Bitwa pod Grunwaldem

Obrazek użytkownika Bielinski
Historia

Środek lata, sezon wakacyjny w pełni, pandemia również w pełni. O czym pisać w połowie lipca, jak nie o bitwie pod Grunwaldem? Bitwa pod Grunwaldem, 15 lipca 1410, wielkie zwycięstwo wojsk polsko - litewskich nad zakonem krzyżackim. Wszyscy to znają: 1 plus 4 plus 10; litr wody, 4 kilogramy cukru i dziesięć deka drożdży. Sławę wielkich wydarzeń historycznych mierzyć można również takimi drobiazgami, jak przepis na bimber, to jest na zacier.

    Napiszę zatem o bitwie pod Grunwaldem, bowiem mimo iż tak niby znana jest wiele przekłamań o tej bitwie z wielką krzywdą dla… króla i dowódcy naczelnego wojsk polsko – litewskich Władysława II (1352? - 1425), któremu po urodzeniu nadano imię Jogaiło (?), a który zmieniwszy imię i wyznanie założył nową dynastię królów polski: Jagiellonów. Jogaiło, albo Władysław II Jagiełło to niewątpliwie człowiek, który zmienił dzieje Polski, Litwy, Europy a więc i świata. Nie był miły, ani ładny, ani wykształcony, nie umiał nawet czytać, czy pisać. Kiedy w 1386 roku ten niski, łysy, nieatrakcyjny fizycznie i trzydziestosześcioletni, a wiec już stary, pogański książę wstępował do łożnicy nastoletniej Jadwigi, królowej Polski, musiał w niej budzić silny odruch wymiotny. Ale polscy panowie, ale racja stanu wymagała przymierza polsko – litewskiego, wiec wielki książę litewski Jogaiło przybywszy do Krakowa, zmienił imię na Władysław, przyjął chrzest, razem w wielkim księstwem, ożenił się z Jadwigą i we właściwym czasie skonsumował małżeństwo. Musiał to uczynić, gdyby nie odbył stosunku z może czternastoletnią Jadwigą (nie wiemy dokładnie kiedy to uczynił, na pewnie nie zaraz po formalnym małżeństwie z 12 letnią dziewczynką) czyli nie popełnił czynu pedofilskiego ściganego z cała surowością przez współczesne prawo, małżeństwo w sensie prawa byłoby nieważne. Jagiełło chciał być Władysławem II i panować jako król Polski. Aż nadszedł pamiętny rok 1410.

    Skupię się na samym przebiegu bitwy pod Grunwaldem, pomijając to, co było przedtem i potem. Odpocząwszy po forsownym marszu w obozie pod Dąbrównem, świtem 15 lipca wojska polsko - litewskie ruszyły kilkoma kolumnami w stronę Łogdowa i Ulnowa. Tam w pobliżu wsi Grunwald, która nadał nazwę bitwie, czekały już wojska krzyżackie. Jest to terem pagórkowaty, porośnięty częściowo lasem i zarosłam, utrudniającymi widoczność i szarżę ciężkiej kawalerii. Wojska krzyżackie, które przybyły wcześniej dodatkowo przygotowały teren; krzyżacka piechota wykonała liczne umocnienia i zasadzki kopiąc przez całą noc między innymi wilcze doły – doły z wbity pośrodku zaostrzonym palem – śmiertelna pułapka, zwłaszcza dla jeźdźców i ich koni. Król Jagiełło zbliżywszy się do pól grunwaldzkich polecił rozbić obóz wojsk polskich i oddzielnie wojsk litewskich i tatarskich, rozwinął swoją armię na skraju lasu, rycerze i ich konie ukryci w cieniu drzew, i jako żarliwy katolik zamówił mszę, potem drugą, a msze wówczas były długie. Minął ranek, zaczęły się południowe godziny skwaru. Naprzeciwko, na polach Grunwaldu w pełnym lipcowym słońcu rozwinęła się armia krzyżacka. Co do liczebności obu armii zdania są podzielone, jak zawsze. Przyjmuje się zazwyczaj, że wielki mistrz krzyżacki miał dwadzieścia jeden tysięcy ciężkiej jazdy i jedenaście tysięcy pieszych, razem z czeladzią. Król Jagiełło przyprowadził osiemnaście tysięcy ciężkiej jazdy, to byli Polacy z Korony, do tego około jedenaście tysięcy lekkiej jazdy litewsko – ruskiej, którą dowodził Witold, wielki książę litewski, stryjeczny brat Jagiełły, plus około dziesięć tysięcy piechoty mniej więcej po połowie polskiej i litewskiej. W sunie król Polski miał około czterdziesty tysięcy żołnierzy, w tym dwa tysiące Tatarów, dowodzonych przez Dżelal al-Dina, syna wielkiego wodza mongolskiego Tochtamysza. Wojownicy tatarscy dograli w tej bitwie wielką a nie docenianą przez polskich historyków rolę. Wojska polsko - litewskie miały przewagę liczebną, 40 - 41 (?) przeciw 32 tysięcy, lecz w ciężkiej kawalerii, kluczowej formacji, to Krzyżacy mieli przewagę. Wojska zakonne były jednolicie i bardzo dobrze uzbrojone, wojska polsko-litewskie przypominały pstrokatą zbieraninę od świetne wyszkolonych i uzbrojonych chorągwi jazdy rycerskiej z mało- czy wielkopolski po wojowników litewskich uzbrojonych jedynie we włócznie, czy kiścienie, a odzianych w skóry. Na wieści o wojnie wszyscy polscy rycerze bawiący, a raczej walczący gdzieś poza granicami ściągnęli do kraju i jak jeden wzięli udział w bitwie, jak słynny Zawisza z Grabowa. My, Polacy, przywykliśmy liczyć wielkość zwycięstwa ogromem strat, lecz pod Grunwaldem, w ciężkiej, całodziennej bitwie, poległo ledwie dwunastu (!) z tych najwybitniejszych rycerzy, tzw. przed - chorągiewnych, bowiem ci najlepsi rycerze stawali przed chorągwią i uderzali jako pierwsi. Nie wiadomo, czy warto by ubiegać o taki przywilej. Wytłumaczyć to można jedynie doskonałością ich uzbrojenia i wyszkolenia. Najlepsi, przed-chorągiewni rycerze byli jak maszyny do zabijania. Zwyczajny piechur, jeździec, czy nawet rycerz, nie miał z nim szans. To jak pojedynek zawodowego boksera i amatora, nawet osiłka. Amator przegra. Ci gorzej uzbrojeni, marnie wyszkoleni, ponieśli wielkie straty, niektóre pułki pod Grunwaldem zostały dosłownie wycięte w pień.

   Armia zakonna składała się z kilku kontyngentów. Pierwszym byli rycerze – zakonnicy z czarnymi krzyżami na białych płaszczach. Byli nieliczni wbrew powszechnemu współcześnie mniemaniu. W owym czasie zakon krzyżacki liczył około pięciuset rycerzy – zakonników, z czego czterystu zginie pod Grunwaldem, w tym cała góra z wielkim mistrzem. Rycerze – zakonnicy Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, tak brzmiała pełna nazwa, to była elita, stanowili warstwę dowódcza. Potem szło pospolite ruszenie z Prus, szlachta, właściciele ziemscy musieli stawać do boju, razem z pocztem, zależnie od stopnia zamożności, oraz jednostki wystawione przez bogate miasta, jak Gdańsk, Królewiec, czy Toruń. Potem szły jednostki zaciężne, najemnicy walczący za pieniądze. W armii zakonnej liczny kontyngent stanowili sojusznicy z państw sprzymierzonych z zakonem, jak księstwa pomorskie, oraz tak zwani goście - zachodni rycerze, którzy zwabieni propagandą zakonu ściągnęli do Prus by wziąć udział w łatwej i lekkiej kampanii, jak im wmawiano, przeciwko Polsce. Ci zachodni rycerze, co pozostali przy życiu wieczorem piętnastego lipca owego pamiętnego roku 1410, wywodzący się z obecnej Francji, Anglii, czy Włoch, pluli sobie w brodę do końca życia, że tak ławo dali się zwabić i oszukać. Z Polski zamiast łatwych zwycięstw i obfitych łupów wynieśli jedynie rany, straty i upokorzenia. W każdym razie na początku bitwy wielki mistrz zakonu, i wódz naczelny Urlyk von Jungingen dysponując tak wielka, i świetną armią, wystawioną tak wielkim kosztem i zajmując korzystne pozycje mógł liczyć na zwycięstwo nawet z boju z przeciwnikiem górującym liczbą, Jakość przeważy liczbę, jak mniemał. Ale wielki mistrz się mylił, tak co do liczb, jak jakości.

   Ustawiwszy wojska w szyku, król Władysław wysłuchał pobożnie dwóch długich mszy. Obie armie czekały ustawione w ordynku bojowym. Tyle że Polacy i Litwini w cieniu drzew, a Krzyżacy i ich sprzymierzeńcy w pełnym słońcu. Rycerze od zbroją nosili grube odzienie. Niezbędne z dwóch względów. Po pierwsze: bez tego stalowa zbroja obcierałaby i raniła ciało rycerza, i nie dałoby się w niej walczyć. Po wtóre, gruba odzież pochłania energię kinetyczną uderzeń. Podobnie współczesne kamizelki kuloodporne to ceramiczna, czy kewlarowa warstwa zatrzymująca kule i gruba pianka pochłaniająca energię kinetyczną pocisku. Ale stać przez długie godzin w palącym, lipcowym słońcu, ubrany w grube, wełniane tkaniny i na to stalową zbroję grzejącą się od słońca to prawdziwa męka. Zakonni rycerze nudzili się, pocili się, odwadniali, tracili siły i klęli w żywy kamień króla, Polaków i całą ta kampanię. Zakonna armia zajęła korzystną, umocnioną pozycję, ale król Władysław ustawiając swoja armię w cieniu drzew i odbywając dwie długie msze uzyskał przewagę. W długim boju liczy się każda, nawet minimalna przewaga.

   W czasie mszy wiele się działo. Wielki mistrz wysłał dwie chorągwie jazdy by wywabić Polaków i wciągnąć ich w zasadzkę, jeśli się uda. Klika chorągwi polskich zgoniło z przedpola Krzyżaków, rozpoznało pozycje wroga i ujawniło krzyżackie zasadzki. Godna podkreślania przezorność króla Władysława. Jagiełło, jak mało który król, zaprawiony był w podstępnej wojnie. Od pokoleń Litwini prowadzili wojny na co najmniej dwóch formatach. Na zachodzie z zakonem krzyżackim, na wschodzie z Tatarami, czyli Mongołami. Tatarzy to była najlepsza ówczesna armia, kto wie czy nie najlepsza w dziejach. Tochtamysz, chan Złotej Ordy zdobył i spalił Moskwę w 1382 roku. Tochtamysz, chan i wielki dowódca uległ, bowiem w 1391 w wielkiej bitwie nad Wołgą koło Kundzuczy pokonał go militarny geniusz wszech czasów kulawy analfabeta - Timur Kutług, zwany na zachodzie Tamerlanem. Bitwa nad Wołgą to element błyskotliwej kampanii, w której Tamerlan podbił i straszliwie złupił Złotą Ordę, grabiąc łupy grabione przez ordę od ponad wieka z całej Rusi. Niósł wilk razy kilka ponieśli i wilka. W połowie sierpnia roku 1399 wojska polsko – litewskie pod wodzą Witolda i wojska tatarskie Tochtamysza na wschód od Dniestru nad rzeką Worsklą spotkały się z armią mongolską podzieloną na dwa korpusy pod wodzą samego Timura i Edygeja, jednego z jego najlepszych generałów. Wielki Książę Witold planował przywrócić tron chana Złotej Ordy Tochtamyszowi i poszerzyć władzę Litwy na Rusi; pomysł niby dobry i błyskotliwy, lecz w istocie z gatunku takich profesorsko – kanapowych pustych idei. W realu głupi, naprawdę głupi pomysł, aż dziwne, że Witold na to poszedł. To był naprawdę kuty na wszystkie łapy gość. Chyba nie wiedział z kim ma do czynienia. Tylko szalony władca, albo kompletny idiota zadzierał z Timurem. Nie drażnij lwa, czy tygrysa, jeżeli nie dzielą cię od niego żelazne pręty krat. Timur Kulawy nie darmo nosi miano najwybitniejszego dowódcy z dziejach wojskowości. Polskim kontyngentem czterech tysięcy rycerzy, nie byle jaka siła, dowodził największy magnat koronny Spytek z Melsztyna. Zginął, gdy tatarska strzał przeszyła mu szyję. Bitwa zakończyła się klęską wojsk polsko - litewskich i Tochtamysza, które zostały otoczone i zmasakrowane. Tatarzy wyrwali się z okrążenia ratując Tochtamysza i jego syna. Ci Polacy, co przeżyli i zdołali się wyrwać z okrążenia zapamiętali rycerzy tak nabitych tatarskimi strzałami, że przypominali wielkie jeże a nie ludzi. Syn Tochtamysza Dżelal al-Din dowodził Tatarami pod Grunwaldem. Ciekawostka: w bitwie pod Worsklą po stronie Witolda walczył też kontyngent krzyżacki, pięciuset rycerzy! Prawie wszyscy zginęli. Wielki książę Witold to był nader obrotny gość. Dał się Polsce we znaki, później, po Grunwaldzie. Wracając do Grunwaldu.

   Na wojnie i jej podstępach znał się Władysław Jagiełło, ale jeszcze lepiej jego bratanek Wielki Książę Witold nauczony gorzkimi doświadczeniami z dziesięcioleci walk z Tartarami. Tak naprawdę pod Grunwaldem 15 lipca spotkały się nie tylko dwie różne armie: polsko – litewska i krzyżacka, ale dwa różne podejścia do wojny. Pierwsza to rycerska tradycja zachodnia, reprezentowana przez zakon krzyżacki, w której wojna to szereg pojedynków, walk toczonych według uświęconych zasad. Wojna rycerzy, wojna rycerska. Tej samej tradycji podlegali polscy rycerze z chorągwi koronnych. Ale nie ich król, ich dowódca naczelny, Władysław Jagiełło, ani tym bardziej jego bratanek Witold. Oni odziedziczyli tradycję wojny wschodniej, wojny totalnej, w której wszystkie chwyty są dowolne. Wojny bez reguł. Liczy się tylko zwycięstwo. A przegrani idą do ziemi. Oczywiście od ogólnych zasad jest wiele odstępstw. Ulryk von Jungingen, rycerz i wielki mistrz, kazał kopać wilcze doły na polskich rycerzy, zaś Władysław kazał pojmać jeńców a nie ich wymordować, jak uczyniłby Tochtamysz, czy Tamerlan.

   W przebiegu bitwy owego pamiętnego 15 lipca jest wiele dziwnych, niewytłumaczalnych zdarzeń. Kończy się druga msza, Krzyżacy spływają potem na słońcu, wielki mistrz przyszyła heroldów z dwoma mieczami – jeden dla Jagiełły, drugi dla Witolda – z oświadczeniem, że widać brak im broni skoro kryją się w zaroślach, bojąc się stoczyć otwartą walkę. Sławna scena. Przemyślana obelga. Jagiełło ciągle musi udowadniać, że jest rycerzem, chrześcijańskim królem, a nie jest barbarzyńcą i poganinem. Jagiełło spokojnie przyjmuje miecze oświadczając, że broni jest dostatek, ale i te dwa miecze przydadzą się przeciwko nieprzyjacielowi. Król Władysław nakazuje atak, ale lekkim, litewskim chorągwiom jazdy i Tatarom. Ciężkozbrojne pułki zostają w miejscu. Lekkie chorągwie wpadają na przedpole, na przeszkody, lub je omijają i uderzają na krzyżackie działa i osłaniającą ją piechotę. Tak. Bitwa pod Grunwaldem to pierwsza bitwa na ziemiach polskich, gdzie użyto dział polowych. Debiut armat nie wypadł imponująco. Armaty oddały ledwo dwie salwy z bardzo marnym skutkiem nim Litwini i Tatarzy nie dopadli do dział i nie wybili obsługi i osłaniających ich łuczników. Zachód ma to do siebie, że pokłada nadmierne zaufanie do techniki, tyczy to tak wieku XV, jak i obecnego, XXI. Widząc porażkę piechoty i utratę dział Wielki Mistrz nakazuje kontruderzenie ciężkiej jazdy. Litwini i Tatarzy umykają przed uderzeniem. Ciężki rycerz nie dogoni Litwina na koniu ani tym bardziej Tatara. Krzyżackie chorągwie opuszczają umocnione, przygotowane do obrony pozycje, wychodzą w otwarte pole, zostawiają za sobą własnych łuczników, artylerię, piechotę i wilcze doły. Robią dokładnie to na co czekał król Polski. Kolejny błąd Ulryka von Jungingen, Wielkiego Mistrza Zakonu.

   Polacy zajmują centrum i lewe skrzydło. Litwini prawe skrzydło. Tak jak dzień niemrawo się zaczyna od niekończących się mszy, tak nagle dochodzi do walnej bitwy. Pancerna chorągiew uderza na pancerną chorągiew. Rycerz walczy z rycerzem, mąż z mężem. Polskie chorągwie walczą z głównymi siłami krzyżackimi w południowej części pola grunwaldzkiego przeciwko prawemu skrzydłu krzyżackiemu. W północnej części oddziały litewsko - ruskie walczą z lewym skrzydłem krzyżackim. Rycerze skruszywszy kopie chwycili za miecze, czy topory i rąbią się zajadle. Nieubłagana walka trwa ponad godzinę. Rannych i zabitych zastępują ci z drugiego, trzeciego szeregu. Rycerzom brak już sił i tchu w piersi nie staje od wysiłku. Trup pada gęsto. Trup pada na trupa, a na nich ranni, konie tratują rannych, kto spada z konia ten ginie. Wydaje im się, że walka trwać będzie bez końca, bo nic się nie zmienia. Ale są zmiany. Prawe skrzydło krzyżackie zwolna ustępuje pod naporem polskich chorągwi. Lecz lewe skrzydło krzyżackie zyskuję przewagę nad lekko zbrojonymi Litwinami i Rusinami. Gdy do boju wkraczają posiłki krzyżackie, Litwini nagle rzucają się do ucieczki. Litwini, Tatarzy i Rusini, uciekają ile sił w końskich nogach. Niektórzy z uciekinierów nie zatrzymają się zanim nie dotrą do Wilna, i dalej aż do Mińska, do Smoleńska niosąc wieść o straszliwej klęsce pod Grunwaldem i śmierci wielkiego księcia Witolda. Za Litwinami w pościgu ruszają krzyżackie chorągwie upojone tryumfem. Nie zatrzymają się aż w litewskim obozie, który zdobędą, ani a tatarskim obozie, który też wezmą.

   Oddziały polskie stają w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa. Na ich odkryte skrzydło uderzy nieprzyjaciel i wyjdzie na tyły! Polskim oddziałom grozi okrążenie i zniszczenie. Albo ucieczka. I tym samym przegrana bitwa. Szczęściem najlepiej uzbrojone trzy chorągwie, czy też pułki, smoleńskie z armii litewskiej pod dowództwem Semena Lingwena Olgierdowicza zostają. Na nich i na potężna chorągwię krakowską stojącej na samym prawym skrzydle i najbardziej zagrożoną obejściem skrupia się wściekłość Krzyżaków. Gdyby rycerze z chorągwi krakowskiej rzucili się do ucieczki wobec przewagi wroga, przecież to byli ludzie, co chcieli żyć, to los polskiej armii byłby przesądzony. Lecz od śmierci silniejszy był gniew. Niemcy tak mają, że wzbudzają nader żywe uczucia. Tak żywe, że ludzie wolą zginać niż im się poddać. Chorągwie smoleńskie ponoszą ogromne straty, jedna z nich zostaje całkiem wybita, lecz wspólnym wysiłkiem Smoleńszczanie i Krakowianie zatrzymują Krzyżaków do nadejścia posiłków. Jagiełło rzuca na odsiecz chorągwie stojące w drugiej linii. Wspierają one resztki chorągwi smoleńskich i chorągiew krakowską. W końcu atak Krzyżaków na odkryte skrzydło zostaje odparty, a Krzyżacy odrzuceni. Armia polska ocalała, ale nie oznacza to wygranej bitwy. Sytuacja dalej jest krytyczna. Na wojnie sytuacja zmienia się co chwila. Po pomyślnym początku polskie chorągwie nadal stają w obliczu okrążenia i klęski

   Na pole bitwy zaczynają powracać chorągwie krzyżackie wracające z pościgu za Litwinami. Nie śpieszą się. Krzyżacy są pewni, że bitwa jest wygrana, przecież oni zwyciężyli Litwę! Wróg uciekł. Zdobyli i złupili obóz litewski i tatarski. A tu na polach grunwaldzkich Polacy zwyciężają, spychają krzyżackie chorągwie, zwolna lecz nieubłaganie zachodzą od skrzydeł.

   Co było dalej? Wiadomo! Wojska polsko – litewskie zwyciężą! Nie pomogą powracające chorągwie prawego krzyżackiego skrzydła. Ich kontratak zostanie powstrzymany a one zniszczone. Nie pomoże decydujące uderzenie odwodów krzyżackich, najlepszych 16 chorągwi ciężkiej jazdy, niezwyciężonej zda się masy pancernych mężów i wielkich koni pod którymi drżała ziemia pod wodzą samego Wielkiego Mistrza Ulryka von Jungingen. Litwini i Tatarzy powrócą równie niespodziewania jak zniknęli. Zamkną się kleszcze okrążenia. Wojska krzyżackie otoczone w dwóch kotłach zostaną zniszczone, wybite, wyrąbane, tak jak rąbie się las. Z wielkie armii, ponad 30 tysięcy mężów, ocaleją nieliczni, niej niż 1400.

   Tylko jak, u licha, to się stało? Jak nastąpiło przejście od klęski do zwycięstwa? Jak Krzyżaccy ostatecznie przegrali wygraną przecież bitwę! Jak wojska polsko – litewskie zdołały pobić, otoczyć i zniszczyć potężną armie Zakonu, wygrywając przegraną już bitwę? Przez lata nie mogłem zrozumieć, jak Polacy wygrali przegraną bitwę pod wsią Grunwald. Rozsądnie rozumując po ucieczce Litwinów jedyne wyjście, jakie im zostało, to było wycofać się. Ocalić armię. Nie dać się oskrzydlić i zniszczyć. Oddać pole, wycofać się, lecz uratować, ile da się uratować, i czekać cierpliwe następnej, lepszej okazji do rewanżu. Co się wydarzyło? Przypadek? Po prostu mieliśmy szczęście? Szczęśliwy los trafia się na loterii, szczęściem nie da się wygrać bitwy. Pod Grunwaldem walczyło co najmniej 75 tyś ludzi. Była to największe bitwa średniowiecznej Europy. We współczesnej nomenklaturze: dziesiątki generałów, tysiące oficerów, dziesiątki tysięcy żołnierzy. Tu żaden przypadek nie zwycięży. Choć może zaważyć na wyniku. Co zatem zostaje? Cud? Kolejny cud, a właściwie pierwszy, jak ten „cud nad Wisła” z roku 1920? Nazwa szydercza, bo mówiąca, ze mieliśmy tam marne dowództwo, ze tylko cud nas ocali! Czyżby Władysław Jagiełło był Józefem Piłsudskim z XV wieku!?

   Ale gdy spojrzeć pod innym kątem, gdy zajrzeć za pozory, za tę grę cieni, sprawa staje się wyraźniejsza. Jeśli uwzględnić genialny plan króla Jagiełły, jeśli wspomnieć Kanny, wielkie zwycięstwo Hannibala nad Rzymem… to to, co białe, wcale nie wydaje się takie białe, podobnie zwycięstwo zwycięstwem, ani klęska klęską. Ale o tym następnym razem, w kolejnym odcinku tej wakacyjnej opowieści o tylko na niby znanej, a jakże nieznanej w ważnych elementach bitwie pod Grunwaldem.

 

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie tekstu tylko za zgodą autora.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:3)

Komentarze

Powszechnie znana i gotowa receptura to tak zwany bimber 1410, czyli 1 kilogram cukru 4 litry wody i 10 deko drożdży

: )

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0


"Jeśli wolność słowa w ogóle coś oznacza, to oznacza prawo do mówienia ludziom tego, czego nie chcą słyszeć"   George Orwell
wilre - "Viva il re"
Niech żyje król

#1639352

Mea culpa. Nie mogę tego poprawić, bo system jest taki, że skasuję wpis. Ma pan rację. 

Pozdrawiam

 

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1639414

W równinnej i poprzecinanej licznymi rzekami Polsce przeprawy miały kluczowe znaczenie dla powodzenia działań zbrojnych. To właśnie mostowi niezwykłej konstrukcji zawdzięczamy w dużej mierze jeden z największych triumfów w naszej historii. Rzeki zawsze były wyzwaniem dla prowadzenia kampanii wojennych. Często tamowały pochody wojsk, uniemożliwiając albo znacznie utrudniając dostęp do terenu przeciwnika. Umożliwiały skuteczną obronę opartą o wodę albo też całkowite rozbicie pozbawionych możliwości manewru wojsk. Dla armii mniej zaawansowanych w sztuce wojennej, rzeki wyznaczały terminy kampanii, skazując na ich prowadzenie późnym latem, kiedy niski poziom wody umożliwiał przeprawę brodami albo w niekorzystnych warunkach zimowych, kiedy można było przechodzić po lodzie. Użycie spławianych mostów - łyżwowych, jak je wówczas nazywano - opartych na łodziach, nieraz decydowało o sukcesach prowadzonych działań wojennych i zwykle było też miernikiem technicznego zaawansowania sił zbrojnych. Persowie już w starożytności potrafili budować mosty oparte na łodziach, przeprawiając się w ten sposób przez Bosfor i Dardanele. Rzymianie przeszli w podobny sposób po moście zbudowanym przez Apollodorosa z Damaszku nad szeroko rozlanym Dunajem podczas wojny dackiej prowadzonej w l. 101 – 102 n.e. Całość pod linkiem, polecam... https://dorzeczy.pl/historia/147138/cud-techniki-jagielly-dzieki-niemu-wygral-pod-grunwaldem.html

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Wiesław P

#1639579

Ma Pan racje. Most przez Wisłę umożliwił sprawną przeprawę dużej armii przez Wisłę. Jedni twierdza, że to był most łyżwowy, inni, że most pontonowy, jak Długosz. Mniejsza o te spory. Krzyżacy byli przygotowani i przeprawa przez Wisłę specjalnie ich nie zaskoczyła pod względem strategicznym. Może szpiedzy ich uprzedzili? Tyle że polscy rycerze i zaciężni zaoszczędzili sporo czasu i sił, co także się liczy. Zatem most był ważnym elementem przygotowań do bitwy, jak najbardziej.

W swoim tekście koncentruję się na tym, co się wydarzyło dniu bitwy, od rana do wieczora 15 lipca 1410 roku. To, co było wcześniej i później także jest ważne, ale to inna historia.  

 

Pozdrawiam

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0

Bielinski

#1639801