13 grudnia – śmierć telefonom!

Obrazek użytkownika Humpty Dumpty
Historia

Należę do pokolenia, któremu przez długie lata telefon jawił się jako mało potrzebny gadżet. Nawet czasem potrzebny, gdy trzeba zadzwonić po pogotowie, ale poza tym wystarczyły budki telefoniczne. Nic dziwnego, że zerwanie komunikacji międzymiastowej (a także i w mieście, choć z wyjątkami) odebraliśmy z humorem.

Telefony umilkły już 12 grudnia późnym wieczorem. Wielka pacyfikacja, jaką przy pomocy sowieckich doradców przygotowali czerwoni zbrodniarze zakładała, że środkami łączności dysponowała tylko jednak strona. To miało utrudnić, a nawet uniemożliwić, przekazywanie informacji pomiędzy regionami.

I tak się stało. Dzisiaj wiemy, że była to zw. akcja Azalia.

Tyle tylko, że wykonywane rozkazy doprowadziły do niezamierzonego bałaganu w i tak już rozwalającej się gospodarce.

Oto liczące ponad 200 tys. mieszkańców (w 1981) Gliwice. Centrum łączności stanowiła stara, mechaniczna centrala telefoniczna umiejscowiona w gmachu ówczesnej Poczty Głównej niedaleko Rynku.

Po 13 grudnia okazało się, że to był największy problem. Otóż władza ludowa zadowolona, że udało się przejąć działające urządzenie zadbała jedynie o to, by mechaniczne przekaźniki itp. były od czasu do czasu smarowane.

Co dzisiaj wydaje się niepojęte przez 36 lat nikt nie zainteresował się jej budową. Schemat połączeń wewnętrznych to była prawdziwa „czarna skrzynka”.

Działa? No i dobrze.

A jak? A co was to, towarzysze, obchodzi?

I tak trwało. Co prawda nawet w PRL-u powstawały w tym czasie o wiele nowocześniejsze centrale telefoniczne niż pochodzący z początków lat 1930-tych Siemens ale ich produkcja z trudem wystarczała na wyposażenie nowopowstałych obiektów. Poza tym w Gliwicach istniał największy poza sowieckimi Kombinat Czołgowy w Układzie Warszawskim, a wymiana centrali oznaczałaby dla niego trwający jakiś czas brak połączeń.

I tak telefon w Gliwicach już w latach 1970-tych stał się dobrem wyjątkowo mocno reglamentowanym.

Wróćmy jednak do Nocy Grudniowej 1981 roku.

Jaruzelskie żołdaki wtargnęły do Centrali i zupełnie tak, jakby byli w jakimś kraju okupowanym, rozdupcyli ją w drobny mak.

Efekt był. I to jaki. ;)

Za to bez przeszkód można było sobie dzwonić na pewnym gliwickim osiedlu – najwyraźniej do WRON-y nie dotarło, że działa tam również centrala telefoniczna, i to nowego typu. Cóż z tego jednak, skoro by wydostać się poza Gliwice trzeba było korzystać z tej rozdupconej.

Kiedy w 1982 roku rozpoczęto proces „normalizacji”, a więc również włączania telefonów, Gliwice pozostawały „zieloną wyspą”, na której tubylcy mogli porozumiewać się pomiędzy sobą za pomocą tam-tamów. ;)

A jednak okazało się, że Polak potrafi.

Dzielni pocztowcy, pracując często po 16 godzin na dobę, nadgonili 36 lat komunistycznej Polski, i ponownie uruchomili Centralę.

I znowu, jak przed rokiem, można było spodziewać się telegramu, że za dwa dni będzie rozmowa „błyskawiczna” z odległym o niespełna 250 km Koninem. Tak wyglądała rozmowa „błyskawiczna”.

Wszystko jednak do czasu.

Okazało się niebawem, że pracownicy poczty (wtedy było to jedno przedsiębiorstwo – Polska Poczta, Telegram i Telefon) również mają coś do zaoferowania na tzw. wolnym rynku.

Zamiast czekać cierpliwie na telegram, i opłacać cały ten cyrk informacyjny kwotą stanowiącą równowartość butelki wódki, można było porozmawiać bez oczekiwania w kolejce, prawie tak samo szybko jak dzisiaj.

Tyle tylko, że po godzinie 22 i… z budki telefonicznej. No i wtedy, gdy nasz operator miał nocny dyżur w Centrali.

Cena również była atrakcyjna – mniej więcej dwa, czasem trzy piwa (z uwagi na brak jakiejkolwiek wartości złotówki w tamtym okresie posługuję się powszechnym przelicznikiem).

Jak to wyglądało w praktyce?

Otóż w umówiony dzień szło się do najbliższej budki telefonicznej, odczytywało się jej numer, a potem dzwoniło na darmowy tajny numer pocztowy. Prosto do naszego operatora.

Prócz oznaczenia budki podać trzeba było numer i miasto, z jakim chcieliśmy się połączyć. Wystarczyło odłożyć słuchawkę, a po chwili (góra 2 minuty!) telefon dzwonił, a w słuchawce słychać było już właściwą osobę.

(Pozdrawiam, Ewa;) )

 

Czasem pod budką telefoniczną trzeba było odstać parę minut, bo robiła się mała kolejka.

To nie jedyne wspomnienie związane z telefonami w okresie stanu wojennego. Pod koniec sierpnia 1982 roku w samym centrum miasta doszło do największego ataku terrorystycznego w stanie wojennym. Naocznym świadkiem, poniekąd nawet uczestnikiem, był mój kolega Jurek S. Po latach opowiadał o incydencie tak oto:

- W ramach praktyk studenckich trafiłem na Pocztę, a jako przyszły inżynier elektronik w ramach praktyki snułem się po mieście wraz z telekomunikacyjną ekipą remontową. Wszystko dlatego, że pobierałem tzw. wówczas stypendium fundowane co oznaczało, że po uzyskaniu dyplomu dwa lata będę pracował na tejże Poczcie. Sama praktyka w niczym nie odbiegała od ogólnego standardu, i to mimo trwającego stanu wojennego. Najczęściej popijaliśmy piwo wewnątrz budy pochodzącego z demobilu Stara 66. Mieliśmy obcykane, gdzie i w jakich sklepach można je zdobyć. Aż raz dostaliśmy pilną pracę – okazało się, że Kombinat Czołgowy znowu jest odcięty od świata.

Podjechaliśmy więc do studzienki, by sprawdzić, czy jest sygnał.

Do środka wszedł najbardziej doświadczony monter. Po chwili słyszymy głośne: - kuffa!

Okazało się, że dojścia do naszego kabla nie ma, bo wyżej przebiega inny kabel. I to taki, którego nie powinno być, bo w ogóle nie jest oznaczony na planach.

Po konsultacji z kierownikiem zapadła decyzja – ciąć!

Kablisko było grube, tak na oko niczym męskie ramię. Jimmy wziął piłkę i zszedł na dół, by drania usunąć. A my, jak to w PRL-u bywało, stanęliśmy wokół patrząc, jak człowiek w ciężko pracuje.

I nagle pociemniało, ktoś nas brutalnie odepchnął od otworu. Za chwilę był otoczony wianuszkiem żołnierzy z odbezpieczoną bronią celujących w siedzącego na dole.

Zawieźli nas wszystkich do komendy garnizonu. Po prawie 5 godzinach spędzonych w jakiejś piwnicy, ad hoc robiącej za celę, zostałem wypuszczony i kazano mi iść do domu.

Dopiero na drugi dzień dowiedziałem się, o co chodziło. Jimmy przeciął tajny kabel łączący dowództwo Północnej Grupy Wojsk Radzieckich w Legnicy ze Związkiem Sowieckim. Alarm był prawie taki, jakby w okolicy wylądował desant NATO. ;)

Okazało się, że „tajny kabel” został pociągnięty dyletancko, z wykorzystaniem istniejącej infrastruktury, w 90% jeszcze poniemieckiej.

Jedyna kara, jaka nas spotkała, to mobilizacja będącego już rezerwistą Jimmy’ego; został w trybie natychmiastowym (w ciągu 12 godzin) powołany do służby wojskowej, gdzie w ramach oddziału łączności kierował ponownym już położeniem „tajnego kabla” tak, by w przyszłości nie dochodziło do podobnych incydentów.

Już po 1989 roku dowiedziałem się, że m. in. za „ukrycie” tego supertajnego kabla ktoś tam u Sowietów dostał order i tytuł Bohatera Związku Sowieckiego. Nagłośnienie sprawy nikomu nie było na rękę – zbyt wiele informacji wyciekało wtedy do radia Wolna Europa. I tak największy sabotaż stanu wojennego uniknął jakiejkolwiek karze. No, poza Jimmym, który w wojsku spędził prawie trzy miesiące.

Stan wojenny… Z jednej strony jedyna wojna, jaką było dane poznać mojemu pokoleniu. Z drugiej – prócz ofiar komunistycznego bestialstwa również pełna absurdów. Z czasem będziemy bardziej wspominać te drugie.

 

To jednak nie znaczy, że zapominamy o ofiarach.

13.12 2020

 

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.2 (głosów:14)

Komentarze

Podoba mi się!
7
Nie podoba mi się!
0

Babies Lives Matter
White Lives Matter

#1654732

Może mnie ktoś poinformować o której godzinie 13 grudnia 1980 roku internowano parcha Tuska?

Czyżby przed południem ? Bo jakoś Dobro..Wolski o tym milczy, tak samo jak o płocie przez który skakał Wałęsa

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
-2

Babies Lives Matter
White Lives Matter

#1654837

o stanie wojennym dowiedział się dopiero w poniedziałek.

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
-2
#1654849

Matka Janka Stawisińskiego, jednego z zabitych górników kopalni Wujek, natychmiast po pacyfikacji przyjechała z Koszalina. Odnalazła go w katowickim szpitalu i zatrudniła się jako salowa, by go doglądać. Janek zmarł nie odzyskawszy przytomności w styczniu’82r. Pani Janina w 2011

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

Babies Lives Matter
White Lives Matter

#1655047