O tych, co umierali w deszczu

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Dawno temu, bardzo dawno temu, 6 sierpnia 216 p. n. e armia punicka, czyli kartagińska, pod dowództwem Hannibala licząca około 50 tyś. żołnierzy stoczyła bitwę się z prawie dwukrotnie większą armią rzymską dowodzoną przez dwóch wodzów rzymskich, których nazwiska z litości i lenistwa przemilczę. Spotkanie obu armii nastąpiło pod miejscowością Kanny w Apulii (Canea), zaś bitwa pod Kannami to chyba najsławniejsza z bitew w dziejach powszechnych. W sierpniu 216 roku Hannibal miał wielki problem. Armia punicka pod wodza Hannibala przemaszerowała tysiące kilometrów w epickim marszu od Hiszpani przez współczesną południową Francję by wtargnąć do Italii pokonując dwa potężne i całkowicie wówczas dzikie pasma górskie: Pireneje i Alpy. Jak Hannibal i jego żołnierze zdołali zimą przeprawić się przez Alpy, i to ze słoniami! nad tym historycy głowią się pod dziś dzień. Cóż… chcieć, to móc. Rzym wysłał przeciwko Kartagińczykom silną armię. Hannibal zniszczył ją w bitwie pod Trebią. Drugą armię rzymska Hannibal pokonał w bitwie nad jeziorem Trazymeńskim, złapał rzymskie legiony w cudownie prostą pułapkę. Po czym Rzym, po mniej więcej roku lizania ran i zbierania sił wysyła przeciwko Kartagińczykom trzecią, najpotężniejszą ze wszystkich armii, zrywając z mądrą taktyką unikania walki z Hannibalem! Dla wodza kartagińskiego, to było jak z sennego koszmaru. Jeden upiór, za nim drugi, i trzeci… I tak, bez końca.

    Przed Hannibalem w sierpniu 2016 roku stanęło pozornie niewykonalne zadanie. Jak pokonać prawie dwukrotnie silniejszego przeciwnika? Trudne, prawda…? Ale to nic. Hannibalowi nie wystarczyło pokonanie armii rzymskiej, odepchnięcie przeciwnika i utrzymanie pola bitwy, uznawane przecież za wielkie zwycięstwo. Ulubiona „zabawa” generałów wszelkich armii i epok. Dwie armie spotykają się. Bitwa. Jedna armia „wygrywa” i wystawia sobie pomnik zwycięstwa, druga się cofa, czyli „przegrywa”. Po czym zamieszanie, przegrupowanie, marsze i kontrmarsze, zwykłe wojenne ceregiele, i mamy dogrywkę i znów są „zwycięzcy” i „pokonani”. Czasem obie strony stawiają sobie pomnik zwycięstw jednocześnie, i kłócą się, kto wygrał, bowiem w tym długim, wielorundowym meczu są często rundy nierozstrzygnięte, remisowe. Wojna toczy się na wyczerpanie, wygrywa ten, co zachowa więcej sił, więcej rekrutów i więcej złota. Armia Hannibala znajdowała się w południowej Italii, w obcym, rzymskim kraju. Armia rzymska była u siebie, miała wszystko pod bokiem. Linie zaopatrzenia wojsk punickich… nie istniały. Kartagińczycy żywili się tym, co złupili w Italii. Hannibal nie mógł sobie pozwolić na pokonanie armii rzymskiej. Na zwycięstwo, po którym wróg się przegrupuje i znów staje do walki.

    Hannibal musiał nie tylko pokonać, ale zniszczyć armię rzymską! Zadanie niewykonalne!? Hannibal (247 – 183 p.n.e) wymyślił prosty i błyskotliwy plan. Chcieć to naprawdę móc. Czasami. Dla niektórych. Centrum jego armii ustępowało cofając się pod naporem Rzymian i wciągając ich w zasadzkę, ale oba skrzydła postępowały, oskrzydlając rzymskie legiony i w końcu zamykając pierścień okrążenia. Bitwa zamieniła się w rzeź Rzymian. Z około 90 tys. rzymskich legionistów zginęło 60 tys., (dwie trzecie!) dalsze 10 tys. dostało się do niewoli. Ocalało zatem jakieś 20 % Rzymian, co piąty z tych, co stanęli do bitwy rankiem 16 sierpnia 2016 roku p. n. e.

   Od tego czasu, bitwa pod Kannami – dwustronne okrążenie – stało się świętym Graalem generałów, marszałków polnych i innych… strategów zawodowych, czy amatorów. Tudzież sztabów generalnych państw mniejszych, większych, mocarstw i supermocarstw.

   Tutaj wykonamy przeskok w czasie o ponad 1600 lat i w przestrzeni: z Canae w południowej Italii do pól wokoło wsi Grunwald, Stębark i Łodwigowo należących do potężnego Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Na tych polach toczy się zacięta bitwa pomiędzy wojskami polsko – litewskimi pod dowództwem króla Władysława II Jagiełły a armią krzyżacką po wodzą wielkiego mistrza zakonu – Ulryka von Jungingen. Jest 15 lipca 1410 roku. Minęło już dobra godzina bitwy. Polskie chorągwie tworzące lewe skrzydło armii króla Władysława II Jagiełły toczą zajadły bój z chorągwiami zakonu, lecz zwolna zyskują przewagę i zaczynają wolny, okupiony ciężkimi stratami, ruch naprzód spychając wroga. Na prawym skrzydle lekkozbrojni wojownicy litewscy, ruscy, oraz Tatarzy, toczą rozpaczliwą, lecz nierówną walkę z ciężkozbrojnymi krzyżackimi chorągwiami. Mimo iż główne siły zakonu, walczą z Polakami, prawe skrzydło krzyżaków zyskuje przewagę i spycha wojska litewskie. W odwodzie wielki mistrz Ulryka von Jungingen trzyma 16 chorągwi ciężkozbrojnego rycerstwa, stalową pięść z rycerzy i koni, gotową do zadania decydującego ciosu. Na razie wysyła posiłki by przełamać Litwinów. Na widok nadciagających posiłków krzyżackich, Litwini zaczynają odwrót, który rychło zamienia się w ucieczkę. Paniczną z pozoru. Niektórzy z uciekinierów dotrą aż do Wilna niosąc paniczne wieści o strasznej klęsce.

    Wydawać by się mogło, że po panicznej uciecze wojsk litewski, około 1/3 armii, los bitwy jest przesadzony. Wojska polsko – litewskie przegrały bitwę pod Grunwaldem. Wojska krzyżackie uderząa na odkryte prawe skrzydło wojsk polskich i król Władysław II musi nakazać odwrót polskiej armii. Tymczasem bitwa pod Grunwaldem zakończyła się okrążeniem i zniszczeniem, ale… armii zakonu. Skąd taka nagła zmiana? Jak to się stało? Czy to był cud?

    Ucieczka wojowników litewskich to kluczowy moment bitwy. Tylko czy to była paniczna ucieczka? Czy też fortel wojenny? Wojska litewskie pod Grunwaldem miały za sobą ponad sto lat wojen i bitew z Tatarami. Był tam też kontyngent dwóch tysięcy Tatarów pod dowództwem Dżelal al-Dina, syna Tochtamysza chana Złotej Ordy. Zarówno król Władysław Jagiełło, jak Witold Wielki Książe Litewski tatarskie sztuczki i podstępy znali od podszewki. Wojska Zakonu prezentowały zachodni sposób prowadzenia wojny, jak we Francji, czy Italii, wojska polsko – litewskie poprzez ich wodzów sposób wschodni, w którym Tatarzy, dokładnie – Mongołowie byli niedościgłymi mistrzami. Jedenaście lat wcześniej w sierpniu 1399 roku armia mongolska do dowództwem Temura Kutłuka i Edygeja, jednego z najzdolniejszych generałów Timura Kulawego zwanego na Zachodzie Tamerlanem, otoczyła pod Worsklą, na stepach na Zadnieprzu, armię litewską pod dowództwem Witolda z silnymi polskimi posiłkami i ją zniszczyła. Ta klęska musiała zapaść w pamięć Witolda, który tylko dzięki szczęściu i polskim rycerzom, którzy poświęcali swe życie by powstrzymać pogoń, zdołał przebić się z okrążenia i umknąć przed Tatarami na drugi brzeg Dniepru. Nawiasem mówiąc pod Worsklą walczyło znacznie więcej wojowników niż pod Grunwaldem, z obu stron ponad sto tysięcy. Sam Timur Kulawy, czyli Tamerlan, militarny geniusz wszech czasów, w lipcu roku 1402 w gigantycznej bitwie pod Ankara, pokonał wojska Turków osmańskich pod wodzą sułtana Bajazyda I zwanego Błyskawicą. Bitwa pod Ankarą to największa w dziejach bitwa kawaleryjska, w której walczyło co najmniej 200 tysięcy żołnierzy, a może i ćwierć miliona. Biorąc pod uwagę liczbę ludności bitwa pod Ankarą bije na głowę największe bitwy II wojny światowej! Stary już bo 66 letni kaleka, cierpiący na nieznośne bóle przy każdym ruchu Timur Kulawy, rozbił oba skrzydła tureckie – część wojsk posiłkowych tureckich, w tym Tatarzy i Turkmeni pewnie przekupieni w czasie bitwy zmienili front i uderzyli na Turków – po czym Mongołowie zepchnęli tureckie centrum na wzgórze, otoczyli je i zniszczyli turecką piechtę, janczarów oraz jazdę, która nie zdążyła umknąć, biorąc do niewoli samego sułtana, Bajazyda I. Była to największa klęska, jaką poniosło Imperium Otomańskie, nie licząc rozpadu w XX wieku. Bitwa pod Worsklą i pod Ankarą to tylko dwa przykłady z wielu, jak walczyli Mongołowie, niepokonani na polach bitew od ponad półtora wieka, od czasów Dżyngis - Chana. Czy to coś przypomina? Oczywiście, manewr dwustronnie oskrzydlający. Kanny, tyle że na większą skalę. Mongolscy, niepiśmienni wodzowie, od Dżyngis Chana po Tamerlana, którzy w życiu nie słyszeli o Hannibalu, Scypionie Młodszym, czy Kannach, byli prawdziwymi mistrzami w stosowaniu   manewrów oskrzydlających, a ich ulubiony to dwustronne oskrzydlenie, gdyż gwarantował zniszczenie wrogiej armii.

    Dla porównania. W tym samym czasie na zachodzie Europy toczyła się wojna francusko – angielska, zwana stuletnią. W jednej z bitew francuscy dowódcy, nauczeni gorzkimi doświadczeniami, postanowili tym razem być rozsądni i ustawili armię z przodu piechota, z tyłu kawaleria. Francuskim rycerzom nie się spodobała taka nowinka. Mocno im się nie spodobała Jakże to, żeby rycerz stał za chłopem?! No i dzielni, francuscy rycerze ruszyli do ataku, bez rozkazu, żeby pokazać, że francuskie rycerstwo same wygrywa bitwy. A że przed nimi stała własna piechota? Cóż, tym gorzej dla łyków! Francuscy rycerze stratowawszy własną piechotę uderzyli na wroga i… zostali wystrzelani z łuków i kusz. Francuska piechota ich nie ocalila, bo francuska piechota została wcześniej stratowana i rozproszona przez własną kawalerię! I tak francuska armia zaliczyła kolejną klęskę. Głupie? Głupie, jak najbardziej głupie. Do kogo bardziej przynależy uwłaczające słowo – horda? Do Mongołów, czyli Tatarów, którzy nigdy takiej głupoty nie popełnili, czy do francuskiego rycerstwa, kwiatu europejskiego rycerstwa?

   Wracając do Grunwaldu. Jednym z ulubionych manewrów Tatarów była pozorowana ucieczka. Mongołowie uwielbiali wszelkie podłe, podstępne ale skuteczne sztuczki wiodące do celu: pobicia, a najlepiej zniszczenia przeciwnej armii. W kulminacyjnym punkcie boju Tatarzy nagle rzucali się do ucieczki, za nimi w pościg rzucali się ich przeciwnicy, pewni, że już wygrali. Straszny błąd, który ci, co przeżyli, gorzko sobie później wyrzucali. Dzięki takiemu manewrowi Tatarzy pokonali polskie rycerstwo w bitwie pod Legnicą w 1241 roku. Litwini znali ten manewr i mieli go doskonale opanowany. Przez godzinę oba wojska walczyły ze zmiennym szczęściem, po czym Litwini i Tatarzy rzucają się do ucieczki!

    Ale dziwna rzecz; ucieczka całego prawego skrzydła nie wywołuje paniki pośród polskich wojsk! Nikt nie rzuca się do ucieczki! Panika jest bardziej zaraźliwa niż grypa. Chorągwie stoją, tam gdzie stały, walczą, jak walczyły. Na rozkaz króla część odwodów, zamiast wzmocnić zagrożonie prawo skrzydło wojsk polskich, skierowane jest na lewe i zaczyna głębokie obejście prawego skrzydła krzyżackiego. Zaczyna się tworzyć lewe ramię obcęg, które skruszą niemiecka potęgę. Władysław Jagiełło to wódz przezorny. Styk wojsk polskich i litewskich zabezpieczają trzy najlepsze litewskie chorągwie – ruskie, albo smoleńskie - najlepiej uzbrojone, mogące stawić czoła pancernym chorągwiom krzyżackim, oraz potężna chorągiew krakowska. One przyjmują uderzenia Niemców i po zaciętej walce odrzucają je w tył! Niemiecki atak na prawe skrzydło zostaje odparty, ponieważ krzyżackie chorągwie ich prawego skrzydła zamiast uderzyć na odkryty bok i tyły Polaków gonią Litwinów i Tatarów. Równie dobrze mogliby gonić wiatr! Ba, Krzyżacy zdobywają obóz litewski i tatarski i wracają wolno i nieładzie pijani tryumfem, pewni że bitwa jest wygrana. Tylko na zdrowy rozum: jakie łupy można zdobyć w obozie tatarskim? Czy litewskim? Stos parszywych, zawszonych kożuchów? Potłuczone, glinie garnki? Połamane strzały? Wszystko, co cenne Tatarzy mieli przy sobie, na swoich koniach. Nieraz Tatarzy pozwalali wrogom zdobywać swój obóz. By złowić rybę, trzeba przynęty. Tatarów interesował jedynie obóz przeciwników: tam były łupy, tam były drogie rzeczy, tam byli jeńcy, za których wezmą cenny wykup, albo sprzedadzą jako niewolników!

    Krzyżacy byli najbardziej zdyscyplinowaną ówczesną armią w Europie. Podobno. Ale nadal to była armia rycerska, ze wszelkimi wadami. Po drugiej stronie mieli innego kalibru przeciwnika. Pod Grunwaldem wojska polskie miały przewagę liczebną, ale w kluczowej broni: w wojskach pancernych, to jest w ciężkiej kawalerii przewaga była po stronie niemieckiej. Ucieczka Litwinów i Tatarów zniwelowała te przewagę. Krzyżackie prawe skrzydło rozpadło się, nie wróciło do boju jako zorganizowana siła bojowa. Krzyżacy wracali wolno i w rozproszeni, w nieładzie, w dodatku przez gęsty las. Nasze, współczesne lasy to plantacje drzew, w XV wieku las to pradawny bór. Dla ciężkiej kawalerii najgorsze z miejsc do walki. Jagiełło to wódz sprytny i przezorny. Z pozostałych wojsk litewskich i części odwodu polskiego zorganizował silną grupę bojową, tu wystarczą piesi wojownicy, którą czekała na wracających, rozproszonych Krzyżaków i likwidowała, jedne grupy po drugich. W gęstwinie leśnej, w krzakach, piechur pokona pancernego rycerza! Jeszcze lepiej, we dwóch, trzech. Krzyżacy rycerze walczą, ale o przeżycie, teraz to oni są zwierzyną, na która polują. Z całego skrzydła armii krzyżackiej w dalszym boju z głównymi siłami polskimi wezmą nieliczne chorągwie i poczty rycerskie. Zachował się list krzyżackiego kapitana, czyli dowódcy jednostki wojsk najemnych spod Grunwaldu pisany dwadzieścia, trzydzieści lat później. Współcześnie to jak pułkownik, lub wysokiej rangi oficer. Krzyżacki kapitan pisze z goryczą, że krzyżackie dowództwo dało oszukać fałszywej ucieczce Litwinów i doprowadziło do klęski Zakonu. Nawet po wielu latach czuć gorycz i złość. Przecież Krzyżacy znali Litwinów i ich taktykę, ich podstępy. A dali się oszukać. Jak dzieci.

   Spójrzmy: jak obecnie przedstawia się sytuacja z punktu widzenia niemieckiego. Krzyżackie prawe skrzydło przestało istnieć. Lewy skraj obchodzą Polacy, wykonując ruch okrążający. Atak na przeciwne skrzydło Polaków został odparty. Chorągwie krzyżackie są zmęczone walką, poniosły ciężkie straty i są zniechęcone. Krzyżackiej armii grozi oskrzydlenie, a Polacy postępują naprzód,  Bitwa jest przegrana.

   Co zrobi wielki mistrz zakonu Ulryk von Jungingen? Stoi na czele krzyżackich odwodów. Szesnaście pancernych chorągwi, potężna masa koni i ludzi okutych w pancerze. Już nie raz taka siła odmieniała losy bitew. Odkryte skrzydło wojsk polskich ciągnie niby magnes. Mimo błagań komturów, przytomnie oceniających sytuacje, wielki mistrz rusza do ataku na czele chorągwi odwodu zgarniając po drodze resztki chorągwi prawego skrzydła. Największy błąd Urlyka von Jungingen? O żadnym błędzie, czy króla, czy zwykłego człowieka nie można powiedzieć, że był największy póki on żyje. Po jednym błędzie, mimo zarzekań i obietnic poprawy… przychodzą następne, jeszcze większe. Są za to błędy ostatnie. Mając do wyboru: przyznać się do porażki i ocalić chociaż część armii, wielki mistrz stawia wszystko na jedną kartę. Jak przegrywający hazardzista w kasynie, który spłukawszy się do cna, zastawia wszystko co ma, by się odegrać. I rzecz jasna przegrywa. Ludzka rzecz. Podobnie wielki mistrz zamienia przegraną bitwę w klęskę wojsk zakonu. Jego atak uderza dokładnie tam, gdzie był spodziewany. Ostatni człon armii krzyżackiej wpada w pułapkę. Uderzenie odwodu zakonu zostaje zatrzymane przez polskie chorągwie, a krzyżackie chorągwie otoczone.

    Powracające chorągwie litewskie i tatarskie domykają pierścienia okrążenia. Doskonały timing, czyli wyczucie czasu. Jedne co zyskał wielki mistrz to to, że zamiast jednego pierścienia okrążenia, w którym zamknięte są resztki potężnego lewego skrzydła wojsk zakonnych, są dwa. Drugie zacisnęło się wokół odwodów i samego wielkiego mistrza. Gdyby Litwini nie wrócili, Polacy i tak by wygrali. Ale powrót Litwinów pozwolił zamknąć w matni większa liczbę krzyżackich chorągwi. Z ostatnim atakiem wiąże się sławny incydent, gdy jeden z rycerzy odłącza się od chorągwi chełmińskiej i atakuje mały poczet rycerz stojący na wzgórzu. Krzyżacki rycerz ginie błyskawicznie, a chełmińska chorągiew omija małą liczbę jeźdźców podążając za wielkim mistrzem i ani wiedząc, że zaprzepaściła właśnie jedyną szansę już nie wygrania bitwy, ale ocalenia.

   To również skutek nauk mongolskich. Król Polski Władysław Jagiełło dowodził ze wzgórza, nie mieszając się do walki, w zwykłej zbroi niewyróżnianej się od innych, w otoczeniu małego pocztu rycerzy ochrony i gońców do roznoszenia rozkazów. Od wykrzykiwania rozkazów Władysław aż ochrypł i stracił głos; także nazajutrz tak mówił, że z trudem dało się go zrozumieć i to z bliska, ale ani myślał ruszyć do ataku jak zwyczajny rycerz. Przeciwnie wielki mistrz zakonu Ulryk von Jungingen, który sam walczył i zginął. Ale zginął na końcu bitwy, co nieco go usprawiedliwia. Cześć wojsk krzyżackich schroniła się w obozie, lecz nie uszli niewoli, bowiem obóz został zdobyty szturmem przez polską piechtę i ciężką kawalerię jeszcze tego samego dnia przed wieczorem. Niemały wyczyn, obóz był silnie umocniony. Masy lekkiej kawalerii ścigały uciekających żołnierzy krzyżackich aż do nocy. „Chociaż jestem przekonany, że jest rzeczą trudną dokładnie obliczyć, ilu spośród wrogów zginęło, jednak droga na przestrzeni kilku mil byłą usiana trupami, ziemia nasiąkła krwią zabitych, a powietrze wypełniały wołania umierających i jęczących.” – pisze Jan Długosz (1415 - 1480), nasz najlepszy kronikopisarz. Ojciec Długosza walczył w bitwie pod Grunwaldem. Jan Długosz, urodzony w pięć lat po bitwie, od dzieciństwa słyszał opowieści i wspomnienia od uczestników tej bitwy. Można by go uznać prawie za naocznego świadka i mu wierzyć. Prawie we wszystkim, bowiem Jan Długosz był kanonikiem krakowskim, dyplomatą, wychowawcą synów Kazimierza Jagiellończyka, a wnuków Władysława Jagiełły, wytrawnym politykiem i wiernym sługą dynastii jagiellońskiej. Jan Długosz po prostu nie pisze wszystkiego, co wie.

    Bitwa pod Grunwaldem to były średniowieczne Kanny. Armia polsko – litewska pobiła, otoczyła i z niszczyła prawie całą, jakże groźną, armię krzyżacką. Kluczowym elementem była tu fałszywa ucieczka Litwinów i Tatarów. Nie wiadomo, kto wpadł na ten pomysł. Podejrzewałbym Wielkiego Księcia Witolda, który miał upodobanie do podstępów i zdrad. Ale odpowiedzialność i cała zasługa spoczywa na królu Władysławie II Jagielle. To dzień jego tryumfu. Władysław II Jagiełło dowodził błyskotliwie i skutecznie. Warto także docenić postawę wojsk polskich, na które składało się główne pospolite ruszenie. Późnej tak skompromitowanie i wyśmiewane. O ucieczce wiedzieli główni dowódcy, może do stopnia dowódcy chorągwi. Zwykli rycerze, czy żołnierze nic nie wiedzieli, a przecież stali nieporuszeni jak mur. Tak wielki był ich gniew i zawziętość na teutońskiego wroga. Z mniej karnym wojskiem udawana ucieczka łatwo zamieć się może w prawdziwą.

    Największym błędem wielkiego mistrza zakonu Ulryka von Jungingen było lekceważenie polskich wojsk, a przecenianie niemieckich. Typowy błąd tych wodzów, co przegrywają Przebija przez niego zwyczajna niemiecka pycha i arogancja. Znana nam aż za dobrze. Oddajmy głos Janowi Długoszowi: „Znaleziono zaś w wojsku krzyżackim [po zdobyciu obozu] kilka ciężkich wozów wyładowanych pętami i kajdanami, które Krzyżacy przywieźli do wiązania jeńców polskich, obiecując sobie pewne zwycięstwo… za słusznym wyrokiem Bożym, który stał ich pychę, Polacy zakuwali ich w te pęta i kajdany… panów zakuwano w ich własne, przygotowane przez nich pęta i łańcuchy.” Tu wychodzi niemiecka dusza. Taka sama w wieku piętnastym, czy dwudziestym. Czy w dwudziestym pierwszym jest inaczej? To samo mamy przecież i dzisiaj tylko w łagodniejszej formie. Polskie wojska miały przewagę nie tylko ilościową, ale jakościową. Pod Grunwaldem polskie rycerstwo zdało egzamin odwagi i wyszkolenia, poświecenia i karności. Najwyższe umiejętności dowódcze wykazał ich wódz, król Polski, Władysław II Jagiełło. To ich wspólne wspaniałe zwycięstwo. Jakże nowoczesne. Lecz to, co było potem, po bitwie, to już inna historia. Tak jak jęki pobitych, rannych i umierających, tak Niemców, Polaków, czy Litwinów, gasnących zwolna w gęstym, zimnym deszczu. Póki nie zapadła cisza.

 

  Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:3)