Einstein pokazuje język

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Einstein pokazuje język

Tomasz Bodziony

ABSTRACT

Artykuł poświęcony jest drugiej części życia Alberta Einsteina w USA, po 1933 roku. Jest próbą odmiennej oceny życia i dorobku Alberta Einsteina, jak również zachęcenia czytelnika do wyrobienia sobie własnego zdania w tej materii. Artykuł ten jest podsumowaniem całego, trzyczęściowego cyklu publikacji o Albercie Einsteinie.

 

Wstęp

W poprzedniej pracy zajmowałem się zdumiewającymi okolicznościami publikacji pracy „Zur Elektrodynamik bewegter Körper” sygnowanej przez Alberta Einsteina w Annalen der Physik w 1905 roku [ ] która stała się podstawą całkowicie nowej teorii fizycznej zwanej Szczególną Teorią Względności (Special Theory of Realtivity, STR) [ ]. W kolejnej pracy został omówiony niezwyczajny splot okoliczności (amazing and remarkable coincidences) towarzyszących publikacjom prac Alberta Einsteina i Davida Hilberta na jesieni 1915 roku, które stworzyły tak zwaną Ogólną teorie Względności (General Theory of Relativity, GTR) [ ]. Bohaterem tamtej pracy, trochę mimowolnie, został David Hilbert, wielki matematyk i trudny człowiek, czas powrócić do głównej postaci całego cyklu: Alberta Einsteina.

Od wydarzeń z roku 1915 upłynęło wiele lat. Po dojściu do władzy Adolfa Hitlera i jego partii National Socialist German Workers' Party (Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei, NSDAP) Albert Einstein razem z żoną, sekretarzami i asystentami opuścił na stałe Niemcy w 1933 roku i osiadł w Princeton, USA. Albert Einstein był już wówczas najsławniejszym naukowcem w dziejach. Uważanym powszechnie za największego geniusza, a przynajmniej za tego, który godzien jest stanąć w szeregu gigantów, jak Newton, Archimedes, czy Galileusz. W USA Einstein spędził resztę swego życia, aż do śmierci 18 kwietnia 1955 roku. W Ameryce Albert Einstein był wielbiony i podziwiany. Bogaty, sławny, bezpieczny. Jego autorytet i geniusz nie podlegał najmniejszej wątpliwości. Światowej sławy celebryta, wielbiony przez tłumy, niczym gwiazda filmowa. Żaden naukowiec, matematyk, czy fizyk nie osiągnął podobnej sławy przed nim i pewnie już żaden inny takiej nie osiągnie. Z jego zdaniem liczyli się najwięksi i najpotężniejsi, jak Franklin Delano Roosevelt, 32 prezydent USA. W Ameryce Albert Einstein spędził prawie połowę swego twórczego życia. Pierwsza połowa to Europa, Niemcy, druga to Ameryka. Pierwsza część to wielkie odkrycia naukowe, jak STR czy GTR, lub wyjaśnienie ruchów Browna, druga to… niewiele. Ponad dwadzieścia lat życia Einsteina w Ameryce przyniosły zdumiewająco nikły plon naukowy. Trudna do rozwiązania zagadka dla badaczy życia i myśli Einsteina. Badaczy, historyków nauki stosujących naukowe metody, czy apologetów Einsteina? Biografowie ubolewają, że taki geniusz mieszkając tyle lat w Ameryce, w cieplarnianych warunkach, bez żadnych kłopotów materialnych, nie stworzył prawie żadnej ciekawej, samodzielnej pracy. Piszą, z żalem, że Einstein zmarnował druga połowę swego życia [ ]. No tak, dodają tytułem usprawiedliwienia: chciał stworzyć teorię wszystkiego, czyli teorię wielkiej unifikacji. Nic dziwnego, że mu się nie udało. W tych czasach nie mogło mu się udać. Ale żeby nic nie osiągnął żadnych ciekawych, nawet cząstkowych wyników? Jeśli Einstein byłby samorodnym geniuszem, który sam do wszystkiego doszedł, co opublikował, takie milczenie w drugiej części swego życia musi dziwić. Oczywiście w Ameryce Albert Einstein opublikował wiele prac. Niektóre z nich były istotne. Przykładem praca z 1935 roku opisująca tak zwany EPR paradoks (The Einstein–Podolsky–Rosen paradox, EPR paradox) od nazwisk twórców Einstein – Podolsky – Rosen [ ]. Wiele z nich, jak ta o paradoksie EPR, to były prace wspólne z współpracownikami. Einstein lubił opiekować się młodymi naukowcami, którzy uważali za wielki zaszczyt i wyróżnieniami możliwość pracy z samym Einsteinem. Rzecz jasna, nazwisko Einsteina zawsze było na pierwszym miejscu na liście autorów. Co do rzeczywistego podziału pracy, czy autorstwa pomysłów możemy się tego tylko domyślać. Wiele z tych prac to prace wybitne, istotne w dziejach nauki.

Aby rozwikłać zagadkę milczenia A. Einsteina w Ameryce, musimy powrócić do pierwszej części jego życia w Europie, w Niemczech, do lat młodości Einsteina, do roku 1905, owego sławnego, cudownego roku Einsteina. Należy uważnie i obiektywnie przeanalizować dokonania, odkrycia, osiągnięcia Alberta Einsteina oddzielając fakty od opinii, od hagiograficznej propagandy, jakiej nie szczędzą nam jego biografowie. Albert Einstein z pewnością nie był chrześcijańskim świętym, a jego życie i dorobek to nie pasują do żywota (chrześcijańskich) świętych. Mamy mnóstwo biografii Einsteina, całkowicie bezkrytycznych, pisanych z czołobitnym uwielbieniem [4, , , , i wiele innych]. Można by rzec, pisanych w pozycji klęczącej, na kolanach. Inaczej widzi klęczący, inna jest perspektywa tego, co stoi, lub wstał z kolan.

Albert Einstein opublikował ponad 300 prac naukowych i około 150 prac pozanaukowych, w tym z filozofii. Najważniejsza datą w jego naukowym życiu jest rok 1905, ten słynny Annus Mirabilis Alberta Einsteina.

 

Annus Mirabilis

W roku 1905, owym słynnym, cudownym roku (miracle year) Annus Mirabilis, wieku 26 lat Einstein opublikował pięć ważnych prac naukowych razem z pracą doktorską. Pracę „Zur Elektrodynamik bewegter Körper” (O elektrodynamice ciał w ruchu, Annalen der Physik.17:891, 1905) omawiałem obszernie wcześniej [2]. Weźmy inne. Choćby pracę Einsteina o ruchach Browna z 1905, (eng. ”On the Movement of Small Particles Suspended in Stationary Liquids Required by the Molecular-Kinetic Theory of Heat”, Annalen der Physik (ser. 4),1905, 17, 549–560). Powszechnie uważa się, że Albert Einstein (1905) i polski fizyk Marian Smoluchowski (1906) niezależnie wyjaśnili istotę ruchów Browna. Ruchy Browna są ważnie między innymi dlatego, że nieomal naocznie dowodzą istnienia atomów i molekuł. Atomów, czy molekuł nie zobaczymy gołym okiem, ale ujrzymy ruchy Browna, świadectwa ich istnienia gołym okiem, lub przy pomocy prostego mikroskopu czy lupy. Praca Einsteina jest o rok wcześniejsza od Smoluchowskiego. Sprawa wydaje się prosta i oczywista, że to Einstein był pierwszy, jednakże… Marian Smoluchowski lata całe pracował nad wyjaśnieniem ruchów Browna. W 1904 roku w pewnym okolicznościowym, szwajcarskim periodyku Smoluchowski opublikował podstawy swojej idei, swego pomysłu. Pełną teorię opublikował rok po Einsteinie. Wiemy, że Einstein czytał ten periodyk, mieszkał i pracował w Szwajcarii. Czy przeczytał pracę Smoluchowskiego? Na zdrowy rozum: jak Einstein, dobrze wyszkolony, ambitny naukowiec zajmujący się ruchami Browna miał nie przeczytać pracy Smoluchowskiego o ruchach Browna! Ale nikt nie poświadczy, że widział Einsteina czytającego tę pracę. To, że wypożyczył ten periodyk, nie dowodzi, że przeczytał pracę Smoluchowskiego. Chyba jedna Milena (Mileva), ówczesna żona Einsteina, mogłaby coś pewnego powiedzieć na ten temat, ale ona konsekwentnie milczała aż do śmierci. Po śmierci także nic nie powiedziała, co nie dziwi. Tak że mamy tylko domysły. Fakty są takie, że po roku w 1905 Einstein opublikował swoją teorię ruchów Browna. W swej pracy Einstein stosując odmienne podejście dochodząc do takich samych wniosków, jak Smoluchowski, choć podejścia i wzory się różnią. O Smoluchowskim, o jego pracy, Einstein nie wspomina słowem. Einstein konsekwentnie zaprzeczał, aby czytał wcześniejszą pracę Smoluchowskiego. Einstein nigdy nic nie czytał, o niczym nie wiedział, nie interesował się pracami innych naukowców i do wszystkiego dochodził samodzielnie. Dlatego jego prace nie zawierają bibliografii. Mamy tu nadzwyczajny zbieg okoliczności (amazing coincidence), kolejny nadzwyczajny zbieg okoliczności. Zresztą sam Smoluchowski był przekonany, że to Einstein pierwszy rozwiązał zagadkę ruchów Browna i opublikował swoją pracę w 1906 roku tylko na prośby, czy żądania przyjaciół. O święta naiwności!

Poznawanie prawdy jest trudne, bardzo trudne, wie to każdy kto zajmuje się nauką. Natura łatwo nie odkrywa swoich tajemnic. Ale też natura nie kłamie, nie kradnie, nie oszukuje. Prowadzi walkę fair, przeciwnie niż ludzie, również inni, na szczęście tylko niektórzy naukowcy, którzy zamiast zgłębiać tajemnice natury wolą zerkać przez ramię na dokonania drugich i chętnie przypisują je sobie. Wobec takich… kolegów nawet wybitni naukowcy są jak naiwne, prostoduszne dzieci i jak dzieci dają się podejść, oszukać. To nie tylko przypadek M. Smoluchowksiego, ale D. Hilberta, czy H. Poincarè.

Inny przykład. W 1905 roku Albert Einstein obronił pracę doktorska opublikowaną rok później w Annalen der Physik w języku niemieckim(eng. “A New Determiantion of Molecular Dimension”, Annalen der Physik (ser. 4), 1906, 19, 289-306). Tak naprawdę, celem pracy doktorskiej Einsteina było wyznaczanie stałej Avogadro na gruncie kinetycznej teorii gazów, czyli termodynamiki. Stała Avogadro to podstawowa stała chemiczna. Jest równa 6.022 x 1023 mol-1. W zaokrągleniu mamy liczbę 6 pomijając potęgę. Praca doktorska Einsteina to matematycznie i fizycznie kawał solidnej, naukowej roboty. Tyle, że jemu wyszło 4! Einsteina męczyła ta rozbieżność. Pewnie traktował to, jako skazę na swoim „honorze” naukowym. Wiele razy powracał do tego tematu, analizował swoje obliczenia, szukał błędu w rozumowaniu. Bez rezultatu. Nie jest łatwo odkryć własny błąd. Znacznie łatwiej zauważyć cudzy. W końcu Einstein poprosił kolegę o pomoc. Ten przeanalizował jego pracę i znalazł błąd. Po usunięciu błędu wyszła poprawna wielkość, w przybliżeniu 6. Einstein opublikował erratę w 1911 roku, podając poprawioną wersję i poprawny wynik (eng. “Correction to My paper: A New Determiantion of Molecular Dimension”, Annalen der Physik (ser. 4), 1911, 34, 591-592). Nic takiego. Naukowcom zdarza się otrzymać błędny wynik; gdy się o tym przekonają, wtedy publikują poprawioną wersję, tzw. erratę. Nie ma w tym nic złego. Każdy może się pomylić. Ale Einstein nie byłby sobą, gdyby tak miało to pozostać. W latach 20-tych Einstein opublikował poprawioną wersję swej pracy doktorskiej w języku angielskim. Poprzednie prace pisane były po niemiecku. Czytelnik dochodzi do wniosku, ze Einstein znalazł i wyprowadził poprawną wartość stałej Avogadro. Nie trzeba dodawać, że w angielskiej wersji pracy zniknął odnośnik do erraty. Ta publikacja jest jedną z najczęściej cytowanych artykułów Alberta Einsteina. Chemicy, czy biolodzy, czy nawet humaniści nie mogą oprzeć się przyjemności cytowania Alberta Einsteina. I tak Einstein znowu został sam, jeden twórcą, odkrywcą, geniuszem.

Jednym z wielkich „odkryć” Einsteina jest tzw. statystyka Bosego-Einsteina. W 1924 roku Einstein otrzymał pracę nieznanego, młodego hinduskiego fizyka Satyendra Nath Bose opisującą nowy model statystyczny. Po odrzuceniu swojej pracy przez wydawnictwo, Hindus wysłał ją bezpośrednio do Einsteina w nadziei, że pomoże mu w jej publikacji. I tak się stało. Dzięki rekomendacji Einsteina praca Bosego została szybko opublikowana. Ale wkrótce Einstein publikuje szybką kilka artykułów na ten temat, swą własną wersję tej teorii. I tak mamy statystykę Bosego-Einsteina zamiast statystyki Bosego. Dobrze, chociaż, że nazwisko Bose jest na pierwszym miejscu. Statystyka Bosego, czy Bosego-Einsteina to jedna z fundamentalnych odkryć w fizyce statystycznej. W tej historii, jak w soczewce, widać metodę działania Einsteina, jego metodologię. Przejąć cudzy pomysł, przetworzyć, nieco zmienić i opublikować, jako swój. Bose – jeden z wielu – jak Poincarè, Hilbert, Smoluchowski, Minkowski…

   Historycy nauki pisząc o dokonaniach Alberta Einsteina często używają określenia zdumiewające zbiegi okoliczności (amazing coincidences) [ ], lub podobne. Istnieją inne wyrażenia, określające takie wydarzenia, z których najłagodniejsze to plagiat. Zostańmy jednak przy nadzwyczajnych zbiegach okoliczności. Istotnie, zdumiewające zbiegi okoliczności bardzo często towarzyszyły publikacji ważnych, czy „genialnych” prac Einsteina. Tak często, iż nie były u tego naukowca niczym niezwykłym. Należy uznać, że owe nadzwyczajnie zbiegi okoliczności były charakterystyczną, permanentną cechą prac Alberta Einsteina. O statystyce Bosego-Einsteina pisałem powyżej, mamy więc koincydencję pierwszą 1) Bose – Einstein. 2) Ruchy Browna, Smoluchowski – Einstein. 3) Ogólna Teoria Względności, Hilbert – Einstein [2]. 4) Szczególna Teoria Względności, przypadek szczególny, teoria Henri Poincarè, na podstawie wcześniejszej pracy Hendrika Lorentza. Byłaby to koincydencja Poincarè – Einstein. Jednakże autorem pracy podpisanej przez Einsteina “Zur Elektrodynamik bewegter Körper” [1] jest raczej… Herman Minkowski. Inaczej A. Einstein musiałby w ciągu dwóch miesięcy, maj, czerwiec 1905, nie tylko opanować doskonale całkiem nowy dział fizyki, ale i napisać przełomową pracę! Takie cuda nie zdarzają się nawet miedzy geniuszami. Szczególna Teoria Względności to podwójna koincydencja Poincarè – Einstein oraz Minkowski – Einstein [3].

 Matematycznie praca “Zur Elektrodynamik bewegter Körper” jest całkiem odmienna od prac Poincarè. Znając wynik z pracy Poincarè autor “Zur Elektrodynamik…” doszedł do celu odmienną matematycznie drogą [2]. Podobna sytuacja jak z ruchami Browna i pracami Smoluchowskiego i Einsteina. Albert Einstein był inteligentnym, bardzo inteligentny człowiekiem i naukowcem. Nie stosował metody „Copy and Paste” przepisując zdania, akapity, czy wyprowadzenia z prac innych naukowców. No, może poza początkami swej kariery naukowej i pierwszymi pracami z termodynamiki. Poza tym w jego czasach nie istniały komputery. Znając wynik, dojść do niego odmienną matematycznie drogą i ogłosić to jako swoje i tylko swoje odkrycie – oto metoda pracy Alberta Einsteina.

Po bliższej analizie okaże się, iż prawie wszystkie naukowe osiągniecia Alberta Einsteina są w mniejszym lub większym stopniu odkryciami innych, pośród których Einsteinowi przysługuje, co najwyżej, miano współautora. Przede wszystkim Szczególna i Ogólna Teoria Względności, czy wyjaśnienie ruchów Browna. Piszę prawie, bowiem jest jeden wyjątek; jedna praca, której autorstwo jest niekwestionowane – przynależy tylko i wyłącznie Einsteinowi. Mam tu na myśli efekt fotoelektryczny praca z 1905 roku, za które to odkrycie A. Einstein otrzymał nagrodę Nobla z fizyki w 1921 roku. Odkrycie ta świadczy, kim Einstein mógłby być, gdyby zechciał samodzielnie pracować. Einstein był dobrym, może nawet wybitnym fizykiem. Pracował dużo i ciężko. Stale się rozwijał, uczył się, nie spoczywał na laurach. Miał wybitną intuicję naukową, wiedział gdzie szukać, gdzie są najciekawsze problemy. Einstein wolał jednak iść inną, łatwiejsza drogę. I chyba od samego początku swojej kariery naukowej. Po co się wysilać? Po co pracować? Na co się dręczyć pracą na nowymi teoriami, skoro można było podpatrzeć rozwiązanie? Po co się wysilać, gdy ludzie sami podawali mu swoje wyniki? Sami tego chcieli, sami są sobie byli winni. Albert Einstein zamiast pracować samodzielnie wolał… pomoc innych, nawet jeśli tego nie chcieli.

Ale też Einstein robił to, co było mu wolno. Nie tylko Einstein był winien. Gdyby taki numer, jak z pracami Satha Bose wykonał inny, byłby skończony, jako naukowiec. Einsteinowi uszło to na sucho. Do dziś studenci uczą się o statystyce Bosego – Einsteina. Albertowi Einsteinowi wolno było więcej. I doskonale o tym wiedział. Nie tylko uchodziło mu płazem, ale przysparzało coraz więcej sławy to, co byłoby końcem kariery dla każdego innego. Albert Einstein idealnie wpasował się w miejsce i czas. Takiego kogoś szukano. Geniusz potrzebny od zaraz. I zjawił się Einstein. Albert Einstein miał wygląd roztargnionego geniusza, starannie zresztą przez niego pielęgnowany, był odpowiednio przystojny, lecz bez urody amanta filmowego, no i miał właściwe pochodzenie. Nie miał żadnych skrupułów, czy zahamowań, w robieniu kariery niczym nie dał się niczym ograniczyć, a już szczególnie jakimiś moralnymi przesądami. W bezpośrednim kontakcie, podczas spotkań, czy wywiadów dla mediów Einstein, był bezpośredni, miły i czarujący, i dowcipny. W rozmowie sypał bon mottami, którymi zachwycali się dziennikarze. Zawsze umiał się właściwie zachować: czy na sali wykładowej, w rozmowie z kolegami, czy podczas wywiadów, czy spotkań z wielkimi tego świata. Właściwy człowiek na właściwym miejscu, tutaj miejscu geniusza.

Cóż w tym dziwnego, że Albert Einstein został geniuszem wszech czasów? Jaki geniusz był potrzebny, taki i jest.

 

Stara fotografia

Nagroda Nobla dla Einsteina to odrębna historia. Albert Einstein był „żelaznym” kandydatem do nagrody Nobla z fizyki. Nominowano go prawie rok w rok, w latach 1910 – 1922 za wyjątkiem lat 1911 i 1915 [4]. Było powszechne oczekiwanie, wręcz żądanie, aby nagrodzono Einsteina. Kto jak kto, ale twórca Szczególnej i Ogólnej Teorii Względności, zasłużył na nagrodę Nobla. Co roku Komitet Noblowski znajdował się ogniem krytycznych opinii, gdy Einsteina jednak nie wyróżniono. Nagrodę Nobla Albert Einstein otrzymał dopiero w roku 1921 za wyjaśnienie efektu fotoelektrycznego. Otrzymał ją słusznie. Albertowi Einsteinowi należała się nagroda Nobla z fizyki za to odkrycie. Jednakże Einstein nie został wyróżniony nagrodą Nobla ani za Szczególną Teorię Względności, ani za Ogólną Teorię Względności. Historyków nauki, i wielu innych, dziwi to niepomiernie. Ową niechęć szwedzkiej Akademii do Einsteina tłumaczono rozmaicie na przykład tym, że szwedzcy akademicy nie zrozumieli doniosłości odkrycia; alb że nie było doświadczalnych dowodów. Lub wreszcie utajonym antysemityzmem Szwedów. Prawdą jest, że poczucie germańskiej wyższości i antysemityzm były popularne w ówczesnej Szwecji drugiej i trzeciej dekady XX wieku.

Wyjaśnienie tej niechęci członków Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk, przyznających nagrodę Nobla z fizyki, do Einsteina może być zgoła inne niż antysemityzm. Znacznie prostsze. Świat nauki, świat fizyków to mały świat, szczególnie mały wówczas na początku XX wieku. Wszyscy wybitni się znają, spotykają na konferencjach naukowych, wymieniają informacje, opowiadają sobie dowcipy, plotkują. Szwedzcy akademicy, jak cały naukowy świat, doceniali doniosłość Szczególnej i Ogólnej Teorii Względności. Dlaczego zatem nie przyznali Einsteinowi nagrody Nobla za Szczególną i/lub za Ogólną Teorie Względności? Są to wybitne teorie, niewątpliwe ich autor zasługuję na nagrodę Nobla. Może szwedzcy akademicy doskonale wiedząc o doniosłości obu teorii, a nie przyznali nagroda Nobla za ich stworzenie, bo nie wiedzieli, kto jest autorem obu teorii? Szwedzcy profesorowie musieli wiedzieć o pracach Poincarè, Lorentza, o pracach Hilberta konsekwentnie przemilczanych przez Einsteina. Skoro nie widzieli, kto jest autorem, lub inaczej: w jakiej mierze autorem jest Einstein, to nie przyznali nagrody Nobla nikomu. Było to uczciwe. Konserwatywni, bardzo rygorystyczni pod względem naukowym i moralnym szwedzcy akademicy nie ulegli dyktatowi gazet, nie usłuchali głosu tzw. opinii publicznej, nie podporządkowali się głosowi ludu i nie przyznali Einsteinowi nagrody Nobla za Szczególną i Ogólną Teorie Względności. Akademicy mieli rację przyznając Einsteinowi nagrodę Nobla za wyjaśnienie efektu fotoelektrycznego i mieli rację nie przyznając Einsteinowi nagrody Nobla za STW i OTW.

Ci starzy, uparci, tępogłowi, szwedzcy profesorowie postąpili słusznie. Nie mówiono tego głośno, ale za Einsteinem ciągnęły się różne pogłoski. W środowisku fizyków Einsteina otaczała aura bardzo szczególnego rodzaju i nie brała się ona tylko z zawiści o jego wielką sławę, czy popularność, daleko wykraczającą poza wąski świat nauki, lecz miała bardziej konkretne podstawy. Atmosfera owa gęstniała z roku na rok i dała o sobie szczególnie znać w drugiej połowie życia Einsteina, w latach spędzonych w Ameryce.

   Przy okazji konferencji naukowych, chciałbym wspomnieć o jednej z nich. Była to konferencja w Brukseli, tzw. Piąty kongres Solvaya w październiku 1927. Spośród mnóstwa rozmaitych konferencji była to jedna z bardziej wyjątkowych konferencji w dziejach fizyki.  

 

Zdjęcie grupowe po konferencji (kongresie) fizyków w Institut International de Physique Solvay w Brukseli, 1927.

Siedemnastu z 27 uczestników widocznych na zdjęciu to laureaci nagrody Nobla: nobliści w chwili robienia zdjęcia, lub ci, co otrzymają nagrodę Nobla w przyszłości. Zdumiewające zdjęcie. Na jednym zdjęciu zebrane najważniejsze postacie fizyki XX wieku, ludzie, którzy zmienili nasz świat, wszyscy uczestnicy jednej konferencji. Obecnie mamy mnóstwo konferencji naukowych, niektóre z nich to olbrzymie przedsięwzięcia, lub naukowe spędy, w których udział biorą tysiące naukowców. Przy takim bogactwie i łatwości życia konferencyjnego, gdy zdarzy się, iż w danej konferencji bierze udział jeden noblista jest to wielkie wydarzenie. Jeśli trafią się dwóch, czy trzech noblistów, to jest ewenement. A tam siedemnastu noblistów w jednej konferencji! Zdumiewające.

   Wbrew powszechnemu przekonaniu, że współcześnie jesteśmy tacy mądrzy i wspaniali i lepsi we wszystkim od naszych przodków, zdjęcie to dowodzi, iż po blisko 90 latach poziom intelektualny naszych elit - prawdziwych elit nauki, żadnych tam celebrytów, czy innych samozwańczych intelektualistów - jest znacznie niższy niż był podówczas. Na zdjęciu widzimy Erwina Schrödingera, Pauliego, Diraca, i Heisenberga, wówczas młodych, poczatkujących naukowców, jest Niels Bohr i Max Born (nasz powściągliwy w słowach narrator, drugi od prawej, w środkowym rzędzie)

   W dolnym rzędzie, pośrodku siedzą najważniejsi uczestnicy konferencji. W świecie nauki obowiązuje ścisła hierarchia, jak w wojsku. Drugi od lewej, w pierwszym rzędzie siedzi wielki Max Planck, obok niego Maria Skłodowska-Curie, jedyna kobieta w tym gronie i jedyna dwukrotna laureatka nagrody Nobla. Dalej, w środku pierwszego rzędu, siedzą dwie najważniejsze postaci kongresu: Albert Einstein i Hendrik Lorentz – to ten starszy pan z białymi włosami i białą brodą. Hendrik Lorentz był honorowym przewodniczącym kongresu; zaszczycono go tą funkcją i tym honorowym miejscem na zdjęciu, by uczcić jego dokonania naukowe, oraz by wyrazić szacunek jego osobie. Jednakże najważniejszą postacią konferencji jest Albert Einstein. Ciekawe, że na zdjęciu Einstein i Lorentz odsuwają się od siebie, jakby pod wpływem siły odpychania. Widać, iż bagaż przeszłości, te „zdumiewające koincydencje” towarzyszące powstaniu pracy Einsteina „Zur Elektrodynamik bewegter Körper” (O elektrodynamice ciał w ruchu) w 1905 roku mimo upływu lat nadal budzi między nimi żywą urazę i niechęć.

   Pytanie o to, kim był Albert Einstein, jaka jest jego rola w nauce, jest w istocie pytaniem o miejsce, jakie powinien zając na tym zdjęciu z konferencji Solvaya w 1927 roku. Czy należy mu się honorowe miejsce w środku w pierwszym rzędzie, jako największemu geniuszowi XX wieku, dorównującemu Newtonowi czy Archimedesowi? Czy też powinien zając skromniejsze miejsce w drugim rzędzie? A może w powinien usiąść w trzecim rzędzie i to z boku? Gdzie na usiąść? Na które miejsce ma zasłużył sobie Albert Einstein? Czy był geniuszem, czy naukowcem dobrym, nawet wybitnym, ale sprytnie ustawiającym się do wiatru i umiejącym wykorzystać pomyślne wiatry? Na to pytanie każdy sam musi sobie odpowiedzieć.

   Nie jest moim zamiarem przedstawianie Einsteina, jako naukowego hochsztaplera. Był to niewątpliwie wybitny fizyk, miał wielką intuicję naukowa; umiał znajdować i skupiać się nad takimi tematami, które okazywały się niezwykle ważne. Trzeba jednak zauważyć, że początek XX wieku w fizyce to zalew odkryć, prawie każda dziedzina fizyki oferowała do odkrycia coś nowego. I ta plejada wspaniałych uczonych: fizyków, matematyków, chemików. Einstein, naukowiec wybitny, wybrał jednak drogę na skróty. I odniósł wielki, oszałamiający sukces. Ta jego „giętkość” zawodowa przyniosła mu wspaniały sukces. Gdyby pracował uczciwe, byłby może… w trzecim rzędzie w tym znakomitym gronie. Kto by o nim wiedział? Kto by o nim słyszał? Kto by się interesował? A tak znalazł się w pierwszym rzędzie. Zdeklasował najlepszych. Oto co może właściwy człowiek we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Albert Einstein w latach 30-tych został wykreowany na geniusza wszechczasów. Stał się super bohaterem pop-kultury. Amerykańskie media stworzyły obraz Alberta Einsteina, jako super geniusza. Albert Einstein był pracowity, cierpliwy, no i miał wielkie szczęście. Mieć szczęście to bardzo ważne w życiu i nauce również. O takich ludziach, jak Albert Einstein, mówi się, że to człowiek w czepku urodzimy. Trzeba przyznać, iż Albert Einstein umiał ten szczęśliwy traf wykorzystać. W pacy, nauce, a również w życiu.

   W swoim długim, życiu Einstein był: Niemcem, bezpaństwowcem, Szwajcarem, Niemcem, bezpaństwowcem, wreszcie obywatelem USA. Zawsze pozostając sobą, niemieckojęzycznym Żydem. Był zawsze tam, gdzie opłacało się być, gdzie otrzymywał najwięcej korzyści. Einstein wyznawał skrajny konformizm. Ten swoisty bezpaństwowiec, mógłby powtórzyć za królem Słońce: państwo to ja. Lub doniośniej: (wszech)świat to ja. Pierwszą połowę życia robił karierę, jako fizyk niemiecki, przez drugą, jako antyniemiecki. Tacy ludzie jak Einstein zawsze bezbłędnie znajdują tę półkę w spiżarni, na której leżą najlepsze konfitury. Pytanie o geniusz Einsteina jest pytanie po dziś dzień pytaniem drażliwym. Kimkolwiek by nie był, jakim by się nie legitymował paszportem, Einstein był i pozostał Żydem. I Żydzi przyznają się do Einsteina. Szczycą się nim, jako swym największym geniuszem. W dyskusji, gdy zarzuca się Żydom różne rzeczy, ostateczny argument Żydów jest taki mniej więcej: nie jesteśmy może idealni, ale mamy tylu geniuszy – Żydów, a największym z ich jest Einstein! A wy macie Einsteina? Nie może być zły naród, przy wszystkich swoich wadach, naród, który wydał Einsteina. Ten argument wydaje się być obosieczny lub… dwuznaczny. Einstein rzeczywiście pasuje do żydowskiego rodu, żydowskiego charakteru, jak ulał.

   Pisanie biografii to jak układanie obrazu z kawałków, lepienie wizji człowieka z puzzli. Gdy się tworzy taki obraz, to zawsze znajdzie się kilka puzzli, które nie pasują do skomponowanego obrazu. W przypadku Alberta Einsteina tych niepasujących, zbędnych z pozoru puzzli jest wyjątkowo dużo. A im głębiej wnika się w temat, tym więcej odrzuconych puzzli się znajduje. Rozpisywałem się obszernie o niektórych z nich, jak zdumiewające koincydencje przy publikacji STW i OTW. Innym puzzlem niepasującym do obrazu geniusza wszech-czasów jest milczenie Einsteina w Ameryce.

    Dwadzieścia lat życia Einsteina w Ameryce przyniosły zdumiewająco nikły plon naukowy. Biografowie ubolewają, że taki geniusz mieszkając tyle lat w Ameryce, w cieplarnianych warunkach, bez żadnych kłopotów materialnych, nie stworzył prawie żadnej ciekawej pracy. Piszą, z żalem, że Einstein zmarnował druga połowę swego życia. No tak, dodają tytułem usprawiedliwienia: chciał stworzyć teorię wszystkiego, czyli teorię wielkiej unifikacji, nic dziwnego, że mu się nie udało. W tych czasach nie mogło mu się udać. Ale żeby nic nie osiągnął żadnych ciekawych, nawet cząstkowych wyników? Jeśli Einstein byłby samorodnym geniuszem, który sam do wszystkiego doszedł, co opublikował, takie milczenie musi dziwić. Prawda jest taka, że w Ameryce Einstein był sam. David Hilbert został w Niemczech, inni się rozjechali, lub nie chcieli z nim pracować. Dziwna rzecz, ale wybitni fizycy, o uznanych osiągnieciach nie chcieli z Einsteinem pracować. Pozostali młodzi fizycy, ale to nie była klasa Hilberta. Gdy nie stało Hilberta, Minkowskiego, Poincaré, Smoluchowskiego, Bose… Gdy nie było komu zajrzeć przez ramię, gdy już nikt mu nie przysyłał swoich wybitnych osiągnięć…

   Nic dziwnego, iż Albert Einstein, geniusz XX wieku, w Ameryce milczał.

Albert Einstein (1879-1955)

Aby włączyć pozostające puzzle, musimy wpierw odrzucić tradycyjny wizerunek Einsteina – geniusza. Wówczas… otrzymamy inny obraz Einsteina. Taki jak z pewnych zdjęć. Pozostało mnóstwo zdjęć Einsteina. Einstein na wykładzie, Einstein przy biurku, Einstein palący fajkę, zamyślony; Einstein na uroczystym przyjęciu, w operze, na spotkaniu z prezydentem USA; Einstein w tryumfalnym przejeździe ulicami Nowego Jorku. Einstein w komitywie z wielkimi tego świata: politykami, przemysłowcami, artystami. Jeden rodzaj zdjęć jest charakterystyczny wyłącznie dla Alberta Einsteina. Na tych zdjęciach Einstein pokazuje język. Tylu było wybitnych twórców: malarzy, pisarzy, muzyków, naukowców, fizyków, matematyków. Niektórzy z nich mieli wielkie poczucie humoru i byli bardzo ekscentryczni. Wielu na lub poza granicą obłędu. I żaden, ale to chyba żaden z tych wielkich nie dał się sportretować w takiej pozie. Z wywalonym językiem. 

    Ludzi często wzruszają zdjęcia Einsteina z wywieszonym językiem. Wielki człowiek, a potrafi bawić się, jak dziecko; geniusz, który ma dystans do samego siebie, wybitny uczony, ale człowiek taki, jak my. Który potrafi zażartować, pośmiać się z samego siebie, który się wygłupia. Zdjęcia Einsteina pokazującego język: wywalony jęzor, jak u dużego dziecka, siwe, rozwichrzone włosy, wykrzywiona w grymasie twarz. Nawiasem mówiąc ta burza siwych włosów to nie jest kwestia przypadku, lecz owoc starannej pracy stylistów i fryzjerów. Einstein bardzo dbał, nawet w takich szczegółach, jak fryzura czy ubiór, o swój obraz geniusza. Jednakże dzieci pokazują język nie po to, by pokazać, że są głupie. Wywalając język dziecko ogłasza, co o tobie myśli. Pokazując język dziecko mówi ci, że to ty jesteś głupi. Czy dlaczego Albert Einstein pozwalał się fotografować, i to wielokrotnie, pokazując język? Czy to była żartobliwa poza wybitnego uczonego, czy tego, który oszukał wszystkich i pokazywał im, co o nich myśli? Że są głupi. Że są frajerami.

    Nawet nie chciało mu się ukrywać swojej pogardy dla ludzi, którzy tak dali się oszukać.

 

Zamiast podsumowania

Kim był Albert Einstein? Czy był jednym z geniuszy nauki? Czy też tą osobą z wywalonym językiem? Fizykiem średnich lotów, który dzięki przywłaszczaniu sobie odkryć innych oraz szczęściu wdarł się na sam naukowy Olimp? Co było kłamstwem, a co było prawdą? Który obraz Alberta Einsteina jest prawdziwy? Na to pytanie odpowiedzieć musi sobie każdy sam. Albert Einstein to ikona XX wieku, wieku wielkich odkryć naukowych i wielkich naukowców, ale też Adolfa Hitlera, Lenina i Józefa Stalina. Czasy wszechwładnych rządów ideologii komunistycznej i nacjonalistycznej, masowej propagandy i masowych zbrodni. W wieku zbiorowych szaleństw, uporządkowanego chaosu, gdy zamordowano miliony ludzi, a milionom innym odebrano wszystko, godność, prawa i zmuszono do milczenia, nieoczekiwane, oszałamiające kariery, również te naukowe, nie były niczym niezwykłym, ale normalnym. Historia nauki jest tylko częścią, wycinkiem historii powszechnej.

Artykuł ten niczego nie przesądza. Nie jest to zamiarem autora. Jest innym spojrzeniem, kontrowersyjnym dla wielu. Jest zachętą do własnych przemyśleń i własnych rozstrzygnięć. Albert Einstein był dzieckiem swoich czasów: burzliwych, okrutnych i nieprzewidywalnych. Świadczy o tym życie i naukowa kariera Alberta Einsteina, niezwykłej postaci XX wieku. To jedno jest pewne.

 

Referencje

[ ] A. Einstein “Zur Elektrodynamik bewegter Körper” Annalen der Physik.17:891, 1905,

http://users.physik.fu-berlin.de/~kleinert/files/1905_17_891-921.pdf

“On the electrodynamics of moving bodies”,

https://www.fourmilab.ch/etexts/einstein/specrel/specrel.pdf

[ ] T. Bodziony, “The birth of a genius. 1905.”, arXiv:1811.04657

[ ] T. Bodziony, “Genius”, arXiv:1901.10930

[ ] Pais Abraham (1994). Einstein Lived Here. Oxford University Press, ISBN 978-0-19-280672-7

[ ] Einstein, A; B Podolsky; N Rosen "Can Quantum-Mechanical Description of Physical Reality be Considered Complete?, Physical Review. (1935) 47 (10): 777–780.

[ ] Pais Abraham (1982). Subtle is the Lord: The science and the life of Albert Einstein. Oxford University Press. ISBN 978-0-19-853907-0

[ ] Isaacson Walter, (2007). Einstein: His Life and Universe. New York: Simon & Schuster Paperbacks. ISBN 978-0-7432-6473-0.

[ ] Neffe Jürgen (2007). Einstein: A Biography. Farrar, Straus and Giroux. ISBN 978-0-374-14664-1.

[ ] Constance Reid, “Hilbert”, 1996 Springer

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

 

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:6)

Komentarze

rozumiem sugestię, że w Nauce odbijają się wszystkie aspekty ludzkiego geniuszu i ludzkiej ułomności zarazem. Jeśli tak, zgadzam się z tym stwierdzeniem. Żałuję, że to ważne opracowanie jak na razie nie doczekało się głośnego echa. Ale znam inne przypadki ludzkich ułomności w Nauce.

Honic

Podoba mi się!
8
Nie podoba mi się!
0
#1591235

a najciekawsze jest następujące stwierdzenie z podsumowania:

"Czy dlatego Albert Einstein pozwalał się fotografować, i to wielokrotnie, pokazując język? Czy to była żartobliwa poza wybitnego uczonego, czy tego, który oszukał wszystkich i pokazywał im, co o nich myśli? Że są głupi. Że są frajerami.

Nawet nie chciało mu się ukrywać swojej pogardy dla ludzi, którzy tak dali się oszukać."

i jeszcze:

"Kimkolwiek by nie był, jakim by się nie legitymował paszportem, Einstein był i pozostał Żydem."

No właśnie, bez szukania uproszczeń i sugerowania czegokolwiek zapytam cytatem "mówi Wam to coś"?

Jakie to typowe zachowanie, wykorzystać, nawet okraść innych, przywłaszczyć sobie cudzą własność, oszukać, a potem kosztem innych udawać gwiazdę i żyć w dobrobycie podtrzymując "swoją bajkę"- to całkiem analogiczne do tego, co w wielkiej skali usiłuje przeprowadzić żydowska nacja w Polsce, z jednej strony wywalając na nas swój obrzydliwy jęzor i opluwając nas, z drugiej usiłuje nas okraść i dokonać "wrogiego przejęcia państwa polskiego" - widać najpierw ćwiczyli to w skali mikro, a teraz w makro!

Na pohybel nikczemnym kanciarzom i grabieżcom oraz ich sługusom!!!

Podoba mi się!
7
Nie podoba mi się!
-1

Serce słowianki nie zna łez ...

#1591245

ale widać jakoś nie cieszy się zainteresowaniem, ciekawe dlaczego?

Czyżby niektórym tutaj niewygodnie było mówić o nadmuchanych przekrętach, którzy przywłaszczając sobie, po prostu kradnąc czyjąś własność robili i nadal chcą robić karieręczyimś kosztem!

Sławny Ein pomimo braku jakichkolwiek dokonań w ciągu 20 lat pobytu w bezkrytycznej hameryce nie wykazał się żadną naukową ciekawą aktywnością, żadną teorią, po prosty żył w dobrobycie, odgrywał geniusza przed amerykańska gawiedzią, co to każdego dziwoląga i odmieńca gotowa jest uznać za kogoś wyjątkowego, oby tylko był dość bezczelny i perfekcyjny, zwłaszcza w autolanserce!

Cóż na podstawie artykułu, także innych źródeł nietrudno zrozumieć na jakich podstawach została zbudowana światowa kariera cwanego Einsteina - na wiedzy i dorobku innych, zazwyczaj młodych, jeszcze nieznanych naukowców, którym łatwo było ukraść ich dorobek i podpisać własnym nazwiskiem, jak to w ramach wielu europejskich koincydencji robił zachłanny na sukces i amoralny przekręt - Einstein!

Fakt, że był dość zdolnym naukowcem, o czym świadczy nagroda Nobla, ale zdecydowanie najwięcej zdolności wykazał w uwłaszczaniu się na czyichś pomysłach i teoriach oraz na ogłupianiu i epatowaniu żałosnych maerykanów, w tym także tych rzekomo inteligentnych  "swoim wyimaginowanym geniuszem"! W sumie wart "pałac Paca, a Pac pałaca"!

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
0

Grasja

Ojczyzna to ziemia i groby. Narody tracąc pamięć - tracą życie.

#1591399

Ta trylogia o Einsteinie (Narodziny Geniusza, Geniusz i Pokazuje język) jest tak ciekawa, że skopiowałem ją sobie do schowka i przeczytam z uwagą kiedy będę miał czas. Nie chcę wydawać naprędce pochopnych osądów. Co mogę powiedzieć w tej chwili, to to że eseje są bardzo ciekawe, gratuluję.

Odnosząc się do wcześniejszego artykułu o tym że naukowe czasopisma odmawiają ich publikacji, oraz po przeczytaniu połowy Narodzin Geniusza, wydaje się dla mnie oczywistym że naukowe czasopisma nie mogą tego opublikować z powodu który nie ma nic wspólnego z konspiracją lub próbą fałszowania historii.  Nie znam tych czasopism/wydawnictw, ale jeśli są one poświęcone nauce, to eseje tego typu po prostu nie mają prawa być tam publikowane. Obalanie mitów, nawet jeśli tym mitom "sie to należy" powinno mieć miejsce w innych miejscach, myślę że w miejscach poświęconych głównie historii lub ogólnej publicystyce. Takie jest przynajmniej moje zdanie i bardzo polecał bym autorowi wysłanie tych esejów do takich właśnie wydawnictw.

Do wspomnianych przez autora wydawnictw naukowych wysłał bym te eseje w mocno zmienionej i okrojonej formie. Po pierwsze skrócił bym o 80% tło historyczne, jako że nie ma ono bezpośrednio wpływu na to czy Einstein jest autorem teorii względności czy nim nie jest.

Eseje zawierają też sporo subiektywnych odczuć, co raczej nie powinno się znaleźć w naukowych opracowaniach. Oto przykład:

"Ową łyżką dziegciu jest matematyk francuski: Henri Poincarè (1854 - 1912). Na starych zdjęciach z tego okresu Henri Poincaré to mężczyzna z gęstą, czarną brodę i okrągłą twarzą. Widać, że ceni sobie dobre jedzenie, jak to Francuz. Z wyglądu nieco nadęty, jak przystało na profesora sławnej Sorbony. Poincaré zapewne uważał, że profesor uniwersytetu samym swoim wyglądem powinien budzić szacunek i podziw. Profesorowi fizyki matematycznej Uniwersytetu na Sorbonie należy się szacunek, szczególnie profesorowi, który nazywa się Henri Poincaré..."

Znajduję również rzeczy absolutnie dzisiaj politycznie niepoprwanie lub są wręcz epitetami. Ich usunięcie w niczym nie osłabiło by argumentów za tezą autora, a z całą pewnością nie pozwalają one na publikowanie w nukowych pismach. Znów posłużę się kilkoma cytatami:

- “małych, kolorowych, skośnookich Japończyków”

- „W czterdzieści lat później pokonane Niemcy są pod okupacją zwycięskich mocarstw, zaś córki, czy wnuczki owego Niemca są gwałcone w ruinach Berlina przez podludzi ze wschodu, sowieckich czerwonoarmistów!"... - kto u diabła na zachodzie wie że Niemcy traktowali słowian jak podludzi? 99% z nich uzna to zdanie jako rusofobię autora, nie Niemców i jako stosunek autora do Rosjan... podludzie ze wschodu...

- "Masowa zagłada Polaków, czy Żydów, nie jest przypadkiem, historycznym trafem, jak nam dziś wmawiają. Jest to proces trwający dziesięciolecia, konsekwentnie wprowadzony w życie przez niemiecki naród, niemieckie państwo i jego przywódców.”

Jak widać z powyższych cytatów, zbyt dużo własnych opinii autora które nie są niezbędne by dowieść główną tezę. Na dodatek mogą mocno zdenerwować wiele osób na zachodzie od których zależy czy eseje te zostaną opublikowane. Osobiście mi to nie przeszkadza, czyni to lekturę bardzo ciekawą, ale wiem że w obecnej swojej postaci po prostu nie zostaną opublikowane tam gdzie autor by tego chciał. Dlatego właśnie proponuję zacząć od wydawnictw bardziej poświęconych historii, a nawet... sensacji. 

Tak czy inaczej gratuluję!

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0
#1591492