Ślady na piasku

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Nadeszła jesień. A raczej nadchodzi, bo to początek września, ale to niewiele zmienia. Niepowstrzymanie toczące się koła czasu, jedno mniejsze: dzień, noc, dzień… i drugie, obszerniejsze: lato, jesień, zima, wiosna, lato… I znów mamy jesień. Nie myślimy o tym, bowiem jak zawsze mamy mnóstwo kłopotów, w całym zakresie, od bardziej ogólnych, np. politycznych, jedna partia zrobiła to, druga nie zrobiła czego innego; ten polityk coś powiedział, inny coś tam zrobił, czy czegoś zaniechał, aż do kłopotów osobistych. Czegoś chcemy, czegoś innego się boimy, o czymś marzymy, czy planujemy… Pełno ludzkich, cudzych problemów. Nazywa się to szumem informacyjnym. Kiedyś ludzie przymierali głodem i nie mieli tyle problemów. Mieli jeden problem: jak przeżyć ten dzień? Jak znaleźć coś do jedzenia i dożyć do jutra. To był problem. Prawdziwy problem.

    My, znacznie szczęśliwsi od naszych przodków, mamy też o wiele więcej problemów. Gdzie jechać na wakacje: wyspy Kanaryjskie, Włochy czy też Grecja? Problem, jakiego oni nie mieli. Jaki samochód kupić? Której marki? Samochód miejski, wszędobylski SUV, czy dostojną a wygodną limuzynę? O tym także nie myśleli. Kim jestem: mężczyzną, czy kobietą? Dawniej było to jasne, pomijając owe nieszczęsne, acz nieliczne istoty naznaczone i upośledzone przez błędy genetyczne, czyli naturę. Dziś mamy mnóstwo zdrowych osobników płci obojga, to jest płci wszelakiej, bo podobno płci jest 56, jak nie więcej. Rozwydrzeni i zajadli bezwstydnicy skupieni na sobie, dokładnie na swoich narządach płciowych i na rozpuście, osobnicy niedorobieni i niedoważeni, za to wrzaskliwi i bardzo głośni. Wykrzykują wszem i wobec o swoich po prawdzie głupich i wstrętnych, a na pewno nieodrzecznych niby problemach wmawiając wszystkim, że ich problemy, problemy tzw. osób nieheteromatywnych (co to znaczy, u licha?) są naszymi problemami.

    Ale przecież, może to oni maja rację? Może istotnie najważniejsze w życiu jest przyjemność, seks, inne rozkosze? Może po to żyjemy? Może nic nie ma poza tym? Kiedyś w odpowiedzi na jakiś mój tekst jedna kobieta napisała, że pytanie o sens życia nie ma sensu, bo sensem życia jest szczęście i przyjemności i wszyscy o tym wiedzą. Skoro to wiedza powszechna, to nie ma o czym gadać, prawda? Sens życia jest w samym życiu. Jest to wiedza, czy prawda ogólnie znana, a aktywiści ruchu LGTB++…+, to tylko skrajne przykłady. A przecież, czyż to pytanie nie zadawano od zawsze? Od kiedy ludzie zaczęli myśleć, a na pewno od kiedy jęli zapisywać swoje myśli. Kiedyś Sokrates zapytany, czym różni się od innych ludzi odparł: ludzie żyją po to, aby jeść, ja jem po to, aby żyć. Sokrates żył po to, aby myśleć, by rozważać problemy, by szukać prawdy. Jezus zwany Chrystusem, kuszony owym doczesnym szczęściem, tak miłym dla wielu, odpowiedział szatanowi: napisano, nie samym chlebem żyje człowiek. I dodał: …lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych! (Mat. 4, 4) I Sokrates, i Jezus nie przeczą, że mamy ciało, że chleb jest niezbędny, aby żyć. Ale mówią, że jest jeszcze coś innego, poza nami, coś więcej. Dla Sokratesa to rozum, poznanie, prawda, dla Jezusa Bóg i wiara – droga do Boga. Ten sam podział objawia się od zawsze: na świat zewnętrzny, niezależny od nas, i świat wewnętrzny, duchowy, w którym to my jesteśmy jedynemu panami i włodarzami. Na ciało i ducha.

    Czy służba ciału nie daje szczęścia? Daje, oczywiście, że daje. Jak zjedzenie cząstki dobrej czekolady. Są przecież i inne przyjemności, ale skupmy się na czekoladzie, która także daje szczęście. Czy zjedzenie całej tabliczki czekolady, dwadzieścia razy więcej, daje dwadzieścia razy więcej przyjemności? Nie. Nie daje. Przyjemność to nie prosta suma arytmetyczna poszczególnych części. Szczęście się nie dodaje. Szczęście jest jak beczka bez dna. Im więcej wlejesz, tym więcej przecieknie. Więc trzeba więcej. I więcej. Ponieważ następuje nasycenie, szukane są coraz to nowe doznania, nowsze, inne i/lub mocniejsze przyjemności. Bóg, czy natura tak to stworzyła. Bardzo mądrze. Nie ma takiej ilości szczęścia, która by zaspokoiła człowieka. Zawsze trzeba więcej. Aby być szczęśliwym trzeba ciągle nalewać przyjemności do tej beczki bez dna. Dlatego trwa niestrudzona pogoń. ciągłe poszukiwanie, nieustanny pościg za nowymi przyjemnościami.

    Czy znaczy to, że nie trzeba szukać przyjemności, albo przynajmniej unikać nieprzyjemnych doznań? Kto zamiast zjedzenia cząstki dobrej czekolady walnie się młotkiem w paznokieć, czy wsadzi dłoń w ogień? Chyba jakiś zaburzony psychicznie masochista. Ale masochista też zadaje sobie ból, by doznać dziwnej dla normalnych ludzi, ale jednak przyjemności. Wychodzi więc na to samo: celem życia jest szukanie przyjemności. Służba wkoło ciała. Którą kończy tylko śmierć.

    Szukanie przyjemność, szczęścia jest dobre. Jest dobre dla mnie. Musi więc być też dobre dla innych. Dobro musi być dobrem, szczęście szczęściem. Tak dla mnie, jak dla innych. Logiczne. Co by było, gdyby zmuszono mnie do dawania przyjemności innym? Do służby wkoło ich ciała? Do przygotowania i podawania jedzenia, do drapania, czy podcierania? Wreszcie do zaspokajania innych potrzeb, w tym tych seksualnych? Robienia, co ktoś by sobie zażyczył. Czy to również byłoby dobre i przyjemnie dla tego, co musi to robić? Piszę: zmuszono, bo przecież nikt takiej służby nie wykonywałby dobrowolnie. Żaden wolny człowiek sam z siebie tego by nie czynił; przeciwnie walczyłby ze wszystkich sił by tego uniknąć. Gdyż to upodlające, wstrętne zajęcie. Nieszczęsna dola to tych, których zmuszono siłą, biciem, terrorem, groźbą śmierci. Dola i obwiązki niewolnika. Dlaczego zatem to, co uważamy za poniżające i wstrętne u innych za dobre i słuszne bierzemy, gdy chodzi o nas?

    Nie nowa to myśl, ani nie moja. Porównanie Epikteta, kulawego i zgryźliwego filozofa za szkoły stoickiej żyjącego na przełomie I i II wieku n.e. Epiktet urodził się jako niewolnik, został wyzwoliny przez swego pana, gdy był dorosłym człowiekiem. Dlaczego Epiktet był kulawy? Pewnie nie dość szybko spełniał życzenia swego pana, stąd kara i kalectwo. Epiktet wiedział co mówi, gdy pisał o służbie wkoło cudzego ciała i ile kosztuje spełnianie cudzych zachcianek. W nieszczęściu niewoli Epiktet miał szczęście. Został wyzwolony. Miliony innych, którzy urodzili się, spędzili całe życie i umarli jako niewolnicy nie mieli nawet własnego głosu by opowiedzieć swe niedole. Zatem spełnianie cudzych zachcianek, bycie narzędziem cudzej przyjemności to poniżające zajęcie godne niewolnika, ludzi najpodlejszych, najnędzniejszych, ostatniego rzędu. A spełnianie własnych zachcianek, szukanie własnej przyjemności, rozkoszy czy szczęścia? Czy to też nie niewola, tyle że przyjemniejsza, gdzie podmiot i przedmiot jest jednym?

   No tak, ktoś powie, ale dzisiaj to całkiem coś innego. Nie ma niewolników. Jesteśmy wolni, mamy czasy humanitaryzmu, praw człowieka. Mamy prawo do szczęścia. Do swobody. Do robienia co się chce. Odpowiem tak. Nie jestem od tego, by komuś mówić, jak ma żyć. Poza tym takie gadanie jest całkiem bez sensu. Każdy wie, jak ma żyć. Trudni dziś znaleźć dobrego dajmy na to dentystę, albo fachowca co naprawi alternator, czy skrzynię biegów w samochodzie. Ba, to skomplikowane, trudno nawet o dobrego malarza pokojowego, co ładnie i równo wymaluje ścianę. Ale na życiu zna się każdy. Jakbyśmy się z tym rodzili. Nikt nie chce, ani nie potrzebuje żadnych nauk w tym względzie. Jak tu uczyć innych, obcych, gdy z własnymi dziećmi to się nie udaje? Przecież to więź największa miedzy dziećmi i rodzicami. Rodzice uczą swe dzieci, napominają z troską: ojciec syna, matka córkę, by byli mądrzejsi, by uczyli się na ich winach, by nie popełniali tych samych błędów… I co? Nic. Jak rzucanie grochem o ścianę. Sztafeta pokoleń. Dzisiejsze dzieci puszczają mimo uszu napominania rodziców, tak samo, jak wczorajsze dzieci robiły tak samo z naukami swoich rodziców. I jak zrobią jutro dzieci ich dzieci. Tak to już jest.

    Kim jesteśmy? Czy rodzimy się wolni, a naszym przeznaczaniem jest szczęście, jak chcą niektórzy? Czy jesteśmy tylko gatunkiem małp, zwierzętami… dziwnymi, lecz nie różniącymi się specjalnie od takich psów, wróbli czy myszy? Gdyby przykładowo taką świnię zapytać, to pewnie wychrumkałaby, że najważniejsze na świecie jest pełne koryto. I jeszcze żeby była błotna kałuża do pluskania, bo błoto bardzo dobrze działa na świńska cerę. A taki knur powiedziałby, że najlepsze jest krycie loch. Im więcej loch, tym lepiej. Od seksu lepsze jest tylko jeszcze więcej seksu. Czy też jesteśmy niewolnikami, przykutymi za szyję do ściany jaskini, gdzie pędzimy nędzny żywot, a nasz widzialny świat to jedynie słabe i marne odbicie, cienie na ścianie jaskini, naszego domu niewoli? Tak pisał Platon, uczeń Sokratesa. Dla wierzących są słowa Jezusa: jam jest drogą i prawdą i życiem. (Jan 14, 6) To są stanowiska skrajne, a to gdzie każdy z nas sam się umieści to już jego sprawa, jego wybór. Prawda, jesteśmy zamknięci w ciele. Wielu to wcale nie przeszkadza taka niewola, ba, wiele satysfakcji sprawia im służba wkoło własnego ciała. Ale też wielu, czy niektórzy, wierzą, że jest coś poza ciałem. A przynajmniej chcą wierzyć, że jest coś poza, czy ponad, obok. Skoro chcą, to jest. Jeśli nie zechcą, to nic tam nie zobaczą. Nic tam nie ma dla tych, co tego nie chcą widzieć, ani uwierzyć. Ale na pewno jesteśmy w niewoli czasu. Noc, dzień, lato, jesień, zima… Godzina za godziną, dzień za dniem, rok za rokiem płynie. Po ostatnie tchnienie.

    Jak dzieci na plaży. Wąskim pasku ziemi miedzy morzem a skalistą ściana. Dzieci pojawiają się rankiem, nie wiadomo skąd. Znikną wraz z nadejściem ciemności. Odejdą nie wiadomo gdzie. Ale na razie jest dzień, wysoko świeci słońce. Dzieci młodsze, i starsze, i te w pośrednim wieku, spotykają się, łączą w pary, w grupy. Powstają przyjaźnie i niechęci, miłości miedzy nimi i swary. Tego jednego, pięknego dnia zamknięte bezpiecznie miedzy turkusowym morzem, błękitem nieba i szarą masą skał, zajęte sobą, zaognione w poszukiwaniu szczęścia, dzieci ani nie pomyślą, co będzie potem, czy co było przedtem, Dzieci, jak to dzieci, bawią się, gonią, lub kłócą. Jedne dzieci są szczęśliwe, inne nieszczęśliwe; jedne się śmieją, są i te, co płaczą. Jak to zwykle bywa. Powstaje szum, i zamieszanie, i chaos. A czas płynie nieubłaganie. Nastaje noc i zostaje tylko morze, piasek i skały. I cisza. Po tłumie dzieci nie zostało nic. Jakby ich nie było. Prawie nic. Jedynie odcisk małej stopy w piasku, oszczędzony trafem przez fale.

 Tak jak ślady owych starodawnych dinozaurów, kroczących brzegiem rzeki przed dziesiątkami milionów lat, odkrywane gdzieś tam, hen, wysoko w górach. Odciski stóp zatopione w skałach. Po tych, których czas wymazał. Więc, może, warto?

 

  Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:4)

Komentarze

Tekst, jak zwykle ciekawie ujęty...ale parę razy pozwolę sobie wyrazić odmienne zdanie.

1.Pisze Pan..."Nie ma takiej ilości szczęścia, która by zaspokoiła człowieka. Zawsze trzeba więcej. Aby być szczęśliwym trzeba ciągle nalewać przyjemności do tej beczki bez dna."
To nie jest prawda.
Polecam "O życiu szczęśliwym" św. Augustyna.

2."Nie jestem od tego, by komuś mówić, jak ma żyć. Poza tym takie gadanie jest całkiem bez sensu."
Owszem, jeżeli Pan wie jak należy żyć to trzeba innym to przekazać. Takie gadanie ma sens i to bardzo głęboki. Może nawet komuś uratować życie.

3."Po tłumie dzieci nie zostało nic. Jakby ich nie było. Prawie nic. Jedynie odcisk małej stopy w piasku, oszczędzony trafem przez fale."
Dzieci nie giną, my też nie...i to nie traf o tym decyduje.

Pozdrawiam

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
-1

Verita

#1643519

Cieszę się, że Pani jest, i że Pani ma swoje zdanie. To nie jest problem zero-jedynkowy, prawda, fałsz. każdy musi sam znaleźć odpowiedź. Swoja drogę, swoje miejsce. Św. Augustyn, sam zbłądziwszy tysiące razy, napisał księgę dla innych, jak nie błądzić. Jak wielu innych. Czy to pomoże? Może pomóc, niektórym. 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1643539