O przyjaciołach i sojusznikach

Obrazek użytkownika Bielinski
Humor i satyra

Za nami kolejny ciekawy tydzień. Nuda ma wiele wad i jedną, lecz wielką zaletę, że jest… nudna. Dla osób piszących nuda to wielka wada, bo o czym tu pisać, lecz w życiu nuda to zaleta. Aczkolwiek niby wszyscy tak tej nudy nie cierpią. Nawet rytualne narzekanie na nudę bywa wielce przyjemne. Jak po sytym obiedzie siedzi sobie człowiek w fotelu i w duchu narzeka: ale się objadłem, nie powinienem, ale znów zjadłem za wiele. Zawiniłem, ale było takie dobre jedzenie. I zupa dobra i świetne drugie danie. No i ten boski, słodki deser… Zgrzeszyłem obżarstwem, lecz więcej tego nie uczynnię, zaczynam nowe, lepsze życie, nowa dietę; kupię karnet na siłownie i będę chodził tam co najmniej dwa razy w tygodniu; będę biegał, jeździł na rowerze do i z pracy, rankiem popędzę na basen. Ale nie dziś. Jutro. Zacznę od jutra. I tak mu błogo z tej sytości i z tego narzekania i od tych postanowień zmiany… i już się czuje  zmęczony tym bieganiem, rowerem i pływaniem, i tym swoim nowym, lepszym ja, i tym swoim wyrazistym sześciopakiem na brzuchu. że zasypia snem sprawiedliwego.

   Ale to nam nie grozi, owo słodkie lenistwo i nuda miła i wygodna jak rozdeptane kapcie. W zeszłym tygodniu miała miejsce w naszej stolicy wiekopomna konferencja, a raczej miała być wiekopomna konferencja poświęcona… Właściwie nawet nie wiadomo, czego tyczyła się ta konferencja. Skoro nie znany jest temat konferencji, jej cel, to co mówić dalej? Oficjalnie celem konferencji miało być ustanowienie, a przynajmniej przybliżenie pokoju na Bliskim Wschodzie. Nieoficjalnie celem konferencji w Warszawie miałoby być zawiązanie nowej koalicji przeciwko Iranowi, uprzedzającej uderzenie na ten kraj. Tak przynajmniej głosiły władze Iranu i miały powody do obaw. Na szczęście dla Iranu nic z tego nie wyszło. Konferencja Bliskowschodnia w Warszawie ani na milimetr nie przybliżyła pokoju, ani wojny na Bliskim Wschodzie. Podobnie jak setki innych konferencji organizowanych w różnych krajach w tym samym zbożnym celu. Dyplomaci z różnych krajów zjechali się na wielka rytualną nasiadówę, pojedli, popili, podrzemali w fotelach konferencyjnych, udając, że słuchają wystąpień, przemówień ważnych oficjeli. Dyplomaci to zazwyczaj inteligentni ludzie, choć nie zawsze, jak się okazuje; doskonale wiedzą, że szkoda tracić czas na słuchanie kolejnych wspaniałych pomysłów na rozwiązanie problemu kwadratury koła. Lepiej się przespać lub podumać o niebieskich migdałach. Po czym rozjechali się do swoich krajów w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Kolejna konferencja o pokoju na Bliskim Wschodzie odfajkowana.

   Atoli ta konferencja była ciekawa przez wątki poboczne, czyli nasze, polskie. Polska przecież nie leży na Bliskim wschodzie i ma się nijak do konfliktu izraelsko – palestyńskiego, czy wrogości Izrael – Iran, a przecież to Polska stała się głównym tematem konferencji, przynajmniej w polskich, polskojęzycznych mediach. W sumie to zabawne. Amerykanie wymyślili, że zorganizują konferencję o sprawach Bliskiego Wschodu w Warszawie. Nie wiadomo w jakim celu: czy przeciwko Iranowi, czy za pokojem, ale zorganizują, i to nagle, całkiem znienacka i to w Warszawie. Może to Żydzi z Izraela to wymyślili, tę konferencję? Mniejsza kto wpadł na ten pomysł, ale to Amerykanie zadzwonili do naszego rządu i zawiadomili ich, że będą gospodarzami bardzo ważnej konferencji. Jak było dokładnie nie wiem, ale łatwo się domyślić, że nasz rząd gładko podchwycił temat. Jakże by inaczej: ważna konferencja bliskowschodnia w stolicy naszego kraju: co za nobilitacja, awans do wyższej ligi, a jeszcze gdy Amerykanie wspomnieli o forcie Trump to resztki lodów poszły. Nasz „niezależny” rząd z entuzjazmem podchwycił ideę organizowania konferencji w Warszawie. Wszyscy chcieli dobrze, wszyscy poza wrażym rządem Iranu, a wyszło, jak wyszło.

   Niewiele rzeczy tak podnieca naszych polityków jak ów mityczny fort Trump, czyli stała baza wojsk amerykańskich w Polsce. Fortu nie ma, nawet w planach, a już ma swoja nazwę i żyje swoim życiem. Jakim życiem… Nazwanie pozagrobowym nie pasuje, fort Trump żyje swoim przed-narodzinowym życiem. Tak jest poprawniej. Z drugiej strony to wyższy stopień abstrakcji przejść od wychwalania życia pozagrobowego do kontemplacji życia przednarodzinowego. I to naszych rządzących cieszy niepomiernie. Co prawda takie rozważania pasują bardziej do buddyzmu, do wędrówki dusz, reinkarnacji, do osiągnięcia całkowitego oświecenia, czyli oczyszczenia karmy, cokolwiek to oznacza, niż do chrześcijaństwa i katolicyzmu, które oficjalnie głoszą nasze władze, no ale nie takie rzeczy zdarzają się na tym świecie. Jeden mówi: aaaa, drugi słyszy beeee, a inny iiiiispier… Porzućmy metafizykę buddyjską na rzecz świata bardziej realnego czyli wirtualnego, tak więc wirtualny fort Trump niezmiernie cieszy naszych włodarzy. Nie ma go, a już jakże cieszy! Co będzie, jeśli się pojawi? Strach się bać.

   Nasz minister obrony narodowej w zeszłym tygodniu zakupił od Amerykanów za potężne pieniądze z dziesięć baterii rakiet średniego zasięgu, co wprawiło go w szampański humor i powiększyło kolekcje plastikowych zabawek w stylu militarnym na kominku. Te dziesięć baterii i ze czterdzieści rakiet wystarczyłoby, gdyby na nasz kraj chciała napaść na przykład Andora. Albo księstwo Lichtenstein żywiło wobec nas wrogie zamiary… Tak, te dziesięć baterii rakiet  utemperowałoby ich wrogie plany. Ale nie graniczymy z Andorą, czy z księstwem Lichtenstein, ani żadne z tych państewek za przeproszeniem nie planuje nas zaatakować, o ile wiem. Każdego cieszy coś innego, nic tak nie podnieca statystów z partii rządzącej jak mityczny fort Trump. Amerykanie, gdy zadzwonili do naszego ministra sprawa zagranicznych, by powiedzieć mu, że organizuje konferencję bliskowschodnią w Warszawie, na pewno wspomnieli o forcie Trump.

   Z fortem Trump jest jak z duchami. Wszyscy o nim piszą, a nikt go nie widział. Nasi włodarza chcieliby fort Trump z siłą korpusu, jakieś dwie, trzy dywizje, z dużą ilością broni ciężkiej. Atoli nie pogardzili byt nawet jedną dywizją, najlepiej pancerną. Amerykanie przebąkują co najwyżej o brygadzie, jedna trzecia dywizji, a i to tylko, gdy czegoś pilnie chcą, jak na przykład zorganizowania konferencji pokojowej w ich interesie. Jacyś Amerykańskie wojska chyba są w naszym kraju, albo bywają. Wiadomo o tym po wypadkach drogowych. Wydawało by się, że Amerykanie od dziecka obeznani z samochodami są dobrymi kierowcami. Nawet tego nie umieją. Co raz słychać, że amerykański pojazd wpadł do rowu,  albo utknął pod przejazdem. Skasował cywilny, polski samochód, lub kilka, bowiem woskowe pojazdy są duże i ciężkie, często opancerzone. Czasem, że amerykanie pobili się w jakieś knajpie z naszymi. O gwałtach,  kradzieżach, czy morderstwach na razie jakoś nie słychać, a są to częste przypadki amerykańskich usa-menów poza granicami. Nawet jakby się coś takiego zdarzyło, będzie cicho sza, bo to przecież sojusznicy, poza tym nasz rząd godził się na to, żeby sądziły ich tylko amerykańskie sądy. Nasz wymiar sprawiedliwości nic amerykańskim żołnierz zrobić nie może, cokolwiek by nie uczynili. Nasze władze chwalą się głośno tym, ze bywa u nas rotacyjnie, czyli czasami, amerykański batalion. Batalion nie brzmi groźnie. Prawdę mówiąc, batalion to tyle co nic, ukuto więc nową nazwę: Batalionowa Grupa Bojowa.

   Tak brzmi już lepiej, prawda? Batalionowa Grupa Bojowa brzmi o wiele lepiej niż batalion, nawet Amerykanów. BGB w skrócie. Jeszcze lepiej: Batalionowa Grupa Bojowa Amerykańskich SuperMenów, czyli BGBASM. Na pewno Rosjanie trzęsą się ze strachu, jak osiki, gdy słyszą o Batalionowej Grupie Bojowej amerykańskich wojsk stacjonujących rotacyjnie w Polsce. A jakby wprowadzono BGBASM to ci nieszczęśni ruscy wojacy powariowaliby do szczętu z rozpaczy. Rzuciliby to wszystko, porzucili cały ten obwód kaliningradzki i uciekliby aż do Moskwy. Albo i uciekaliby dalej i nie ustaliby, aż dotarliby nad Ob, czy Jenisej, i dopiero tam w głębi syberyjskiej tajgi poczuliby się bezpieczni i chronieni przed straszliwa Batalionową Grupa Bojowa Amerykańskich SuperMenów. Taka grupa bojowa złożona z Supermena – nadczłowieka (niem. Übermensch) człowieka – pająka, człowieka – mrówki, człowieka - budki telefoniczne, tego gościa z okrągła tarczą - kapitan Ameryka, jeszcze kobieta kot, człowiek – chomik, człowiek – debil, diabeł z dna piekieł i inni super hiper amerykańscy bohaterowie w przerwie między jedną a druga ciętą ripostą dadzą radę nie tylko całej potencji rosyjskiej, ale również armii wściekłych, krwiożerczych mutantów, Marsjan – zombie.

   Nic dziwnego, iż w obliczu takie ofiary naszego sojusznika zza wielkiej wody nasz rząd bez słowa sprzeciwu zgodził się na organizację w Warszawie Bliskowschodniej Konferencji Pokojowej, czy wojennej, zależnie jak kto mówi. I głośno się chwalili, jaki to nas zaszczyt spotkał, że awansowaliśmy do pierwszej ligi państw, ba. Co poniektórzy w randze  ministra już przebąkiwali, ze jesteśmy już mocarstwem. Prawie mocarstwem. Mocarstwem in spe. Potem poszło już z górki. Dyplomaci przyjechali, nażarli się, napili, nagadali i pojechali. Problem pokoju na Bliskim Wschodzie? Tak samo bliski rozwiązania przed konferencją warszawska, jak po. Wszystko byłoby zatem tak, jak się tego można było spodziewać, gdyby nam, gospodarzom, przy okazji w podzięce za gościnę nie napluto w twarz. Kto? Ci, którzy mogli, czyli rząd usa w osobie wiceprezydenta, drugiej osoby w państwie, oraz premiera Izraela. Trzeba przyznać, iż byle komu nie pozwalamy sobie pluć w twarz, duma w rządzących rośnie i pewność siebie, być może to skutek owego sławetnego powstania z kolan. Splunęli nam w twarz tylko uprawnieni: Obywatele z najwspanialszego kraju na ziemi i premier Izraela, reprezentujący najwyższą ludzką rasę.

   Jakby się zastanowić, to był prztyczek. Mogło być znacznie gorzej. Wiceprezydent usa powiedział: „Zachęcam moich polskich kolegów, by wprowadzili prawo, które pozwala na zwrot majątków tym, którzy je stracili podczas Holokaustu ”. Chodzi o mienie po zamordowanych Żydach przez Niemców w czasie II wojny światowej, tzw. mienie bez spadkowe, czyli mienie, np. nieruchomości po które nie zgłosił się żaden spadkobierca bo wszyscy zostali zabici, albo życzący spadkobiercy uciekli. Prawdę mówią, jeśli zaraz po wojnie spadkobiercy żyli i się zgłaszali po majątek po rodzicach, czy dziadkach, to tego majątku i tak nie dostawali, gdyż od 1944 roku w Polsce rządził reżim komunistyczny narzucony nam przez Związek Sowiecki, przy pełnej zgodzie i aprobacie rządu USA, wyrażonej w umowach zawartych w Jałcie i Poczdamie w 1945 roku. Zatem te pretensje wiceprezydent usa mógłby kierować do własnego rządu, ale wolał do polskiego. Wiceprezydent usa działa zgodnie ze sławną ustawą 447, zgodnie z którą administracja, rząd usa ma wspierać zwrot, restytucję mienia pożydowskiego przejętego w czasach Holocaustu lub w czasach rządów komunistycznych. Ustawa 447 usa dotyczy krajów Europy wschodniej, czy środkowej.

   Nasi statyści, pseudo spece od polityki, zapewniali publicznie, że to ustawa 447 jest bez znaczenia. Czysta formalność. A nawet jeśli coś będzie się działo, to nas to nie dotyczy, lecz tych co kolaborowali z Niemcami podczas wojny,  zaś my mamy takie świetne sojusznicze stosunki z usa. I proszę, przy ;pierwszej okazji wiceprezydent usa wali na konferencji prasowej prosto z mostu:” Doceniamy wagę rozwiązywania (przez Polskę) nierozstrzygniętych kwestii z przeszłości i wzywam/namawiam moich polskich kolegów, aby poczynili postępy w zakresie kompleksowego ustawodawstwa dotyczącego restytucji mienia prywatnego dla osób, które utraciły nieruchomości w dobie Holocaustu”. Kilka dni później ambasadorka usa o wyglądzie burdelmamy z taniego burdelu w Puerto Rico, czy Atlanty potwierdziła te żądania wywiadzie, i na pewno również w rozmowach dyplomatycznych. Żarty się skończyły.

   Komu mamy zwrócić ten majątek pożydowski? Organizacjom żydowskim, oczywiście z ameryki. Są organizacje żydowskie i w Brazylii, i w Australii, i w wielu innych miejscach. Lecz nie. Mamy zapłacić żydom amerykańskim. I Żydom i Ameryce jednocześnie. Amerykanie od razu chcą zwrot kosztów za fort Trump. Fortu nie ma, nie wiadomo, czy będzie, ale już z góry trzeba płacić. Nie ma litości. Jak chcesz byś sojusznikiem najwspanialszego kraju na  świecie musisz płacić. Oliwy do ognia dolał premier najwyższej ludzkiej rasy, który na konferencji prasowej dla swoich dziennikarzy stwierdził, że Polacy kolaborowali z nazistami i mordowali Żydów, i mogą mu oni, czyli Polacy, mogą mu naskoczyć. Może nie tymi słowami, ale taki był sens wypowiedzi premiera od lepszych ludzi. Potem wyskoczył mister spraw zagranicznych narodu wybranego niejaki Katz, ciekawe nazwisko, i tenże Kac raczył nam uświadomić, iż Polacy antysemityzm wysysają z mlekiem matki. I wszytko utworzyło zgrabną całość. Polacy to kanalie, mordercy, kolaborowali z Niemcami, przepraszam, kolaborowali z Nazistami – Niemcy to jak wiadomo druga ofiara Nazistów, zaraz o Żydach – Polacy wymordowali Żydów, zrabowali ich mienie, więc muszą płacić organizacjom żydowskim w ameryce. Potomkowie morderców nie mogą korzystać i tuczyć się na majątku zrabowanego niewinnym żydowskim ofiarom holokaustu. Tak się przywraca fundamentalna sprawiedliwość. Ład na Ziemie, ba, harmonię we wszechświecie.

   Tylko, skoro ci Polacy tacy najgorsi to czemu nam wmusili ową konferencję, przyjechali i debatowali z zapałem o przywróceniu harmonii, czyli pokoju na Bliskim Wschodzie? Ile to mogło kosztować, owa konferencja bliskowschodnia? Wiele delegacji, tłumy dyplomatów, najlepsze hotele, najlepsze i najdroższe żarcie i napitki, gigantyczne koszty ochrony: tysiące policjantów, tajniaków, ochroniarzy. Centrum Warszawy  zablokowane na kilka dni. Kwot nie podano, ale myślę, że jakieś 40, 50 mln Euro. Co tam! Warto się nawet zastawić, aby przyjąć  godnie takich gości. Pieniądze się nie liczą, jeśli mamy zasłużyć na wdzięczność naszych najważniejszych i najlepszych sojuszników. No i dostaliśmy to, za co zapłaciliśmy. Wszyscy mamy kaca, jak po podłej imprezie. To znaczy my mamy kaca. Amerykanie i Żydzi czują się doskonale, jak zawsze. Ich żaden kac, czy Katz, się nie ima.

   Ci lepsi, te wyższe rasy widać tak mają. Żydzi to najwyższa rasa, amerykanie też nie gorsi, Bóg przecież kocha amerykę. Owo wspólne poczucie wyższości ponad tłum pospolitych nacji spaja czuły sojusz tych dwóch krajów i narodów. Izrael to jedyny kraj, którego usa nie zdradzi. Przychodzą ci lepsi w gości, piją, żrą na cudzy koszt, a potem spuszczają spodnie i defekują wprost na dywanie pośrodku salonu. Dlaczego? Bo im się zachciało. No i im wolno. A gospodarz… cóż? Opowiada o tym, jak zacieśnia się sojusz z najwspanialszym krajem na ziemi, i że ten sojusz już jest tak ścisły i tak silny, iż już nawet szpilki się nie wciśnie. Że to nie wypróżnienie, ale dowód naszych przyjacielskich stosunków i szacunku jakim nas darzy nasz sojusznik. Że to nie kupa ale… drogocenny dar naszego sojusznika, właściwy, odpowiedni prezent od najwspanialszego narodu na ziemi. Że wcale nie śmierdzi, ale pachnie, cudne to wonie z aromatem fiołków i nasturcji. Słowem: jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej.

   Cóż, można i tak. Skoro amerykański rząd nie może ścierpieć, że nieruchomości po wymordowanych przez  Niemców Żydach przejął polski rząd, że burzy to ich elementarne poczucie sprawiedliwości, to może by tak zaczęli od siebie? Oddaliby na przykład ziemię potomkom wymordowanych przez siebie Indian? Z tysięcy plemion, które jeszcze trzysta, dwieście lat temu przemierzały wielkie równiny zostały nieliczne. Zamknięci w rezerwatach, gdzieś na odludziu, żyją w nędzy, marazmie i pijaństwie. A przecie to do nich należy Ameryka! Poszukujący sprawiedliwości – idźmy dalej! W latach 1846-1848 usa pokonały w wojnie Meksyk i zabrały mu ponad połowę terytorium. Cały południowo-zachodni pas usa: od Teksasu po Kalifornię to terytorium Meksyku zrabowane i oderwane przez usa.  Przejąwszy te ziemie amerykanie uznali, że to ziemia  niczyja, czyli ich, a poprzednie akty własności sięgające często XVI wieku wyrzucili do kosza. Na zrabowanej ziemi zbudowali swoja potęgę, tam powstały takie miasta jak: Austin, Las Vegas, Los Angeles, czy San Francisco. USA dokonały rozbioru Meksyku, jak Rosja Pierwszej Rzeczypospolitej. I Rosja i USA mogła i chciała to uczynić. Oba te państwa niczym się od siebie nie różnią. Meksyk ocalał, bowiem Amerykanie wzięli, co chcieli, a resztę zostawili. Rosja była znacznie bardziej żarłoczna, byli i inni chętni: Prusy i Austria. Rzeczpospolita przestała istnieć. Proces był ten sam z Polską i Meksykiem. No, ale u nas usa ma o wiele lepszą prasę niż Rosja. Przeciwnie w Meksyku, czy dalej na południe. Tak powszechny w krajach latynoskich antyamerykanizm, wręcz antyamerykańska obsesja ma swoje racjonalne podstawy. Jak u nas niechęć do Rosji, czy Niemiec. Ale to temat obszerny, nie na dziś. Czy zatem rząd usa nie powinien zacząć spłacania długów od siebie, i od poszkodowanych przez siebie? Jeśli amerykancy tak szukają sprawiedliwości, naprawdę, nie muszą długo ani daleko, w odległej Polsce szukać okazji do przywracania harmonii i sprawiedliwości.

   Konferencja się skończyła. Nasz premier się obraził i nie pojechał na drugą konferencję do Izraela. Jedyna korzyść. Nasi domagają się głośno przeprosin, a za kulisami pewnie szukają sposobności by przerosić lepszych za to, że oni nas na nie przeprosili. Przecież sojusz z usa mus trwać i się umacniać. Już się gubię w tych przeprosinach, kto kogo, za co ma przeprosić. Jedno jest pewne: my nie zasługujemy na żądane przeprosiny, to my mamy przepraszać, również, a zwłaszcza za innych. W końcu po to jest chłopiec do bicia, żeby brał po pysku za cudze winy. No, ale wreszcie mamy sojuszników! To też coś warte.

   Nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre. Ostatnio dowiedziałem się, że Amerykanie chcą wzmocni swoją obecność w naszym kraju i nasze bezpieczeństwo. W tym celu planują wysłać dwu, a nawet trzy gwiazdkowego generała z dużym sztabem. W Indiach angielski oficer – dżentelmen dowodził tłumami Sipajów, czy Ghurków, teraz dwugwiazdkowy amerykański generał będzie dowodził armią Polacks (Polaczków). Piękna myśl. I naprawdę wielkie wsparcie dla naszego bezpieczeństwa. Tego nam było brak: prawdziwego, amerykańskiego generała z dwiema, czy trzema gwiazdkami na pagonach. Proponuję krok dalej w tym kierunku. Żeby prócz dwu, trzygwiazdkowego generała, ameryka przysłała nam jeszcze generalicę, to jest kobietę w stopniu generała, przynajmniej jednogwiazdkową, kolor nieważny, czy biała, żółta, czarna czy sina. Wówczas, w otoczeniu sztabu, na podwyższeniu, pod lustrami, na wielkim, wodnym łożu, amerykański generał z amerykańską generalicją będzie się parzył i płodził małe generalątka. Potem amerykański generał trzygwiazdkowy, jako ten rasowy byk, opatrzony medalami buhaj rozpłodowy, zapłodni resztę kobiet ze sztabu, zacznie od kobiet – oficerów, potem kobiet – podoficerów, wreszcie przejdzie do mężczyzn, też zaczynając od najwyższych szarż. Generalątka będą wyskakiwać jak z maszyny: jedno, drugie, dziesiąte… Za samą transmisję w Internecie, czy sprzedaż filmów ze scenami rozmnażania można by zebrać fundusz na kilka czołgów, albo co najmniej jedną rakietę, czy rakietkę, lubo inną tankietkę.

   Ale się wzmocnimy militarnie! I politycznie! Będziemy wówczas spokojni i bezpieczni. Staniemy się wreszcie mocarstwem. Będzie nam jak w raju pod wodzą amerykańskiego dwu, trzy gwiazdkowego generała, i amerykańskiej generalicy, i ich potomstwa, roju generalątek mnogich płci, i mnogiej rasy. Nikt nas już nie pokona. Nikt nam nie zagrozi. Wówczas… Czy nie było by słuszne i sprawiedliwe, żebyśmy zapłacili amerykańskim Żydom, ile tylko zechcą, i z jakiego to bądź powodu? Zaprawdę, taka pomoc i taka ochrona warta jest każdej ceny.

 

 Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
Brak głosów