Cudze problemy

Obrazek użytkownika Bielinski
Świat

Czas mija, ale jego przepływ nie jest jednaki. Jak płynąca rzeka. Raz rzeka rozlewa szeroko i płynie wolno, tak leniwie i ospale, że zdaje się jakby stała nieruchomo, to znów rzeka przyspiesza i płynie z wartką siłą, zawirowana, spieniona, wzburzona i gniewna. Podobnie jest z pisaniem. Bywa i tak że nic nie przychodzi do głowy i biedny autor wpatruje się w pustą kartkę w beznadziejnym wysiłku spłodzenia jakiegokolwiek pomysłu i napisania bodaj jednego zdania. A tu nic, ziemia jałowa, a biała kartka zmienia się w białą flagę. Bywa i odwrotnie: tematów jest aż zanadto i nie widomo, od którego zacząć. Dziś jest właśnie taka sytuacja. Luksus obfitości, to jest mnóstwo tematów. I w kraju, bo to protesty, a to aborcja, czy to strajk kobiet, albo pandemia, w Europie unia, czytaj Niemcy biorą nas na smycz. Dalej także wiele się dzieje. Co wybrać?

  Zacznę więc od tematu, który jest mi najprzyjemniejszy i daje najwięcej frajdy. Od szydzenia z usa, byłego supermocarstwa. To jest, usa nadal jest supermocarstwem. Usa ma z pięć tysięcy głowic jądrowych i z pół miliona żołnierzy, tłustych i leniwych ale jednak żołnierzy. Nie byle jaka siła, zwłaszcza te głowice. Rosja też ma z pięć tysiącu głowic. Ale te ruskie głowice podobno są zardzewiałe. Zaś amerykańskie głowice są ładniutkie i elegancko pomalowane farbą do metalu. Co prawda to, czy bomba, która spopieli i ciebie i twoje miasto jest zardzewiała, czy też ładnie pomalowana, ma znaczenie tylko dla wyjątkowych estetów. Ale jednak takie szczegóły też… się liczą. Nie przez przypadek ameryka to „imperium dobra”, przez zaprzeczanie imperium zła, czyli Związku Sowieckiego. Amerykanie uwielbiają porządek. Domek z ogródkiem jak z żurnala, trawnik równiutko przystrzyżony, żadne źdźbło trawy nie śmie się wychylić z szeregu; samochód, (lub samochody) muszą lśnić czystością i błyszczeć nieskalanym lakierem, jak za przeproszeniem psu jajca. A w domku, co ma ze czterysta metrów kwadratowych, on – Amerykanin, czyli uesmen, wysoki, przystojny, silny i pewny siebie jak ameryka, i ona jego żona – uesmenka z falą loków na głowie, talią osy, w uśmiechu szerokim prezentująca pełny garnitur uzębienia, jak na reklamie landrynek. Jest jeszcze ich trójka, czwórka, czy piątka dzieci, idealnych dzieci. Nie dziwota. Idealne dzieci idealnych rodziców, razem zwyczajni, czyli idealni Amerykanie z najwspanialszego kraju na świecie. Najwspanialsi ludzie, najlepsi żołnierze, najwspanialszy przemysł, technika i nauka, kultura, no i najwspanialsza demokracja. Wzór dla całego świata. Wszystko NAJ! God bless America, czyli Bóg błogosławi, Bóg kocha amerykę. Czyż nie?

   Tak było w filmach z lat pięćdziesiątych, czy sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Ideał z fabryki marzeń, z Hollywood. Przemysł filmowy, to jest przemysł propagandy, to też wynalazek amerykański. A dziś co? Eh, życie, życie… Proszę. We wtorek odbyły się wybory na prezydenta najwspanialszego kraju na świecie (w skrócie: NajWspKrnaŚw). W środę rano, całą noc liczono głosy i policzono, bo najlepsza technika jest w NajWspKrnaŚw, obecny prezydent Donald Trump ogłasza, że wygrał wybory. Ma rację. Wstępne wyniki jasno wykazywały, że obecny prezydent będzie miał drugą kadencję. Atoli jest tu pewien haczyk, raczej spory hak. Oprócz wyborów tradycyjnych, wyborcy oddają głosy w lokalach wyborczych, dopuszczono również wybory korespondencyjne. Przecież mamy pandemię, a są i inne powody. Głosy w lokalach policzono do rana, głody korespondencyjne liczą w usa do dziś. Dziś, w cztery dni później, gdy nie policzono jeszcze wszystkich głosów listownych już okazało się, że obecny prezydent Trump przegrał wybory ze swoim rywalem, Joe Bidenem. Proszę. Budzisz się rankiem i dowiadujesz się, że wygrałeś wybory. Budzisz się następnego ranka i okazuje się, że przegrałeś wybory, bo poczta tak zadecydowała. Poczta to potęga. Takie cuda tylko w usa, w NajWspKrnaŚw!? Eee, chyba nie. Takie cuda to nic nowego. Zdarzały się i w wyborach w Panamie, Kostaryce, innych bananowych republikach, czy w czarnej Afryce. A u nas w „wyborach” z 1947, i późniejszych za komuny, nie było podobnych, albo i większych cudów? Cud przy urnie to norma. Uczciwe wybory to wyjątek. Jeszcze kilka takich wyborów, jak te w usa, a człowiek dojdzie do wniosku, że określenie „uczciwe wybory” to oksymoron. Nie darmo uncle Joe, to jest Józef Stalin mawiał, że nie ważne jak kto głosuje, ważne, kto liczy głosy. Józef Stalin znał się na rzeczy; nigdy nie przegrał żadnych wyborów, a organizował ich wiele.

   Swoja drogą dziwaczne są te amerykańskie imiona i nazwiska! Jedno, góra dwu sylabowe. Imiona brzmiące jak splunięcie, a nazwiska nie lepsze. Jak Dżoouuu (Joe) Baj – den (Biden). Albo Dooo – nald Traaamp. Trump się pisze, prawie jak trup. Na dziś Trump to trup, polityczny trup po przegranych wyborach, więc podobne brzmienie i znaczenie tych dwóch słów. Obecny prezydent: imię dwie sylaby, nazwisko jedna sylaba, jego kontrkandydat: imię jedna sylaba, nazwisko dwusylabowe. Podobieństwa w różnorodności? Czy różnorodność w podobieństwach? Mniejsza o to. Jeszcze ktoś się obrazi. U nas wielu takich, co nie znoszą kpin z ameryki, amerykanskiego języka i amerykanskiej kultury. Taka u nas jest… murzyńskość, by zacytować byłego prominentnego polityka. Obecnie na polityczne emeryturze, ale może i dla niego kiedyś zaświeci słońce. Pomińmy ten grząski temat.

   Najprostszy wniosek z tej historii, czyli wyborów w usa. Nawet miliarderzy miewają zgryza. Złe dni. I oni dostają po d…pie, nie tylko biedni i maluczcy. Zawsze pociecha. Z drugiej strony. Jaki wybór zafundowała amerykańska demokracja swoim wyborcom, jak się zapytowywuję? Wybór miedzy Trumpem, obecnym prezydentem, bardzo bogatym, białym starcem, (74 lata) a bogatym, białym starcem Bidenem (77 lat). Obaj z urodzenia, pochodzenia i majątku należący do amerykańskiej elity. Jeden biały starze przegrał, drugi biały starzec wygrał. Co za różnica, który? Nawet z wyglądu podobni. Przy swoim wieku obaj świetnie się prezentują z tą pomarańczową opalenizną… Z solarium? Ten starszy, Bajdet, albo Bidet, na gładszą twarz, prawie jak trzydziestolatek. Bidet sporo zainwestował w operacje plastyczne. U zawodowego polityka, jak u wziętego aktora, wygląd, twarz bardzo się liczy. Biden, alias Bidet musi tylko uważać np. przy uśmiechach, żeby nie przesadzić, bo mu szwy puszczą. I będzie nieszczęście. Czy wygra Trump czy Biden, wszystko zostaje w rodzinie, to jest w elycie, najwspanialszej, bo amerykanskiej elycie. Choć po prawdzie ta najlepsza elyta w niczym nie różni się pod naszej, przaśnej, stolicznoj elyty. Poza językiem, rzecz jasna. Nie do końca jest to prawdą. W naszej warszawskoj elycie zdecydowanie wolą język angielski, niemiecki, czy hebrajski od tego obciachowego, polskiego języka. Kiedyś, wcale nie tak dawno, woleli rosyjski i/lub jidysz. Signa temporum. Sięgam po łacinę, by wykazać, jaki jestem inteligentny i wykształcony. Kariera Abrahama Lincolna, który był rolnikiem, poczciarzem, mierniczym nim został prezydentem usa i to jednym z najwybitniejszych; człowieka, który z nizin wszedł na sam szczyt, typowego self-made nena w dzisiejszej ameryce jest nie do powtórzenia. W ameryce upadła wiara w bajkę w karierę od pucybuta do milionera. Taki Trump zarobił wielkie pieniądze, jedne interesy mu wychodziły, inne nie, jak to w biznesie, lecz najpierw odziedziczył wielki majątek. Biden z kolei to zawodowy polityk, od zawsze w elicie Waszyngtonu, a to jako senator, a to jako vice prezydent. Elita. Dziś amerykanie mają wybór miedzy jednym szarym kotem, a drugim szarym kotem. A nie może być, dajmy na to, czarny kot? Czemu nie? Niedawno przez dwie kadencje rządził murzyn Barak Ou’bama, z zastępca Bidetem. Może być i czarny kot, o ile jest kotem, czyli posłusznie słucha poleceń tych z tylnego siedzenia. Z elity rządzącej ameryką. Zawsze w cieniu, zawsze u steru. Mający w swym ręku koncerny, banki, Wall Street, no i media, Oni decydują. Ci co mają pieniądze, ci mają władze w usa. I nie tylko w usa. Kampania wyborca to kolosalne pieniądze. Bidet na swoją kampanię zebrał dziesięć razy więcej pieniędzy niż urzędujący prezydent Trump! Prawie miliard dolarów! Wyraźnie to wskazuje, kto miał wygrać. Kogo dziwi, że Bidet wygrał?

   Mówią, że pieniądze nie grają. Pieniądze nie grają na boisku piłkarskim i w kampanii wyborczej w usa też nie. Pewnie, że na bosko wybiegają piłkarze, a nie paczki banknotów. Mówią tak zazwyczaj menadżerowie klubów, których budżet roczny liczy się w setkach milionów euro. Kupują najlepszych piłkarzy a potem łżą w żywe oczy. Weźmy taki amatorski zespół od nas, powiedzmy Pogoń Grodzisk - lider naszej III (IV) ligi piłkarskiej. Postawmy go w myślach, rzecz jasna, przeciw FC Barcelona, najlepszej ligowej drużyny Europy, Kto wygra mecz FC Barcelona – Pogoń Grodzisk? Od[powiedź jest jasna. Lecz pieniądze nie grają. Skąd! Ale decydują, kto wygra mecz. Pieniądze rozstrzygają o wyniku nie na boisku piłkarskim

   Dziwne jest nie to, iż Trump przegrał, lecz to, że przegrał tak małą liczbą głosów. Gdyby nie korespondencyjne głodowanie, które go pogrążyło, Trump pewnie wygrałby drugą kadencję w Białym Domu! Jakiś czas temu oglądałem program brytyjskiego komika i showmana (John Oliwier) o zdecydowanie liberalnych poglądach. Cały program poświęcony był nakłanianiu amerykanów do głosowania korespondencyjnego. Prowadzący, który w każdym programie daje wyraz żywiołowej nienawiści do Trumpa, wręcz wychodził z siebie, by zachęcić widzów do oddania głów, najlepiej korespondencyjnie na Bideta. Był to jeden z elementów gigantycznej kampanii w mediach w usa, o której my, tutaj, nie mamy nawet pojęcia, nie tyle na rzecz Bidena, co przeciw Trumpowi. W myśl zasady; każdy, byle nie Trump!.

   Mnożą się zarzuty o fałszowaniu głosów w wyborach korespondencyjnych, podnoszone między innymi przez sztab Trumpa. Czy słusznie? Głosowanie korespondencyjnie ze swej natury szczególnie narażone jest na fałszerstwa, czy manipulacje przy liczeniu głosów. Wujek Stalin, gdyby żył, z pewności bardzo lubiłby głosowanie korespondencyjne. W czasach pandemii wręcz preferowane. Jakie szczęście, że nastała pandemia! Szczególnie w usa, kraju tak doświadczonym przez zarazę, która tej pory zabiła tam ze dwieście tysięcy ludzi. Wyborca w usa dostaje pakiet, zawierający dwie koperty. Jedna dla danych osobistych, druga z głosem. Wyborca wypełnia formularze, wpisuje swoje dane, zakleja obie koperty i odsyła pakiet. W lokalu wyborczym otwierają pakiet, sprawdzają dane wyborcy, czy jest na liście wyborców, a kopertę z głosem wrzucają na kupę głosów do policzenia. Sztab Trumpa protestuje podając, że jest dużo głosów od tych, co zmarli. W usa nie jednolitego sytemu ludności, nie ma dowodów osobistych. Co za problem zgłosić zmarłego dziadka, otrzymać pakiet, wypełnić go i wysłać? Dalej, spisy wyborców nie są uaktualniane. Wybory to sprawa administracji stanowej, a we wszystkich stanach jest olbrzymi opór przed wydawaniem pieniędzy podatników na urzędasów. USA utopiły biliony (bilion to tysiąc miliardów dolarów!) w afgańskiej czarnej dziurze, by ratować prestiż supermocarstwa, a kraj się sypie. Nieliczni urzędnicy administracji stanowej mają ogrom pracy i marne zarobki. Nic dziwnego, że w spisach wyborczych widnieją martwe dusze,, tym bardziej w czasach masowego umierania podczas pandemii. Dalszego możliwe jest, że dzieci, czy wnuki, a nawet sąsiedzi, oddadzą glos na wyborach za zmarłego dziadka, babcię, czy wujka. Można działać na szerszą skale. Tak się składa, że w stanach, które zadecydowały o wyniku wyborów prezydenckich rządzą demokraci. Jeśli urzędnik przekaże dane personalne, taki mały wyciek danych, to można wyprodukować setki, tysiące głosów na martwe dusze. Martwe dusze mają swą cenę tak w carskiej Rosji, jak we współczesnej ameryce! Protesty sztabu Trumpa i ewentualne procesy sądowe nie mają szansy powodzenia. Jak po rozdzielaniu kopert wykazać, że dany głos oddano na Trumpa, a nie Bidena? Amerykański system wyborczy jest wręcz stworzony do oszukiwania. Warto poczytać, co pisał o ameryce i amerykańskiej demokracji Ch. Dickens, czy dwa pokolenia później nasz H. Sienkiewicz. Co więcej, takich oszustw nie da się tego wykazać w sądzie. No, chyba, że ktoś sam się przyzna. Ale na to bym nie liczył.

  To, że urzędujący prezydent Donald Trump wygrał w lokalach wyborczych oświadczy o ogromie niezadowolenia i o podzielonym społeczeństwie. Zwycięstwo Trumpa w wyborach przed czterema laty było niezwykłym trafem. Jego przeciwnikiem była Hilarzyca, żona byłego prezydenta, kandydatka establishmentu, jak zawsze w usa w ostatnich dziesięcioleciach. W ameryce podział na partię: republikanów i demokratów nie ma znaczenia wbrew pozorom. Obie partie różnią się kolorem i symbolem, zwyczajowe pokrzykiwanie na siebie ma ukryć fakt, że są jak dwie krople wody, a ich władze są elementem amerykańskiego establishmentu. Trump zdobył nominacje republikanów, ponieważ demokraci go nie chcieli, a partia republikańska była w głębokim kryzysie. Republikanie nie mieli nikogo lepszego, a kogoś musieli wystać, poza tym byli pewni, że Trump przegra z Hilarzycą. Donald Trump wygrał te wybory ku zaskoczeniu wszystkich. Wygrał, ponieważ miał przegrać. Sondaże nawet tuż przed dniem wyborów zgodnie wskazywały wysokie zwycięstwo Hilarzycy. Establishment zwiedziony sondażami, pewny, że wygra ta, co ma wygrać, po prostu zaspał. Skoro wynik był znany z góry, pozwolili ludziom głosować, jak chcą. Więc ludzie wybrali Trumpa, koty wygrzał niewielką większością, to trzeba przypomnieć. W bieżących wyborach amerykańskie elity nie powtórzyły tego błędu, niczego nie zostawiły grze przypadku. Zadbały o każdy szczegół. Rozpętali huraganowy ogień propagandy anty-trumpowej. Pandemia pozwoliła na „bezpieczne” wybory korespondencyjne i „bezpieczne” zwycięstwo właściwego kandydata. I Bidet wygrał.

  Najlepszy komentarz do wyborów w usa wygłosił Aleksander Łukaszenka, prezydent Białorusi, który kilka miesięcy temu wygrał wybory prezydenckie. Zdaniem Łukaszenki amerykańskie wybory to żenujące wodowisko i kpina z demokraci. Prezydent Łukaszenko ma rację. Wbrew oszczercom, Łukaszenko wcale nie musiał fałszować wyborów. Większość Białorusinów i tak niego głosowała, więc po co miał fałszować? Kto wie, czy wybory na Białorusi nie były uczciwsze niż wybory we wzorze demokracji - usa? Jeśli taki jest wzór demokracji, to jak tu się czepiać Białorusi, Rosji, Tadżykistanu, Gwinei Bissau, czy innych licznych państwa, gdzie wybory zawsze wygrywają ci, co mają wygrać?

  Wybory minęły. Wraca normalne życie. Wszystko wraca do normy w najwspanialszym kraju na świecie. Prezydent elekt Bidet „jednoczy podzielony naród” i wygłasza rutynowe nawoływania do zjednoczenia wszystkich amerykanów. Zapewnia, że będzie prezydentem wszystkich: niebieskich demokratów i czerwonych republikanów. Trump jest na wylocie, giełda zwyżkuje; grube ryby z Wall Street cieszą się i gratulują sobie dobrej inwestycji w kampanię Bideta. Liberalna lewica i takie same media media tak w stanach, jak w Europie nie posiadają się ze szczęścia, że Trump przegrał i wieszczą schyłek prawicowego populizmu w Polsce i na Węgrzech. Ale o tym szerzej kiedy indziej. Nawet obernaczelny prorok z gazety wyborczej Michnik Adam raczył był przemówić i pochwalił z wysokości wybór amerykanów.

  Jakie amerykańskie wybory mają dla Polski? Bidet nie zapomni sympatii Polaków dla Trumpa. Możemy się spodziewać zniewag, upokorzeń, ogólnie twardej linii. Zero miłych gestów, życzliwego klepania po plecach, co nasi rządzący tak uwielbiają. Bidet będzie tu całkowicie zgodny ze zdaniem amerykańskiego establishmentu, który nienawidzi Polski i pogardza Polakami, jako ciemnymi, głupimi Polaczkami, katolikami, ksenofobami, antysemitami i homofobiami, co najmniej od czasów II wojny. Bidet wychowany w szkole amerykańskiej dyplomacji przyzwyczajony jest do dominacji supermocarstw, przede wszystkim ameryki, gdzie dla małych, słabych graczy, jak Polaka nie ma miejsca, chyba że przypadnie im rola pionka na szachownicy. Ale taki zimny prysznic przyda się naszym rządzącym; ocuci ich wreszcie ze ślepej miłości do ameryki, całkowicie irracjonalnej. Tak naprawdę wynik wyborów prezydenckich w usa niczego nie zmienia dla Polski. Ani Bidet nic dla nas nie zrobi, ani Trump niczego dla nas nie zrobił. Trump był przynajmniej szczery: America first, to było jego hasło. Dlatego przegrał, przez szczerość. Bidet nie powie tego wprost, w polityce zjadł ze trzy komplety zębów, ale na pewno nic dla nas nie zrobi, chyba zaszkodzić, to z przyjemnością. Jeśli będzie miał możliwość, Bidet chętnie zepchnie nas w przepaś, jak to zrobił przed osiemdziesięciu laty F. D. Roosevelt, wielki prezydent usa.

  To, czy tak się stanie, zależy tylko od nas. Ameryka, ani nikt inny, nas nie uratuje, co najwyżej będą ucztować, tańczyć i cieszyć się, na naszym grobie. Musimy polegać tylko na sobie. Taka jest nauka z wyborów w usa. Nauka i przypomnienie. Co będzie w usa po tych wyborach? Nie wiem. Nikt tego nie wie. Ameryka gnije, ameryka się pruje. Te wybory to kolejny dowód na to, jak oligarchia niezauważalnie a nieustanie zżera od środka amerykańską demokrację, czyniąc z niej wydmuszkę, niby grzyb drążący drzewo. Z zewnątrz drzewo wielkie i potężne, w środku zgniłe, spróchniałe i puste. Wielu amerykanów widzi, co się dzieje; wielu jest szczerze przywiązanych do demokracji i nie podda się bez walki. Historia uczy, że walka oligarchów z demokratami jest zawsze bardzo burzliwa i krwawa. Tak było w Grecji, i w Rzymie, i w Rosji podczas rewolucji bolszewickiej. Tak jest zawsze.

  Co będzie, nie wiadomo, lecz trzeba się obserwować uważnie to, co dzieje się w państwie dysponującym pięcioma tysiącami głowic jądrowych. Siła wystarczającą, by uśmiercić każdego mieszkańca Ziemi, i to co najmniej dwa razy. Gdyby nie te tysiące głowic, zostawiłbym amerykę z ulgą sobie samym. Niech ameryka gnije, kotłuje się i kisi we własnym sosie. Ale tak się nie da. Problemy ameryki są, niestety, naszymi problemami.

  Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 4 (głosów:3)