Prawo autorskie. Kolejne zmyślenie Rebeliantki

Obrazek użytkownika Humpty Dumpty
Idee

Przyznam, że to już przestaje być zabawne. Zamiast poprawić swój tekst tak, by zadość stało się wymaganiom prawa i obowiązującego na tym portalu regulaminu Rebeliantka usiłuje stworzyć wrażenie, że to ona ma rację.

Pod moim tekstem, w którym wytknąłem jej naruszenie prawa autorskiego całkowicie dyskredytującego ją nie tylko jako „dziennikarkę”, za którą to bezpodstawnie się uważa, ale wręcz jako człowieka uczciwego, zamieściła kolejną wypowiedź. Kobieta ta najwyraźniej idzie w zaparte niczym rasowy kryminalista i nawet nie próbuje przyjąć do świadomości ohydy czynu, który popełniła.

Kradzież cudzego dorobku intelektualnego jest po prostu najbardziej ohydnym uczynkiem, jakiego może się dopuścić człowiek pióra. I tak dobrze, że po mojej pierwszej interwencji zamieściła link do strony z przepisanym przez nią tekstem.

Zamiast jednak wyraźnie zaznaczyć, że cały tekst nie jest jej autorstwa, ale że z jakichś tam przyczyn uważa go za ważny i godny polecenia, Rebeliantka tworzy iluzję, wprowadzającą w błąd czytelników.

No cóż, nie każdy potrafi pisać.

Zamiast jednak ukorzyć się przed prawem i wpisać nazwisko autora blogerka atakuje mnie w swoim stylu, czyli bluzgi na zmianę z odniesieniem do katolicyzmu.

Pisze:

To zadziwiające, jak ten psychopata uporczywie łże, mimo że został złapany na gorącym uczynku.

Opublikowałam fragmenty rozważań ks. dr Tokarskiego ze strony internetowej sióstr pasjonistek, aby przerwać fałszywe rozważania o wybaczaniu, emitowane przez niektórych blogerów na tym portalu.

Opublikowałam fragmenty dosłownie, bo w tych sprawach nie ma miejsca na dowolne interpretacje ze strony wiernych nie posiadających wykształcenia teologicznego. Wyłącznie z powodu pośpiechu wywołanego gorącą dyskusją wokół tej tematyki na portalu zapomniałam zamieścić linku do strony pasjonistek.


Źródło:http://https://niepoprawni.pl/blog/humpty-dumpty/plagiat-dziennikarki-cd#new
 

I ciut dalej:

Humpty, zamiast wycofać swoją kretyńską i chamską notkę lub sprostować i przeprosić za błędy, niczego takiego nie zrobił, za to zaczął mnie oskarżać o "plagiat" i sugerować, że tekst autora Tokarskiego może być niewiarygodny, bo jego zdaniem został napisany przez judokę, specjalistę od kultury Indii.

To kolejne brednie. Zarówno co do osoby autora, jak i mojego "plagiatu". Przecież wskazałam sama osobiście, skąd pochodzą fragmenty cytowanych wypowiedzi i podałam link. Napisałam nawet oddzielną notkę na ten temat.

Humpty brnie w kolejne kłamstwa i kretyństwa. To jest naprawdę żałosne.

Żałosny jest też jako prawnik, bo nie potrafi ocenić, co jest plagiatem.

Plagiat z definicji musi być umyślny, świadomie zatajać źródło istotnych zapożyczeń. Zapożyczenie musi być istotne. Informacje podstawowe, oczywiste, nie będące odkryciami naukowymi, ani oryginalnym punktem widzenia, nie są traktowane jako istotne i nie są plagiatem.

(op. cit.)

Okazuje się, że zdaniem Rebeliantki jej wpis, będący skopiowanym tekstem innego autora, bez oznaczenia cytowanego fragmentu, podpisany przez nią – plagiatem nie jest. ;)

Tymczasem ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych jest bezlitosna dla pani „dziennikarki”.

Art. 34 [Prawa twórcy]

Można korzystać z utworów w granicach dozwolonego użytku pod warunkiem wymienienia imienia i nazwiska twórcy oraz źródła. Podanie twórcy i źródła powinno uwzględniać istniejące możliwości. Twórcy nie przysługuje prawo do wynagrodzenia, chyba że ustawa stanowi inaczej.

 

Czy Rebeliantka zamieściła fragment cudzego dzieła?

Tak.

Czy wymieniła jego twórcę?

Nie.

Czy podała źródło?

Nie. Adnotację, i to wprowadzającą czytelników w błąd zamieściła dopiero po moim wytyku.

Jest więc plagiatorką bez cienia wątpliwości.

 

Obowiązek wskazania autora utworu wykorzystywanego w ramach dozwolonego użytku obecny jest w polskim ustawodawstwie począwszy od pierwszej ustawy z 1926 r. (art. 17), gdyż – jak trafnie już wówczas podnoszono – "słusznym życzeniem autora jest, iżby dzieło przezeń stworzone, ilekroć zostanie udostępnione publiczności, w formie pierwotnej czy w drodze zapożyczeń, tylekroć ukazywało się jako jego dzieło" (S. Ritterman, Komentarz do ustawy o prawie autorskim, Kraków 1937, s. 114). Wymóg ten powtórzony był także w ustawie z 1952 r. (art. 21) i przyjęto go oczywiście w pierwotnym tekście obecnie obowiązującej ustawy autorskiej, jakkolwiek redakcja przepisu uległa lekkim przeobrażeniom w 2004 r. (Dz.U. Nr 91, poz. 869) (dodano m.in. wyraźnie, że należy wymienić imię i nazwisko twórcy). Geneza omawianej regulacji leży też jednak częściowo w przepisach konwencji berneńskiej (art. 10 ust. 3 i art. 10 bis) oraz w treści dyrektywy 2001/29/WE (art. 5 ust. 3 lit. a, c, d, f), jakkolwiek te ostatnie akty różnie opisują rzeczone obowiązki i nakazują ich stosowanie tylko odnośnie do niektórych postaci dozwolonego użytku.

(w: Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Komentarz, red. dr Arkadiusz Michalak, 2019)

Tymczasem Rebeliantka pragnąc ukryć swoje przestępstwo (a tak, plagiat jest zagrożony karą pozbawienia wolności w wymiarze 3 lat) tworzy nieistniejącą fikcję prawną.

Plagiat z definicji musi być umyślny, świadomie zatajać źródło istotnych zapożyczeń. Zapożyczenie musi być istotne.

Oczywiście, tutaj Rebeliantka ma częściowo rację. Plagiat, a konkretnie przestępstwo z art. 115 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych musi być popełniony z winy umyślnej.

Bo też trudno sobie wyobrazić, że ktoś pracowicie wkleja cudzy tekst (fragment dzieła) i opatruje go swoim nazwiskiem (nickiem, innym indywidualnym oznaczeniem) nieumyślnie. ;)

I nawet jeśliby faktycznie Rebeliantce się śpieszyło i „zapomniała” podać faktycznego autora swojej notki mogła przecież uczynić to po moim pierwszym tekście.

Zapewniam, że poczułbym się co najmniej dziwnie, gdyby napisała mi, że faktycznie, mam rację, ale przez przeoczenie tego nie zrobiła.

Tymczasem dopiero wtedy, gdy inna blogerka potwierdziła moje spostrzeżenie (AS) Rebeliantka cichcem dodała źródło, co wzbudziło nawet pewną wesołość wśród świadków tego „wydarzenia”.

I to w ten sposób, że nadal nie wiadomo, kto jest autorem splagiatowanego przez nią tekstu.

 

Stan ten trwa nadal.

A zatem pomimo posiadania pozytywnej wiedzy o plagiacie Rebeliantka nie zamierza postąpić zgodnie z prawem.

I to praktycznie przesądza umyślność jej czynu.

Zupełnie odjechane, świadczące niestety o kompletnym braku znajomości tematu (u „dziennikarza”!!! ) jest z kolei twierdzenie:

Plagiat z definicji musi być umyślny, świadomie zatajać źródło istotnych zapożyczeń. Zapożyczenie musi być istotne. Informacje podstawowe, oczywiste, nie będące odkryciami naukowymi, ani oryginalnym punktem widzenia, nie są traktowane jako istotne i nie są plagiatem.

Chętnie poznałbym definicję legalną plagiatu, „dziennikarko”. ;)

Przypominam, że ustawa o prawie autorskim… nie zawiera definicji plagiatu. Brak jest jej także w innych ustawach. Plagiat jest pojęciem pochodzącym z języka prawniczego, „dziennikarko”. Sprzedajesz dym, pisząc o definicji najwyraźniej istniejącej tylko w twojej wyobraźni.

Art. 115 penalizuje kradzież cudzego dzieła, czego Rebeliantka dopuściła się z całą świadomością.

Zabawne jest także twierdzenie, że plagiat może być popełniony wyłącznie wobec odkryć naukowych czy też oryginalnych punktów widzenia. ;)

SN wypowiedział się w tej kwestii: "pod ochroną prawa znajduje się każde dzieło o cechach osobistej twórczości bez względu na jego wartość, także wtedy, gdy dzieło stworzono dla celów praktycznych, byle tylko dzieło przynajmniej pod względem formy wykazywało pewne elementy twórcze, choćby minimalne" (wyr. SN z 31.3.1953 r., II C 834/52, Wiadomości ZAiKS 1978/79, poz. 7, s. 42), a także w późniejszych orzeczeniach: "prawo autorskie nie różnicuje zakresu ochrony utworów w dziedzinie piśmienniczej w zależności od naukowego bądź innego charakteru dzieła" (wyr. SN z 29.12.1971 r., I CR 191/71, za: J. Barta, R. Markiewicz, Prawo autorskie. Przepisy, orzecznictwo, s. 280) i "z ochrony prawa autorskiego korzysta każdy utrwalony w jakiejkolwiek postaci wytwór indywidualnej myśli człowieka niezależnie od wartości, jaką obiektywnie reprezentuje" (wyr. SN z 30.5.1972 r., II CR 135/72, za: J. Barta, R. Markiewicz, Prawo autorskie. Przepisy, orzecznictwo, s. 280).

 

Rebeliantko, udowodnij zatem, że dzieło Stanisława Tokarskiego (wg mnie profesora, wg ciebie księdza) to tylko takie tam informacje podstawowe, nie objęte ochroną prawa autorskiego.

I dlatego możesz żywcem je przepisywać i udawać, że to twoje własne przemyślenia. ;)

I tyle na ten temat.

 

Rebeliantka tkwi w uporze, bowiem musiałaby uznać, że znienawidzony od lat przez nią bloger ma jak zwykle rację.

Upór ten jest już groteskowy. Nie mając argumentów meriti rebeliantka wyzwała mnie od satanistów.

Zupełnie tak, jakby to miało przesłonić oczywisty fakt kradzieży cudzego tekstu, którego się dopuściła.

 

A ja tylko ostrzegam innych. Bloger może być sprawcą plagiatu tak samo jak dziennikarz. Najprostszą drogą, by mieć problemy, to zacząć postępować tak, jak Rebeliantka.

Pamiętajcie bowiem, że zgodnie z art. 1 prawa autorskiego przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia (utwór).

Opowieści o rzekomym wymogu istotności to tylko luźne majaki Rebeliantki.

Jak ktoś ciekawy – opublikowanie zdjęcia znalezionego w Internecie, choć mimo starań nie odnaleziono autora, kosztowało redakcję niewielkiego pisma „tylko” 2,5 tys. zł.

Zgapcie metodą Rebeliantki tekst jakiegoś dziennikarza i opublikujcie jako swój – na własnej d… przekonacie się, ile to kosztuje.

Albo posłuchajcie mnie. Wtedy nie będzie bolało.

 

12.06 2020

Ocena wpisu: 
3
Twoja ocena: Brak Średnio: 2.8 (głosów:12)

Komentarze

Ciąg dalszy, plucia, lżenia i pisanie kłamstw wobec szanownej blogerki, pani Rebeliantki, przez patologicznego HD.

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
-2
#1634080

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
-2

"Trzeba przywrócić ducha miłości wszystkim normom prawnym". /Kardynał Stefan Wyszyński/

#1634082