Trup na scenie

Obrazek użytkownika Bielinski
Kraj

My tu gadu, gadu, to znaczy piszę sobie, co mi tam chodzi po głowie. Jak bitwa pod Grunwaldem. Kogo obchodzi bitwa sprzed 600 lat? Albo o kulawym filozofie, eks-niewolniku, sprzed 2000 lat, czy dinozaurach, które żyły tak dawno temu, że jedyne, co po nich pozostało, to zamienione w kamień kości. Tak to jest, gdy człowiek żyje sobie w wieży z kości słoniowej, z wielkim trudem przez siebie zbudowanej. Ktoś inny powiedziałby w bańce (mydlanej?) i też miałby rację. Wieża z kości słoniowej i mydlana bańka znaczą to samo, i ważą tyle samo. Lada podmuch, trzepot skrzydeł motyla, lub bardziej prozaicznie, byle brzęczenie muchy i już jej ni ma. A natrętnych i krwiożerczych much nie brak na naszym świecie. Oj, nie brak.

   Było, nie było, to jest wracając do tematu: wiele się dzieje w naszym życiu politycznym. W tym tygodniu okazało się, że rządząca nimi niepodzielnie od kilku lat tzw. zjednoczona prawica, wcale nie jest zjednoczona, a głęboko podzielona. To, że nie jest prawicą wiadomo było od zawsze. Nasza z nazwy prawica po prostu bardzo nie lubi, nienawidzi komunistów. I ta nienawiść do komunistów ma czynić z nich prawicę. W ich opinii. Oczywiście to o wiele za mało. Fakt, że się nie lubi pewnej, już przeszłej, partii lewicowej nie czyni z nikogo prawicowca. Najgłębsze niechęci, wręcz nienawiści współdzielą partie na tym samym skrzydle politycznym, np. lewicowe, bowiem rywalizują o ten sam elektorat. Przykładem straszny los partii lewicowych, czy socjalistów w Rosji sowieckiej opanowanej przez bolszewików. Lewicowcy i nie-bolszewicy pierwsi poszli pod mur, zapełnili wyspy archipelagu Gułag. Podobnie jest na prawicy. Wybrany może być tylko jeden; jest tylko ten jeden, jedyny Zbawiciel z wiedzą, co jest, co było, i najważniejsze - jak będzie. Wypatrujący pilnie, z czarodziejską różdżką w chętnej dłoni, jak komu dobrze zrobić. Za prezenty dla nielicznych płaca inni, czyli wszyscy. Jakże miło, przyjemnie, po prostu cudownie jest robić cuda, takie polityczne hokus – pokus, czyli dawać prezenty na cudzy koszt. Zatem rządząca naszym krajem formacja polityczna pod nazwą Zjednoczonej Prawicy, okazała się ani prawicą, ani zjednoczona. Dwa słowa, dwa kłamstwa. Ciekawy przypadek, prawda? Albo polityka.

   Mnóstwo słów, mało prawdy. Wiele się trzeba naszukać, by znaleźć ziano prawdy w koszu plew. Jeśli się uda coś znaleźć. Czasami można nic nie znaleźć poza plewami, rzecz jasna. Ale plewy też maja swą wartość. Lepsze plewy niż nic. Interesujący jest powód, dla którego popękała nasz zjednoczona prawica. Otóż sam pan prezes zjednoczonej prawicy ogłosił, że wszyscy dobrzy ludzie, w szczególności posłowie partii w parlamencie, muszą poprzeć zgłoszony przez niego projekt ustawy w obronie praw zwierząt. Kto nie kocha zwierzą, ten nie kocha ludzi, czyż nie? Pamiętam, to samo mówiła mi kiedyś matka. Kto nie lubi zwierząt, ten nie lubi ludzi, twierdziła zaciskając usta. Nie jestem pewny, czy moja matka lubiła zwierzęta, ale z pewnością nie lubiła ludzi, to jej trzeba przyznać. Zatem ten argument jest przewrotny, by nie rzec kłamliwy. Są tacy, co lubią zwierzęta, np. psy, czy koty, a nienawidzą ludzi. Bywają też tacy, co lubią ludzi, a niespecjalnie lubią zwierzęta. Jedno jest niekoniecznie powiązane z drugim. Lecz skoro tak twierdzi pan prezes, nasz polityczny geniusz, to pomijając już skromną postać mojej dawni zmarłej matki musi tak być. Problem w tym, że prezentowana przez pana prezesa tzw. zjednoczonej prawicy ustawa w ochronie zwierza spełnia postulaty skrajnych ugrupowań, prawda, ale lewicowych. Na przykład w ustawie dano prawo ekologicznym aktywistom, którym bardzo blisko jeśli nie do wariatów to na pewno do maniaków, do wejścia do prywatnych domów bez zgody sądu, czy nawet prokuratora, gdy tylko czujni aktywiści – maniacy nabędą podejrzeń, że zwierzętom dzieje się krzywda! Oznacza to, że aktywiści mogą wtargnąć o każdej porze do każdego domu w asyście policji, gdy tylko zechcą, o ile w domu jest pies, czy kot. W którym domu nie ma jakiegoś zwierzęcia? Jak nie pies, to kot, świnka morska, czy kanarek, jak nie szczur to pyton. Czyż nie jest to spełnienie postulatów nawet nie lewicowych, ale skrajnie lewicowych ugrupowań, z nurtu pseudo - ekologicznego? Partia tzw. zjednoczonej prawicy sankcjonuje i wprowadza ustawowo pogwałcenie praw obywatelskich! Oczywiście w imię wyższego dobra, to jest dobra zwierząt. Dla naszej pseudo prawicy dobro zwierząt jest wyższa wartością niż dobro ludzi.

   W tym tygodniu nasza prawica wykonała wielki krok w stronę faktycznego zrównania praw ludzi i zwierzą, o czym marzą skrajni lewicowcy, a czemu partia prawicowa, o chrześcijańskich fundamentach, powinna byś przeciwna z przyczyn zasadniczych. Nie rozumiem. Skoro cierpienia dajmy na to psa jest tyle samo warte, co cierpienia człowieka, to czemu partia tzw. zjednoczonej prawicy sprzeciwia się adopcji dzieci przez pary homoseksualne? Czemu zwalcza ideologie gender? Czy sprzeciwia się ruchowi LGTBPZ…, czyli lesbijkom, gejom, transwestytom, zoofiliom, pedofilom, nekrofilom, itp. ogólnie LGTBplus? Przecież to nie ma sensu, i na dłuższą metę tego nie da się utrzymać. Nadawać prawa zwierzętom a odmawiać praw osobnikom, co w poniedziałek są chłopcami, w środę chcą być dziewczynkami, a w piątek już sami nie wiedza, czym są i czym chcą być? Jedynie z zoofilami może być kłopot. Zoofile to ludzie, którzy zaspokajają się seksualnie wykorzystując zwierzęta. Prawo człowieka do satysfakcji seksualnej versus cierpienie zwierząt. Zgwałcona przez mężczyznę kura może tego nie przeżyć, ale owcy to (chyba) obojętne, a krowie to już na pewno. Jednakże każdy problem da się to rozwiązać. Od czego są politycy i partie polityczne? Postępowi posłowie zakażą w imię dobra zwierząt seksu ze zwierzętami, ale do pewnej wielkości zwierzęcia, powyżej można, by i zoofile byli radzi. Zoofile też mają swoje, niezbywalne prawa, czyż nie? Jeśli seks z psem, to tylko dużym, jak bernardyn, ale nie z jamnikiem. A już z obecnie tak modną miniaturką psa – Shih tu (szitsu się czyta ?) to już surowo zakazane. Mniejsza o zoofilii i innych kochających inaczej. Przejdźmy do niby normalnych, lecz niekoniecznie sympatyczniejszych osobników. Fakty są takie. Projekt ustawy o ochranie praw zwierząt przeszedł w parlamencie głosami lewicy, to jest większości z nazwy prawicy (zjednoczonej) oraz partii tak z nazwy, jak wyznawanych wartości lewicowych. Przeciw zagłosowali narodowcy, oraz część tzw. zjednoczonej prawicy. Jest trochę prawicowców w prawicowej a zjednoczonej partii. Głosowanie pokazało, kto jest lewicą, a kto prawicą. Nie słowa, ale czyny są ważne.

   Największa partia z nazwy prawicowa, na czele ze swoim prezesem, okazała się partią z głębi lewicową. Ale mnie to tak naprawdę nie dziwi. Zjednoczona Prawica od lat wyznaje i realizuje etatyzm, oraz kultywuje wiarę w omnipotencję państwa. Nie jednostka, nie obywatel, ale wszechmądry i wszechmocny urzędnik państwowy, a zwłaszcza ministerialny dygnitarz są dla nich najważniejsze. Głęboka niewiara w człowieka i iście mistyczna wiara w potęgę państwa jest to wyznanie wiary ale… lewicy wszelkiej maści. Cóż więc dziwnego, że posłowie lewicy z różnych formacji społem przegłosowali ustawę tak głęboko uderzającą w prawa obywatelskie? Tutaj powinienem się uroczyście zarzec, że kocham zwierzęta, że uwielbiam zwierzęta, że nigdy ich nie krzywdzę, itd. Jestem przecież dobrym człowiekiem, a każdy dobry człowiek kocha zwierzęta. Czyż nie? Ale powiem tak. Nie będę się zarzekał, bo słowa nic nie znaczą. Nie w polityce. W polityce wiele znaczą.

    Jest i inna możliwość. Podobną ustawę pan prezes zaproponował kilka lat temu, jako projekt poselski, tak samo płynący z dobroci serca miłośników zwierząt. Nie było dyscypliny, wiec projekt szybciutko przepadł w głosowaniu i nastała cisza. Bez żadnych konsekwencji. Tym razem odmiennie, pan prezes wprowadził dyscyplinę w głosowaniu. Skutek: polityczna burza, głęboki podział i groźba realnego rozpadu rządzącej formacji politycznej. Przypadek to, czy zamierzenie? Czy pan prezes chciał policzyć swoich i obcych? Wiedzieć, kto jest z nim, a komu nie może ufać? A przyczyna, czyli prawa zwierzą, to również przemyślany pomysł. Wiadomo, że pan prezes kocha zwierzęta, ale jest także najbardziej doświadczanym politykiem, z bagażem trzydziestu lat politycznych doświadczeń. Pan prezes ma ten komfort, że robi to, co uzna za słuszne, i tylko wtedy, gdy uzna ta za możliwe, skuteczne i warte zachodu. Od lat prezes staranie baczył, aby na prawo od jego formacji była tylko ściana. Walkę tę przegrał, gdy do parlamentu weszła partia narodowa. W dodatku w postępowej prawicy, bo tak trzeba nazwać tzw. Zjednoczoną Prawicę, powstało silne skrzydło prawicowe. Przesunięcie się w stronę centrum, poprzez uchwalenie prawa w obranie zwierząt, czyli otwarcie się na lewicowych, liberalnych wyborców, to rozsądny wybór. Akceptacja rzeczywistości to zawsze sensowne postepowanie. Jeśli taki był zamysł, to może z tego wyjść bardzo dobry ruch polityczny. Stary lis, pan prezes znowu rozdaje polityczne karty. Zmusza polityków i wszystkie partie do określenia się.

    Co będzie? Jaki będzie skutek tej politycznej burzy, tego nie wiadomo. Jedna refleksja. Mamy trzydzieści lat wolności, tyle mniej więcej czasu upłynęło od upadku reżimu komunistycznego. W ciągu tego czasu przez dwadzieścia lat (2/3) rządziła lewica, albo postkomunistyczna, albo lewico reformowana na platformie w kierunku liberalno - złodziejskim. Było kilka lat zamieszania, a od pięciu, sześciu lat rządzi nami tzw. zjednoczona prawica. Rządy prawicowe u nas to mniej więcej 1/6 tego czasu. Mało, prawda? Ale. Ale. Ostatnie głosowanie oraz kampania w sprawie praw zwierząt w tym duchu, że niby kto nie kocha zwierząt, nie jest dobrym człowiekiem, pokazała, że tzw. zjednoczona prawica to w istocie prawica… postępowa. Zjednoczoną Prawicę od znienawidzonej przez nią liberalnej Platformy, czy nawet postkomunistów różnią tylko metody, hasła, lecz nie idee! Ubiór mają różny, wnętrze to samo. Dlatego tak się nienawidzą. Przez wzajemnie podobieństwo. Podobnie pana prezes jest politykiem z ducha o lewicowej proweniencji. Oczywiście są wyjątki, zawsze trafi się jakieś ziarno pośród kąkolu. Zatem w ciągu ostatnich trzydziestu lat przez co najmniej 9/10 czasu rządziły nami i obecnie rządzą nami partie lewicowe, o różnej nazwie.

   Smutny wniosek. Lecz jest, jak jest. Głupotą jest obrażać się na rzeczywistość. Czy Zjednoczona Prawica rozpadnie się? Przestanie być zjednoczona, bo prawicą nigdy nie była? Czy też jakoś to zlepia, załatają. zaklajstrują, w imię wyższych wartości udając, że nic się nie stało. Aby ocalić ciepłe posadki, tytuły, gabinety, sekretarki. rządowe limuzyny i inne tak miłe profity władzy. Co zrobi pan prezes? Ten, co rozdaję karty. Jaki ma plan? Wybaczy odstępcom, czy też ich przegoni? Co mu się bardziej opłaca? To wiedza nieliczni. Okaże się już niedługo.

   Pan prezes ma największe doświadczenie w jednoczeniu. W dzieleniu także. Niewielu pamięta, ale lata temu odbył się konwent świętej Katarzyny. W owym czasie niepodzielnie radziła postkomunistyczna lewica, z poparciem rzędu 40 %, podobnie jak miała (ma?) obecna tzw. zjednoczona prawica. Pawica była podzielona, rozdrobniona, zmarginalizowana, bez głosu w parlamencie. Kolejne próby zjednoczenia prawicy zawodziły. Ostatnią próbą zjednoczenia był ów (nie)sławny konwent świętej Katarzyny. Nazwa od parafii świętej Katarzyny w Warszawie, gdzie się zbierali przywódcy partii prawicowych, by się jednoczyć. Jaki był skutek? Pożarli się najmocniej, jak można było. Taki był skutek zjednoczenie prawicy; najgłębsze podziały i czysta nienawiść. Jak mogło być inaczej, gdy w świętej Katarzynie zebrali się sami generałowie bez armii? Generał bez żołnierzy, jednynie z gwiazdkami generalskim, które sam sobie nadał, jest… śmieszny, łagodnie mówiąc. Zebranie się gromady samozwańczych generałów po to, by jedni przemianowali się na szeregowców (jak? droga głosowania?) i słuchali innych, wybranych generałów, nie ma wielkich szans powodzenia. Wśród dobrodziei, jednoczycieli prawicy byli i bracia bliźniacy: obecny prezes i „poległy” pod Smoleńskiem pan prezydent. Po konwencie świętej Katarzyny śmiertelnie skłóceni przywódcy partii prawicy osiedli, każdy na swojej kanapie, a o innych prawicowych partiach wyrażali się jedynie z największą niechęcią i obrzydzeniem. Podobno nawet bracia K. – pokłócić się to nie, to raczej niemożliwe u braci bliźniaków – ale poróżnili się i siedzieli obrażeni na siebie każdy w przeciwnym końcu swojej kanapy.

   Niby to przeszłość. Bracia bliźniacy stworzyli nową partię, wygrali wybory, doszli do władzy. Jeden został nawet prezydentem Rzeczypospolitej. Potem bliźniak - prezydent „poległ” pod Smoleńskiem w katastrofie, to jest zamachu, a drugi, pan prezes, rządzi do dziś twardą ręką. Ale chyba to nie całkiem przeszłość, gdy się patrzy na naszą scenę polityczna. Na to, co tam się dzieje. Na to dzielnie i łączenie. Na to nieustanne jednoczenie i ciągły podział. Na te łącznie przez dzielenie, czy dzielenie przez łączenie. Prawdę mówiąc, wynik tej rozgrywki niespecjalnie mnie interesuje. Patrzę na to, jak na grę na scenie.

   Jest to scena polityczna, lub teatralna. Na scenę wchodzi trupa aktorska. Staroświecko: trupa - tak kiedyś mówiono na zespól aktorów, często wędrujący od teatru do teatru, od sceny do sceny. Trupa, np. aktorska to ładne słowo. Liczna mnoga: trupy mają już inne, mniej sympatyczne znacznie. Pośród aktorów tworzących dana trupę role są podzielone: jedni grają króla, inni błazna, mędrca, lub kupca, świętą, albo prostytutkę; są amanci i aktorzy charakterystyczni grający ładnych i dobrych oraz brzydkich i złych. Mamy partie, koalicje, stronę rządową, mamy opozycję. Debaty parlamentarne, spory, uchwały i ustawy, te całe hałaśliwe przedstawienie dla mas. Widownia albo patrzy obojętnie, albo bije brawo, Niezadowolona widownia głosowaniem wysyła nudną, rozdokazywaną, czy nieśmieszną trupę za kulisy i na scenę wchodzi nowa trupa aktorska, grając w zasadzie tę samą sztukę nawet podobnymi słowy. Ta sama, ale inna. Na tym polega demokracja. Możemy zmieniać aktorów na scenie, Z teatru nie wyjdziemy, sztuki nie zmienimy, przedstawienia również, aktorów tak, aktorów możemy zmieniać. Nie ma nic gorszego, jak się jaka trupa zastoi się na scenie, jak woda w bagnie. Gdy trupa uważa, że zostaną tu na zawsze. Że nic ich nie ruszy, choćby nie wiadomo jak źle grali. Że cały teatr do nich należy. Wówczas trupa wcześniej czy później zamienia się w prawdziwego trupa, tego z plamami opadowymi i brzuchem wzdętym od gazów. Trup na scenie się zdarza. Nie ma nic gorszego niż trup na scenie. Gnijący, cuchnący, rozkładający się, a miazmaty, a trujące wyziewy rozkładu wypełniają, skażają i zatruwają cały teatr. Pamiętam, tak było u schyłku komuny. 

   W tym cała nadzieja. Że mamy wybór. Że można i trzeba wysyłać zgraną trupę do lamusa, i dawać szanse innej, lepszej. Możemy nawet wysyłać niektórych aktorów na (nie)zasłużoną emeryturę. Słowem: póki mamy demokrację, póty jest nadzieja. Póki co zostaje patrzeć obojętnie na przedstawienie na scenie, na zwycięzców i przegranych, na aktorów, statystów i dyrektorów tego teatru. I mieć nadzieje, że kiedyś może doczekamy lepszych aktorów, lepszej gry i lepszego przestawienia. Zamiast trupa na scenie dożyjemy trupy na scenie, dającej  przedstawienie korzystne również dla nas, widzów. 

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 3.4 (głosów:6)

Komentarze

...pisze Autor.
Czy to nie brzmi tak jak 25 lat niewinności w filmie o polskim wymiarze sprawiedliwości?

Jeżeli miłość do zwierząt ma być miarą dobroci człowieka...to takiego człowieka należy jak najszybciej ubezwłasnowolnić...bo może być groźny dla ludzi, nie dla zwierząt.

Dalej autor próbuje siebie pocieszać..."W tym cała nadzieja. Że mamy wybór"
Czy rzeczywiście?
Wybór mniejszego zła jest zawsze fałszywą alternatywą...słaba to pociecha.

Obawiam się, że większość Polaków ciągle nie wie czego chce i po co żyje.
Pozdrawiam

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1

Verita

#1645204