Nos

Obrazek użytkownika Bielinski
Idee

Ostatnimi czasy publiczne życie nabrało prawniczego charakteru. Kiedy nie włączysz telewizji, czy nie otworzysz jakiegoś portalu internetowego to nie szansy, aby nie natrafić na zaciętą dyskusję zacietrzewionych prawników a to o sędziach, lub o sądzie najwyższym, a to krajowej radzie sądowniczej, a zawsze o Konstytucji naszej rozmaicie ocenianej, lubo koniecznie pisanej w wielkiej litery. Dyskutują żarcie prawnicy obojga płci, prawnicy amatorzy, to jest ci, którzy tylko skończyli wydział prawa, czyli skromni absolwenci, oraz prawnicy zawodowi, czyli luminarze nauk prawnych, pożeracze kodeksów, wytrawni erudyci wszelakich praw naszych: doktorzy praw, doktorzy habilitowani, profesorowie, adwokaci i sędziowie, prokuratorzy a nawet radcowie prawni też nie szczędzą swej wiedzy prawnej i głębi swoich prawnych przemyśleń.

   Kogo tak naprawdę owe dyskusje obchodzą, nie licząc osób w nie zaangażowanych, czy bezpośrednio zainteresowanych? Może interesują prawników? Ilu może być prawników, to jest tych, którzy maja dyplom prawnika, zdobyty na jakiejkolwiek uczelni państwowej, czy prywatnej? Milion, dwa? Nie więcej. Z górą 5 procent, jeden na dwudziestu. Mało i dużo zarazem. Nikt, przedstawiciele żadnego innego zawodu nie potrafią zrobić wokół siebie tyle szumu, co prawnicy. Mają dar, ci prawnicy, trzeba im przyznać; dar skupiania na sobie uwagi . Na swoich problemach, na swoich miałkich sporach, na swoich kłótniach o przecinek w zdaniu, jakby cały świat od tego zależał.

   Zapomina człowiek w tym hałasie, w tych publicznych, prawniczych kłótniach, że inne zawody są równie ważne, które mają swoje, również niebłahe problemy. Weźmy lekarzy, alias łapiduchów. Czy lekarze zanudzają nas swoimi problemami? Czy lekarz publicznie kłócą się o to na przykład, gdzie jest nerka? Pacjent miał mieć nerkę a jej nie ma. I co? Rany nie ma, blizny nie ma a nerki nie ma. Cud? Czy cud mniemany? Cud, albo może ktoś pomylił karty pacjentów? Inny przykład. Czy lekarze wywlekają na forum publiczne kłótnie o to, dajmy na to, która półkula mózgu pacjenta jest lewa, a która prawa? Niby błahy problem, bo przecież każdy wie, która ręka jest prawa, która lewa, ale nie dla pacjenta leżącego na stole i czekającego na operację usunięcia guza z właściwej półkuli i nie dla zdenerwowanych neurologów, którzy potrafią nawet sięgnąć do rękoczynów na sali operacyjnej, gdy nie są w stanie rozwiązać problemu, która to jest prawa, a która lewa strona. I co? Czy szanowani lekarze po bójce na sali operacyjnej biegną do telewizji i nicują całą historię na wszystkie możliwe sposoby? Lekarze zgodnie milczą o takich problemach, swarach, kłótniach i gorszących scenach. Jedyny problem z jakim lekarze chętnie się z nami dzielą i z którym biegną do mediów to jest wysokość ich zarobków. Regularnie, co kilka lat, lekarze podnoszą krzyk, jak to mało zarabiają, rwetes wszczynają, strajkują, gromko protestują. Trzeba im przyznać, że nie są zanadto namolni. Otrzymawszy żądane podwyżki, jeśli są z zadowalającej wysokości, lekarze znikają ukontentowani w jaskiniach swoich gabinetów, przychodni, sal zabiegowych, jakby ich nie było, i nie widać ich, ani nie słychać, aż do następnego protestu płacowego.

   Albo weźmy takich... hydraulików. Czy ktoś kiedyś słyszał, czy czytał o problemach hydraulików? Problemach wcale nie błahych, o czy wie każdy, kto próbował przetkać zatkany zlew, czy wymienić cieknącą uszczelkę w kranie. Ba, powie ktoś, jakiś prawnik: tu chodzi o prawo, o niezależność sędziowską, o fundamenty państwa prawa, o Konstytucję! Co znaczy przy tym jakiś tam... hydraulik i jego kłopoty. Niby nic. Ale rozpatrzmy przykład z życia wzięty. Jest wieczór, mają przyjść ważni, długo oczekiwani goście; wszystko przygotowane. Obrus na stole śnieżnobiały, świece płoną, w kuchence skwierczy dajmy na to... przepiórka na płatkach róży. Idziesz do klopa, a tu kibel zatkany. Aż się gó…no wylewa z sedesu, a ciebie zła krew zalewa. Baby znowu zatkały kibel! Jak się zużywa rolkę papieru toaletowego dziennie, nie ma siły, kibel musi się zatkać! Od słowa do słowa: awantura na całego. Córka płacze, żona zaklina się, że się do ciebie nie odezwie do końca świata, a sedes jak był zatkany, tak jest. Ja tu się cieszyć z przyjścia gości? Z cudownego wieczoru w gronie rodziny i przyjaciół? Jak tu pożerać tę przepiórkę na płatkach róży, czy czekoladowe fondue, jak chlać proseco, gdy w głowie tylko ten zatkany kibel? Jak tu dyskutować o prawach człowieka, o tolerancji, o Konstytucji, o postępie, gdy ty w strachu, że ktoś z gości zechce skorzystać z przybytku odosobnienia? Wcześniej, czy później ktoś zechce, nie ma zmiłuj. Czego byś wówczas nie dał, żeby nagle zjawił się hydraulik i rozwiązał ten cuchnący, nieprzyjemny problem? Oddałbyś cały skład sądu najwyższego i trybunału konstytucyjnego na dodatek za jednego hydraulika. I na co się nada Konstytucja w takiej sytuacji? Nawet ta najważniejsza, najświętsza konstytucja usa? Chyba po to, aby gó...no z podłogi pozbierać

   Co tu dużo gadać. Są ważniejsze rzeczy niż Konstytucja. Tylko zacietrzewieni prawnicy za żadne skarby nie chcą tego przyznać! Najważniejsi polscy prawnicy twardo bronią niezależności sądów i niezawisłości sądów. Albo na odwrót. Bronią niestety tylko w telewizjach postępowych i niezależnych. Państwowa telewizja publiczna ich nie zaprasza. Szkoda. Odpadła połowa dochodów za występy, albowiem absolutnie wykluczone jest, aby nasi apostołowie pod wezwaniem Św. Paragrafu występowali w telewizji za darmo, nawet w obronie prawa, demokracji i niezależności sądów. Poza tym występy w telewizji są świetnymi i darmowymi reklamami ich kancelarii prawniczych. Zatem tak, czy tak obrona niezależności sądów to bardzo opłacany biznes dla cwanego prawnika. Zna ktoś prawnika, który nie jet bystry, szczwany, kuty na cztery nogi? Chyba jedynie ten, któremu nie nadaje się do zawodu, i który zniechęcony porażkami na koniec osiadł na fotelu w jakim urzędzie, jako szary referent. Lecz ci, którym się wiedzie, którzy wsiedli do właściwego pociągu, we właściwym towarzystwie – to bardzo ważne, by mieć poparcie odpowiednio umocowanej rodziny, wpływowych przyjaciół, wreszcie służb – pośród nich nie znajdziesz naiwnych, o nie.

   Przykładem niech będzie prawnik – konstytucjonalista profesor Ch...j. Gwiazda postępowej telewizji, gdzie broni Konstytucji i państwa prawa, walczy z wrażym, opresyjnym reżimem, który zamacha się na najświatlejszą elitę – sędziów, z ohydną, wsteczną partią przez pomyłkę wybraną do władzy przez głupi, otumaniony naród. Otóż w jednym z popularnych portali pokazano zdjęcie prof. Ch...ja, który wsiada do swojego samochodu i to nie byle jakiego, bo Ferrari. Bagatela, samochód z jakie półtora miliona. Lub więcej. Kto pracuje, ten ma. Kto lepiej i mądrzej pracuje ten zarobi i na Ferrari. Sprytny zyskuje, głupi traci. Potem się okazało, że to nie jest Ferrari prof-a Ch...ja, a jego przyjaciela, a on, prof. Ch...j tylko go pożycza. Żeby nie było, że prawnik – konstytucjonalista ma tak dobrze, że tyle zarabia, by rozbijać się po stolycy samochodem Ferrari. Hm, ja od moich przyjaciół nie pożyczę Ferrari. Nawet na jedną przejażdżkę. Od mojego kolegi, nie przyjaciela, kolegi mógłbym, może? pożyczyć starą Skodę Fabię na godzinę, a i to z trudem. Moja wina. Każdy ma takich przyjaciół, na jakich zasłużył. Rodziny nie wybieramy, przyjaciół tak. Marny człowiek ma marnych przyjaciół, wielki człowiek wielkich przyjaciół. Na najwspanialszych przyjaciół zasłużył sobie prawnik – konstytucjonalista prof. Ch..j – członek najwspanialszej kasty – elyty polskich prawników. Kto, jak nie prof. Ch...j znajdzie przyjaciela, który mu pożyczy Ferrari na wieczne nie oddanie?

   Nawiasem mówiąc niech nikogo nie wprowadzają w błąd nazwisko profa Ch...j. Podaję tylko pierwszą i ostatnią literę, bo prof – konstytucjonalista może sobie nie życzyć, by o nim pisał jakiś prostak, nie z jego sfery, a ja nie chcę się włóczyć po sądach. Atoli może to mylić. Wyznaję zatem uroczyście: nazwisko profa – konstytucjonalisty nie ma nic wspólnego z wulgarną nazwą męskiego przyrodzenia. Ale też zapewne nie powinienem nazywać profa Ch...ja członkiem, nawet elyty prawniczej stolycy.

   Wracając do rzeczy. Prof Ch...j jeździ sobie pożyczonym od przyjaciela samochodem. Wolno mu, nie? Gdybym ja miał przyjaciela z Ferrari i skłonnego do pożyczania, też bym sobie chętnie pojeździł takim samochodem. Bo przecież inne wytłumaczenie, że słynny obrońca niezależności sędziowskiej i państwa prawa, który poucza gromkim głosem i napomina, co jest zgodne z prawem i konstytucją, a co nie, prawnik - konstytucjonalista profesor Ch...j nie kłamałby, nie ukrywałby swoich dochodów, nie oszukiwałby urzędu podatkowego, nie okradałby swoich współobywateli. Nie parkowałby swoich pieniędzy w jakimś raju podatkowym, równie zgrabnie jak parkuje Ferrari na warszawskich ulicach. Przecież to wykluczone, prawda? Z drugiej strony nic dziwnego, iż prof. Ch...j tak zażarcie borni systemu prawnego przed zmianami. Skoro w tym systemie, w tym układzie dorobił się Ferrari i Bóg jeden wie, co więcej, to byłby ostatnim durniem, gdyby nie bronił takiej żyły złota. Prof Ch...j głupi nie jest. Wiele można o nim powiedzieć złego lub dobrego, ale nie to, że jest głupi.

   Inny przykład, inny prawnik – prof. G. Persona, albo osobistość. Profesor nauk prawnych, dziekan, prorektor uniwersytetu. W trakcie obecnych sporów o reformę sądu najwyższego prawnik rządowy w randze wiceministra na poparcie swojej tezy zacytował opinię prof. G z pracy sprzed kilkunastu lat. Konsternacja zapanowała w obozie obrony praworządności. Jakże to? Sławny prof. G. wypowiada się przeciwko niezależności sędziowskiej!? W czasie następnego wywiadu, gdy wiceminister znowu powołał się na prof. G., dobrze przygotowany dziennikarz od razu zadzwonił do prof. G. który trafem był przy telefonie. Prof G od razu odciął się od zdania wiceministra i pryncypialnie go potępił. Ależ pan sam to napisał w 2008 roku – przypomniał wiceminister z uśmiechem. Napisałem, ale wtedy były inne okoliczności – zagrzmiał G., profesor i autorytet nauk prawnych. Oto profesor nauk prawnych w całej swej okazałości.

   Ile jest 2 + 2? Proste? Wiadomo, że 2+2=4! Głupstwo. Profesor nauk prawnych wie, że 2+2 =7. Albo 2+2=2. Albo 6, 11, czy 125,33. Wynik zależy od okoliczności. Nic nie jest prawdziwe, lub fałszywe samo w sobie. Zależnie od okoliczności, jedne poglądy są słuszne i prawdziwe, a inne nie. Zmieniają się warunki, zmienia się to, co jest prawdą. Oto nauki prawne… Jaki nauki, tacy ich wyznawcy i tacy profesorowie.

 

Kiedy byłem na studiach, a było to pod koniec lat osiemdziesiątych, schyłek, albo rozpad, degrengolada reżimu komunistycznego, miałem kolegów, studentów prawa. Jeden z nich, J. pisał pracę magisterską u prof. X. Nie pamiętam dobrze, czy to był specjalista w zakresie prawa cywilnego, karnego, czy międzynarodowego. W każdym razie profesor X. był to słynny prawnik, wybitny specjalista w swoim zakresie prawa. Współpraca między profesorem i jego magistrantem układa się różnie, różniście. J. marzył o tym, że po obronie pracy zostanie na uczelni, jako asystent. J. był bardzo dobrym studentem, miał świetne oceny. Bardzo się cieszył, że profesor X. zgodził się zostać promotorem jego pracy magisterskiej. J. był rozsądnym, twardo trzymającym się ziemi człowiekiem, jak to zwykle prawnicy, ale przecież przyziemny realista także miewa swoje marzenia. Wierzył, czy marzył, że mimo iż jest skądś tam, znikąd, nie mając żadnego poparcia, żadnej protekcji, czy pleców, dzięki pracy i talentowi zostanie na uczelni. Zrobi pierwszy krok do prawniczej kariery. Najpierw asystent, potem doktorat, habilitacja? Wreszcie, może i profesor? Czemu nie?

   Kiedy profesor X. przyjmował go, by omówić pracę magisterską, J. wracał cały w skowronkach. Niestety, były to rzadkie przypadki. Profesor X. z nogą w gipsie poruszał się na kulach. Kilka lat wcześniej złamał nogę, złamanie nie chciało się zrosnąć. Lecz to nie złamana noga profesora stanowiła główną przeszkodę we współpracy z magistrantem. Profesor X. był alkoholikiem. Po pijanemu złamał nogę i to przez alkohol noga nie chciała się zrosnąć. Po przyjściu do Instytutu pierwsze co prof. X. robił, to posłanie kogoś, stróża, czy jakiego studenta po pół litra wódki. Pisanie pracy magisterskiej u alkoholika to ciężka rzecz. Profesor X. albo nie przychodził, albo nie wpuszczał J. do swego gabinetu. Jeśli już wpuszczał, to zazwyczaj był w takim stanie, że trudno było o merytoryczną rozmowę. Czasami zapraszał studenta i pił z nim razem, co napełniało otuchą J. Myślał, że skoro profesor pije z nim wódkę to go lubi, więc zostawi go jako swego asystenta. Że jego jedyna szansa to profesor X.; ten odleciany, zapijaczony łajdak, o którego pijaństwie widzieli wszyscy na wydziale od sprzątaczki po dziekana.

   J. obronił pracę magisterką z kilkumiesięcznym opóźnieniem, lecz z wyróżnieniem. Oczywiście nie został asystentem na wydziale prawa. Byli lepsi kandydaci, z mocnego polecenia bardzo ważnych osób. Profesor X. był może i pijakiem, ale nie był głupi, ani naiwny. Zdarzają się świetni studenci, lecz na to, by zostać asystentem na najważniejszym wydziale prawa w kraju trzeba czegoś więcej. Już wówczas, pod koniec lat osiemdziesiątych istniał szczelny mur oddzielający swoich, od rzeszy obcych, szarej masy bez znaczenia. J., podobnie jak wielu innych, tego muru nie przeskoczył, bo nie mógł przeskoczyć.

 

Dla profesora Ch...ja, prawnika – konstytucjonalisty, ten mur nie istniał. Już na pierwszym roku studiów widział, że miejsce asystenta na niego czeka. Droga kariery usłana płatkami róż. Doktorat, profesura, no i Ferrari w garażu, rzecz jasna pożyczone od przyjaciela. Podobnie inne luminarze naszego prawa: sędziowie sądu najwyższego, dawnego trybunału konstytucyjnego, wybrani z sądów apelacyjnych, czy okręgowych, znani adwokaci, profesorowie, dziekani ważniejszych wydziałów prawa na uniwersytetach. Wszyscy z jednej ferajny; wyrośli z jednego pnia, znający się, spokrewnieni, wymieniający się między sobą żonami i mężami; zawsze razem się wspierający. Owa była komunistyczna, prawnicza elita, ściśle hermetyczna, zamknięta, przyjmująca do siebie innych tylko na zasadzie kooptacji: swoje dzieci, wnuki, lub wyłącznie z najwyższego polecenia.

   Elita ciężka i nieprzemakalna jak bryła. Jak zamarzła bryła błota. Z wiecznej zmarzliny, lub bardziej współcześnie z zamrażarki.

 

Od czasu do czasu na Syberii znajdowane są zwłoki zwierząt – mimo minionych tysięcy, czy dziesiątek tysięcy lat świetnie przetrwałe w wiecznej zmarzlinie. Kilka lat temu donoszono, iż znaleziono młodego mamuta, tak doskonale zachowanego, że przetrwały jego mięśnie, skóra z włosami, a z zawartości jego żołądka można było dowiedzieć się, co młody mamut zjadł na swój ostatni posiłek.

   Nie musimy jechać na Syberię by odkryć nasz własne zachowane a zamrożone mamuty. Owe wykopane mamuty to tak naprawdę kupa zdechłego, śmierdzącego mięsa. I ten smród rozkładu czuć, gdy pokazują w telewizji walkę o ochronę „niezależności” i nieusuwalności sędziów sądu najwyższego, o „niezależne” sądy, o państwo „prawa” i o „demokrację”. Demokrację pojętą jako rządy „naszych”. My rządziliśmy, my rządzimy i tylko my będziemy rządzić. Reszcie do tego wara. Każdego, kto nie zgadza się na ten porządek rzeczy spotyka ten sam wrzask: to zamach na niezależne sądy, na fundament państwa prawa, to koniec demokracji, to pełznący faszyzm. Może bym i w to uwierzył, gdyby nie mój nos. Zmysł węchu. Nos jest wrażliwszy od rozumu. Nosowi nie da się wytłumaczyć, że coś pachnie, gdy to coś zwyczajnie śmierdzi. Zmysł węchu jest szczególnie wyczulony na najniebezpieczniejsze zapachy: rozkładu, odchodów, zgnilizny, śmierci. Poeta pisał niegdyś, że zmysł smaku ważniejszy jest od rozumu. Rozumu, z którego jesteśmy tak dumni, a który tak łatwo ulega; tak lekko miesza przyczyny i skutki; jest tak sprytny, tak przebiegły w szukaniu wymówek, usprawiedliwień dla tego, co sam z góry wybiera. Zmysły, zmysł smaku, zmysł węchu są uczciwsze niźli rozum. Nos trudno oszukać. Rozum szuka korzyści, zaś nos wyczuwa smród, by ostrzegać.

   By być szczerym: nos także kłamie czasami. Nawet na węchu, tym najbardziej podstawowym zmyśle, nie można całkiem polegać. Najczęstsze omamy występujące w chorobach psychicznych to omamy węchowe. Omamy wzrokowe są rzadkie, lecz znacznie ciekawsze, ładniejsze i łatwiejsze do pokazania w filmie.

   Pomijając psychopatologiczny wątek. Rozum nie może sprawić, żeby brzydki zapach stał się ładny i miły, lecz potrafi brzydkie wyziewy oswoić, przyzwyczaić do życia w smrodzie i gnoju. Takie życie szybko zabija, bowiem nos nie darmo ostrzega brzydką wonią. Lecz wybór należy do rozumu. Koniec końców robimy to, co chcemy, lub musimy.

   Dla niektórych, nawet dla wielu najważniejszy jest luksusowy samochód w garażu i mają w nosie to co mówi nos. Czyż nie jesteś tym, czym jeździsz?

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:4)

Komentarze

profesor CH!

 

szaber to ja

profesor CH!

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

jan patmo

#1571748