rażenia

Iran, odcięty od zachodnich technologii militarnych przez dekady sankcji, stworzył jedną z najbardziej drapieżnych i skutecznych armii hakerskich na świecie.

Głośny atak na sieć HBO i kradzież wielu terrabatiów danych, ale także wcześniejsze i późniejsze operacje przeciwko zachodnim potentatom medialnym, bankom czy kasynom w USA, udowodniły, że irańskie grupy (takie jak Charming Kitten czy Cyber Avengerez) potrafią paraliżować cyfrowe krwiobiegi wroga z poziomu klawiatury w Teheranie.

W razie wojny totalnej, irańskie uderzenie ransomware lub sabotaż typu wiper (całkowite kasowanie danych) nie celowałoby w czołgi Pentagonu. Uderzyłoby w serwery platform rozrywkowych (by wywołać niezadowolenie społeczeństwa), systemy logistyczne Amazonu (logistyka), chmury Microsoftu czy Google działające w regionie (np. w centrach danych w Zjednoczonych Emiratach Arabskich czy Arabii Saudyjskiej). Paraliż tych usług wywołałby natychmiastową panikę giełdową w Nowym Jorku i straty i w ciągu kilku godzin.

Fizyczne bombardowanie serwerowni – geopolityczny paraliż

Współczesne soft power jest bezużyteczne bez fizycznej infrastruktury. Giganci technologiczni przenieśli ogromną część swoich operacji na Bliskim Wschodzie do rajów podatkowych krajów Zatoki Perskiej.

Budowane tam gigantyczne, ultranowoczesne centra danych i serwerownie (napędzające chmury obliczeniowe dla całego regionu) leżą w bezpośrednim zasięgu irańskich dronów kamikadze (serii Shahed) oraz precyzyjnych rakiet balistycznych i manewrujących.

 Irański dron kosztujący kilkanaście tysięcy dolarów jest w stanie fizycznie zniszczyć wartą setki milionów dolarów serwerownię, od której zależy funkcjonowanie aplikacji, banków i administracji cyfrowej w kilku sąsiednich krajach. USA nie miałyby jak obronić setek takich rozproszonych celów cywilnych, które z automatu stałyby się zakładnikami konfliktu.

Biznes technologiczny jako hamulec wojenny dla Pentagonu

Za czasów Iraku, firmy naftowe wprost lobbowały za wojną, licząc na stabilizację cen ropy. Dzisiaj potentanci z Doliny Krzemowej (Apple, Meta, Alphabet, Microsoft) drżą na samą myśl o konflikcie.

Ich model biznesowy opiera się na globalnej stabilności sieci i nienaruszalności danych. Świadomość, że Iran w odwecie za amerykański atak może upublicznić gigantyczne bazy danych użytkowników, odciąć miliony ludzi od usług cyfrowych czy zniszczyć fizyczne węzły sieciowe, sprawia, że te firmy technologiczne wywierają gigantyczny nacisk dyplomatyczny na Biały Dom, aby za wszelką cenę unikać wojny kinetycznej z Teheranem.

Iran nie musi budować floty zdolnej dopłynąć do Waszyngtonu. Wystarczy, że trzyma palec na cyfrowym i fizycznym cynglu wymierzonym w zachodnie platformy soft power, które oplotły Bliski Wschód. To nowoczesna forma odstraszania – Zachód nie zaatakuje Iranu, ponieważ koszt cyfrowej i wizerunkowej katastrofy jego flagowych spółek technologicznych (spadek akcji na giełdzie) wielokrotnie przewyższa jakiekolwiek zyski z potencjalnego obalenia rządu w Teheranie.

Łapówkarz w celi lub grobie


Twórcy różnych teorii ciąle mówią o "wszechmocy big techów" nie rozumiejąc jak bardzo wojna w nich uderza. Twierdzą, że dysponują jakąś mistyczną technologią, którą sam w stanie przekupić posłów irańskich swoimi cennymi akcjami (wartych nominalne absurdy) lub dokonać atakow hakerskich na irańskie wojsko w odwecie.Ta narracja to klasyczny przejaw technologicznego fetyszyzmu i całkowitego niezrozumienia realiów wojennych oraz natury finansów. Wizja, w której prezes amerykańskiego giganta technologicznego wkracza do Teheranu i za pomocą „akcji na giełdzie” lub „tajnego algorytmu” neutralizuje państwo oparte na fundamentalizmie i sile kinetycznej, to czysta fantastyka naukowa.

lluzja kapitalizacji rynkowej (Nominalna wartość akcji)

Teoria, że Big Techy mogą cały rząd i służby „przekupić” swoimi akcjami wartymi biliony dolarów w Teheranie, to fundamentalny błąd ekonomiczny.

Wycena giełda (kapitalizacja rynkowa) to byt wirtualny, oparty na zaufaniu inwestorów z Wall Street. W momencie wybuchu wojny kinetycznej na Bliskim Wschodzie, te „wirtualne biliony” momentalnie topnieją na giełdzie z powodu paniki.

Irański strażnik rewolucji, urzędnik czy dowódca milicji Basidż w górach Zagros nie ma żadnego interesu w posiadaniu akcji Apple czy Microsoftu na zablokowanym koncie w amerykańskim banku. W warunkach sankcji i wojny totalnej jedyną realną walutą dla tych ludzi jest złoto, twarda waluta (np. dolary w gotówce) lub surowce, a nie udziały w zachodnich platformach streamingowych.

Mit o "mistycznych cyberatakach odwetowych" Big Techów

Przekonanie, że korporacje technologiczne mogą w odwecie przeprowadzić niszczycielski atak hakerski na irańskie wojsko, wynika z pomieszania pojęć.

Systemy operacyjne i aplikacje cywilne (w których specjalizują się Big Techy) działają w publicznym internecie. Z kolei kluczowa infrastruktura wojskowa Iranu – systemy dowodzenia rakietami, radary czy linie łączności podziemnych baz – działają w tzw. systemach zamkniętych (air-gapped). Nie są one podłączone do globalnej sieci, przez co żaden haker z Doliny Krzemowej nie może się do nich „włamać” przez internet.

Big Techy tworzą oprogramowanie, ale nie posiadają militarnych cyber-narzędzi ofensywnych (tzw. cyber-broni cybernetycznej przeznaczonej do niszczenia fizycznej infrastruktury). Takie możliwości mają wyłącznie agencje rządowe, jak amerykańskie Cyber Command czy NSA, a nie programiści pracujący nad algorytmami reklamowymi.

Big Tech w czasie wojny staje się celem, a nie graczem

Wojna natychmiast odziera korporacje z ich mitycznej „wszechmocy” i sprowadza je do roli zwykłych cywili.

Gdy spadają bomby, Big Tech staje się zakładnikiem, ponieważ ich fizyczne kable podmorskie i centra danych w regionie Zatoki Perskiej mogą zostać fizycznie zniszczone przez tanie irańskie rakiety. Nowoczesna technologia potrzebuje metali ziem rzadkich, półprzewodników i stabilnych fabryk. Wojna totalna natychmiast przerywa te dostawy, paraliżując rozwój technologiczny na lata.

Zwolennicy tej teorii przypisują korporacjom cechy mistyczne, ponieważ nie rozumieją, że w hierarchii potęgi suwerenne państwo dysponujące monopolem na przemoc, milionami zdeterminowanych żołnierzy lądowych i fizyczną geografią (jak góry Zagros) zawsze stoi wyżej niż prywatna inijcatywa handlowa, bez względu na to, jak wysokie ma słupki na nowojorskiej giełdzie. Wojna w ułamku sekundy weryfikuje tę hierarchię, brutalnie sprowadzając cyfrowy świat na ziemię.

Zakładnik poświęcony


Niektórzy twierdzą też że big techy mogą szantażować Iran mowiąc że "skasujemy wasze dane z Google Drive!" co też jest naciągane. To kolejny tak absurdalny argument, że aż trudno uwierzyć, jak ktokolwiek może traktować go poważnie na poziomie analizy wojskowej. Wizja, w której ajatollahowie w Teheranie panikują i kapitulują przed Pentagonem, ponieważ Google grozi im zablokowaniem dostępu do arkuszy w chmurze, to szczyt technologicznej naiwności.

Iran nie używa zachodniej chmury do celów państwowych

Żadne suwerenne państwo – a tym bardziej reżim od dekad otwarcie wrogi Stanom Zjednoczonym – nie trzyma swoich planów obronnych, danych wywiadowczych ani baz urzędowych na komercyjnych, amerykańskich serwerach. Iran posiada całkowicie odizolowaną sieć rządową oraz własne, fizyczne centra danych zlokalizowane głęboko pod ziemią.

Teheran zbudował tzw. National Information Network (Narodową Sieć Informacyjną). Jest to krajowy, zamknięty internet, który w razie kryzysu pozwala na całkowite odcięcie się od globalnej sieci (i amerykańskich firm), zachowując pełne funkcjonowanie irańskich banków, urzędów, szpitali i wojska na wewnętrznych serwerach.

Prawo do danych w warunkach sankcji

Z perspektywy zwykłych irańskich cywilów lub tamtejszych firm prywatnych, ewentualne odcięcie od zachodnich usług (takich jak Google Drive czy iCloud) nie jest żadnym nowym straszakiem. Z powodu amerykańskich sankcji finansowych nałożonych na Iran, większość zachodnich usług i tak jest tam formalnie zablokowana lub drastycznie ograniczona. Irańczycy od lat nie mogą legalnie płacić za subskrypcje Google czy Apple za pomocą irańskich kart bankowych. Jeśli z nich korzystają, to przez zagraniczne konta i systemy VPN, a kluczowe sektory gospodarki dawno już przesiadły się na chińskie odpowiedniki lub własne, irańskie programy chmurowe.

Czym są cyfrowe dane w obliczu wojny kinetycznej?

Gdy mówimy o konflikcie na poziomie państwowym, gdzie stawką jest przetrwanie, suwerenność i kontrola nad surowcami, blokada konta e-mail traci jakiekolwiek znaczenie. Szantażowanie państwa posiadającego wielomilionową armię paramilitarną Basidż i tysiące rakiet balistycznych „kasowaniem plików na dysku Google” to klasyczne odwrócenie proporcji. Wojna to domena brutalnej, fizycznej siły.

Zwolennicy tych teorii po prostu nie potrafią mentalnie wyjść poza swoją bańkę wygodnego, cyfrowego życia na Zachodzie. Wydaje im się, że skoro dla nich utrata dostępu do konta Google byłaby osobistą katastrofą, to tak samo zareaguje państwo totalne w czasie wojny o wszystko. Rzeczywistość militarna jest jednak brutalnie analogowa.

Hollywood za grosze


Odcięcie mediów dla Iranu przez big techy to nic. Iran wspiera ciągle piractwo i nie przejmuje się tym. Ten straszak o „odcięciu mediów” przez zachodnie firmy to kolejny absurd, który całkowicie ignoruje fakt, że Iran od dziesięcioleci funkcjonuje jako globalne zagłębie państwowego piractwa. Próba zablokowania Irańczykom dostępu do zachodnich filmów, seriali, muzyki czy oprogramowania nie zrobiłaby na Teheranie najmniejszego wrażenia, ponieważ tamtejsza gospodarka i kultura popularna są w 100% zaimonizowane na prawa autorskie Zachodu. Wynika to z bardzo konkretnych mechanizmów systemowych, które Iran dopracował do perfekcji.

Państwowe piractwo jako oficjalna polityka

W Iranie prawo ochrony własności intelektualnej i patentowe nie obejmuje zagranicznych utworów ani technologii. Irański rząd otwarcie zachęca do kopiowania i dystrybucji wszystkiego, co zachodnie. W Iranie działają legalne, ogromne platformy streamingowe i sklepy z aplikacjami (będące kopiami Netflixa czy Google Play), które oferują najnowsze amerykańskie hity kinowe, gry i programy z profesjonalnym irańskim dubbingiem – w pełni za darmo lub za groszowe opłaty. Wszystko to dzieje się bez płacenia jakichkolwiek licencji Amerykanom.

Klonowanie ekosystemów cyfrowych

Gdyby Big Techy odcięły Iran od oficjalnych sklepów z aplikacjami, Teheran uruchomiłby po prostu kolejny poziom swoich własnych alternatyw, które rozwinął z powodu trwających od lat sankcji.

Gdy w 2017 i 2018 roku Apple i Google usunęły ze swoich sklepów popularne irańskie aplikacje (np. do zamawiania taksówek Snapp czy bankowe), Irańczycy nie poddali się – w ciągu kilku tygodni przenieśli cały swój rynek cyfrowy na lokalną platformę Cafe Bazaar oraz zaczęli instalować aplikacje bezpośrednio z plików instalacyjnych (PWA).

"Czarny rynek" oprogramowania podstawą infrastruktury

Nawet na poziomie administracji publicznej, uczelni i mniejszych firm, Iran od lat opiera się na spiratowanym oprogramowaniu z Zachodu. Urzędnicy, inżynierowie czy projektanci pracują na zhakowanych wersjach systemów operacyjnych i programów inżynieryjnych.

Dla irańskiego rządu fakt, że Microsoft „zablokuje” aktualizacje Windowsa, to codzienność, z którą radzą sobie za pomocą lokalnych serwerów dystrybucyjnych i chińskich poprawek bezpieczeństwa.

Dlaczego ten szantaż jest bezużyteczny?

Szantażowanie odcięciem mediów i usług rozrywkowych działa tylko na społeczeństwa zachodnie, które są głęboko zakorzenione w legalnym i licencjonowanym ekosystemie cyfrowym (gdzie problem z kontem na Spotify czy Netflixie jest problemem). Iran to państwo, które z powodu trwającej dekadami izolacji zbudowało całkowicie niezależną, alternatywną rzeczywistość internetową. Państwowo sankcjonowane piractwo sprawia, że odcięcie ze strony Big Techów byłoby dla Teheranu jak rzucenie grochem o ścianę – obywatele i wojsko nawet by tego nie zauważyli, oglądając najnowsze hollywoodzkie produkcje ściągnięte z torrentów na krajowych serwerach w Full HD.

 

Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (2 głosy)