Dym nad Warszawą

Obrazek użytkownika Bielinski
Kultura

Czytam ostatnio starą książkę, nie te masowo produkowane śmieci autorstwa amerykańskich, czy ogólnie angielskojęzycznych autorów. Piszę produkowanych, bo to jest masowa produkcja a nie pisanie, czyli twórczość. Wiem, że to jest śmieszne, głupie i naiwne, ale pisanie kojarzy mi się z tworzeniem czegoś nowego, gdzie środkiem wyrazu jest język, albo słowo. Dziś celem jest dostarczanie masowego produktu dla szerokiej publiki łatwego w przygotowaniu i przyswojeniu, czy książka, czy zupa w plastikowym pojemniku, powieść czy zapiekanka. Księgarnie z ich półkami pełnymi książek to supermarkety ze ścianami z chłodziarkami z pólkami pełnych gotowych posiłków. Tanich, dostępnych na wyciągniecie ręki i łatwych w użyciu: wystarczy podgrzać w mikrofalówce, i gotowe. Zjeść, wydalić, zapomnieć. Najczęściej są to thrillery, z ulubionym bohaterem – seryjnym mordercą i ulubioną bohaterką dziewczyna piękną w kolorze blond, smukłą i niewinną…? No, niewinna to raczej nie, dziś dziewictwo to śmiech i obciach. Przechodzona dziewczyna, to tak, kobieta z przeszłością, jak się kiedyś mawiano, partnerów to miała na pęczki, ale akurat jest samotna i rzecz jasna o dobrych uczuciach, staje do walki z popaprańcem, który też w zasadzie nie jest zły; miał tyko złych rodziców, jakiś tępych, zacofanych katolików, czy innych chrześcijan - baptystów, albo ksiądz pedofil go skrzywdził i zdeprawował. Słowo na zet, jak zboczeniec, jest zakazane, chyba że dotyczy tych jego podłych rodziców, co go skrzywili, albo tego księdza – pedofila. W finałowej walce ta mocno używana dziewica pokonuje szalonego potwora: szatkuje go piłą mechaniczną, wiesza, topi, pali żywym ogniem, i tak dalej, co tylko przyjdzie autorowi(ce) do głowy, czy główce, malutkiej jak łupina orzecha. I takiej samej wyobraźni. Seryjnemu mordercy słusznie należało – zadowoleniem konstatuje czytelnik(czka) – zadowolenie klienta to podstawa handlu – i sięga po kolejną powieść ulubionej autorki(a).

Nic nie przynosi takich zysków jak dostarczanie masowych towarów w przystępnej cenie. Zgodnie z zasadą: masowa produkcja, niskie koszty, mała marża i wielki zysk sumaryczny niezależnie, czy się produkuje, buty, prezerwatywy, lizaki czy powieści. Autorzy(ki) ci rozum może i mają malutki, ale zmysł do interesów wielki. Jedna z takich powieści leży przede mną na biurku. Pominę autora(kę). W krajach anglosaskich imiona niegdyś męskie i żeńskie są wymienne, a sprawdzanie to gra niewarta świeczki. Książkę czyta moja żona, która na szczęście tego śmiecia nie kupiła, ale pożyczyła od koleżanki. Zła strona jest taka, że prędzej czy później to jednorazowe „dzieło” jednak przeczyta. Podsuwam jej inne książki; żona jednak uparcia zamiast Platona, Dostojewskiego, czy Norwida woli czytać powieści pod tytułem „Rzeźbiarz śmierci”. Tak jest tytuł tej powieści – thrillera. Dziwne, prawda? Związki wymagają kompromisów. By zmienić ten śliski temat… tego rodzaju powieści charakteryzują się takimi wstrząsającymi, przyciągającymi uwagę tytułami, jak: „Rzeźbiarz śmierci”, czy „Wrota piekieł”, albo „Brama przeznaczenia”, lub „Kosiarz umysłów”, albo „Czas zabijania” i tym podobne. Bohaterami często są upiory, wampiry, albo supermani(ki), czy inni kosmici. Komiksy bez rysunków. Pisanie, w sensie zapełniania kolejnych setek stronic kolejnych seryjnych powieścideł, jest tańsze niż rysowanie. Do rysowania trzeba mieć jaki taki talent, a pisać każdy może i umie. Gorzej z czytaniem. Czytają nieliczni. Do tego dochodzą powieści tak zwane romantyczne dla pań, i pół, albo całkiem pornograficzne powieścidła dla panów (i pań), jakieś „365 dni”, czy „Dla ciebie wszystko” i tak dalej. Z Anglosasami do boju o kasę dzielnie staja w szranki autorzy(rki) rodzimego chowu. Czy ci, czy tamci, produkt jest ten sam. Tej samej klasy i jakości. Wszystko to jest… pierdolamento – jak mawia wąsaty i chamowaty bohater jednego z popularnych seriali.

Ani kosiarz, ani rzeźbiarz, żadne wota, czy bramy, żaden czas… po porostu papka. Przeżuta papka, gotowy półprodukt do powtórnego przeżucia, jak gotowe danie z supermarketu. Podobnie krowa na pastwisku cierpliwie powtórnie przeżuwa wcześniej zerwaną, przeżutą i wstępnie strawioną trawę. Ale krowa ma dwa żołądki. Wracam do mojej książki. Seweryna Szmaglewski – „Dymy nad Birkenau”, wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2020. Wspomnienia młodej kobiety, dziewczyny, która latem 1942 roku aresztowana przez Niemców została wysłana do obozu koncentracyjnego KL Auschwitz – Birkenau i trafia do obozu kobiecego w Brzezince (Birkenau). W dzieciństwie czytałem tę książkę. Kiedyś, dawno temu, była szkolna lektura. Ale już nie jest, nie pasuje do naszych postępowych, lepszych czasów i nowych, lepszych ludzi.

Nie mam już czasu na czytanie głupot, czytam więc tylko te książki, które znam. Do tego wydania dołączono kopie listów pisanych przez autorkę do mamy, do bliskich. Więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych, poza Żydami, mieli prawo raz w miesiącu wysłać jeden list na urzędowym druku, po niemiecku. Listy były ściśle cenzurowane przez władze obozu i sprowadzały się w gruncie rzeczy do zdania: jestem zdrów i jest mi tu dobrze. A przecież były bezcenne. Dowodziły że nadawca jeszcze żyje i były jakąś formą kontaktu z najbliższymi. Nawet w tej ściśle kontrowanej i ograniczonej formie Seweryna Szmaglewska potrafiła przemycić treści niezwykle osobiste. Oto fragment jej pierwszego listu z obozu (24.10.1942) „Najukochańsza Mamo, Tato i Basiu, Jestem tutaj od wieczora 9 października. To jest mój pierwszy list. Dziś jest mój wielki świąteczny dzień… Mamusiu, jestem zdrowa i zadowolona, że wreszcie mogę wreszcie pracować na świeżym powietrzu… Moje serce jest zawsze z Wami. Całuję Wasze ręce – córka Maria Szmaglewska”. Inny list z końca 1942. „Mamo, Tato i Basiu. Całym sercem będę z Wami w te święta Bożego Narodzenia. Bardzo proszę, bądźcie dobrej myśli.… O mnie się nie martwcie. Ciągłe pracuję i to jest bardzo dobre. .… Mamusiu, od niedawana można otrzymywać paczki żywnościowe… Nie jestem głodna, ale rozumiesz Mamo, jak wielka radością byłaby dla mnie paczka z domu. Moi Kochani, bardzo za Wami tęsknię. Bądźcie zdrowi! Piszcie do mnie często, Mateńko! Wasza córka Maria”.

List z 3 października 1943. „Mateńko! Znowu nadeszła jesień. Jak pięknie musi teraz wyglądać nasz dom i ogród. I mój pokój, i te szerokie okna… Mamusiu, całuje Twoje ręce i Twoje włosy i mówię Ci: Dzień Dobry, Mamo! Jestem zdrowa i w dobrej formie. … Już tak długo wysyłasz mi paczki i masz tyle pracy. A ja dla Ciebie nie mogę nic zrobić, nijak Ci pomoc. Mogę tylko śnić i niecierpliwie czekać.…” 2 lipca 1944, niedziela. „Mamusiu moja, Mamusiu!!! Czy mnie dziś słyszysz, jak wołam do Ciebie z głębi serca? Moja tęsknota jest tak wielka jak cały świat i tak żywa, jak moja krew. Mamusiu, Ojcze, Basiu! Niestety, nie dostałam jeszcze żadnego listu z czerwca, dlatego jestem taka smutna. …” Poruszające słowa, mimo upływu tylu lat. Dobrze, że wydawca dodał te listy, oraz odręczne rysunki autorki, do nowego wydania wspomnień Seweryny Szmaglewskiej z pobytu w niemieckim obozie koncentracyjnym KL Birkenau. Cenne uzupełnienie książki, którą Seweryna Szmaglewska pisała na gorąco. Zaczęła w kwietniu 45, gdy tylko wróciła do jako takiego zdrowia po przeżyciach obozowych. „… Zaczęłam pisać. Robiłam to w jakiś – jak byśmy dziś powiedzieli – somnambuliczny sposób. Codziennie wstawałam o piątej ramo i pisałam jednym tchem, z króciutką przerwą na skromny obiad, aż do zmierzchu. Przy takiej pracy rękopis rósł szybko. Mniej więcej w połowie roku książka była gotowa.” Wspominała Seweryna Szmaglewska w wywiadzie z 1986 roku, W grudniu 1945 roku książka ukazała się drukiem.

Kiedyś sławna książka, lektura szkolna, dziś zepchnięta w niepamięć, jako szkodliwa, brutalna, nieprzyjemna, nie na czasie. Po co to wspominać? Mamy przecież inne czasy. Nie warto do tego wracać, co było kiedyś. Nie ma czego rozpamiętywać. Przypomnę jeden fragment. Akcji odwszenia w obozie kobiecym w KL Birkenau. Listopad 1942 roku. Tysiące nagich kobiet stoi na placu apelowym. Wszy, weszki, pchły, gnidy to utrapienie więźniów i więźniarek. Roją się wszędzie w siennikach, w odzieży, w pasiakach, w każdym szwie, w bieliźnie. Nie dają spać, nie dają pracować, nie dają żyć. W ranach od ukąszeń owadów i od drapania wdaje się infekcje, z ranek robią się rany, rozlegle owrzodzenia, flegmony, od których więźniowe umierają. Każda wolną chwile więźniarki poświęcają na przeszukiwaniu, centymetr po centymetrze, swoich ubrań i zabijaniu wszy. Daremne starania: każda zabitą wesz zastępują dwie, trzy młode i głodne krwi i zemsty krewniaczki. Władze niemieckie postanawiają z tym walczyć. Wszy przeskakują na esesmanów żywiąc się bezcenną, niemiecka krwią i przenosząc rozmaite choroby. Stąd akcja odwszenia i tysiące nagich więźniarek stojących lub ganianych po placu. Zabrano ich rzeczy. Poszły do odwszenia. Ich baraki zamknięto i też są gazowane. Dlatego stoją nago. Na środku placu.

Co trzeba zrobić, żeby kobietom kazać stanąć nago na środku placu? A przecież żadna się nie sprzeciwia. Starają się tylko nie przyciągać uwagi, kryją swoją nagość w tłumie innych, nagich kobiet. Jest listopad, pada deszcz, potem śnieg, wieje zimny, przenikliwy wiatr. Chwyta mróz. Od wstydu gorsze jest zimno. Kobiety zbijają się również po to, by się ogrzać wzajemnie ciepłem swoich ciał. Wychudzone, poranione, wiele z nich to umierające z głodu szkielety obleczone skórą, chore na tyfus, świerzb, gruźlicę, czerwonkę, często ledwie trzymające się na nogach od gorączki. Po nogach chorych na czerwonkę na przemian płynie a to czerwona krew, a to kał, tworząc zasychającą na mrozie skorupę. Potem straszna noc w gołym baraku, bez sienników, do wyboru spanie na nieheblowanych dechach prycz, albo na zimniej, błotnistej polepie. I druga doba stania nago na mrozie. Wreszcie odwszenie: golenie przez obcych mężczyzn włosów ze wszystkich miejsc, i kąpiel w wannie z jakimś płynem – która jest tak ohydna i pokryta kożuchem, wcześniej między innymi kąpały się w niej niemieckie prostytutki, chore na wszystkie możliwe choroby weneryczne – że nawet umierające więźniarki się przed tym wzdragają. Po dwóch dobach więźniarki otrzymują cudzą, brudną, śmierdząca bieliznę i ubrania ze gnidami wszy, które przetrwały gazowanie i z zapałem biorą się do pracy, to jest konsumpcji swoich nowych żywicieli. Niemcy znacznie dokładnie gazowali ludzi niż wszy. Ale ta akcja odwszenia spełniła swoje zadanie. Wszom specjalnie nie zaszkodziła, za to wiele chorych, umierających więźniarek nie przetrwało tych dwóch dni. I o to chodziło.

„Dymy nad Birkenau” to książka świetnie napisana. W przeciwieństwie do autorów wielu traumatycznych wspomnień z niemieckich obozów, czy sowieckich łagrów, Seweryna Szmaglewska miała wielki talent literacki, a swój wspomnienia spisała jakby swoją własną krwią i pasją. I to się czuje, nawet po tylu latach, ten żar, tę pasję. Ten żal po tych kobietach, co zginęły: zagazowane, zatłuczone, zaszczute, co zmarły z głodu, chorób, które poszły na druty, na „łatwą” śmierć. Seweryn Szmaglewska przeżyła dwa i pól roku w obozie Kl Auschwitz – Birkenau. W styczniu 45, gdy Niemcy pędzili resztkę więźniów na zachód uciekła z marszu śmierci z koleżanką. Przykryte prześcieradłem ukryły się w śniegu. Gdyby Niemcy je odkryły, zastrzeliłby je na miejscu. Ale ocalały. Potem napisała swoje wspomnienia z obozu – „Dymy nad Birkenau”. Na kilku stronach wspomnień Szmaglewskiej zawarte jest więcej grozy, niż na setkach pólek zastawionych książkami modnych autorów(ek) kryminałów, horrorów, czy thrillerów. Również tych, co zarobili setki milionów dolarów na swoich powieściach.

Dziś mamy inny dym, dym na Warszawa. Komisja Europejka walczy z polskim rządem, niedługo nazwie go – reżimem, w obronie prawa, demokracji, i praworządności, którym to wartościom konserwatywny, polski rząd rzekomo zagraża. Padają głośne groźby sankcji finansowych, kar pienionych, wstrzymania dotacji. Nawet usunięcia z Unii. Mówimy Unia Europejska, ale to Berlin, to rząd niemiecki stoi za całą tą nagonką na Polskę. Dzieci i wnukowie morderców uczą dzieci i wnuki ofiar czym jest praworządność! Czym jest demokracja! Czym jest wolność! Czy to nie jest całkowite odwrócenie pojęć? Czy to nie jest mgła? Albo dym? Zasłona dymna? Zasłona czego? Tego, co zawsze. Chodzi rzecz jasna o politykę, o władzę. O powrót do sytuacji, gdy byliśmy w niemieckim dominium, czy półkolonią, jak było za czasów rządów partii postępowej i liberalnej. Wcale nie tak dawno.

Taka jest polityka, ta walka o władzę, o dominację, przynajmniej o wpływy. Ale zastanówmy się, co Bruksela, czyli Berlin, może nam zrobić? Jeśli odetnie nam finasowanie, to co? Umrzemy z głodu? Nie, oczywiście, że nie. Skutki będą równie bolesne dla Unii, dla Niemiec, jak dla Polski. Wprowadzi wizy? Dla tych, co jeżdżą na narty do Austrii, czy Francji, a na wakacje letnie do Hiszpanii, czy Włoch, będzie to przykre, zapewne. Ale czy to naprawdę bolesna szykana ? Czy Niemcy na powrót otworzą obozy koncentracyjne i zmuszą miliony Polaków do katorżniczej pracy o głodzie i chłodzie dla narodu panów? I powtórzy się, co przeżyli więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych? Książka Szmaglewskiej „Dymy nad Birkenau” pokazuje, że to czego się boimy, jest… śmiechu warte. Głupstwo,. Drobiazg. Jak ukąszenie komara.

Skoro nic nie mogą nam zrobić, to Niemcy, i Unia Europejska, jest na straconej pozycji. Nie może wygrać tego starcia, gdy nie może sięgać po przemoc. Trzecie Rzesza stosowała ekstremalny terror i masowe zbrodnie i poniosła całkowitą klęskę. Również Czwarta Rzesza przegra i straci władzę nad Europą. Niemcy zawsze przegrywają swoje wojny, wcześniej czy później. Wystarczy tylko trwać przy swoim. Być upartym, cierpliwym, i czekać. W końcu rozwieje się dymy na Warszawą, i ukarze się, kto czego chce, Nawet jeśliby tamci wygrali, i partia postępu, o takiej czy innej nazwie, dojdzie do władzy, i powróci podporządkowanie lepszym i mądrzejszym na Zachodzie, to nie będzie to trwało długo. Rozwieje się dym nad Warszawą. Warto czytać stare książki, wspomnienia, warto do nich wracać. Przywracają właściwą perspektywę, odpowiednią hierarchię wartości. Współczesny dym nad Warszawą ma się nijak do dymów nad Birkenau. To raczej kpina niż porównanie. Tamten dym postawał z palonych ciał pomordowanych, Dziś mamy dym kłamstw, propagandy, zasłonę dymną niemieckich interesów i rodzimego zaprzaństwa. Ale tak jak wygasły paleniska krematoriów w Birkenau, tak rozwiej się i dym nad Warszawą. I dalej nad Brukselą i Berlinem. Wówczas okaże się, kto kim jest.

 

  Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

5
Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (9 głosów)

Komentarze

Nawet Clarkson, angol ,niepochlebnie wyrażający się w przeszłości o Polakach ewoluował. Tylko nasza, rodzima patologiczna opozycja pozostaje w mrokach neobolszewizmu

 

https://www.tysol.pl/a73262-Przeprowadzmy-sie-do-Polski-Jeremy-Clarkson-ma-dosyc-kryzysu-na-Wyspach

Vote up!
9
Vote down!
-3
#1633245

Cenne spostrzeżenia, i ja kiedys czytałam Szmaglewską. Dzis został mi po niej tylko klimat, bo wówczas było wiele  przejmujących lektur o podobnej tematyce. Pewnie do tego wrócę.

 

Ale pamięc ludzka jest krótka. w Bydgoszczy, tydzień temu, bodaj prezydent miasta w towarzystwie Radka Sikorskiego wiecował za unią niemiecka na rynku. Na tym rynku we wrześniu 1939r. Niemcy rozstrzelali 600 - 800 przedstawicieli bydgoskiej inteligencji.

Vote up!
4
Vote down!
-1
#1633328