Proste przyjemności

Obrazek użytkownika jazgdyni
Idee

.

 

 

 

 

 

Podejrzewam, że bez tego nie moglibyśmy żyć.

Nawet tak ścisłe reguły zakonne, niemalże eremickie, jak siostry kamedułki, czy kartuzi, mają swoje drobne, proste przyjemności.

 

 

Mała dygresja dotycząca zakonu kartuzów. Bo tak się składa, że 30 kilometrów od mojej Gdyni są Kartuzy. W 1381 roku założono tu karuzję. Wybudowano klasztor, który zgodnie z regułą, pokryty jest dachem w kształcie wieka trumny. A mnisi, z 1000 letnią niezmienną reguła ustanowioną przez świętego Brunona, pozdrawiają się radosnym – memento mori – pamiętaj o śmierci.

Mnichów z tego najsurowszego zakonu katolickiego, nie ma dużo – 370 braci i 66 sióstr. W Europie jest 20 klasztorów kartuzów, a na całym świecie 24.

Osobiście poznałem dwa z nich. Oczywiście ten w niedalekich Kartuzach, oraz Czerwony Klasztor (czerwony, bo taką dachówką został pokryty 800 lat temu) nad Dunajcem w Słowacji tuż przy polskiej granicy.

 

Moje zainteresowanie zakonem kartuzów wzbudził wdzięczny pacjent mojego ojca, któremu tata uratował życie na Istrii w byłej Jugosławii, gdzie doznał wstrząsu anafilaktycznego. Okazało się, że jest to główny architekt Monachium, a zarazem utalentowany grafik.

Po przyjeździe w odwiedziny do nas, pierwszą rzeczą, o jaką poprosił, było to, by zawieść go do Kartuz i pokazać mu klasztor.

Byłem bardzo zaskoczony, dlaczego taki światowy i bogaty człowiek (przypominam – była jeszcze żelazna kurtyna) interesuje się tak bardzo, dla mnie czymś mało istotnym w prowincjonalnym, niezbyt ciekawym miasteczku.

A wtedy on mi opowiedział o dziejach kartuzów, od św. Brunona i pierwszego klasztoru La Grande Chartreuse pod Grenoble we Francji. Dodał też, że ta, pod moim nosem, fundacja kartuska w XVIII w. słynęła z bogactwa, wyrobu słynnego likieru i działalności charytatywnej.

Słynny likier to Chartreuse, o specyficznej i tajemniczej recepturze, bardzo wysoko ceniony przez znawców.

Dzisiejsze młode pokolenie zapewne ucieszyła by wiedza, że mnisi kartuzi nie jedzą mięsa, a na dodatek w każdy piątek postują o chlebie i wodzie.

 

To młodzieńcze zdumienie sądzę, miało na mnie spory wpływ w zainteresowaniu się filozofią, głownie o katolickim podłożu, w oparciu o św Augustyna i św. Tomasza, czyli w uporządkowaniu pojęć, poszukiwaniu celu życia doczesnego i istoty szczęścia.

W kontrapunkcie, jakby w zaprzeczeniu tych wartości, fascynował mnie malutki świat pustelników, czy eremitów.

W Grecji fascynowała Republika Mnichów na jednym z palców Półwyspu Chalkidiki, ze Świętą Górą Athos, gdzie od tysiąca lat, nie miała wstępu żadna kobieta, a także niesłychanie symboliczne w stosunku do wyobrażenia pustelników Meteory – malutkie klasztory, na szczytach skalistych "maczug", gdzie wspiąć się można po tysiącu śliskich schodów.

W Turcji, w Kapadocji, fantastycznym miejscu, gdzie w czasach Bizancjum, w IV wieku powstały pierwsze eremy – klasztory pustelnicze.

A Kapadocja – księżycowa prowincja tureckiej Anatolii, czyli tej zachodniej części Turcji, gdzie większość turystów jeździ kąpać i opalać się nad morzem, istniejąca i wzmiankowana w czasach perskich królów – Dariusza, czy Kserksesa, była miejscem, gdzie narodziła się idea klasztorów. A także idea anachoretów – wykuwających w wulkanicznej lawie jaskinie – samotnie, by potem anachoretyzm – jednoosobowe pustelnie – przekształcił się w monastycyzm – zalążki wspólnot religijnych – klasztorów i zakonów.

Nie mogłem, będąc w tych okolicach z takim zainteresowaniem, darować sobie odwiedzenia miejsca, chyba najsławniejszego na świecie, eremity i ascety – św. Szymona (Symeona) Słupnika. Jak wiemy, większość swojego życia, pełnego kontemplacji i umartwiania się, spędził on na 18 metrowym, kamiennym słupie, gdzie miał on platformę o wymiarach 2 x 2 metry i gdzie żył 40 lat bez przerwy.

Ja 40 lat spędziłem na morzu. Też pewnego rodzaju samotność. Bez rodziny, przyjaciół. Ale nijak to się ma do dokonania świętego Szymona, choćbym nie wiem jak się napinał.

 

Ufff... To była nie byle jaka dygresja.

Lecz proszę pomyśleć – czy ci pustelnicy z własnego wyboru, byli ludźmi szczęśliwymi, czy może cierpieli? Powiem tak – jeżeli nawet cierpieli, to z tego powodu również byli szczęśliwi.

Trudniejszym pytaniem jest, czy mieli oni swoje drobne przyjemności? Oj – na pewno tak. Bo bez drobnych przyjemności żyć się nie da.

 

Pora więc na sedno – o co mi chodzi, z tymi drobnymi przyjemnościami.

 

 

Wstaję codziennie około godziny czwartej. Już od bardzo dawna wystarcza mi 5 – 6 godzin snu. Nie powiem, że po obiedzie nie lubię sobie na dobrą godzinkę, jak to mówią, przyciąć komara, jak nie ma nic ważnego na horyzoncie.

Ta czwarta rano, to czysta poezja i radość za darmo. W marcu, kwietniu już mam darmowy koncert ptaków w lesie. Solistami są zaprzyjaźnione kosy, gnieżdżące się na wysokich świerkach, o rzut kamieniem ode mnie. Zimą dokarmiam je ziarnami, a przede wszystkim ich ulubionymi jabłkami, które zjadają do gołej skórki. Swoim śpiewem na wiosnę odpłacają mi za to. A teraz we wrześniu poinformowały mnie, że winogrona zaczynają już być słodkie, a ty się chłopie pilnuj, bo ci je wszystkie zjemy.

W maju, czerwcu i lipcu, o czwartej już jest świt. Wkrótce słońce zacznie oświetlać czubki domów na wzgórzu, podczas, gdy dolina zasnuta jest nadal przytulnym półmrokiem. Czasami, gdy nagle w nocy gwałtownie zmieniła się temperatura i padało, cała dolina rzeki zasnuta jest białą mgłą. Z mojego pagórka jest to cudowne zjawisko. Tak jest często w sierpniu i wrześniu.

Czy jasno, czy ciemno, w ramach prostych przyjemności, nastawiam wodę na kawę, a następnie otwieram drzwi, wychodzę na ganek i wołam moją nocną łowczynię, kocicę, tak małą jak młody kociak, lecz tak waleczną, że w ciągu godziny, gdzie 3/4 czasu to było czujne siedzenie na przeciw, a zwarcia i walka trwały parę sekund, przegoniła dwa razy większą, ale jak to u nich, chudą, lecz same mięśnie, biała kocicę syjamską. Moja wygrała i zajęła swój skrawek terenu, gdzie pozwala tylko zalecać się do siebie rudemu cwaniakowi. Reszta jest pod czujną obserwacją. Psy zresztą też.

 

Kicia dostaje swoją poranną porcję, a ja w tym czasie robię wielki kubeł dobrej kawy, którą słodzę słodzikiem (i się truję, jak mówią miłośnicy spiskowych teorii) i dodaję nieco śmietanki ( w żadnym wypadku nie mleka – smaku kawie, według mojej teorii dodaje tłuszcz zawarty w mleku).

Siadam przed telewizorem i oglądam kolejny odcinek wybranego serialu, bo tu mam potężne zaległości po 40 latach pływania.

Powiedzcie, czy to nie jest coś fajnego taka prosta przyjemność o poranku?

 

Wszystko rozbija się o te endorfiny...

 

Kochamy ten hormon wytwarzany przez nasz mózg. Niektórzy tak bardzo, że muszą go uzupełniać zewnętrznymi preparatami związanymi z opium. Takimi jak heroina i morfina. Ale to bardzo niebezpieczne zabawki.

Zresztą sama nazwa – endorfina – jest skrótem od endogenna (nasza wewnętrzna) morfina. Widzicie – sami nie wiecie, co posiadacie.

 

Mózg jest skłonny wyprodukować większe porcje endorfin ( jest ich ponad 20 różnych rodzajów), by dać nam dobre samopoczucie i zadowolenie z siebie, oraz czasami nawet wywołać wszelkie inne stany euforyczne, jeżeli go do tego sprowokujemy.

 

Chyba, jak to obecnie obserwuję, najpopularniejszym i darmowym sposobem by dostać zastrzyk endorfin, jest długotrwały, monotonny ruch i wysiłek.

Tak, tak – dobrze kojarzycie, daje nam to bieganie, czy jazda na rowerze. Osobiście też zapadałem w przyjemny trans, gdy biegałem dostatecznie długo i rytmicznie na nartach.

No to by zamknąć temat tego naszego własnego, wewnętrznego narkotyku – hormonu szczęścia, jak go nazywają, powiem tylko, że możemy go sobie wyprodukować również, przez:

  • zwykły śmiech, a jak twierdzą znawcy, nawet myślenie o czymś śmiesznym;

  • każdy prosty wysiłek fizyczny – porąbać sobie siekierką parę pieńków na kominek, pomalować pokój, wbić 500 gwoździ, powiedzmy robiąc dach i wiele tego typu rzeczy. Tak sobie myślę, że własnie ten efekt pozwala robotnikom pracować na taśmie po 8 godzin dziennie, przez 25 lat. Bo gdyby tylko sobie o takiej pracy pomyśleć, to chyba – brrrr - bym oszalał.

  • Niektóre pikantne przyprawy. Najczęściej mówi się o naprawdę ostrych papryczkach. Ale bez przesady. Takie Naga Viper, Trynidat Scorpion, czy Seven – Pot Habanero, szybciej wyślą nas na tamten świat. Ale może własnie z uśmiechem na twarzy;

  • Opalanie. Potwierdzam – 3 godziny na plaży w Orłowie, cz na Helu, zawsze wprowadzały mnie w stan błogości;

  • Czekolada. To "narkotyk" chyba jeszcze silniejszy od cukru. Koń, któremu się poda czekoladowy batonik, dostaje takiego jobsa, że zgodnie z przepisami jest dyskwalifikowany;

  • Niektóre substancje psychoaktywne. Wiadomo. Pewnie nie byłoby narkomanów, gdyby nie to.

  • No i to, co powinno być odczytane dopiero po 23:00 – orgazm. Wiecie, że w Średniowieczu był nawet taki sobór watykański, poświęcony rozprawie, czy raj i szczyt szczęścia, to nie przypadkiem, co za życia doczesnego dostajemy przez sekundy, czyli własnie orgazm. Złośliwie, jako wredny bloger dodam, że te wszystkie nieszczęsne i wredne blogerki, głównie komentatorki, najprawdopodobniej cierpią na anorgazmię – nigdy w życiu orgazmu nie miały i nie będą mieć. Autentycznie nieszczęśliwe istoty.

 

Dajmy sobie już spokój z tą całą biochemią.

 

Powinniśmy doceniać sobie takie codzienne, proste przyjemności. Starać je sobie wypracować.

Nie jest łatwo. Wrogami dobrego samopoczucia i humoru, jest chaos, pośpiech i niepokój. Dokładnie to, czym codziennie starają się nas poić na wszystkich frontach, wszystkie te szatańskie siły, które chcą zburzyć nasz świat. Dbają usilnie o to, byśmy nie zaznali chwili spokoju. A co dopiero myśleli o drobnych przyjemnościach.

Obserwuję, że tym szubrawcom (których też sporo mamy na portalach) najmniej poddają się młodzi. Naprawdę, ci zaczadzeni tęczowi, to malutki margines. Większość młodych bawi się, cieszy się i zajmuje się swoimi, młodzieńczymi sprawami. Tę upiorną tęczowość traktują wyłącznie jako kolejną modę typu pokemony, czy grę w kapsle za naszych dziecięcych czasów. Najbardziej podatni są ci, co już komuny nie mogą pamiętać, a wzorce etyczne i moralne wykształcili w gangsterskich czasach lat 90-tych. Czyli 35 – 50 latkowie. Są rozedrgani jak mimozy, a często ratują się chlejąc na umór (słynne piątkowe szoty i kreska); w zależności od kieszeni startując od dwóch sześciopaków najtańszego piwska, podbudowanego małpkami, aż po tych od najmodniejszej wódki, czy skacza z obowiązkowym dodatkiem pudrowanego nosa, mety, a nawet heleny. Teraz zazwyczaj cierpią w pogoni za mamoną. Często w stylu lat 90-tych – w pogoni za łatwym pieniądzem.

 

No, a seniorzy? To zależy. Zależy wyłącznie od zdrowia i pamięci minionych lat.

Jedni będą, albo wściekli, albo rozgoryczeni aż do śmierci, a inni, czego wszystkim życzę, przeżyją pogodną starość. Pełną właśnie rozbudowanych, radosnych, prostych, codziennych przyjemności.

 

 

.

 

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 3.8 (głosów:6)