Nowy Jedwabny Szlak

Obrazek użytkownika Bielinski
Świat

Oto mamy nowy problem, epidemię koronawirusa o fachowej nazwie COVID-19. Czy to jest epidemia, czy już pandemia? Różnie gadają. Zgodnie z definicją pandemia to epidemia choroby zakaźnej występująca jednocześnie na dużym obszarze, na kilku kontynentach. Epidemia zaś to występowania choroby zlokalizowanej do określonego obszaru i czasu. Warto kłócić się o słowa, czy o przyrostki: epi-, czy pan? Choroby wywołane przez koronawirusa COVID-19 zarejestrowano w Azji, głownie w Chinach, ale też w Ameryce Północnej i Południowej, w Europie, w Afryce, a nawet w Australii, ale łącznie to tylko mniej niż 0.5 % zarażonych. Ponad 99.5 % przypada na Chiny; na szczęście dla nas nadal to chińska epidemia. Oto czynniki sprzyjające rozwojowi pandemii (za Wikipedią): 1) niska śmiertelność, 2) wysoka zaraźliwość, 3) długi okres utajenia, czyli okres bezobjawowy i 4) brak naturalnej odporności – bakteria, czy wirus nie występujący nigdy przedtem, lub bardzo dawno temu. Łatwo stwierdzić, że koronowairus COVID-19 idealnie spełnia te warunki, gdyż: 1) śmiertelność rzędu 2, 3 %, mniej więcej jak u grypy, 2) wysoka zaraźliwość, podobnie jak u grypy, 3) długi okres utajnienia około 14 dni, i wreszcie: 4) to całkiem nowy wirus. Najbardziej niepokojące jest to, że wirus COVID-19 to całkiem nowy przybysz, nie jest to wirus grypy, do którego nasze organizmy zdążyły się przyzwyczaić w przeciągu długich setek, czy tysięcy lat kohabitacji ludzi i wirusów grypy z jego licznymi mutacjami.

    Pisząc o koronawirusie COVID-19 podaje się, że śmiertelność jest rzędu 2 %. Problem w tym, że to tylko szacunek oparty na zapewne zafałszowanych danych. pochodzących od rządu Chińskiej Republiki Ludowej. A tak naprawdę dane te pochodzą od władz Komunistycznej Partii Chin, która to partia, a dokładnie kilku notabli z samej wierchuszki od 70 lat żelazną ręka rządzi Chinami. Rządząca ekipa się zmienia, żelazny uścisk nie. Ciekawa zbieżność dat: 1 października 1949 roku Mao Tsetung – pierwszy cesarz z czerwonej dynastii – proklamuje powstanie Chińskiej Republiki Ludowej, a w 70 lat później, gdzieś w grudniu, a może listopadzie 2019 wybuchła epidemia koronawirusa w prowincji Hubei, w środkowej prowincji czerwonego Państwa Środka. Oto prezent na 70-tą rocznicę światłych rządów partii żółtych i skośnookich robotników i chłopów. Czyż to nie interesująca czasowo i geograficznie koincydencja? Ale podobno przypadki się nie zdarzają, przynajmniej na taką skale.

    Ile ludzi umarło na te zarazę? Oficjalne dane z 16 lutego 2020, rano: zmarłych 1669, z czego 1579 z prowincji Hubei. Tylko czterech zmarło poza Chinami, są to chińscy turyści, którzy zmarli na wycieczce, poza granicami Chin. Ponad 69 tys. zarażonych. Na jedną chińską prowincję Hubei, centrum epidemii, przypada 95,6 % zgonów, czyli 19 na 20! Ile naprawdę ludzi umarło? Tego, myślę, nie wie nikt. Nawet władze chińskie, które kłamią, i fałszują statystyki ilości zarażonych i umarłych, co jest pewne. Na początku lutego na stronie internetowej jednej z chińskich firm zajmującej się biznesem sanitarnym, w tym również krematoriami, pokazały się dane: 24.5 tys. zmarłych i 90 tys. zrażonych. Po kilku minutach dane zmieniono na oficjalne, wówczas podawano liczbę 300 zmarłych. Była to niewątpliwie pomyłka, lecz jakiej natury? Czy ktoś wpisał błędne dane? Czy tez przez pomyłkę ktoś ujawnił dane prawdziwe? Jeśli ktoś ujawnił prawdziwe dane, oznacza to, że ilość zmarłych była 80 razy wyższa niż podawana oficjalnie. Potwierdzają to inne fakty. Jak wypowiedz anonimowej lekarki z Wuhan stolicy prowincji Hubei, która w tym samym czasie szacowała ilość zarażanych na około 90 tys. Podobnie skok ilości zmarłych w oficjalnych statystykach sprzed dwóch dni, może wynikać z „urealnienia” statystyki. Władze chińskie uznały, że zmarłych jest taki wielu, że nie utrzyma się kłamstwo, iż dzienne na zarazę umiera jakieś stu ludzi.

    Skoro władze chińskie kłamią, gdzie szukać prawdy o epidemii? Jest to trudne, ale możliwe. Jeśli ktoś myśli o Hong Kongu, byłej brytyjskiej kolonii, z tradycjami wolnych mediów, to od razu podam, że media w Hong Kongu zostały zwalcowane przez chińskie władze i są równie „wolne” i „niezależne” jak media w Pekinie, czy Szanghaju. Ale istnieją miliony chińskich emigrantów, np. w usa; ludzi, którzy znają język i chińska mentalność, którzy odwiedzają Chiny, którzy maja tam krewnych, przyjaciół. No i istnieją przecież media społecznościowe. Tam znajdziemy filmiki, nagrania, zdjęcia. Dziwne jest nie to, że takie nagrania się pojawiają, ale że jest ich tak mało. Przecież setki miliony Chińczyków posiadają smartfony z możliwością nagrywania filmów. Ale chińska bezpieka, milicja i tajne służby działają bardzo sprawnie. Przeszukują Internet, identyfikują i aresztują winnych. Pewien człowiek zrobił z ukrycia smartfonem film ze szpitala dla zrażonych w Wuhan. Został aresztowany, teraz pewnie spędzi lata w obozie pracy. Ale są i można znaleźć nagrania, filmy, zdjęcia, prawdziwe, pokazujące, co się dzieje w epicentrum epidemii w mieście Wuhan, stolicy prowincji Hubei. Pierwsze zdjęcia: ulice miasta. Ulice chińskich miast są zawsze pełne pojazdów, skuterów, czy rowerów; na chodnikach przetaczające się fale ludzi. Zda się, szpilki nie wciśniesz. Dziś ulice miast są puste, jak wymiótł. Nieliczni przechodnie, wszyscy w maskach na twarzy. Więcej milicjantów niż przechodniów. Władze zamknęły szkoły i przedsiębiorstwa, nie działa komunikacja zbiorowa, ludzie siedzą w domach, do czego usilnie „zachęcają” władze, wychodząc tylko po niezbędne artykuły spożywcze. Inna scena: młoda dziewczyna idzie ulicą, dwaj, czy trzej milicjanci rzucają się na nią, rzucają na chodnik, wykręcają ręce, zakładają kajdanki. Wina dziewczyny polega na tym, że nie złożyła obowiązkowej maski na twarz. Albo zdjęcia robione z ukrycia, z okna. Osiedle mieszkaniowe; w alejce stoi zwykła furgonetka bez oznaczeń. Z bramy bloku liczącego z kilkanaście pięter, dwóch mężczyzn w szczelnych, białych kombinezonach wynosi zwłoki w żółtym worku. Otwierają tylne drzwi furgonetki i kładą tam zwłoki. W samochodzie jest ze sześć, może osiem żółtych worków. Obraz jest niewyraźny. W Chinach żółte, plastikowe worki przeznaczone są dla ofiar chorób zakaźnych. Nuda i rutyna. Zwykły dzień z czasie zarazy. Albo nagranie rozmowy z urzędniczką z jednego z krematoriów w Wuhan, która złym, wrzaskliwym głosem pyta, czego od niej chcą. Mają cztery, pięć razy więcej pracy niż normalnie a oni jej zawracają głowę! Jak ja pamiętam te głosy, ten ton panów i władców na urzędniczych stolcach z czasów komuny. Inna scena: noc, patrol milicji, wszyscy w maskach, idą pustą ulicą. Z boku, przy bramie błyska białe, iskrzące światło. Jest ciemnio, lecz widać, że robotnik zaspawuje drzwi wejściowe do wielkiej kamienicy, czy bloku. W oknach na parterze mocne kraty, drzwi zaspawane, nikt nie wyjdzie, ani nie wejdzie. Tak w Wuhan wygląda kwarantanna. Największe wrażenie zrobiło na mnie jedno zdjęcie. Stos smartfonów na podłodze. Na oko kilka setek smartfonów, może więcej niż tysiąc. Spory stos. Duże ekrany, nowoczesny wygląd, smartfony są nowe, cenne, zwłaszcza w Chinach, w tym morzu biednych ludzi. Sterta smartfonów na podłodze w biurze krematorium. To telefony zmarłych i spalonych ludzi, ofiar epidemii. Już niepotrzebne. Nikt ich nie chce. Są skażone. Nikt ich nie weźmie do ręki. Trafią na przemiał, jak ich właściciele, których spopielone i zmielone kości rozsypią po polach, czy wrzucą do rzeki.

   Największe centrum epidemii poza Chinami to statek wycieczkowy. Wielki wycieczkowiec stoi zacumowany i objęty kwarantanną w japońskim porcie. Ponad trzy tysiące gości, tysiąc kilkaset osób załogi. Miła być zabawa, wypoczynek, tańce, drinki, zachody słońca nad oceanem i seks na całego, a tu zwykły rejs zamienił się w koszmar. Zidentyfikowano już kilkuset zakażonych, których sukcesywnie usuwają ze statku i izolują w szpitalach, ale ciągle pojawiają się nowe zakażenia. Pierwotnym źródłem są chińscy turyści. Zresztą wystarczy jeden chory Chińczyk. Potem na statku wycieczkowym pojawią się następni. Winna jest nowoczesność i wygoda. Turyści płacą duże pieniądze za rejs wycieczkowy, płacą i wymagają luksusu, a przynajmniej wygody. Klimatyzacja to podstawa. W kajutach nawet jeśli są jakieś okna, to nie da się ich otworzyć. Bez klimatyzacji w kajutach nie da się wytrzymać. Klimatyzacja to kilometry rur i stacje filtrów: wilgotnych, ciepłych miejsc wręcz stworzonych dla bakterii, wirusów, czy innych drobnoustrojów. Koronawirus COVID-19 przenosi się drogą kropelkowa, szybko ginie poza organizmem człowieka, lecz w sprzyjających warunkach, np. na filtrach klimatyzacji przetrwa wystarczająca długo… I tak to leci. Jeden zakażony za drugim. Ponieważ klimatyzacji na takim olbrzymim statku wycieczkowym nie da się wyłączyć, ludzie zamknięci w kabinach przez kwarantannę mogą tracić przytomność, będą coraz to nowe zachorowania. Chyba że opróżni się statek z ludzi. Ale co z nimi zrobić? Gdzie podziać ze cztery tysiące potencjalnie zakażalności ludzi?

    Ludzie zachodu kochają wygodę. W lecie chłód, w zimie ciepło. Z klimatyzowanych domów wsiadają do klimatyzowanych aut, by udać się do klimatyzowanych miejsc pracy. Inny przykład – samoloty pasażerskie. Ciśnieniowa kabina samolotu, ludzie ściśnięci jak sardynki w puszcze i powietrze krążące w obiegu zamkniętym. Lot z Chin do Europy trwa kilkanaście godzin. Wystarczy jeden zainfekowany, by po wylądowaniu większość pasażerów zyskała nieproszonego gościa w płucach – wirusa. W klimatyzacji powietrze krąży w obiegu zamkniętym, jest tylko odświeżane, nawilżane i uzupełnianie. Sprawdzanie temperatury podróżnych na lotniskach to syzyfowa robota, bowiem wirus ma 14 dniowy okres utajenia. W tym czasie nie daje żadnych widocznych objawów, np. gorączki, lecz zaraża. Na jednego wykrytego przypada ze setka niewykrytych.

   Ciekawe, że właśnie w Wuhan, stolicy prowincji Hubei mieści się początek Nowego Jedwabnego Szlaku, który na nowo miał połączyć Chiny z Europa. Ileż to napisano o Nowym Jedwabnym Szlaku, o swobodnym przepływie towarów, ludzie, idei, o nowym, cudownym świecie wolniej wymiany, nie tylko towarowej Widać koronawirus COVID-19 przeczytawszy te artykuły, czy książki, czy obejrzawszy filmy także postanowił skorzystać na swobodnej wymianie… A za bazę wypadowa wybrał, jakże celnie, miasto Wuhan i prowincję Hubei. Swoją drogą, kto poza Chińczykami, wcześniej słyszał o mieście Wuhan? A miasto to nie byle jakie, 11 milionów mieszkańców, więcej niż w Nowym Jorku. Sto lat temu chińscy cesarze sprzedawali za granicę miliony chińskich pól-niewolników, zwanych kulisami. To właśnie chińscy pół-niewolnicy harowali na plantacjach, kopali kanały, budowali linie kolejowe w dżungli, czy na pustyni, ryli tunele. I założyli wielką, chińska diasporę w Azji południowo-wschodniej, czy stanach zjednoczonych.

   Współcześnie, od ponad trzydziestu lat czerwoni władcy Chin sprzedają za niewygórowaną cenę pracę Chińczyków, ale na miejscu, w kraju. Inwestorzy płacą minimalne stawki, Chińczycy maja pracą i co do garnka włożyć poza przydziałowa miską ryżu, więc się nie buntują, a ich władcy miliardy na tajnych kontach. Wszyscy są zadowoleni. Prawie wszyscy, bo malkontentów nie brakuje. Chiny stały się montownią całego świata. Centralną montownią Chin jest prowincja Hubei, ze swą stolicą miastem Wuhan. Od początku stycznia, przez cały luty, jedno z jedno z głównych centrów gospodarczych świata jest zamknięte. Chińskie fabryki miały ruszyć od 1 marca. Ale prawie na pewno nie rusza, bo epidemia szerzy się jak pożar. Wpuszczenie milionów robotników do fabryk, czy autobusów, to jak dolanie benzyny do ogniu. Bóg jeden wie, kiedy to się skończy. Skutki ekonomiczne są trudne do przeceniania. Chiński supermen, druga gospodarka świata niespodziewanie dostała cios w krocze, i to od malutkiego koronawirusa COVID-19.

   Ale inne skutki są ważniejsze. Gdy chodzi o życie, pieniądze staja się mniej ważne. Jeden z nielicznych wyjątków od powszechnej reguły. Trochę liczb. Oficjalnie współczynnik śmiertelności wynosi w Chinach 7.17/1000 mieszkańców, jak rozumiem rocznie. W 11 milionowym mieście, powinno dziennie umierać około 220 ludzi, a dzienny „urobek” krematoriów w Wuhan, bez niedziel i świąt, to jakieś 260 zwłok do spalenia. Pracownicy krematoriów podają nieoficjalnie, że spalają cztery, pięć razy więcej zwłok niż normalnie. Nadwyżka, między (3x) ~750 a (4x) ~1000 zwłok to ofiary epidemii. Ludzie przecież cały czas umierają z „naturalnych” powodów. Śmierć od wirusa też jest zresztą „naturalna”. Bakterie, wirusy, w tym koronawirus COVID-19 są także częścią natury, tak przez wielu uwielbionej. Tyle, że przed zamknięciem miasta z Wuhan uciekła około połowa mieszkańców do rodzin, krewnych, znajomych roznosząc zarazem epidemię. Oficjalnie nic się nie działo, a mieszkańcy Wuhan od dawna już umierali na zarazę. I uciekali jak najdalej. Musiała tam wybuchnąć panika, o której nic nie wiemy. Uciekinierzy i ci co ich przyjęli także umierają, Mnożąc przez dwa i biorąc górna granicę, bo choroba występuje w wielu miastach i wioskach całej prowincji Hubei, oraz dodając zgony od zarazy w innych prowincjach Chin, można oszacować liczbę zgonów dziennie na co najmniej 2000 - 3000, około 12 -18 razy więcej niż podawane ostatnio oficjalnie liczby. Biorąc za prawdziwą liczbę 24.5 tys. z początku lutego plus 15 dni razy ~2 tysiące, daje to liczbę ofiar rzędu 55 - 60 tys. I to stan na połowę lutego 2020 roku. Plus ciemna liczba tych, o śmierci których nie wiedza nawet władze. Nawiasem mówiąc, współczynnik zgonów rzędu 2-3 %, jak w grypie, to bajka. Ale nie znamy ani pełnej liczy ofiar, ani liczby zainfekowanych.

   Każda epidemia ma okres wzrostu, w pobliżu szczytu wzrostu bardzo szybkiego, potem pik, lub często szerokie maksimum trwające tygodnie a nawet miesiące, po czym liczba zachorowań i zgonów zaczyna spadać. Czy to szczy epidemii w Chinach? Czas pokaże. Władze chińskie kłamią o epidemii od miesięcy. Kłamały, kłamią i będą kłamać. Bo to komuniści, tam rządzi Komunistyczna Partia Chin, o tym nie wolno zapominać. Epidemia wybuchła nie styczniu, lecz wcześniej, w grudniu, a nawet w listopadzie musiało być mnóstwo chorych w mieście Wuhan i w całej prowincji Hubei co władze ukrywały, tak długo jak się dało. Obecnie mamy zamknięte, poddane kwarantannie, wielkie miasta i całe prowincje. Ponad 60 milionów ludzi zamknięto w kwarantannie. Ostatnio władze zamknęły Pekin, stolicę kraju, bagatela ponad 20 milionów mieszkańców. W Pekinie mieści się Biuro Polityczne KPCh i centralne organy partii i państwa. Czy żółto-czerwoni władcy chcą chronić siebie i swoich najbliższych przed epidemią? Mówi się o zamknięciu Szanghaju, największego centrum finansowego Chin, Azji, kto wie czy nie świata. Władze wprowadzają drakońskie kary. Z umyślne zarażenie kara śmierci, złamanie kwarantanny osiem lat więzienia, nieposłuszeństwo 15 lat. I nie są to puste straszydła. Partia każe, partia egzekwuje. Więzienia się zapełniają, podobnie jak ośrodki kwarantanny, które coraz bardzie przypominają więzienia. Do zamkniętych miast ściągani są lekarze, pielęgniarki, sprzęt medyczny, co zrozumiałe, ale również tysiące milicjantów i tajniaków. Jedyne, co interesuje komunistycznych aparatczyków, to utrzymanie władzy w swoim ręku. Władze ściśle kontrolują Internet i relacje z Chin. Trzeba im to przyznać. Postępowanie władz to czysta desperacja. Oni wiedzą jak jest, a oficjalne dane są nic nie warte. Komunistyczne władze Chin robią, co mogą, rzucają wszelkie siły i środki na szalę i nie dają rady powstrzymać rozwoju epidemii!

   Co się stanie, gdy przed podobnym wyzwaniem staną demokratyczne, liberalne władze państw zachodu, które nie maja w ręku nawet drobnej części władzy, jak mają czerwoni cesarze? Rządy wybierane w demokratycznych wyborach i łatwe do obalenia, które rządzą przyzwyczajonymi do wygody, czy luksusu, wręcz rozwydrzonymi społeczeństwami, zupełnie nieskłonnymi do poświęceń? Chińczycy mają we krwi dyscyplinę, posłuszeństwo wobec cesarza i lokalnych władców, wychowani w biedzie, nawet nędzy pamiętający czasy terroru, rewolucji kulturalnej. Mieszkańcy Zachodu zaś są rozpuszczeni przez bogactwo i słodkie, wygodne życie. Przyzwyczajeni do samowoli i swawoli. Tu myśli się i dba o siebie. Dyscyplina na Zachodzie to epitet, nie zaleta.

   Koronawirus COVID-19 atakuje płuca, wywołuje zapalenie płuc. Czasami, czy często, o ciężkim, czy bardzo ciężkim przebiegu. Jak często? Nie wiadomo, brak danych. Płuca zalewa płyn. Chory się topi, lecz nie w wodzie a we własnych płynach ustrojowych, i nie przez kilka minut, lecz przez wiele godzin, nawet dni. Okropna śmierć. Ale mamy respiratory w szpitalach. Ile ich jest? Jest jakiś tajny współczynnik, że ma być tyle a tyle respiratorów na 100 tysięcy mieszkańców. Plus rezerwa powiedzmy 100% więcej na wszelki wypadek. Lecz jeśli przychodzi taka zaraza, jak ta wywołana przez koronawirus COVID-19, to na jeden respirator przypada kilku potrzebujących. I lekarz musi wybrać: kogo podłączyć. Kto ma umrzeć, a kto uzyska szansę na życie. Tylko i aż szansę, bowiem bywa i tak, że nawet jak podaje się czysty tlen, to chory i tak umiera. Kto ma żyć? Li A, Li B, czy Li C, a może Li Y? Lekarze w Wuhan musza podejmować takie decyzje.

    Jest jakaś przewrotna przyjemność w snuciu katastroficznych wizji. Są ludzie, którzy się celują w takich przepowiedniach, wręcz nie mogą się doczekać katastrofy, choćby po to, by wykrzyknąć z lubością: a nie mówiłem! Miałem rację! Przepowiedziałem to! Ja do takich chyba nie należę. Chińskie władze komunistyczne kłamią, aż się kurzy, ale robią, co mogą, aby powstrzymać epidemię. Powinno im się udać z czasem. Każdy rozsądny człowiek winien im kibicować, i pomagać, w tych wysiłkach choć to zdemoralizowani i zdeprawowani despoci. Nikt nie wie, jak się rozwinie epidemia koronawirusa COVID-19. Czy zostanie lokalną, chińską epidemią, czy przejdzie w globalną pandemię? Obecnie liczba chorych ogółem poza Chinami to mniej niż pół procenta tych w Chinach! Pisałem ostatnio o panowaniu Marka Aureliusza i pandemii, która zabiła 1/10 ludności cesarstwa w latach 165-180 n.e. Była to prawdopodobnie ospa, wirus ospy, i przyszła z Chin. Czarna Śmierć, pandemia dżumy, w drugiej połowie XIV wieku zgładziła 1/3 ludności Europy, także przyszła z Chin. Ale było też wiele epidemii, które pozostały lokalne i nie zagroziły Europie. Były i epidemie, które wyszły z Europy. Nie tylko bierzemy, ale i dzielimy się z innymi zarazkami, drobnoustrojami, bakteriami. Doświadczenie przemawia za drugą ewentualnością. Wbrew katastroficznym wizjom obowiązuje zasada, że raczej jakoś… to będzie. Tyle razy się udawało, czemu teraz ma być inaczej? Kogo obchodzi tysiąc, dziesięć tysięcy, czy sto tysięcy zmarłych Chińczyków? Nie interesują nawet własnego rządu, dlaczego my mielibyśmy się nimi martwić?

   Jak będzie, to się okaże. Z wielkiej chmury często pada mały deszcz. Ale skutki tej epidemii będą bardzo istotne. Dla Chin, dla Azji i dla nas. Nasza chata z kraja? I dobrze. Czasem lepszy zaścianek, niż centrum, niż środek, niż państwo Środka. Ale nie unikniemy skutków. Dostaniemy choćby rykoszetem, bowiem wszyscy żyjemy we wspólnym świecie. Połączeni Nowym Jedwabnym Szlakiem, na początku którego znajduje się miasto Wuhan, prowincja Hubei, Chińska Republika Ludowa.

 

 Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:2)