Za dusze

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Dziś Święto Zmarłych. Puryści twierdzą, że powinno się mówić o święcie Wszystkich Świętych. Wszyscy świeci zmarli, ale nie wszyscy zmarli są, czy byli, święci. Zatem 1 listopada to dzień Wszystkich Świętych, gdy czcimy pamięć świętych, ludzi wyróżniających się przymiotami duszy, i niezwykłymi czynami na rzecz Boga i dla dobra innych ludzi. Są przecież ludzie, których nie warto czcić, choćby jakże liczni zbrodniarze w skali makro i ci – znacznie liczniejsi – w skali mikro. Nawet w naszych rodzinach bez problemu znajdziemy zmarłych nie wartych czci, czy wspominania, ani specjalnego żalu, że odeszli. Dzień pierwszy listopada to Święto Zmarłych Świętych. Osób wybitnych i dobrych, czyli świętych. Dzień drugi listopada to dzień wszystkich zmarłych, tych zwyczajnych ludzi, mniej lub bardziej grzesznych. Powinniśmy zatem czcić bardziej dzień drugiego listopada, Dzień Zaduszny, niż dzień Wszystkich Świętych. Ale jest jak jest. Być może również w tym wyraża się nasze marzenie, aby być lepszym, by choć nie jesteśmy świętymi to chociaż uczcić tych lepszych… By się do nich zbliżyć? Może.

 Kolejne Święto Zmarłych. Pamiętam pierwszy pogrzeb, w jakim uczestniczyłem. Ponad czterdzieści lat temu, w latach siedemdziesiątych, za czasów głębokiej komuny. Wujek umarł na serce. Pogrzeb, był chyba listopad, późna jesień, albo wczesna wiosna. Na alejkach cmentarza, na betonowych pomnikach leżał śnieg, a pod śniegiem lód. Żałobnicy w ciężkich jesionkach, albo futrach, jak kto miał, woń kadzidła, trup w odkrytej trumnie, wieńce, ksiądz, msza, płonące świece, śpiewy… Wszystko to było takie… dziwne. Po tylu latach nie powinienem tego pamiętać. Jeśli coś mi zostało, to przez to zadziwienie. Dziś prawie wszyscy uczestnicy tego pogrzebu też odeszli. Mój ojciec był w pewien sposób zadowolony z tego pogrzebu. Nie znaczy to, że nie lubił zmarłego, cieszył się z jego śmierci, czy źle mu życzył. Nic z tych rzeczy. Zadowolenie płynęło z tego, że wreszcie będzie grób na cmentarzu, grób kogoś bliskiego, który będzie można odwiedzać. Szczególnie podczas Świata Zmarłych. Groby bliskich oswajały z nowym, obcym, zimnym miastem, w którym przyszło mu żyć. Groby przodków wiążą z ziemią, w przenośni i dosłownie.

 Od tego pogrzebu, co roku w Świat Zmarłych szliśmy na grób. To był rytuał. Nie było żadnych wyjątków, nie było tak złej pogody, która by to uniemożliwiła. Najpierw zakup, a właściwie polowanie na znicze. Potem jazda w tramwaju, upchani jak sardynki w puszce. Złe, kłujące spojrzenia i kłótnie, bo każdy dźwiga a to znicze, a to wiązanki, czy chryzantemy, miażdżone w ścisku. Wreszcie cmentarz. Był to niesamowity widok pierwszego listopada w dniu Wszystkich Świętych właśnie za komuny. Olbrzymi cmentarz, tak wielki, że łatwo można w nim zabłądzić. Trzeba się pilnować, uważać na drogę, szczególnie w mroku, w tłumie, bo inaczej będziesz się błąkał godzinami. Prostopadłe aleje, dalej mniejsze alejki, z niemiecka precyzją wytyczone linijką i cyrklem, obsadzanie rzadkimi gatunkami drzew i krzewów, które rozrosłe po latach tworzą jakby wielki park. Szliśmy zwykle po południu, często zastawał nas zmrok na cmentarzu. Czasami jechaliśmy dwa razy na cmentarz: rano i po południu. Umawiane spotkania przy grobach też zabierały czas. W listopadzie dzień jest krótki. Szerokie aleje wytyczone drzewami i krzewami, a na nich płynące zwolna strumienie ludzi. Przy bramach te strumienie łączyły w rzeki się zmierzające do i od bram. Właściwie dwie, równoległe rzeki. Rzeka ludzi do, i z cmentarza płynące. Ludzie w ścisku szli wolno, stopa za stopą. A na ziemi, na nagrobkach płonące znicze, tworzące istne morze świateł. Na głowami, w koronach drzew i krzewów kłęby siwego, duszącego dymu od płonących zniczy, jakby cały cmentarz płonął. Istotnie płonął, ale ten jeden ogień dzielił się na miliony małych ogników. To, co współcześnie obserwuję na tym samym cmentarzu to ledwie marna, słaba kopia. Mam już wiele grobów do odwiedzania, lecz jest… inaczej. Mniej odświętnie. Ani takie tłumy. Ani morze świateł. Choć jeszcze wielu ludzi przychodzi i gdzieniegdzie tworzą się czasami zagęszczenia. Prawda. Ale to nie to, co kiedyś. Inne czasy, inni ludzie. Inni, znaczy tacy sami.

 Czemu ludzie w dzień Wszystkich Świętych i w Dzień Zaduszny idą na groby bliskich, albo tych sławnych, czy tych, co za nas oddali swe życie, by uczcić ich pamięć, by pokazać, że pamiętają, że są wdzięczni? Za dusze. Dusza. Czym jest dusza? Pytanie jedno, odpowiedzi wiele. Platon w dialogu „Fajdros” wkłada w usta Sokratesa słowa: „Wszelka dusza jest nieśmiertelna. Bo co się wiecznie rusza, nie umiera.” (Platon, Fajdors, XXV) Początek tego dialogu to przytoczony przez Fajdrosa wykład sofisty i retora Lizjasza, w który Lizjasz dowodzi, że oblubieniec, młody i ładny chłopiec, powinien ulec raczej temu miłośnikowi, który go nie kocha, niż temu, co go kocha. Starożytne Ateny i cała Gracja to czas pederastii i pedofilii. Młodzi chłopcy, a nawet dzieci, padali ofiarami różnych pederastów, w tym sławnych, głębokich i subtelnych myślicieli, jak Platon, którzy polowali na nich niczym wilki na jagnięta i byli dumni ze swoich zdobyczy. Dziś trafiliby do widzenia za pedofilię, wówczas było to dopuszczalne, a nawet modne, w dobrym tonie. Błyskotliwi i głębocy myśliciele dorobili do tego właściwą filozofią, albo podkład ideologiczny. Czy dzisiaj jest inaczej z ideologią gender? Tyle że współcześni pożal się Boże „myśliciele” o rzędy wielkości są głupsi i tępsi niż sławni, greccy filozofowie. Nie potrafią ich nawet przeczytać, tym bardziej z sensem zaadoptować. Lizjasz, sławny retor, czy mówca, wygłosił te mowę wobec Fajdrosa, młodego i pięknego młodzieńca, nie bez własnych, ukrytych motywów. Co Sokrates łatwo wychwytuje. Sokrates wygłasza własną mowę. Pierwszą. Miłość to szaleństwo, od szalonych lepiej trzymać się z dala. Zatem lepiej i korzystniej oddawać, czy wiązać się z tym, co nie kocha, niż temu, co kocha, powiada Sokrates, zupełnie jak Lizjasz.

 Mowa Lizjasza to popis wymowy, kunsztowne zdania zbudowane w wytworne okresy, błyskotliwe myśli, czy takie co udają błyskotliwość. Lizjasz to umie robić, to jego zawód, tworzyć piękną mowę i przekonywać słuchaczy do tego, co chce. Tak naprawdę te myśli wcale nie są nowe, ani Lizjasza. Zna je każda matka, która tłumaczy swej córce (synowi) że jej (jego) ukochany (ukochana) to nie dla niej, czy dla niego. Że z tego chłopaka (czy tej dziewczyny) to tak naprawdę nic dobrego. Zakochana córka (syn) patrzy na miłośnika przez zniekształcające okulary miłości, matka widzi chłodno to, co jest. I co? Córka, czy syn, i tak robi swoje uznając, że matka jest uprzedzona. Jedyny skutek to kwasy, kłótnie i wzajemne żale. Po dłuższym, czy krótszym czasie zwykle okazuje się, że to jednak matka miała rację. Tak zwane małżeństwa z rozsądku są znacznie trwalsze niż małżeństwa z miłości. I w sumie o wiele szczęśliwsze. Mocno stąpające po ziemi panie wiedzą o tym doskonale. Nie muszą czytać Platona, czy analizować kunsztownych mów sofistów. Gdy miłość mija, gdy pryska szał zmysłów, jakże często okazuje się, że on ukochany(a) jest kimś zupełnie innym niż się wydawało; kimś obcym, i to nawet niezbyt sympatycznym, z którym nas nic nie łączy poza przykrymi teraz wspomnieniami. Ten, kto nie ma wielkich nadziei, nie przeżyje też wielkich rozczarowań. Lepszy wróbel w ręku, niż kanarek na dachu. I mnóstwo podobnych mądrości.

 Pierwsza mowa Sokratesa jest podobna do mowy Lizjasza i równie popisowa. Sokrates nagle urywa, chce odejść, ale zostaje. Jego duch wieszczy (daimon lub daimonion) nie pozwala mu tego tak zostawić. Jakby szydząc sam z siebie i zaprzeczając sobie, Sokrates wygasza drugą mowę, zupełnie przeciwną do pierwszej, dowodzącą, że miłość jest najważniejsza. Bo miłość to jakby boski duch. Kto odrzuca miłość, odrzuca i głos boga. Znamienne, że początkiem drugiej mowy jest dowód na nieśmiertelność duszy. Dusza jest nieśmiertelna bo jest ruchem. Prawda: dusza to ciągła zmiana, nieustannie zmieniają się nasze myśli, nastroje, czy uczucia. Platon nazywa to ruchem. Więcej, dusza sama wprawia się ten ruch. Skoro dusza sama wprawia się w ruch, to ten ruch nie ma ani początku, ani końca, a więc… dusza jest nieśmiertelna: „skoro pokazuje się, że nieśmiertelność to jest to, co samo się porusza,… że to jest właśnie istota i pojęcie duszy. Bo każde ciało, które bierze ruch z zewnątrz, jest bezduszne, martwe, a które z wnętrza, samo z siebie, to ma duszę. Jeśli tak jest rzeczywiście … to z konieczności dusza będzie nie zrodzoną i nieśmiertelną.” (Platon, Fajdors, XXV). Może upraszczam ten tok rozumowania, ale ten dowód naprawdę mi się podoba. Ciekawe, że nie da się rozłączyć pojęcia duszy i idei Boga. Jeśli mamy nieśmiertelną duszę, to muszą istnieć bogowie (Bóg). „Ja jestem chlebem żywym, który z nieba zstąpił; jeśli kto spożywać będzie ten chleb, żyć będzie na wieki.” – powiedział Jezus zwany Chrystusem (Jan 6, 51)

 Jak bywa z tego rodzaju dowodami, można go podważyć. Na przykład, teza, że jeśli coś porusza się samo z siebie, będzie poruszało się w nieskończoność. Weźmy kamień staczający się po zboczu góry. Porusza się sam z siebie, powiedzmy, tak naprawdę stacza się pod wpływem siły grawitacji. Jego ruch trwa długo, czasem bardzo długo, ale nie jest to nieskończoność. Przeciwieństwem krótko, nie jest nieskończoność, ale długo. Stopniowanie: długo, dłużej, bardzo długo, baaardzo długo. I wreszcie, gdzieś tam, może jest… nieskończoność. Jeśli jest. Bo to wcale nie jest pewne. Nawet Ziemia, i inne planety nie będą okrążać Słońca w nieskończoność, chociaż będzie to baaardzo długi ruch. Dowód Sokratesa (Platona) na nieśmiertelność duszy przekona tylko przekonanych. To nie nauki ścisłe, to nie matematyka. Twierdzenie matematyczne to zdanie logiczne. Przypisane mu jest wartość logiczna: prawda lub fałsz. Twierdzenia prawdziwe przyjmujemy, fałszywe odrzucamy. Dowód Platona ma wartość logiczną nieokreśloną. Dla jednych jest prawdziwy, dla innych fałszywy, może też być częściowo fałszywy i w reszcie o zmiennej długości prawdziwy. Podobnie jest z „dowodami” na istnienie Boga. Uwierzą w nie tylko ci, co wierzą w istnienie Boga. Paradoks. Gdyby Bóg chciał przedstawić niepodważalny dowód na swe istnienie, to by to zrobił. On potrafi, człowiek nie. Właściwe już to zrobił. Chrześcijanie maja Biblię: Stary Testament i Nowy Testament. Ale żeby przyjąć to, co tam jest napisane, potrzeba czegoś więcej niż rozumu, potrzeba wiary. Bóg stawia na wiarę, nie na dowody. A wiara to coś, co Platon, i inni greccy filozofowie, odrzucali, jako sprzeczne z logiką.

Na dowód Platona można spojrzeć inaczej. Nie dowodzi, że dusza jest nieśmiertelna, ale dowodzi, że istnieje coś takiego jak… dusza. Tu wracamy do pytania, czy oblubieniec (oblubienica) powinien oddać się temu, kto go kocha, czy temu, co mu najwięcej ofiaruje? Jeśli nie ma duszy, jeśli dusza nie istnieje… Jeśli dusza to złudzenie, wytwór fantazji… Jeżeli jesteśmy tylko tym, co jest tu i teraz, reprezentantami pewnego gatunku zwierząt, różniącymi się od innych zwierząt tylko większym sprytem, zwanym dla niepoznaki – rozumem – jeśli prawdziwe jest hasło: jesteś tym, co jesz, to trzeba posłuchać zdania Lizjasza, i własnej mamy, i wybrać to, co dla niego (niej) jest najbardziej korzystne. Rozum ma to do siebie, że wszystko przelicza i kalkuluje, i dokładnie wskazuje najwyższą wartość. Ludzie nazywają sprzedawanie się za pieniądze: prostytucją, i krzywią się, i wymawiają. Niesłusznie. Pewna lewicowa pani polityk (polityczka?), w lewicowym portalu zachwalała prostytucję jako świetne zajecie dla kobiet. Ale czemu tylko dla kobiet? Skąd ta dyskryminacja płci? Czy mężczyźni też się nie mogą sprzedawać? Spotkały ją za to gromy, a przecież jeśli nie ma duszy, a jest tylko ciało, to rozsądny wybór. Ona była konsekwentna i logiczna. Jeśli nie ma duszy, a liczy się tylko rozum, nie można potępiać prostytucji nie popadając w logiczną sprzeczność. Prostytuowanie się okazuje się być rozsądnym sposobem zarobkowania. Podobnie pozbawione sensu jest chodzenie na cmentarze i palenie zniczy zmarłym, czyli tym, których nie ma. Którzy nigdy nie wrócą. Lepiej obchodzić Halloween – anglosaski zamiennik: zamiast smutku – często udawanego, przyznajmy – wesoła zabawa, psikusy i psoty. Spotkać się z przyjaciółmi, czy znajomymi, przyćpać, zajarać, albo popić solidnie, pośmiać się, czy potańczyć, zerżnąć sobie odbyty, albo inne otwory ciała, słowem zabawa co się zowie. Przecież my żyjemy, czyż nie? Więc używajmy życia, póki jest. Jaki ma sens płakanie nad rozlanym mlekiem?

 Inaczej, jeśli jest coś takiego jak… dusza. Oprócz rozumu, który kalkuluje, mamy i duszę, która pragnie czegoś więcej. Nie znaczy to że mamy alternatywę: rozum, albo dusza. Oba te czynniki: i umysł i dusza istnieją jednocześnie, współistnieją i współpracują, zmienne są tylko proporcje. Ten, co ma duszę, ma również i ciało, a ciało ma swoje wymagania. Lecz… „Nie samym chlebem żyje człowiek” powiedział Jezus do szatana (Mt 4, 4). Czym jest ta dusza? Może cieniem, marą, ułudą, jak chcą niektórzy, albo i wielu. Czy też dusza istnieje, choćby tak mała jak ziarnko soli? Soli niewiele trzeba. A przecież jakże marnie smakuje nawet najwykwintniejsza potrawa bez odrobiny soli? Aby mieć dusze, trzeba jej chcieć. Chcieć to mieć. Kto nie chce, ten nie ma duszy. Lecz posiada rozum, ludzką przebiegłość i spryt, naszą zdolność do kłamstwa. Zapotrzebowanie na duszę rośnie w czasach nieszczęść, biedy, ucisku, i odpowiednio maleje w czasie dobrobytu i bezpieczeństwa. Co widać po ilości ludzi odwiedzających cmentarze w dniu Wszystkich Świętych kiedyś i dziś. Dusza to dziwny dar. Kto chce, ma. A przecież tłoku nie ma. Kto ma duszę, ten na pytanie kogo wybrać? Czy przy wyborze kierować się sercem, czyli duszą, czy rozumem, wybierze… właściwie. Choćby miało to być dlań niekorzystne. Zupełnie nieopłacalne finansowo i życiowo. Jeśli istnieje dusza, to może istnieje i Bóg?! Bez duszy Boga na pewno się nie znajdzie.

 Ci, co mają duszę pójdą na groby bliskich, czy znajomych w Dzień Wszystkich Świętych i w dzień Zaduszny, by zapalić świece, znicze, żeby położyć kwiaty, i wspominać tych, co odeszli. Bo podobne ciągnie do podobnego. Ciało dąży do ciała, czyli do ziemi. Ciało to materia, ciało jest z ziemi uczynione. Zaś dusze ciągną do duszy. Tak to jest w dzień Zaduszny. Dzień dusz. Dusz które odeszły. I dusz, które są.

 

  Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

5
Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (6 głosów)

Komentarze

A głownie stawiane pytania. Na które trzeba odpowiedzieć samemu. Nie można/wolno czekać na podpowiedź. Nie wiem czy każdy to sobie uświadami, czy nie szuka podpowiedzi w przytoczonych - i bardzo to dobrze ulokowanych - dyskursach Greków. Boję się, że będą i tacy, co będą czekać na wypowiedź "wodza". To, oczywiście jedna z wielu refleksji po tym artykule. Inna, to przypomnienie za co to Sokratesa na cykutę skazali. Demokratycznie; zgodnie z wola ludu.

A tak z innej beczki. Argumentacja "od duszy do Boga" (nie znam szczegółów), kojarzy mi się z pytaniem o "ontologię Boga" (wiem, że to głupie sformułowanie, ale lepszego nie mam), konkretnie o to czy bardziej spójna z naszym rozumieniem rzeczywistosci jest koncepcja "personalna" czy spinozowska, gdzie Bóg jest, tak naprawde identyfikowany z naturą. Mnie na Spinozę nie stać; mam za dużo lat w stosunku do posiadanej wiedzy, ale są pewnie i tacy, którzy jakos to wiążą (ruch -> dusza -. Bóg). Fajnie byłoby - jako korzystający z przemysleń innych "pasożyt"- poczytac o tym trochę więcej. Nie ma Pan ochoty czegoś napisać?

Vote up!
0
Vote down!
0
#1634562

Są takie odejścia, że nie zdążysz z pożegnaniem.

Boli okrutnie

Vote up!
0
Vote down!
0
#1634575

Współczuję. I choć wiem (m.in. z autopsji), że to nie pociesza, to jednak; Bóg tak chciał.

Vote up!
0
Vote down!
0
#1634576