Produkt skrojony do potrzeb

Obrazek użytkownika Bielinski
Kraj

Więc mamy znowu wybory. Tak, wiem. Od więc, nie zaczyna się zdania! Więc mamy nowe wybory na prezydenta RP! I drugi etap, czy druga turę, albo drugą rundę. Dlaczego właściwie znowu musimy iść do wyborów? Bo ktoś kiedyś sobie wymyślił, że ma być dogrywka, gdy żaden z kandydatów w pierwszej turze nie przekroczy 50 procent poparcia? Wybory się dobyły. Ktoś zyskał najwięcej głosów, więc wygrał, reszta przegrała. Koniec. Po co dogrywka? Jeśli jest druga runda, to może zrobić jeszcze trzecią? Czwartą, piątą? Albo piętnaście rund jak w meczu bokserskim? Ten, co to wymyślił, to był z głęboki mędrzec, z gatunku głębinowych nurków myślowych, profesor prawa z najlepszego naszego uniwersytetu, co miał wszystkie prawa w… palcu. Niekoniecznie małym palcu. Spośród szacownego grona profesorów, profesorowie tzw. nauk prawnych to szczególny gatunek. Jak akwariowe ryby g(ł)upiki, inaczej zwane: pawie oczko, pośród ssaków naczelnych. Profesor to ten, co zna się na swojej dziedzinie nauki. W przypadku nauk prawnych rzecz przedstawia się zgoła odwrotnie. Cóż, jak nauka, tacy profesorowie. No i taka ordynacja wyborcza, spłodzona w męce twórczej przez profesorów praw i konstytucjonalistów, która nam, zwykłym ludziom, odbija się czkawką.

   Wracamy do wyborów. Mamy dwóch kandydatów i zaciętą kampanię wyborcza, w której toczy się walka o każdy głos. Pierwszy to pan D., urzędujący prezydent RP, wybraniec jakże szczęśliwie rządzącej nami od pięciu lat partii instytucjonalno – rewolucyjnej. Nie żartuję, naprawdę była kiedyś taka partia, rządziła bardzo, bardzo długo. Czy szczęśliwie? Dla swoich działaczy na pewno. Było to w Meksyku. Meksyk, jak to Meksyk. Teraz mają tam wojnę domową, dla niepoznaki zwaną walką z gangami narkotykowymi. Po burzy jest pogoda, powiadają, ale to działa i w drugą stronę. Po latach spokoju i szczęścia (sic!) po dziesięcioleciach zrównoważonego rozwoju, pod wodzą wszechmocnej i wszechmądrej partii rządzącej, przychodzi burza. Pan D. i jego partia, propaguje zrównoważony rozwój w naszym, kraju, no i niezmiernie dumny jest z planu 500+, czyli płacenia na cudze dzieci w imię solidarności społecznej! Zdając się nie zauważać, że w ten sposób promują tych, co nie mają własnych dzieci. Bo ci płacą tylko raz – na cudze. Ci, co mają swoje dzieci, płacą dwa razy: na swoje i na cudze. A najlepiej maja ci, co jak te trutnie: tylko zapylają, a potem znikają. Same plusy, zero kosztów własnych. Są przecież rozliczne państwowe fundusze. Jest solidaryzm społeczny. Cwaniacy, oszuści i złodzieje zawsze i wszędzie mają lepiej: i za reżimu i za demokracji. Czemu nie? Kim jestem, by temu się sprzeciwić? By sypać piachem w tryby! By zatrzymywać walec postępu!? By tłumić ludzkie odruchy? Czy sprzeciwiać się solidarności z tymi, co mają mniej?! Skoro władza chce, by płacić na cudze dzieci? I to władza najlepsza, bo wybrana w demokratycznych wyborach!? Niech tak będzie. Trzeba płacić. Nie unikniesz podatków, ani śmierci. Pamiętam takie hasło z czasów komuny: WSZYSTKIE DZIECI SĄ NASZE. Komuna upadła. Hasło zostało. Władza wie lepiej! Podsumowując wizje kandydata D. i partii zrównoważonego postępu można by rzec: słodko i zaszczytnie jest płacić alimenty na cudze dzieci. Jest to obowiązek każdego dobrego obywatela, a nawet człowieka. Po za tym nie warto być antyspołecznym, czy antyludzkim indywiduum. Władza, każda władza, tak demokratyczna, jak totalitarna, takiego aspołecznego typa usadzi. I dostanie po łapach. Oj, będzie bolało. Co mu się słusznie należy! No, chyba, że ta, czy inna partia postanowi inaczej. Bo to wszystko zależy od wyników wyborów. A wybory przed nami.

   Tu dochodzimy do drugiego kandydata, pan T, kandydat partii zwanej platformą. Wielu, zwłaszcza z tak zwanej prawicy dostaje na jego widok białej gorączki. A ja lubię kandydata na prezydenta T. Kandydata na prezydenta i zarazem prezydenta naszej stolycy, alias warszafki. Kandydat - prezydent T. jest zrobiony tak, aby go lubić na pierwszy rzut oka. Młody, w średnim wieku, ale wygląda młodziej, przystojny, z dwudniowym zarostem, coś a’la buntownik, oswojony buntownik, taki kanapowy, ale zawsze. Ostatnio kandydat T. zaczął się golić. Kampania ma swoje wymagania. Poprzednia kandydatka postępowej platformy liberalnej, pani Ka-Be też mi się podobała. Był(a) to naprawdę świetna kandydat(ka) na prezydenta RP. Wybrana w partyjnych wyborach. Platforma ściągnęła na nasz grunt amerykański wynalazek prawyborów pośród członków partii na kandydata na prezydenta. Pani Ka-Be wygrała te prawybory. Nie było lepszej od niej kandydatki, ani kandydata. Pani Ka – Be, posągowej postaci kobieta, zaczęła od 30 % poparcia a skończyła na dwóch! Co tylko wychodziła do dziennikarzy – a wywiady, wystąpienia, to praca kandydata – to zaraz śmiech. Bardzo lubiłem wystąpienia arystokratycznej damy polskiej polityki. Nikt nie miał pojęcia, co pani Ka – Be powie. Członkowie jej sztabu wyborczego pewnie nie spali po nocach z lęku, co nazajutrz ich kandydatka chlapnie do mikrofonów. Wydawać by się mogło, że to nic trudnego. Nauczyć się tekstu, wyjść i powiedzieć coś do rzeczy. Gdy dziennikarze naciskają, mówić to, co się chce, na tematy luźno powiąże i te nie wiążące. Abecadło polityka(czki) – pływanie w morzu słów. Albo sztuka wodolejstwa. Są też pomoce techniczne. Pani Ka – Be, była marszałkini Sejmu, kobieta obyta w polityce od 20 lat powinna to mieć opanowane. Okazało się, że nie. Pani Ka – Be częściej mówiła od rzeczy, niż do rzeczy. Jak to się stało, że taka głupia baba była marszałkiem Sejmu, drugą osobą w państwie? Niezgłębione są ścieżki opatrzności. Ale z panią Ka – Be nie było ani chwili nudy. Był to wielki atut tej niesłusznie odrzuconej kandydatury.

   Poniewczasie władze jej partii zorientowały się, że pusty a jakże ciężki posąg marszałkami może całkiem zatopić platformę i co gorsza pociągnąć ich na dno. Politycy największej opozycyjnej partii ocknąwszy się nad przepaścią zareagowali nader skutecznie; tak zadymili, tak namieszali, tak nakrzyczeli, że ani się nie obejrzeliśmy i już mieliśmy nowe wybory, nowy termin i nowego, z kapelusza wyjętego kandydata – dublera, pana prezydenta stolycy T. Tu żaden prawybory były niepotrzebne. I proszę. Wyciągnięty z czarnej teczki kandydat T. walczy o zwycięstwo z kandydatem D! Widać, że demokracja nie jest taka dobra, jak ją opisują.

   Dlatego obecnie możemy się cieszyć osobą i dokonaniami pana prezydenta T. Jego cud zalety są odmieniane przez wszystkie możliwe przypadki, oczywiście przez media antyrządowe. Tylko jak odmieniać słowo: nic? Pustka? Zero? Bez znaczenia: pełne, czy puste, ważne, że pan kandydat T. ładnie wychodzi na obrazku i w ekranie tv też. Pan T. przyznaje się do dwóch mentorów. Pierwszy to profesor Geremek. Drugi to pan T, były przewodniczący platformy, były premier i były „król Europy”. Pan Geremek, słynny opozycjonista a z czasów peerelu, co potem wprowadzał nas do Europy. To za prof. Geremkiem, człowiekiem renesansu, słynnym z kultury, z obycia i znajomości języków, nosił teczkę pan kandydat T! Tam, u źródła, otrzaskał się z najwyższa kulturą! Prof. Geremek to temat na oddzielny tekst. Krótko: prof. Geremek był z partią komunistyczna, póki mu się to opłacało. Gdy przestało się to opłacać, czyli gdy zachód zapłacił o wiele więcej, został antykomunistycznym dysydentem. Dodatkowo po wydarzeniach roku 68 Żydzi poszli w odstawkę. Właściwe pochodzenie przestało gwarantować świetną karierę w partii i państwie! Ta straszna, dziejowa niesprawiedliwość mocno oburzyła pana Geremka i innych wybranych z rodu. Prof. Geremek zginał w wypadku drogowym. Pech ale szczęśliwy, bo podróżował z młodą asystentką, która nie wiadomo co mu robiła, ale przeżyła. Można by rzec, że prof.. Geremek czerpał szczęście z krynicy życia do ostatnich sekund. Tego właśnie nauczył prof. Geremek młodego asystenta, pana T., zgodnie w wielowiekową mądrością swej rasy Patrz swej korzyści. Nie ideologia, nie partia, ta czy inna, bo partie przemijają, ideologie także. Liczy się tyko własna korzyść, liczą się pieniądze, waluta, gotówka lub suma na koncie bankowym. Nauka nie poszła w las.

   Drugi guru duchowy kandydata T., to przewodniczący T, co rządził naszym zadupiem przez osiem lat, jako premier rządu, po czym strząsnąwszy gnój i słomę z butów na gumnie i wyszorowawszy się solidnie ze smrodu obory z błogosławieństwa Berlina wstąpił na salony Brukseli. Wielki T., były przewodniczący Rady Europejskiej, czyli król Europy. Wspólne inicjały oraz fonetyczna zbieżność nazwisk, po odrzucaniu końcówki, nie jest przypadkiem. Prawdę mówiąc kandydat T. to młodsza i ładniejsza kopia pana T. Kanclerz Niemiec trzyma swego pupila na politycznym bocznym torze bo ma nadzieje, że może się jeszcze przydać do zarządzania prowincją nowopruską. Siedzi sobie pan T. pieniążki płyną na konto, ale nudzi się i co? Tyle, że strzyknie sobie czasem jadem. Jakimś postem, czy tekstem. Jeszcze dwa lata temu liberałowie i lewica wypatrywali pana T. jako męża opatrznościowego. Dziś, po tylu ujawnionych aferach to minęło. Pan T. to zgrana karta, i on to wie, być może nawet kanclerz Niemiec to wie, wiec tyle jego, że czasem sobie popluje. Jakby ktoś napluł do talerza zupy. Przykre, ale nieszkodliwe. Zupę można wylać. Młodsza kopia kandydat T. niespecjalnie się przyznaje do swego mentora. Znak czasów. Kiedyś w rękę by go cmoknął z uszanowania, dziś nosem kręci, że fuj, że nie ma z panem starszym T, ani z jego platformą nic wspólnego.

   Kampania ma swoje prawa. Pierwsza ofiarą kampanii jest prawda. Trzeba ładnie wyglądać, ładnie, płynnie i obficie, a nade wszystko niezobowiązująco mówić. Obiecywać każdemu coś miłego. Zwalczać wrogów, wspomagać przyjaciół. Ty mi dasz, ja ci dam. I będzie git. Starszy T. na takiej politykę kilka razy wygrał wybory. Ale żeby wygrać, żeby cię kupiono, trzeba odpowiednio przygotować towar. Kandydat T. to produkt skrojony do potrzeb. Produkt polityczny skrojony do potrzeb kampanii. Udawało się przez wiele lat, czy uda im się i tym razem? Prezydent D. poprzednio wygrał jako kandydat antysystemowy. Teraz ta karta nie zagra. Kandydat T. to twór systemu, to produkt przycięty według sztancy, ale próbuje grać takim wizerunkiem. Czy liberalnej lewicy uda się ta sam sztuczka stosowana z powodzeniem wiele razy? Czy młodszej kopij kandydatowi T. uda się ta sztuka?

   Moje zdanie nie ma tu większego znaczenia. Jeden głos na 20 milionów. Matematyka jest prosta i jednoznaczna, tu dwa plus dwa zawsze równa się cztery, wbrew zdaniu szacownych profesorów od nauk prawa. Z drugiej strony dziesięć milionów i jeden to więcej niż dziesięć milionów. Bywa, że i jeden głos się liczy. Machanie skrzydeł motyla może wywołać huragan. Tak mówi teoria chaosu. Każdy ma jeden głos, to podstawy demokracji. Ale też każdy głupi ma swój rozum. I sam decyduje. To jego niezbywalne prawo. Czy kupimy taką pastę do zębów, buty w takim fasonie i kolorze, czy wybierzemy tego kandydata na prezydenta, czy innego. Mam na to taki sam wpływ jak na jutrzejszą pogodę. Wybory to nie wybór najlepszego kandydata z dobrych. Nie pamiętam takich wyborów. Najczęściej to odrzucenie tego gorszego. Wybory to nie tylko wskazanie produktu najlepiej skrojonego do potrzeb, to fundament demokracji. Zaś demokracja zapewnia każdemu wolność wypowiedzi. Więc sobie coś tam naskrobię. Ktoś powie: popluję po swojemu. Hmm, być może. Ale mi wolno. Nie tylko byłemu królowi Europy, ale wolno i mi i każdemu innemu.


  Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.  

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:3)

Komentarze

czucie w bucie

 

od politycznych ruchów

traci się czucie

poruszać sobie można 

palcem w bucie

 

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

jan patmo

#1637764